Kryminały Krzysztofa Bochusa.

Przyznam się, że pierwsza propozycja przeczytania kryminału Krzysztofa Bochusa, nie wywołała we mnie entuzjazmu. „Czarny manuskrypt” wydał mi się kolejną odsłoną heroicznych prób początkujących autorów, ażeby zaistnieć na rynku wydawniczym z kryminałem retro i pójść śladem sławy Marka Krajewskiego czy Marcina Wrońskiego. Tymczasem we wrześniu dostałem do ręki od razu dwa tomy przygód jasnowłosego policjanta i postanowiłem spróbować jak to smakuje. Na marginesie, wspominając tu Krajewskiego, protoplastę na naszym rynku sensacyjnych powieści retro, przychodzi mi do głowy konstatacja, że gdyby dziś pojawiła się książka Krajewskiego – debiutanta, zginęłaby w zalewie kryminałów, być może jedynie odnotowana, opisana przez niszowego blogera, szybko zapomniana i z pewnością sprzedana w o wiele mniejszej ilości niż najnowszy „Mock”.

Na pierwszy ogień wziąłem „Czarny manuskrypt” i z miejsca się zakochałem w stylu Bochusa: przejrzystym i umiejętnie prowadzącym czytelnika przez kolejne sceny, jakby autor dawno już zjadł zęby na opisach przygód morderców i ich ofiar. To jest podstawowa cecha dobrego kryminału, żeby nie zamącać umysłu zbędnymi opisami przyrody czy zainteresowań bohaterów, tylko jak u Chandlera, w prostych zdaniach wyjaśniać kolejność zdarzeń.

20171020_181634_resized

Bohater rysowany jest powoli, właściwie w pierwszej części jego przygód, nie dowiemy się zbyt wiele o jego życiu, podobnie jest z „Martwym błękitem”, gdzie kilka rzeczy się wyjaśni, ale autor zostawia sobie dużo przestrzeni na później, jakby odkrywanie przeszłości radcy kryminalnego Christiana Abella, przyciągać nas miało do kolejnych tomów.

A więc Abell: ma dosyć zalet, żeby z miejsca go polubić, zwłaszcza umiłowanie do porannych, zimnych pryszniców oraz pięknych kobiet. Jest wysokim blondynem, co zapewne przyda mu się w kolejnych latach, ponieważ spotykamy go po raz pierwszy w latach trzydziestych, kiedy to wygląd zaczął mieć szczególne znaczenie w ówczesnej Rzeszy niemieckiej.

Abell wraca do rodzinnego Kwidzyna, zesłany tam za jakieś grzechy, z ukochanego Gdańska, wspomina dawną miłość i nie wiadomo dlaczego, odrzuca ją po raz drugi. W opisach związków damsko-męskich Bochus jest wyjątkowo dosadny, zwłaszcza polecam scenę z atrakcyjną panią naczelnikową. Kobiety u autora „Martwego błękitu” zawsze wydają się nieprzeciętne, zawsze tajemnicze, czasem owiane jakąś perwersyjną woalką namiętności, a czasem zimne i mściwe. Jak w życiu.

W „Martwym błękicie” mamy tajemnicze śmierci w żydowskiej rodzinie, Kabałę, dzieła sztuki i niezdrową atmosferę faszystowskich harców. Dużo dowiemy się o żydowskiej religii i samym radcy kryminalnym, któremu towarzyszy wierny Kukulka.

Czarny manuskrypt” to seria śmierci młodych księży, a tropy wiodą Abella do krzyżackiego zamku w Malborku. Tutaj dowiemy się dużo o zakonie krzyżackim, bo przecież książki Bochusa to także doskonała skarbnica wiedzy, ale podanej bez zbędnych zawiłości, raczej dla podkreślenia atrakcyjności akcji, niż dla wykazania własnej erudycji autora.

Krzysztof Bochus wydał dwie książki w ciągu roku, więc aż boję się co czeka nas w najbliższych latach. Przykład Remigiusza Mroza pokazuje, że można zaszaleć w sposób niekontrolowany, ale patrząc na zdjęcie naszego autora, widzę jakieś podobieństwo do Andrzeja Stasiuka, więc jest nadzieja, że Pan Krzysztof z uwagą podejdzie do swojej twórczości, raczej przepijając sławę w gdańskich restauracjach, niż skupiając nad kolejną powieścią, czego mu serdecznie życzę, w oczekiwaniu na przygody jasnowłosego Christiana.

Za co kochamy Rocco Schiavone.

Druga przygoda z wicekwestorem Rocco Schiavone, przynosi tyle samo perwersyjnej radości, co wydana na początku roku „Czarna trasa”. Wicekwestor to nazwa stanowiska, którą nie każdy jest w stanie zapamiętać, poza tym brzmi dziwnie obco i sztucznie, dlatego większość rozmówców Schiavone nazywa go komisarzem, co wywołuje w nim umiarkowaną irytację, jakby zgadzał się z tym, że nazwanie go wicekwestorem jest wymysłem jakiegoś idioty z biurokracji rządowej.

A więc Rocco dalej siedzi w Aoście –  jakby ktoś nie wiedział gdzie to jest, to wystarczy spojrzeć na włoskiego buta – w lewym, górnym rogu jest mały region nazwany Doliną Aosty z 35 tysiącami mieszkańców i oczywiście z turystami, którzy zjeżdżają tam na nartach.  Jak już wiemy z pierwszej części o wicekwestorze, został on tam zesłany za karę. W „Żebrze Adama” dowiemy się już dlaczego tak się stało, a także nie musimy już fantazjować na temat jego żony Mariny, którą pochował na cmentarzu w Rzymie, ale z którą wciąż rozmawia. To nie jest ta część jego historii, w której poznamy przyczynę śmierci Mariny, ale domyślamy się, że Rocco zawinił i wyrzuty sumienia są gorsze niż spotkani na cmentarzu rodzice żony.

Zebro_Adama_okladka

Książka zaczyna się odnalezieniem zwłok, co nikogo nie dziwi, bo przecież to kryminał. Zdania pisane przez Manziniego nie wymagają większego skupiania się nad ich znaczeniem – to prosta opowieść, w żołnierskich dialogach skrzących się ironią i finezją, Rocco podsumowuje rzeczywistość. A więc trup wisi na żyrandolu, a ponieważ jest kobietą, to analizując dzisiejszą rzeczywistość, od razu domyślamy się wraz z wicekwestorem, że niekoniecznie powiesiła się sama, i że jakiś facet musiał maczać w tym palce.  No a kto nienawidzi kobiety  tak intensywnie, że jedynym rozwiązaniem jest morderstwo?

Tylko że nie byłoby zabawy, gdyby rozwiązanie podsuwało nam się samo, niczym miseczka z rybą w restauracji sushi. Skromna liczbą bohaterów, uczestnicząca wraz z Rocco w wydarzeniach, pozwala wyznaczyć mordercę, ale to niekoniecznie jest sednem tego kryminału. Manzini pokazuje nam problem, o którym ostatnio głośno, czyli prześladowanie i dręczenie kobiet, ich bezradność, uległość i obojętność prawa wobec sprawców, milczenie i przyzwolenie na sadyzm, molestowanie i obłudę, wynikającą z jakichś wartości, które niektórzy uważają za tradycyjne.

Kiedy białoruska sprzątaczka odnajdzie zwłoki, wplątamy się rodzinną aferę emigrancką, ze złodziejami, którzy mają wyjątkowego pecha, z paserem, który daje się podejść jak szczeniak – te poboczne wątki mają nas lekko zwieść, ale przecież nie byłoby zabawy, gdyby Rocco rozwiązał zagadkę w pierwszym dniu, dlatego kolejne rozdziały noszą nazwę dni tygodnia: zaczynamy w piątek, a już w czwartek wszystko się wyjaśni. Rocco ma doceniających go szefów, więc może sobie pozwalać na wiele, włącznie z wymierzaniem sprawiedliwości na własny rachunek – w tym celu musi nawet odwiedzić Rzym i oddać kilka strzałów z pistoletu. Oczywiście w obronie kobiet, w obronie ich godności i zdrowia. Są mężczyźni, którzy nie biją kobiet, a widok krzywdzonej i gwałconej dziewczyny, doprowadza ich do furii – takim jest Rocco, takimi jest większość z nas.

Czytanie Manziniego to duża przyjemność, zwłaszcza że można go czytać przy głośno włączonej muzyce i nie pogubimy się w rozpoznawaniu postaci, nie pomylą się nam nazwiska, nie stracimy wątku, wszystko zostanie nam podane na tacy. Włoskie opowieści kryminalne mają swój wdzięk, co można sprawdzić oglądając np. serial „Suburra”, o włoskiej mafii.

Rocco stracił swój Rzym, nie stracił żyjących tam przyjaciół, z którymi stąpa niekoniecznie po ścieżce prawa, ale na pewno po drodze wiodącej ku sprawiedliwości. Bo Rocco jest tak naprawdę strażnikiem, snobistycznym i bezczelnym, ale w gruncie rzeczy lubiącym swój zawód i karanie głupich przestępców. Za to Manzini jest dobrym czeladnikiem, który raczy nas błyskotliwymi dialogami, prostymi zdaniami o płatkach śniegu i nostalgii, która jest identyczna u wszystkich mężczyzn, którzy stracili swoją ukochaną, albo są na dobrej drodze, żeby ją na zawsze utracić.

Pogromca grzeszników

Tomy trylogii Grzegorza Kalinowskiego efektownie prezentują się na półce, a tymczasem autor przygotował dla nas kolejną wyprawę w przeszłość. „Pogromca grzeszników” to pełnokrwisty kryminał, umiejscowiony oczywiście w przedwojennej Warszawie. Można go potraktować jako spin-offa do „Śmierci frajerom”, gdzie wyodrębniono przygody postaci drugoplanowych z trylogii, na plan pierwszy wynosząc aspiranta Kornela Strasburgera, usuwając w cień Heńka Wcisło.

Studio_20171015_105748_resized

Pracując nad „Śmierć frajerom” Kalinowski natknął się na słynną kiedyś sprawę pogromu na Żydach, potocznie zwaną alfons-pogromem. W 1905 roku bardzo silną pozycję w środowiskach żydowskich uzyskali sutenerzy. Na prostytucji bogacono się także w ten sposób, że wysyłano do Argentyny kobiety z Polski, a zajmowała się tym specjalnie powołana organizacja Cwi Migdal. Do dzisiaj w Buenos Aires słowo Polka, oznacza dziwkę. Sutenerzy współpracowali z carską policją i to oburzało przede wszystkim socjalistyczny Bund, więc pewnego dnia wybuchły zamieszki. Przez kilka dni demolowano burdele i mordowano prostytutki. Rosjanie wkroczyli dopiero wówczas, kiedy zrozumieli, że to sami Żydzi mordują się między sobą i że w ten sposób tracą informatorów rozlokowanych głównie wśród prostytutek

Grzegorz Kalinowski to człowiek orkiestra: nauczyciel historii, komentator sportowy, krytyk rockowy – zafascynowany Warszawą. W swoich książkach oddaje też hołd innym pisarzom, podobnie jak on rozkochanym w  swoich rodzinnych miastach: Markowi Krajewskiemu czy Marcinowi Wrońskiemu. W „Pogromcy grzeszników” mamy obok Strasburgera początkującego reportera Edwarda Gieza. Akcja toczy się 25 lat po masakrach na prostytutkach, Zamordowano ekskluzywną dziwkę: Gołdę Ejzenberg o pseudonimie Madame Gala. Podejrzanym jest słynny zapaśnik Goliat, teraz żydowski rzezimieszek. Pojawiają się oczywiście kolejne trupy, spod czerwonej latarni rzecz jasna.

„Grzegorz Kalinowski w „Pogromcy grzeszników” opisuje środowisko stołecznych policjantów i dziennikarzy oraz tworzy mapę przestępczego podziemia. Śledztwo toczy się przede wszystkim w dzielnicy żydowskiej oraz w szynkach i spelunkach warszawskiego Powiśla, Woli i Śródmieścia. Bohaterowie powieści zaglądają także do modnych lokali, w tym do słynnych kawiarni Lourse’a i Lardellego oraz do kabaretu Qui Pro Quo, w którym śpiewa szkolny kolega aspiranta Strasburgera, Mietek Fogiel (Mieczysław Fogg). W powieści pojawia się także postać legendarnego czempiona zapasów, Władysława Pytlasińskiego, który po zakończeniu kariery na macie wstąpił do policji i w randze komisarza szkolił funkcjonariuszy w walce wręcz. Grzegorz Kalinowski serwuje solidną dawkę adrenaliny i nieprzewidywalne zwroty akcji, a zaskakujący finał sprawi, że czytelnicy nie będą mogli się doczekać kolejnego dochodzenia, które poprowadzi dowcipny i ceniony przez swoich kolegów, ale niezbyt lubiany przez swych przełożonych policjant, Kornel Strasburger”

To powieść dla rozsmakowanych w dziejach stolicy Warszawiaków, ale nie tylko. Każdy kto lubi bogatą w treść, przesyconą folklorem miejskim, szczegółowo opisaną pracę, zarówno ówczesnego policjanta jak i dziennikarza brukowca, znajdzie coś dla siebie. Z  dużą dozą ironii ale i sympatii Kalinowski opisuje świat zaginiony, który zafascynował go na tyle, że spodziewajmy się kolejnych książek o przedwojennej Warszawie. A tymczasem „Pogromca grzeszników” od 25 października na półkach w księgarniach.

Ludzkie zoo.

Tradycyjnie w drugiej połowie roku, Marek Krajewski wydaje swój kryminał, którego nie można przeoczyć, nie można zignorować, bo jest jak nałóg papierosowy, nawracający i uciążliwy, bo choć chcielibyśmy rzucić, to jednak czy warto?

„Ludzkie  zoo” to ósma książka o Eberhardzie Mocku, a osiemnaście lat minęło od wydania „Śmierci w Breslau” –  wydaje się, że jeszcze tak niedawno widziałem Pana Marka, jak był atrakcją na uroczystości  związanej z inwestycją deweloperską, a tu już moja półka ugina się od przygód Popielskiego (tomów siedem) i Mocka (tomów osiem). Przewaga Mocka cieszy mnie podobnie jak awans naszych piłkarzy na mistrzostwa świata, ale niech te radości nie przysłonią mankamentów. Świat idealny nie istnieje, podobnie jak nie można stworzyć czegoś porównywalnego do klasy kryminałów Chandlera albo Simenona, które są jak wzór z Sevres pod Paryżem. Marek Krajewski próbuje i powiedzmy sobie szczerze, coraz lepiej mu idzie.

Najnowsza książka tego miłośnika Seneki i Marka Aureliusza, zabiera nas do Breslau roku 1914, gdzie trzydziestojednoletni Eberhard odbywa szkolenie wywiadowcze, a jednocześnie zastanawia się, czy związać się silniejszy węzłem z młodziutką sprzedawczynią ze sklepu z jedwabiami, słyszącą w nocy jakieś jęki, które tylko jej spać nie dają, w odróżnieniu od głuchej matki, której nic w nocy nie przeszkadza.

9788324049684

Spotykamy więc Mocka, w tym przepięknie napisanym początku historii, jak udaje się niespiesznie w odwiedziny do swojej Marii, po drodze wspominając wcześniejsze fascynacje erotyczne, a to uroczą fryzjereczkę, a to perwersyjną Charlottę Bloch von Bekessy. Wstępuje do kwiaciarni, od ślepego Żyda kupuje jabłka i postanawia się oświadczyć, bo nagle wydaje mu się, że życie to nie tylko przyjemności, ale i decyzje, które silny mężczyzna powinien umieć podejmować. Jak wiadomo z kolejnych lat życia Mocka, które poznawaliśmy mało chronologicznie, nic z tych deklaracji filozoficznych Mockowi nie wyszło.

Marek Krajewski potrafi w wyrafinowany sposób, prostymi zdaniami, bez zbędnych fajerwerków, wrzucić nas w klimat przedwojennego Wrocławia, a do tego opisując Mocka, ma jakąś lubieżną przyjemność, w epatowaniu nas jego zaletami i przywarami; a to rozpisuje się o jego butach, które muszą być najlepszego sortu, ale zazwyczaj uświnią się i ubłocą w trakcie przeróżnych eskapad, bijatyk czy upokorzeń, których Krajewski nie szczędzi swojemu Mockowi, a to z kolei dostajemy wykład o tym, co przychodzi policjantowi zjeść w podejrzanych szynkach i barach, gdzie zamiast niesmacznych potraw, serwuje się gorące serdelki o przyjemnie trzeszczącej skórce oraz sałatki ziemniaczane, dobrze doprawione octem.

Hedonista Mock wzbudza w nas zazdrość, bo tęsknimy do jego wyrafinowania i łapczywości nie tylko na dziwki, ale i na jedzenie i picie. W „Ludzkim zoo” przygody Mocka i jego determinacja w złapaniu organizatorów sprowadzania do Breslau mieszkańców Afryki, śledzimy z wypiekami na twarzy – akcja jest wciągająca, a Mock wystarczająco naiwny. Nie obejdzie się bez trupów, a i matka pięknej narzeczonej zginie śmiercią tragiczną. Mnożenie przeróżnych dewiacji i perwersji nie jest niczym nowym w książkach doktora nauk humanistycznych i filologa klasycznego – po to właśnie kupujemy te kryminały, żeby zaczerpnąć trochę tego zatęchłego powietrza, gdzie obrzydzenie miesza się z fascynacją, jak podczas obserwowania sekcji zwłok.

Jak zwykle Mock ma godnego przeciwnika, ale i równie oddanego sojusznika, wszystko sprawnie się toczy, aż do momentu, kiedy Mocka wysyłają do Afryki. Jak sam Pan Marek przyznał, nigdy tam nie był, a  o przedwojennej Afryce mógł jedynie poczytać. Przygody Mocka w południowej Nigerii czytałem nieuważnie, bo i prześlizgujemy się tam jedynie nad afrykańską rzeczywistością, gdzie tylko robactwo i pot. Ściganie się ze śmiercią, chorobami, pasożytami i owadami wypada blado, jeśli porównamy to do mrocznego Wrocławia, w którym to mieście Krajewski czuje się jak ryba w wodzie lub Krychowiak w West Bromwich Albion.

„Ludzkie zoo”, z jeszcze młodym, ale już w pełni ukształtowanym Mockiem, to jeden z lepszych kryminałów Marka Krajewskiego. Mock współczuje czarnoskórym, sprowadzanym do Europy w celach erotycznych, naukowych czy wystawowych, wzrusza go mała, afrykańska dziewczynka bardziej nawet, niż własna, nieszczęśliwa narzeczona. Ludzkie uczucia Mocka wiodą go w otchłanie piekielne, ale my i tak wiemy, że Mock przetrwa, że nauczy się czegoś, że nawiąże przyjaźnie ale i podpadnie przełożonym.

Nie da się nie lubić Mocka, bo choć jest hedonistą, to jednak nie można mu zarzucić niesprawiedliwości, rasizmu ani antysemityzmu; nie można też nie lubić Marka Krajewskiego, który z systematycznością, podobną do wykonującego rzuty karne Lewandowskiego, każdego roku, po trzy godziny trzydzieści minut dziennie, przez trzy miesiące w roku, pisze swoje powieści.  I oby tak dalej…

Nowość: „Ludzkie zoo do kupienia w Taniej Książce.

TK_male

Horst i zaginione kobiety.

„Felicja zaginęła” to kolejny tom Horsta, w którym dobrze już nam znany komisarz William Wisting musi zmierzyć się z zagadką kryminalną. Opisywałem już tutaj tak dużo przygód komisarza, że tym razem skupię się głównie na niuansach, które przychodziły mi do głowy podczas czytania, chronologicznie  drugiego tomu cyklu, wydanego u nas jako ósmy.

Zaginione kobiety odnajdują się zazwyczaj  po jednym lub dwóch dniach, najczęściej u nowego kochanka lub u bliskiej przyjaciółki. Te, których tam nie znaleziono, postanawiały się zabić, a decyzje o tym podejmowały na długo przed zniknięciem.  Zaginięcia kobiet nie robią na policji większego wrażenia – zazwyczaj w ich poszukiwania wkłada się tyle samo pracy, co w tropienie ukradzionych rowerów.

horst

Nils Hammer jest śledczym, który bezpośredniością próbuje artykułować swój szowinizm, w czym pomaga mu wkładanie do ust snusu, dosyć obrzydliwego zwyczaju, spotykanego właściwie jedynie u Norwegów, powodującego śmierdzący oddech i gnicie zębów oraz dziąseł. Ten właśnie Nils zawiadamia komisarza, tropiącego tajemnicze kręgi na polu golfowym, o znalezieniu zwłok, które ktoś ukrył w metalowej szafce ubraniowej bhp i przed laty zakopał głęboko. Jednocześnie ginie młoda kobieta, która okazuje się córką tej wykopanej.

Wisting i cała policja norweska, mają przed sobą kilkoro ewentualnych sprawców -  ta społeczność jest mikroskopijna, a wśród nich ukrywa się zabójca, zapewne obu kobiet. Wystarczy wsadzić wszystkich do paki i zastosować metody znane z serialu „Pitbull”, ale w tym konserwatywnym społeczeństwie nic nie jest tak łatwe, jak w naszym pszenno-buraczanym rewirze. Dlatego Wisting łazi od jednego podejrzanego do drugiego i próbuje coś wskórać, ale większość z przesłuchiwanych kłamie, kręci albo się boi. Syzyfowa praca, choć komisarz myśli błyskotliwie, domyśla się wielu rzeczy, powiedziałbym, że on myśli szybciej niż my rozumiemy, o co w tym wszystkim chodzi, ponieważ na koniec akcja nam się zagęszcza.

Przy okazji Horst stosuje trochę metod świętej pamięci Henninga Mankella, który serwując nam przygody Kurta Wallandera, śledczego z szwedzkiego Ystad, niejako przy okazji dawał nam szczegóły z osobistego życia bohatera, czyniąc z kryminału, a właściwie z całego cyklu, sagę rodzinną, być może nie na miarę powieści Anne B. Ragde, opisującą błyskotliwie rodzinę Neshov, ale zawsze uczłowieczając komisarza i jego otoczenie. Komisarz jak w tomie pierwszym, prezentuje nam swoją ekscytację, kiedy dowiaduje się, że ma przed sobą morderczą zagadkę do rozwiązania – taki perwersyjny skurcz w brzuchu, dzięki któremu lubi swoją robotę.

Do tego Norwegowie piją ohydną kawę z automatu, jakby nie mogli sobie robić porządnej sami, narzekają na zimno w pomieszczeniach, choć mamy czerwiec, a kłopoty z temperaturą są motywem przewodnim książki. Kolejne zapożyczenie od Mankella to rozładowujący się telefon komórkowy, dzięki czemu zazwyczaj morderca ma okazję lekko przeczołgać policjanta – tutaj udaje się uratować skórę dzielnego Wistinga, dzięki jakiemuś dziwnemu zbiegowi okoliczności – jak zwykle finały nie są mocną stroną Skandynawów.

Na koniec Horst raczy nas przysłowiami, typu: „jaka matka taka córka” lub „wina ojca przechodzi na syna” – przypominając sobie te cytaty zakończyłby śledztwo po stu stronach. Na szczęście czytamy porządną powieść kryminalną z wątkami obyczajowymi, a martwa już w naszej świadomości żona Wistinga, planować może swoją afrykańską przygodę.

Czytanie Horsta to fizyczna przyjemność nie tylko ze względu na duże litery, krótkie rozdziały i sympatia, którą czujemy do bohatera. To literatura wakacyjna, łatwa i przyjemna, pomimo zbrodni i okrucieństwa czającego się wśród bogatych Norwegów. A kobiety nadal giną, gwałcone i zakopywane po lasach – jak podaje autor w 2005 roku w Norwegii było 1171 osób zaginionych, a skrupulatny wydawca uściśla, że w 2017, który się jeszcze przecież nie zakończył, było ich już 1327.

„Wiara”, nadzieja i jeszcze nie miłość Kańtoch.

Kiedyś już pisałem o Kańtoch i był to tekst przepełniony sympatią, bardziej może do jej osobowości, przewidywalnej skromności, może urody a może trochę do talentu, choć operował on w sferach powieści fantasy, przeze mnie o ile nie pogardzanych, to prędzej ignorowanych.

Aż tu nagle wyskoczyła „Łaska a po niej zaraz „Wiara”. Nieufnie reagowałem, ale nazwisko Kańtoch, zarażone wcześniejszą sympatią, pozwalało sądzić, że może kryminalna przygoda czarnowłosej Anny nie będzie kompromitacją. Postanowiłem przeczekać „Łaskę”, o której pisano dobrze, ale to dla mnie za mało, więc kiedy i o „Wierze” zrobiło się głośno, a autorka trafiła do tego snobistycznego klubu bondowsko-czubajowego, gdzie i Wroński, i Ćwirlej, i choć nie snuła się z nimi po nocnym Wrocławiu, w dniach nagrody Wielkiego Kalibru, której zresztą nie dostała, to jednak została nobilitowana, dostrzeżona, wypchnięta na salony kryminalnych opowiadaczy.

Wydawnictwo Czarne zrobiło mi niespodziankę, z której się ucieszyłem, ponieważ decyzja żeby „zaliczyć” „Wiarę” ugruntowała się we mnie tak silnie, jak strach przed naładowanymi bateriami u Chucka McGilla.

Studio_20170715_135958_resized

Czytanie tego kryminału to podróż nierówna ale wciągająca – znacie ten stan, kiedy pomimo zmęczenia przygodami bohaterów, odkładamy książkę na później, ale wciąż jesteśmy naładowani oczekiwaniem na ciąg dalszy? To samopoczucie przywiązania do bohaterów jest najlepszym wskaźnikiem, czy książka ma dla nas jakiekolwiek znaczenie – w tym przypadku zmagania kapitana Witczaka, niepokoje księdza Marczewskiego i rozterki Hanki Gierasówny, przykuły do lektury skuteczniej niż biografia Prusa.

Zamordowane dziewczyny wzięły się pozornie znikąd. Pamiętajmy, że lądujemy w latach osiemdziesiątych, w zapadłej miejscowości wypoczynkowej o zmyślonej nazwie Rokitnica, ale mniej więcej wiemy gdzie jesteśmy, bo pozostałe otoczenie nam się zgadza, a więc Beskid Żywiecki, zalane w latach pięćdziesiątych wioski, atmosfera siermiężnego wypoczynku i przeniesiona z innego świata budowa elektrowni atomowej.

U Kańtoch pomimo sielskości gorącego lata, narasta poczucie zagrożenia, niczym w „Lśnieniu” Kubricka. Strach ma podłoże w nieznanym, w tajemnicy, która odsyła nas do odległego w czasie makabrycznego morderstwa, którego mrocznym odpryskiem jest los niewinnych dzieci. Autorka postanawia wszystko zagmatwać, czasem trudno się połapać, który wątek da nam rozwiązanie zagadki. Przyznaję się, że postawiłem na niewłaściwego „konia” typując mordercę. Roiły mi się jakieś sekty, przymierzałem się do winy Kościoła, (jakże modna ścieżka rozumowania), ale kiedy w końcu prawda wyszła na jaw, zrozumiałem, że Kańtoch poszła w system zakładający, że mordercą jest osoba najmniej podejrzewana.

Podoba mi się u Kańtoch to nie silenie się na łatwiznę, założenie, że Hanka jest brzydka, „chuda jak wykrzyknik”, ma podłużną twarz i fatalne zęby, że Witczak w życiu nie będzie z nią flirtował, co mogłoby się wydarzyć u pospolitego literata, i że Witczak jest taki nijaki, ze śmierdzącym papierosami oddechem i tajemnicą rodzinną, każącą mu czytać w wolnych chwilach Pana Samochodzika.

Anna Kańtoch nie krzywdzi Kościoła – jej ksiądz jest podejrzanym, któremu nikt nie wierzy, że mógłby zabić, a jego młody pomocnik grzeszy z głupoty. Każda z postaci obciążona jest przypadłościami, które czynią z nich bohaterów z „krwi i kości”, a ponieważ narracja odbywa się z pozycji poszczególnych osób, możemy zagłębić się w ich myślach i uczuciach. Do tego otrzymujemy duszną atmosferę małomiasteczkowych tajemnic, o których wszyscy wiedzą, ale nikt nie będzie o nich opowiadał, trwogę, którą potęguje przyroda: te chaszcze, nasypy kolejowe, jakieś krzyże od lat zapomniane, ciemny las, jezioro, które na ostatnich stronach przekręci wszystko o 180 stopni.

Nie czepiając się wątpliwej motywacji mordercy, pajęczej sieci powiązań z przeszłością, prawdopodobieństw zdarzeń, zdolności dedukcyjnych milicjantów, zaangażowania i metod, a więc nie wytykając słabości autorce, bo przecież kto ich nie ma, mogę napisać z czystym sumieniem, że Anna Kańtoch sprawdziła się na polu kryminalnym. Nie posądzajmy jej o błyskotliwość, nie spodziewajmy się fajerwerków na miarę Lemaitre czy Nesbo, doceńmy ten styl, doskonale umocowany w polskiej szkole pisarzy kryminalnych, stworzonej przez takich prekursorów jak Helena Sekuła czy Zygmunt Zeydler-Zborowski.

Kolejny tom po „Łasce” i „Wierze” może mieć tytuł „Zbawienie” lub „Przeznaczenie” – wszystkie nawiązują do terminologii katolickiej i ciekawi mnie ten trop w twórczości autorki. Ksiądz i jego rozterki, w tle morderstwa, duszna atmosfera, małomiasteczkowość i ludzkie słabości. Czyż nie przyszedł czas, żeby absolwentka arabistyki zmierzyła się z rzeczywistością tu i teraz?

Milczenie jest srebrem.

Ryszard Ćwirlej wciąż ulepsza swoją formułę powieści milicyjnej, czyli każe nam wracać do rzeczywistości, w której żyliśmy lata temu, a która ma się do współczesności jak serial „W labiryncie” do „Better Call Saul”. Sama absurdalność tytułu uwiera nas od samego początku, bo przecież wiemy, że milczenie raczej ze srebrem niewiele ma wspólnego.

Nasz ulubiony bohater literacki, czyli Teofil Olkiewicz chleje jak zwykle od rana do wieczora, a rodzaj wykonywanej pracy sprzyja mu nieustannie – nie potrafię sobie wyobrazić Teosia pracującego w innym fachu, no chyba, że byłby cieciem, nocnym stróżem albo parkingowym. Ale czy wówczas mógłby tyle wypić? Ilości spożywanego alkoholu sytuują naszego Dyla Sowizdrzała, ojczyźnianego Wojaka Szwejka, w ścisłej czołówce najdzielniejszych pijaków wschodnich rubieży, z którym niejeden Ukrainiec czy Rosjanin, przegrałby zawody w piciu krótko lub długodystansowym. Teofil rzadko daje się skusić na jedzenie, pije na czczo i pije przed snem, Oprócz jajecznej wódki, którą za to preferuje jego żona, wypić jest w stanie wszystko. W jego żyłach nie ma krwi – płynie tam czysty spirytus i tylko przychodzi się zadumać nad faktem, że nie widzimy go nigdy pijanego, zalanego, bełkoczącego, z urwanym filmem, zarzyganego albo leżącego w rynsztoku. Bohater swoich czasów, alkoholik, którego wątroba przegrała walkę, zrezygnowała z protestów, pogodziła się z losem, poległa w nierównej bitwie.

Studio_20170702_135233_resized

W nocy z 19 na 20 marca 1986 roku, kiedy to system czuł podskórnie, że przegrywa nierówną walkę z wiatrem dziejów, kilku amatorów postanowiło się wzbogacić, kradnąc zabytkowy, srebrny sarkofag Św. Wojciecha z katedry gnieźnieńskiej. Do sprawy zabrali się jak ostatni partacze, stąd socjalistyczna milicja nie miała zbyt wiele pracy i już po tygodniu sprawcy siedzieli w areszcie, a 1 lipca skazano ich na wieloletnie więzienie, z którego prawdopodobnie już wyszli, bo nie sądzę, żeby ich skazano na 30 lat.

Ćwirlej oparł swoją najnowszą książkę właśnie na faktach związanych z tą kradzieżą, każąc swoim bohaterom, czyli śmietance poznańskiej milicji, z awansowanym właśnie na porucznika Teofilem Olkiewiczem, rozszyfrować sprawę zuchwałej kradzieży srebrnego sarkofagu. Jednocześnie dowiadujemy się jak łatwo można było się wzbogacić w tych dziwnych latach osiemdziesiątych, wożąc srebro do bratniego NRD. Kradziono więc nie tylko zabytkowe, srebrne ozdoby z kościołów ale również klisze rentgenowskie, z których można było odzyskać cenny kruszec.

W książce spotykamy dobrych znajomych, towarzyszących nam od lat, nam, czyli fanom milicyjnych wspomnień Pana Ryszarda, nostalgicznie wlokącego nas przez meandry absurdalnego systemu socjalistycznego. Pojawia się oczywiście słynny trójkąt uczuciowy z Brodziakiem i Grubińskim w rolach głównych, pułkownik „proszę ja ciebie” Żyto, major Alfred Marcinkowski, oraz pławiąca się jeszcze w bezkarności Służba Bezpieczeństwa z podpułkownikiem Bieleckim, czy też wywalonym na pysk po ostatniej sprawie Wirskim, czarnym charakterem, który zawsze znajdzie sposób, żeby akcje powieści odpowiednio udramatyzować, pokazując nam, beztrosko śledzącym losy Teofila pijaka, że oprócz zabawnych perypetii, były to czasy używania dla  morderców spod znaku bezpieki.

Olkiewicz, którego losy są nam najbardziej bliskie, dostaje swoją pierwszą, samodzielną sprawę morderstwa luksusowej prostytutki w renomowanej restauracji, co jest doskonałą okazją, żeby powiększyć zasoby nigdy nie wysychającej półki z flaszkami, a w dodatku przespać się z atrakcyjną właścicielką lokalu, kręcącą własne biznesy i widzącą w grubym Teosiu idealnego ochroniarza dla swoich nieczystych sprawek. Jak ten Olkiewicz to robi, że z pozoru nieatrakcyjny, nawet niechlujny, choć w prochowcu marki Burberry, milicjant, niejako mimochodem, bez żadnej własnej inicjatywy, włazi do łóżka atrakcyjnych kobiet, a do tego ilości spożytego alkoholu nie mają wpływu na jego potencję?

Ryszard Ćwirlej każe nam trochę potęsknić za latami, kiedy mieliśmy o 30 lat mniej, a życie wydawało się prostsze. Te książki to takie „07 zgłoś się”, kapitany Żbiki, nostalgiczne powroty, z sentymentalną nutką, ale bez szarości i codzienności, którą pamiętają wszyscy, którzy kupowali miękkie Marlboro w Pewexie.

Książki Ćwirleja czyta się z tą bezgraniczną przyjemnością, jaką kiedyś było chodzenie na dyskoteki, gdzie tańczyło się przy Bee Gees i nie musiało za dużo myśleć. Powroty do poznanych już bohaterów, zagłębianie się w świat dokonany ze świadomością, że autor wie co robi i o czym pisze sprawia, że wyobrażanie sobie dzisiejszych losów bohaterów, wyrzucamy z głowy jak koszmarny sen, bo kim dziś byłby Teofil Olkiewicz, o ile przeszczepiono by mu wątrobę?

Góra Synaj, czyli uwodzicielskie retro.

W zamierzchłych czasach, kiedy jeszcze odwiedzałem Nową Sól, w związku z dziewczyną o egzotycznym nazwisku, miasto to kojarzone było z fabryką nici oraz masową produkcją ogrodowych krasnali, dla pozbawionych gustu niemieckich wieśniaków. Czas wziął się do roboty i teraz Nowa Sól słynie z prezydenta miasta, a w kręgach kryminalnych gryzipiórków pojawił się Krzysztof Koziołek, pisarz retro kryminałów.

pobrane

Oba powyższe wydarzenia nadają splendoru temu pospolitemu miastu, choć chyba prezydent ma większą siłę przebicia, choć Koziołkowi wróżę również niezłą karierę, jeśli oczywiście będzie podążał drogą wyznaczoną przez książkę, którą miałem okazję przeczytać. Bo „Góra Synaj” sprawiła mi niezłą przyjemność, nie strasząc zawiłościami akcji i nie odstręczając nadmierną objętością.

Ktoś zabija młodych chłopców pozorując wypadki. Akcja toczy się w przedwojennym Głogowie, Nowej Soli i okolicach. Do śledztwa prowadzonego przez złowieszczego funkcjonariusza Kripo, Matzke, zostaje włączony biedny policjant Anton Habicht. Los tego nędzarza naznaczony jest śmiercią syna, który spadł z wysokiej wieży. Matzke to wściekły antysemita i brutal, ale praca dla niego to szansa awansu dla Habichta. Wracając do antysemityzmu, to wszyscy w tej powieści czują już ducha nadchodzącej zagłady, ponieważ mamy rok 1938.

Co urzeka w tej krótkiej, zwięzłej historii? Na pewno sprawność językowa i umiejętne poprowadzenie akcji, zanurzonej w topografii niemieckich miast. Koziołek odwzorowuje bardzo dokładnie budynki i wydarzenia, wrzuca nas w atmosferę przedwojenną ze znawstwem i umiłowaniem szczegółów, nie tylko toalet pań. Czasem aż za bardzo każe nam się wczytywać w tę nieistniejącą strukturę i przyznam, że zbyt duża garść odniesień historycznych niecierpliwiła, ale nie będzie to z pewnością udręka dla dzisiejszych mieszkańców opisywanych okolic, podobnie jak opisy Marka Krajewskiego, nie są utrapieniem dla mieszkańców dzisiejszego Breslau.

Oprócz demonicznego sadysty i poczciwego Habichta, poznamy dwie piękne i bogate mieszczanki, oraz ich mężów, z których jeden jest policjantem a drugi szpiegowany przez własną żonę. Ta żona co szpieguje, oczywiście na rzecz Polski, prowadzi własne śledztwo dotyczące śmierci chłopców, ale jednocześnie spotyka się z niejakim Wasiakiem, który oprócz obrzydliwego nazwiska, wykorzystuje hrabinę nie tylko erotycznie.

Kibicuję Koziołkowi, bo choć nie mam zamiaru wracać z sentymentalną podróżą do Nowej Soli, a w Głogowie byłem jedynie przejazdem, to ten klimat retro oraz atmosferę przedwojennej III Rzeszy chłonie się z przyjemnością, dzięki niewątpliwym umiejętnościom autora. Nie jest sztuką stworzyć pół tysiąca stron kiepskiego wypełniacza, wymyślić intrygę i starać się temu nadać jakiś kształt, a potem wypromować książkę na fcb, jak to czynią niektórzy nasi celebryci  kryminalni – sztuką jest dotknąć w nas tej części mózgu, która odpowiada za produkcje endorfin, a Koziołek zapewne to potrafi i choć nie jest jeszcze Marcinem Wrońskim, to jednak się stara.

Ale może mi Pan Koziołek powie coś na temat motywacji mordercy, bo przy oczywistym zaskoczeniu podczas zakończenia „Góry Synaju”, jakoś nie dotarło do mnie dlaczego zabijał? Brak motywu to może być ślepa uliczka, bo przecież sam instynkt mordercy może nie wystarczyć w przekonaniu czytelnika, że warto się zamyślić nad kondycją ludzką. No i atrakcyjność powieści wzrasta, jeśli przyjdzie nam zrozumieć, że zabić można np. z miłości; albo dla pieniędzy; albo z zazdrości; albo …

Żywe trupy Chmielarza.

„Zombie” to niejako kontynuacja „Wampira”, z tymi samymi bohaterami, wrzuconymi w nową sytuację. Nie czytałem „Wampira”, ale to nie przeszkadza, ponieważ Chmielarz opowiadając nową historię, nie sięga w przeszłość, zostawiając czytelnikowi szansę sięgnięcia po pierwszy tom losów Dawida Wolskiego. ( proszę nie mylić z o wiele ciekawszą postacią Wiktora Wolskiego, bohatera sportowych kryminałów Nikodema Pałasza).

A  ja  nie wiem czy warto. sięgać wstecz po „Wampira”…

Chciałbym polubić jakiegoś bohatera Chmielarza, ale mi nie wychodzi. Kim jest ten Wolski, życiowy nieudacznik, którego relacje z ojcem są kliszą wszystkich historii filmowych i literackich, jakby życie nie potrafiło wymyślić nic nowego – konflikt, rozmowa, wybaczenie, gorycz – oto schemat nudny jak rzyganie po nieświeżym piwie. Ale to jeszcze nic – charakterystyka jego myśli, rozterek, samopoczucia, motywacji, wzbudza we mnie niechęć pomieszaną z odrazą. Moralnie dwuznaczny, wykorzystujący dziewczynę, nie tylko finansowo, nieporadny we wszystkim co robi – doprawdy samo wymienianie jego wad przyprawia mnie o mdłości. Więc ja go nie polubiłem, tym bardziej że sceny erotyczne w jego wykonaniu, albo więcej, te sceny w opisie Chmielarza, są jedynie żenujące. Antypatyczność głównego bohatera nie musi wcale prowadzić do odrzucenia książki – można przecież znaleźć sobie jakiś zamiennik, choćby wartką i sensowną akcję?

20170624_120100_resized

Prokurator Górnik żyje ze świadomością, że w dzieciństwie zabił niejakiego Korsarza, antypatycznego sadystę szkolnego, typa, po którym nikt nie zapłacze, a który na dodatek zgwałcił jego ukochaną.  Zabił czy nie zabił, to morderstwo odbija mu się jak czkawka po latach, bo tenże trup Korsarz, wydzwania do niego strasząc, że się zemści. Co robi średnio inteligentny człowiek, kiedy słyszy przez telefon podobne bzdury? Sprawdza kto mu ten dowcip sprokurował, a na krótkiej liście są jedynie dwa nazwiska osób, które o morderczym czynie młodego Górnika wiedziały – jego szkolny kolega Bill oraz sama ukochana. Cała intryga sprowadza się do tego, żeby ten logiczny schemat: Górnik plus dwójka z przeszłości wyjaśnić i komu trzeba przywalić. No ale nie byłoby wówczas ponad pięciuset stron przynudzania o rozterkach moralnych Wolskiego, czy podłożyć świnię sympatycznej dziewczynie, z którą się śpi albo przygląda jej apetycznym pośladkom, nie byłoby opisów stosunków Górnika z jego coraz bardziej nawiedzoną żoną oraz reszty jałowych szamotań bohaterów.

Pamiętam jak z sympatią pisałem o „Przejęciu” z komisarzem o durnym nazwisku Mortka – ta książka mi się podobała, zapewne z tej przyczyny, że nie została rozwleczona na pół tysiąca stron. Chmielarz podąża śladem Katarzyny Bondy, gdy tymczasem powinien może zapatrzyć się w giganta naszej siermiężnej prozy kryminalnej, czyli w Remigiusza Mroza, który pomimo swoich infantylnych wad, potrafi charakteryzować postaci w taki sposób,  że mimowolnie czujemy sympatię zarówno do komisarza Forsta jak i Joanny Chyłki, zapijającej się na śmierć.

Pisanie o „Zombi” sprawia mi ból, ponieważ jest to książka pęknięta w samym swoim zamyśle, której intryga nie trzyma się kupy, a użyte środki literackie są oględnie mówiąc wyłącznie poprawne. Rozwiązanie „zagadki” z dwoma niewiadomymi – Bill czy Karolina – nie powinno nastręczać żadnej trudności – wszak zawsze powinniśmy wybierać wariant najmniej prawdopodobny. Ale to jeszcze trzeba uzasadnić i tutaj dostajemy kolejny zwrot, tyczący antybohatera Korsarza. Pomieszanie dobra i zła nigdy nie wychodziło powieści na dobre – czytelnik może znieść pojedynczy zwrot akcji, poczuć się zaskoczony w momencie, kiedy mu się to dogłębnie wyjaśni i uzasadni. Chmielarz rozwiązuje zagadkę w serii pogmatwanych wynurzeń, mieszając dedukcyjne zdolności Wolskiego na temat kota z krwawymi machnięciami młotka.

Czytam pieśni pochwalne na temat „Zombie” w Internecie i nie potrafię uwierzyć, że ktoś się tą książką zafascynował. A może ja już kompletnie wypadłem z obiegu, może zalewanie nas tymi trocinami kryminalnymi to już konwencja, a naprawdę dobra intryga utonie w gąszczu coraz liczniejszych i coraz grubszych zobowiązań wydawniczych?

Znowu Horst

Kiedy w połowie kwietnia wyjeżdżałem w trzytygodniową podróż, gdzie ciężar bagażu wymuszał zabranie tylko jednej książki, a ponieważ ukazał się właśnie nowy Nesbo, nie miałem wyboru, tzn. mój wybór był bezdyskusyjny i nie zabrałem ze sobą najnowszego Horsta, choć została mi do przeczytania sama końcówka, resztka, która zajęłaby nie więcej niż godzinę skupionego czytania. Teraz żałuję, że nie skończyłem „Kluczowego świadka”, ale z drugiej strony mogłem to zrobić po powrocie, a przy okazji odświeżyć sobie w pamięci zagadkę kryminalną komisarza Wistinga, o której kompletnie zapomniałem, a o której obiecałem napisać. Dziękuję wydawnictwu za przesyłane egzemplarze książek Horsta, a moja kolekcja zaczyna coraz efektowniej wyglądać na półce.

Historia oparta jest na głośnym w Norwegii śledztwie, w którym uczestniczył sam autor kryminału, pracując jako młody policjant przy swojej pierwszej, poważnej sprawie, stąd z pewnością w książce zawarł własne odczucia i spostrzeżenia z wizji lokalnej na miejscu zbrodni. Zamordowano 71-letniego Ronalda Ramma, który w powieści występuje jako Preben Pramm. Starca przed śmiercią torturowano a nawet zgwałcono, w usta miał wetknięte banknoty, a na ciele ślady tortur.

20170513_125412_resized

William Wisting jak zawsze u Horsta żmudnie wgryza się w życie ofiary i typuje morderców, co nie musi być trudne w małej społeczności, gdzie wszyscy przestępcy są doskonale znani. Pramm jako ofiara nie wzbudza naszej sympatii – dowiadujemy się, że był szantażystą, erotomanem, pazernym na pieniądze starcem, ale z drugiej strony pasjonował się fotografowaniem ptaków i chciał sobie ułożyć życie z kobietą, która jednak go odrzuciła. Przypadkiem udało mu się uwiecznić na zdjęciach bandytów, którzy ukradli duże pieniądze i stąd szantaż oraz torturowanie nieszczęsnego starca.

Horst zapewne stara się połączyć rzeczywistość z fikcją, prawdziwe morderstwo z intrygą literacką. Do końca nie wiemy jak wyglądała sprawa morderstwa Ramma i ile ma wspólnego z wymyślonym Prammem. Horst kreśli intrygę dosyć siermiężnie, zagadka wydaje się być łatwa do rozwikłania, a z drugiej strony pokazuje jak śledztwo zatacza swoje kręgi, jak wiele w tego typu sprawach jest pobocznych wątków, które należy sprawdzić. A to jest okazja do zmierzenia się z obyczajowością środowiska, które opisuje, a także ukazania Wistinga jako pełnokrwistej postaci, człowieka pełnego namiętności, zafascynowanego zbrodnią oraz drogami, pozwalającymi rozwiązać zagadkową śmierć.

Te momenty opisujące wahania, dylematy, kłopoty komisarza czasami są ciekawsze od samej intrygi. Idealna żona Ingrid (czytelnicy wcześniej wydanych u nas tomów wiedzą, że zachoruje wkrótce i umrze, o czym zresztą można przeczytać także na skrzydełkach okładki). Dla Wistinga śledztwo to fascynacja, morderstwo wzbudza w nim przeciwstawne uczucia, a droga do wyjaśnienia zagadki jawi mu się jako przygoda, z którą musi się zmierzyć.

„Wisting przyglądał się zwłokom z pewnego rodzaju satysfakcją. Po chwili zorientował się, że jego prawy kącik ust podniósł się tworząc krzywy uśmiech, natomiast w żołądku czuł ssanie, jakby z głodu. Wypełniała go radość, ponieważ mógł obserwować z bliska zagadkę śmierci, wiedząc dobrze, że do niego należy jej wyjaśnienie”

Kolejne tomy Horsta już wkrótce: „Zaginięcie Felicji” oraz „Gdy sztorm nadchodzi” mają wyjść jeszcze w tym roku. Nie powiem, żebym się niecierpliwił, ale podoba mi się myśl, że uzupełnię kolekcję.