Nomadzi czyli Wędrówki z Ablem.

Z tą książką mam kłopot, wynikający z tego, że czytam o miejscach, które od lat pragnę odwiedzić, o których śnię i do których na pewno kiedyś wyruszę, a jednocześnie wyłamuję się z zasady, że nie powinno się czytać o podróży w miejsca, których się samemu nie odwiedziło. Czytanie o Bamako, Mali, Dżenne, Timbuktu, pograniczy Burkina Faso, Senegalu i Mauretanii, to smakowanie nieodkrytych obszarów własnego mózgu, to wypuszczanie endorfin na pola, gdzie jedynie wywołają nadzieję, podsycą pożądanie.

Wędrówki z Ablem” rozpocząłem parę tygodni temu i zarzuciłem, przygnieciony innymi książkami, ale już wtedy poczułem to drętwienie, charakterystyczne dla czegoś oryginalnego, czego nie do końca rozumiem, co mnie czasem irytuje, ale jedynie dlatego, że nie mogę od razu tego skonfrontować, dotknąć i powąchać. Wyruszyć z gromadą pasterzy należących do plemienia Fulanów, zostać zaakceptowanym przez Umaru i Fantę Diakajate, wejść do ich rodziny tak zupełnie i ostatecznie, uczestniczyć w tej wędrówce, to przecież wyzwanie, a przecież i marzenie.

Studio_20170617_175657_resized

Autorka opisuje swoją przygodę z Fulanami językiem, który robi wrażenie na wszystkich. Reporterka z doświadczeniem na wojnach, Bliskim Wschodzie, Azji, rodzinnej Rosji czy na Kaukazie, wypracowała język kompetentny, przekonywujący, poparty lekturami, historią, własnymi przeżyciami, a jednocześnie jest to język magiczny, mięsisty, romantyczny i obrazowy. To styl bardzo bogaty, nasycony ciepłem, i może dziwnie to zabrzmi, kobiecy – mężczyzna by tak nie napisał, dlatego książka ma liczne zwolenniczki wśród płci pięknej, która lubuje się w takich ciepłych i prostych historiach. Zresztą książka została wydana przez „Wydawnictwo kobiece”.

Zsynchronizować własne tempo z metrum udoskonalanym przez kolejne tysiąclecia” – to dewiza autorki, kiedy chce żyć życiem prostym, zanurzonym w tradycji islamu, życiem trudnym ale przecież fascynującym człowieka Zachodu, żyć i rozumieć a nie jedynie przypatrywać się niczym folklorystycznemu festynowi. Anna Badkhen wie dobrze jak wkomponować się w rzeczywistość, chłonie świat od wielu lat bo przecież: „dobrze znam te garnki. Przygotowane w nich posiłki jadłam na bombardowanych irakijskich pustyniach, na melancholijnych afgańskich pogórzach, w przemysłowych rzeźniach Czeczeni i w ziemiankach azerskich uchodźców.”

O sobie pisze „radziecka Żydówka z niedowagą”, z miasta, które zmieniło nazwę.  A przecież wyrzucając z głowy własne postanowienie niezagłębiania się zbytnio w czytelnicze regiony, w których nie byłem, chłonąłem zdania, które mówiły więcej niż klasyczne reportaże, opowieści o dalekich światach. Anna Ba – tak ją nazywali tubylcy – podawała mi wersję własnego życia, wplecioną w historię nomadów. I tu jest najciekawszy dla mnie wątek, choć ukryty, nieśmiało czasem eksponowany w gwałtownej wiwisekcji. Porzucona kochanka, rozczarowana własną traumą po rozstaniu, cierpiąca i nie potrafiąca zapomnieć, nawet wrzucona w afrykański kocioł zupełnie innych przeżyć, budząca się w nocy gdzieś w pustkowiu, pod gwiazdami, z bólem tęsknoty, z gniewem i bólem odtrąconej. Czy znacie to uczucie? – dosięgnie Was gdziekolwiek zechcecie uciec. Spodziewała się wyzwolenia  – tymczasem nabawiła się jedynie odcisków i podrażnionej od słońca skóry. „Chodzenie nie tamuje krwawienia, nie łagodzi cierpienia. Nie da się odejść od smutku, nagniotki nie sprawiają, że zapomina się o miłości”.

Dużo mądrych zdań, dużo poetyki, dużo namiętności w tej prozie, która opisując z etnograficzną ścisłością życie wędrowców i hodowców bydła, wiedzie nas przez mądrości oparte na własnym doświadczeniu. „Wędrówka to zawsze polowanie na skarby” – czyż to nie ładne zdanie? A może: „Lustro to druga matka człowieka. Jeśli gdzieś się wybierasz, matka mówi: czekaj, masz coś w kącikach ust. Kiedy matki nie ma używasz lustra”.

Refleksje o wojnie i jej pokazywaniu, przy okazji opisywania tej wojny, która uniemożliwia mi pojechanie w tamte rejony świata, to chleb codzienny reportera – czy jej opisywanie nie pomaga się jej rozplenić? Czy o wojnie lepiej milczeć?

Ale wszędzie jest miłość, wszędzie wyrasta przed Anną kochanek, i ta samotność, która ją dopada, kiedy wraca z praniem z nad rzeki. Bliskość, „tańczenie wokół bliskości” – wspomnienia, które ma każdy z życia z drugą osobą, a wreszcie rozczarowanie, kiedy się nagle zrozumie, że jak pisze Anna: „nasza miłość nigdy nie miała przed sobą przyszłości, nie miała szansy przerodzić się w długą trwałą więź, ponieważ pozwalaliśmy jej istnieć tylko w danej chwili, w chwili rozmowy telefonicznej, w chwili romantycznego spotkania. Nie dawało to miejsca na żadne plany, na jutro, na historię, na stertę prania.”

Mądra książka nie tylko o Fulanach.

Tu byłem czyli Tony Halik.

Dobrze pamiętam te niedzielne południa, kiedy telewizja emitowała program Halika i Dzikowskiej pt. „Pieprz i wanilia”. Przyznaję od razu, że nie byłem szczególnie zafascynowany występami sztywno siedzącej Elżbiety Dzikowskiej oraz nadpobudliwego Tony Halika. Prezentowane w programie filmy, a potem komentarze prowadzących, wzbudzały we mnie mieszane uczucia – nie potrafiłem skoncentrować się na tych opowieściach, odstręczał mnie trochę ten szalony styl Halika, poza tym ta niedzielna pora nie sprzyjała oglądaniu – czułem się zawsze niepewnie w tym lepkim marazmie tamtych czasów – a była to końcówka lat siedemdziesiątych; później całą dekadę spędziłem prawie bez telewizora.

14907819254965725-jpg-gallery.big-iext48710321

Biografia Halika, dla wielu jedynie szalonego podróżnika z telewizora, jest niezwykłą podróżą po losach człowieka żyjącego pełnią, o jakiej mogliśmy kiedyś pomarzyć. Dziś w świecie dostępnym dla każdego, w świecie łatwych podróży, tanich biletów i wolnego czasu, zorganizowanie sobie wyjazdu w najbardziej egzotyczne i wyśnione miejsce nie stanowi żadnego problemu. Halik jeździł, kiedy my siedzieliśmy za żelazną kurtyną, a przy okazji kręcił filmy, które postanowił nam pokazywać. A jednak Halik i „Pieprz i wanilia” to jedynie etap w życiu tego obywatela Argentyny i Polski, poligloty, korespondenta NBC oraz pisma Life, lotnika, żeglarza, partyzanta, dziennikarza, pisarza… Czy jest ktoś mogący pochwalić się tyloma przydomkami?

Czy hasło: „Byłem tu, Tony Halik” jest jedynie kpiną czy raczej wyrazem uznania? Kabaretowa postać, która przeniknęła do mojej świadomości, po przeczytaniu książki Mirosława Wlekły zmieniła się w herosa, czerpiącego z życia wszystko co najlepsze, w człowieka niezwykłej odwagi, nadpobudliwego gawędziarza, przeskakującego ze swadą kolejne etapy swojego życia  z piekielną nieustraszonością – epitety, nawet najbardziej wymyślne nie oddadzą nawet w części bogactwa przeżyć Halika.

Agora postarała się nie tylko o atrakcyjne wydanie tej książki, ale również umożliwiła autorowi ruszenie śladem Halika po świecie. A jak wiadomo, Haik był wszędzie – nie ma sensu wymieniać krajów, które zwiedził, choć chyba najbardziej kojarzy się nam w przebraniu Indianina z Amazonii i z pomalowaną twarzą. No i może jeszcze, jak na większości zdjęć, jako łysy facet z ciężką kamerą na ramieniu. Książka jest pomyślana w ten sposób, że kolejne rozdziały cofają nas w czasie i życie tego wagabundy poznajemy od tyłu. Niby autor miał w tym ukryty cel, choć nie jest on przekonujący – początkowe rozdziały rozczarowują, ale jak już to życie nabierze rozpędu, to nie możemy się oderwać od tego losu, naznaczonego ekscentrycznością i buchającą chęcią przeżywania świata jak najpełniej.

Jest tu trochę tajemnic, przemilczanych faktów z życiorysu, konfabulacji i przerysowań, demistykacji i sprostowań, ale po cóż o tym pisać w recenzji, po co rozdrapywać fakty, które dla niektórych szaleńców deprecjonują człowieka z racji życia w określonych uwarunkowaniach politycznych? Z książki bije podstawowa prawda o człowieku, który wiedział co chce robić w życiu, o człowieku, który nie miał wrogów, a wyciągnięte z lamusa jego słabości jedynie wzmacniają mój podziw dla niego, podobnie jak brutalne zarzuty Domasławskiego o Kapuścińskim, jedynie spotęgowały sympatię do dziennikarza.

Facet mieszał języki, popełniał gafy, konfabulował, a przecież wszyscy go uwielbiali. Historia jego małżeństwa z Pierrette, a potem pojawienie się Dzikowskiej, to jedyny jakby nie do końca opisany fragment biografii Halika – domyślam się, że zadziałała tu ingerencja Pani Elżbiety. Halik zakochał się i porzucił wierną towarzyszkę niesamowitych wojaży po Ameryce Południowej oraz w słynnej wyprawie z Ziemi Ognistej na Alaskę. Co się stało z Pierrette dowiadujemy się zdawkowo, a przecież tak oddana kobieta musiała przeżyć rozstanie z Halikiem boleśnie – może też stąd bierze się niechęć opowiadania reporterowi o ojcu przez jego jedynego syna Ozanę?

Żadna biografia nie będzie nigdy kompletna – fakty się zacierają, ludzie umierają, uczucia blakną. Zostajemy z tym wszystkim, co zdolny biograf potrafi zebrać i złożyć w jedną całość. Z dobrej biografii prześwitywać zawsze będzie poświata człowieka, którego życie poznajemy. Sterta informacji odpowiednio przyrządzona wyświetli nam obraz jedynego w swoim rodzaju uczucia, którym chcemy obdarzyć opisywaną postać.  W moim przypadku Tony Halik wyrósł po przeczytaniu „Tu byłem” na kogoś szczególnie wartego poznania – wyrósł na prawdziwego bohatera.

Książka Tu byłem. Tony Halik do nabycia w Taniej Książce

TK_male

Podróżnicy, którzy odkrywali świat

Znalazłem w Internecie zestawienie dziesięciu największych, polskich podróżników, i o ile nie dziwi mnie tam obecność Arkadego Fiedlera lub Tony Halika, to umieszczenie w spisie tak medialnych postaci jak Cejrowski czy Pawlikowska wydaje się troszkę dziwne. W tej przypadkowej dziesiątce nie ma niestety postaci legendarnie wybitnych,  osób, które zapisały się w historii, podróżników z prawdziwego zdarzenia. Być może zbyt mały okres czasu dzieli nas od dokonań tych współczesnych, być może następne pokolenia zaliczą Jacka Pałkiewicza do grona wielkich odkrywców – ja jednak wolę tych z przeszłości, owianych już mgiełką czynów, o których mówi się i pisze od wielu lat.

Książka Marii i Przemysława PilichówWielcy polscy podróżnicy, którzy odkrywali świat” to druga w tym roku pozycja opisująca dokonania naszych rodaków, w penetrowaniu egzotycznych obszarów naszego globu. Wcześniej pisałem tutaj o książce Joanny Łenyk-Barszcz oraz Przemysława Barszcza pt. „Poza horyzont. Polscy podróżnicy”, gdzie również w chronologiczny sposób opisane są losy Polaków, którzy zapisali karty w podręcznikach geografii.

20160904_140919_resized

Książka, którą obecnie wydaje Muza, ma podtytuł „33 polarników, antropologów, badaczy Syberii, naukowców …” i jest znacznie obszerniejszym kompendium wiedzy o tych ludziach. O ile książka Barszczów była niejako zabawą w fabularyzowanie losów odkrywców, co niekiedy drażniło narzucającą się wizją ich przygód, to w tym przypadku mamy rzetelnie opisane dzieje, przypominające rozszerzone biogramy takich gigantów, jak obecni też u poprzedników Benedykt Polak, Krzysztof Arciszewski czy Maurycy Beniowski.

Autorzy, którzy zawodowo zajmują się turystyką, pracując jako przewodnicy i piloci wycieczek, zadbali o wzbogacenie swojej książki o zdjęcia, których czerń i biel nadaje tekstom powagi i podręcznikowego sznytu. To ma być pozycja nie tylko dla pasjonatów podróżowania, ale może służyć też jako podręcznik dla żądnego wiedzy studenta. Oprócz tych największych postaci, takich jak: Paweł Edmund Strzelecki, Jan Czerski, Mariusz Zaruski, Benedykt Dybowski, znajdziemy również opisy zmagań Czesława Centkiewicza, Włodzimierza Puchalskiego, Stanisława Siedleckiego czy zamykającego książkę Ryszarda Wiktora Schramma. Jednak moim osobistym wyborem, jest los, kiedyś zupełnie zapomnianego, a dziś na szczęście przywróconego naszej pamięci, Kazimierza Nowaka. Przewędrował w latach 1931 -36 całą Afrykę, z północy na południe,  a potem inną trasą przebył drogę powrotną. Nowak jechał na rowerze, a czytanie o jego losach, to brnięcie przez piaski i bezdroża, oraz podziwianie samozaparcia i niezłomnej woli dokonania czegoś wielkiego.

A czy my, amatorzy prostych i samolotowych wycieczek, bo przecież nie wypraw w nieznane, wiemy kim byli Konstanty Jelski czy Hieronim Stebnicki? Ciekawostką jest fakt przytoczony we wstępie do książki, że znakomita większość opisywanych tutaj podróżników pochodziła z Kresów Wschodnich. Przeglądając kierunki ich wypraw można zauważyć, że większość z nich wędrowała na Syberię lub w Kaukaz, a to dlatego, że byli to głównie zesłańcy lub polscy żołnierze wcieleni do rosyjskiego wojska.

Podróżnikiem jest ktoś, kto wyjeżdżając nie wie kiedy wróci i czy kiedykolwiek wróci. W obecnym świecie podróże stały się jednym z wielu hobby, przyjemnością ubezpieczoną na wszelakie sposoby – tym bardziej powinniśmy doceniać wyczyny naszych rodaków, dla których wyjazd był często podróżą w nieznane i niebezpieczną koniecznością. Książka o wielkich, polskich podróżnikach, to przykład upomnienia się o wyczyny tych ludzi i nie warto nawet silić się na porównywanie ich losów z komercyjnymi wyprawami dzisiejszych celebrytów.

Polscy podróżnicy.

W okresie wakacyjnym spada na mnie szereg książek o podróżach, jakby starając się przekonać, że nie Kafka, z tym zielonym tomem wszystkich zebranych opowiadań, nie Max Frisch, w wielkim tomie zachwalanego Dziennika, ale właśnie opisy peregrynacji rodaków to lektura na gorący lipiec. W przypadku grubego tomu wydanego przez Frondę pod szumnym tytułem: „Poza horyzont. Polscy podróżnicy” pary autorskiej: Joanny Łenyk-Barszcz oraz Przemysława Barszcza, dostajemy coś, co jest przemieszaniem życiorysów, książki przygodowo-awanturniczej z fabularyzowaną historią.

Zaczynamy chronologicznie od pradziejów, bo poznajemy historię Świętosławy „Sigrid”, córki Mieszka, oddanej władcy wikingów Erykowi, w celu obrony przed siłą państwa duńskiego. Po śmierci Eryka wydaje się za władcę Dani, zostawiając na tronie Szwecji syna. Autorzy barwnie kreślą losy córki Mieszka i Dobrawy, opisując jej starcie z mężem jako bunt dumnej kobiety i upartego króla. Świętosława postanawia wrócić do Gniezna do brata Bolesława. Dalej dostajemy opisy losów matki trzech królów: Szwecji, Dani i Anglii, rzecz jasna w takiej wersji mocno przygodowej, doskonałej dla fascynujących się historią młodzieńców. Bo to książka wybitnie dla nastolatków, rozbudzająca pragnienia przeżycia czegoś wymagającego odwagi, czegoś tak ekscytującego jak podróż w nieznane.

Jak wspomniałem to gruby tom, bogato ilustrowany, a kolejne rozdziały mówią o poszukiwaniu korzeni średniowiecznego rycerza Jaksy Gryfita – to opowieść jakby przeniesiona z „Sherlocka”. A dalej: kim są strażnicy Grobu Bożego, gdzie jest zamek w Miechowie i jaką rolę w tej historii odgrywają krakowskie norbetanki? Poznajemy losy tajnego wysłannika papieskiego, Benedykta Polaka, który w dramatycznych okolicznościach dotarł do Mongolii – na długo przed wyprawą Marco Polo. A Żyd z Poznania – Kasper – człowiek dwóch kontynentów, szpieg indyjskiego sułtana, chrześniak Vasco Da Gamy i odkrywca Brazylii. Śledzimy podróż jezuity Michała Boyma przebiegającą przez 4 kontynenty i 3 oceany. Szczególnie interesowali go Kafrowie, a celem było Makau w Chinach.

Krzysztof Arciszewski, najwybitniejszy artylerzysta swej epoki, admirał i zdobywca Pernambuco, jako pierwszy Polak badał zaginione plemiona indiańskie. Być może był pierwszym nurkiem na świecie, który w stroju własnego pomysłu kilka godzin spędził pod wodą. Znany z nazwiska i słynnego poematu dygresyjnego Słowackiego Maurycy Beniowski, zjednoczył pod swoim berłem wszystkie plemiona Madagaskaru. Chcąc przejąć jego pamiętnik, opisujący Północny Pacyfik, szpiedzy wielkich mocarstw dopuszczali się morderstw i podpaleń. A łowca orchidei – Józef Warszewicz – odkrył nieznane w Europie gatunki i rodzaje roślin.

Na koniec polski przyrodnik Benedykt Dybowski, który z głębokim żalem rozstawał się z Syberią, na którą został zesłany. Książkę zamyka  podróż dookoła świata, na którą  wyruszył jeden z najwybitniejszych polskich akwarelistów – Julian Fałat. Czytamy z wypiekami o tych losach, a na koniec historii o Fałacie, zupełnie już współczesna afera z odzyskaniem dwóch jego obrazów, wystawionych na aukcji w USA.

Ten tom ciężko zabrać w podróż, ale spokojnie można wrzucić do walizki nastolatka, której przecież nie będzie nosił, zanim rzecz jasna nie sprawi sobie prawdziwie profesjonalnego plecaka.