„Wiara”, nadzieja i jeszcze nie miłość Kańtoch.

Kiedyś już pisałem o Kańtoch i był to tekst przepełniony sympatią, bardziej może do jej osobowości, przewidywalnej skromności, może urody a może trochę do talentu, choć operował on w sferach powieści fantasy, przeze mnie o ile nie pogardzanych, to prędzej ignorowanych.

Aż tu nagle wyskoczyła „Łaska a po niej zaraz „Wiara”. Nieufnie reagowałem, ale nazwisko Kańtoch, zarażone wcześniejszą sympatią, pozwalało sądzić, że może kryminalna przygoda czarnowłosej Anny nie będzie kompromitacją. Postanowiłem przeczekać „Łaskę”, o której pisano dobrze, ale to dla mnie za mało, więc kiedy i o „Wierze” zrobiło się głośno, a autorka trafiła do tego snobistycznego klubu bondowsko-czubajowego, gdzie i Wroński, i Ćwirlej, i choć nie snuła się z nimi po nocnym Wrocławiu, w dniach nagrody Wielkiego Kalibru, której zresztą nie dostała, to jednak została nobilitowana, dostrzeżona, wypchnięta na salony kryminalnych opowiadaczy.

Wydawnictwo Czarne zrobiło mi niespodziankę, z której się ucieszyłem, ponieważ decyzja żeby „zaliczyć” „Wiarę” ugruntowała się we mnie tak silnie, jak strach przed naładowanymi bateriami u Chucka McGilla.

Studio_20170715_135958_resized

Czytanie tego kryminału to podróż nierówna ale wciągająca – znacie ten stan, kiedy pomimo zmęczenia przygodami bohaterów, odkładamy książkę na później, ale wciąż jesteśmy naładowani oczekiwaniem na ciąg dalszy? To samopoczucie przywiązania do bohaterów jest najlepszym wskaźnikiem, czy książka ma dla nas jakiekolwiek znaczenie – w tym przypadku zmagania kapitana Witczaka, niepokoje księdza Marczewskiego i rozterki Hanki Gierasówny, przykuły do lektury skuteczniej niż biografia Prusa.

Zamordowane dziewczyny wzięły się pozornie znikąd. Pamiętajmy, że lądujemy w latach osiemdziesiątych, w zapadłej miejscowości wypoczynkowej o zmyślonej nazwie Rokitnica, ale mniej więcej wiemy gdzie jesteśmy, bo pozostałe otoczenie nam się zgadza, a więc Beskid Żywiecki, zalane w latach pięćdziesiątych wioski, atmosfera siermiężnego wypoczynku i przeniesiona z innego świata budowa elektrowni atomowej.

U Kańtoch pomimo sielskości gorącego lata, narasta poczucie zagrożenia, niczym w „Lśnieniu” Kubricka. Strach ma podłoże w nieznanym, w tajemnicy, która odsyła nas do odległego w czasie makabrycznego morderstwa, którego mrocznym odpryskiem jest los niewinnych dzieci. Autorka postanawia wszystko zagmatwać, czasem trudno się połapać, który wątek da nam rozwiązanie zagadki. Przyznaję się, że postawiłem na niewłaściwego „konia” typując mordercę. Roiły mi się jakieś sekty, przymierzałem się do winy Kościoła, (jakże modna ścieżka rozumowania), ale kiedy w końcu prawda wyszła na jaw, zrozumiałem, że Kańtoch poszła w system zakładający, że mordercą jest osoba najmniej podejrzewana.

Podoba mi się u Kańtoch to nie silenie się na łatwiznę, założenie, że Hanka jest brzydka, „chuda jak wykrzyknik”, ma podłużną twarz i fatalne zęby, że Witczak w życiu nie będzie z nią flirtował, co mogłoby się wydarzyć u pospolitego literata, i że Witczak jest taki nijaki, ze śmierdzącym papierosami oddechem i tajemnicą rodzinną, każącą mu czytać w wolnych chwilach Pana Samochodzika.

Anna Kańtoch nie krzywdzi Kościoła – jej ksiądz jest podejrzanym, któremu nikt nie wierzy, że mógłby zabić, a jego młody pomocnik grzeszy z głupoty. Każda z postaci obciążona jest przypadłościami, które czynią z nich bohaterów z „krwi i kości”, a ponieważ narracja odbywa się z pozycji poszczególnych osób, możemy zagłębić się w ich myślach i uczuciach. Do tego otrzymujemy duszną atmosferę małomiasteczkowych tajemnic, o których wszyscy wiedzą, ale nikt nie będzie o nich opowiadał, trwogę, którą potęguje przyroda: te chaszcze, nasypy kolejowe, jakieś krzyże od lat zapomniane, ciemny las, jezioro, które na ostatnich stronach przekręci wszystko o 180 stopni.

Nie czepiając się wątpliwej motywacji mordercy, pajęczej sieci powiązań z przeszłością, prawdopodobieństw zdarzeń, zdolności dedukcyjnych milicjantów, zaangażowania i metod, a więc nie wytykając słabości autorce, bo przecież kto ich nie ma, mogę napisać z czystym sumieniem, że Anna Kańtoch sprawdziła się na polu kryminalnym. Nie posądzajmy jej o błyskotliwość, nie spodziewajmy się fajerwerków na miarę Lemaitre czy Nesbo, doceńmy ten styl, doskonale umocowany w polskiej szkole pisarzy kryminalnych, stworzonej przez takich prekursorów jak Helena Sekuła czy Zygmunt Zeydler-Zborowski.

Kolejny tom po „Łasce” i „Wierze” może mieć tytuł „Zbawienie” lub „Przeznaczenie” – wszystkie nawiązują do terminologii katolickiej i ciekawi mnie ten trop w twórczości autorki. Ksiądz i jego rozterki, w tle morderstwa, duszna atmosfera, małomiasteczkowość i ludzkie słabości. Czyż nie przyszedł czas, żeby absolwentka arabistyki zmierzyła się z rzeczywistością tu i teraz?

Milczenie jest srebrem.

Ryszard Ćwirlej wciąż ulepsza swoją formułę powieści milicyjnej, czyli każe nam wracać do rzeczywistości, w której żyliśmy lata temu, a która ma się do współczesności jak serial „W labiryncie” do „Better Call Saul”. Sama absurdalność tytułu uwiera nas od samego początku, bo przecież wiemy, że milczenie raczej ze srebrem niewiele ma wspólnego.

Nasz ulubiony bohater literacki, czyli Teofil Olkiewicz chleje jak zwykle od rana do wieczora, a rodzaj wykonywanej pracy sprzyja mu nieustannie – nie potrafię sobie wyobrazić Teosia pracującego w innym fachu, no chyba, że byłby cieciem, nocnym stróżem albo parkingowym. Ale czy wówczas mógłby tyle wypić? Ilości spożywanego alkoholu sytuują naszego Dyla Sowizdrzała, ojczyźnianego Wojaka Szwejka, w ścisłej czołówce najdzielniejszych pijaków wschodnich rubieży, z którym niejeden Ukrainiec czy Rosjanin, przegrałby zawody w piciu krótko lub długodystansowym. Teofil rzadko daje się skusić na jedzenie, pije na czczo i pije przed snem, Oprócz jajecznej wódki, którą za to preferuje jego żona, wypić jest w stanie wszystko. W jego żyłach nie ma krwi – płynie tam czysty spirytus i tylko przychodzi się zadumać nad faktem, że nie widzimy go nigdy pijanego, zalanego, bełkoczącego, z urwanym filmem, zarzyganego albo leżącego w rynsztoku. Bohater swoich czasów, alkoholik, którego wątroba przegrała walkę, zrezygnowała z protestów, pogodziła się z losem, poległa w nierównej bitwie.

Studio_20170702_135233_resized

W nocy z 19 na 20 marca 1986 roku, kiedy to system czuł podskórnie, że przegrywa nierówną walkę z wiatrem dziejów, kilku amatorów postanowiło się wzbogacić, kradnąc zabytkowy, srebrny sarkofag Św. Wojciecha z katedry gnieźnieńskiej. Do sprawy zabrali się jak ostatni partacze, stąd socjalistyczna milicja nie miała zbyt wiele pracy i już po tygodniu sprawcy siedzieli w areszcie, a 1 lipca skazano ich na wieloletnie więzienie, z którego prawdopodobnie już wyszli, bo nie sądzę, żeby ich skazano na 30 lat.

Ćwirlej oparł swoją najnowszą książkę właśnie na faktach związanych z tą kradzieżą, każąc swoim bohaterom, czyli śmietance poznańskiej milicji, z awansowanym właśnie na porucznika Teofilem Olkiewiczem, rozszyfrować sprawę zuchwałej kradzieży srebrnego sarkofagu. Jednocześnie dowiadujemy się jak łatwo można było się wzbogacić w tych dziwnych latach osiemdziesiątych, wożąc srebro do bratniego NRD. Kradziono więc nie tylko zabytkowe, srebrne ozdoby z kościołów ale również klisze rentgenowskie, z których można było odzyskać cenny kruszec.

W książce spotykamy dobrych znajomych, towarzyszących nam od lat, nam, czyli fanom milicyjnych wspomnień Pana Ryszarda, nostalgicznie wlokącego nas przez meandry absurdalnego systemu socjalistycznego. Pojawia się oczywiście słynny trójkąt uczuciowy z Brodziakiem i Grubińskim w rolach głównych, pułkownik „proszę ja ciebie” Żyto, major Alfred Marcinkowski, oraz pławiąca się jeszcze w bezkarności Służba Bezpieczeństwa z podpułkownikiem Bieleckim, czy też wywalonym na pysk po ostatniej sprawie Wirskim, czarnym charakterem, który zawsze znajdzie sposób, żeby akcje powieści odpowiednio udramatyzować, pokazując nam, beztrosko śledzącym losy Teofila pijaka, że oprócz zabawnych perypetii, były to czasy używania dla  morderców spod znaku bezpieki.

Olkiewicz, którego losy są nam najbardziej bliskie, dostaje swoją pierwszą, samodzielną sprawę morderstwa luksusowej prostytutki w renomowanej restauracji, co jest doskonałą okazją, żeby powiększyć zasoby nigdy nie wysychającej półki z flaszkami, a w dodatku przespać się z atrakcyjną właścicielką lokalu, kręcącą własne biznesy i widzącą w grubym Teosiu idealnego ochroniarza dla swoich nieczystych sprawek. Jak ten Olkiewicz to robi, że z pozoru nieatrakcyjny, nawet niechlujny, choć w prochowcu marki Burberry, milicjant, niejako mimochodem, bez żadnej własnej inicjatywy, włazi do łóżka atrakcyjnych kobiet, a do tego ilości spożytego alkoholu nie mają wpływu na jego potencję?

Ryszard Ćwirlej każe nam trochę potęsknić za latami, kiedy mieliśmy o 30 lat mniej, a życie wydawało się prostsze. Te książki to takie „07 zgłoś się”, kapitany Żbiki, nostalgiczne powroty, z sentymentalną nutką, ale bez szarości i codzienności, którą pamiętają wszyscy, którzy kupowali miękkie Marlboro w Pewexie.

Książki Ćwirleja czyta się z tą bezgraniczną przyjemnością, jaką kiedyś było chodzenie na dyskoteki, gdzie tańczyło się przy Bee Gees i nie musiało za dużo myśleć. Powroty do poznanych już bohaterów, zagłębianie się w świat dokonany ze świadomością, że autor wie co robi i o czym pisze sprawia, że wyobrażanie sobie dzisiejszych losów bohaterów, wyrzucamy z głowy jak koszmarny sen, bo kim dziś byłby Teofil Olkiewicz, o ile przeszczepiono by mu wątrobę?

Góra Synaj, czyli uwodzicielskie retro.

W zamierzchłych czasach, kiedy jeszcze odwiedzałem Nową Sól, w związku z dziewczyną o egzotycznym nazwisku, miasto to kojarzone było z fabryką nici oraz masową produkcją ogrodowych krasnali, dla pozbawionych gustu niemieckich wieśniaków. Czas wziął się do roboty i teraz Nowa Sól słynie z prezydenta miasta, a w kręgach kryminalnych gryzipiórków pojawił się Krzysztof Koziołek, pisarz retro kryminałów.

pobrane

Oba powyższe wydarzenia nadają splendoru temu pospolitemu miastu, choć chyba prezydent ma większą siłę przebicia, choć Koziołkowi wróżę również niezłą karierę, jeśli oczywiście będzie podążał drogą wyznaczoną przez książkę, którą miałem okazję przeczytać. Bo „Góra Synaj” sprawiła mi niezłą przyjemność, nie strasząc zawiłościami akcji i nie odstręczając nadmierną objętością.

Ktoś zabija młodych chłopców pozorując wypadki. Akcja toczy się w przedwojennym Głogowie, Nowej Soli i okolicach. Do śledztwa prowadzonego przez złowieszczego funkcjonariusza Kripo, Matzke, zostaje włączony biedny policjant Anton Habicht. Los tego nędzarza naznaczony jest śmiercią syna, który spadł z wysokiej wieży. Matzke to wściekły antysemita i brutal, ale praca dla niego to szansa awansu dla Habichta. Wracając do antysemityzmu, to wszyscy w tej powieści czują już ducha nadchodzącej zagłady, ponieważ mamy rok 1938.

Co urzeka w tej krótkiej, zwięzłej historii? Na pewno sprawność językowa i umiejętne poprowadzenie akcji, zanurzonej w topografii niemieckich miast. Koziołek odwzorowuje bardzo dokładnie budynki i wydarzenia, wrzuca nas w atmosferę przedwojenną ze znawstwem i umiłowaniem szczegółów, nie tylko toalet pań. Czasem aż za bardzo każe nam się wczytywać w tę nieistniejącą strukturę i przyznam, że zbyt duża garść odniesień historycznych niecierpliwiła, ale nie będzie to z pewnością udręka dla dzisiejszych mieszkańców opisywanych okolic, podobnie jak opisy Marka Krajewskiego, nie są utrapieniem dla mieszkańców dzisiejszego Breslau.

Oprócz demonicznego sadysty i poczciwego Habichta, poznamy dwie piękne i bogate mieszczanki, oraz ich mężów, z których jeden jest policjantem a drugi szpiegowany przez własną żonę. Ta żona co szpieguje, oczywiście na rzecz Polski, prowadzi własne śledztwo dotyczące śmierci chłopców, ale jednocześnie spotyka się z niejakim Wasiakiem, który oprócz obrzydliwego nazwiska, wykorzystuje hrabinę nie tylko erotycznie.

Kibicuję Koziołkowi, bo choć nie mam zamiaru wracać z sentymentalną podróżą do Nowej Soli, a w Głogowie byłem jedynie przejazdem, to ten klimat retro oraz atmosferę przedwojennej III Rzeszy chłonie się z przyjemnością, dzięki niewątpliwym umiejętnościom autora. Nie jest sztuką stworzyć pół tysiąca stron kiepskiego wypełniacza, wymyślić intrygę i starać się temu nadać jakiś kształt, a potem wypromować książkę na fcb, jak to czynią niektórzy nasi celebryci  kryminalni – sztuką jest dotknąć w nas tej części mózgu, która odpowiada za produkcje endorfin, a Koziołek zapewne to potrafi i choć nie jest jeszcze Marcinem Wrońskim, to jednak się stara.

Ale może mi Pan Koziołek powie coś na temat motywacji mordercy, bo przy oczywistym zaskoczeniu podczas zakończenia „Góry Synaju”, jakoś nie dotarło do mnie dlaczego zabijał? Brak motywu to może być ślepa uliczka, bo przecież sam instynkt mordercy może nie wystarczyć w przekonaniu czytelnika, że warto się zamyślić nad kondycją ludzką. No i atrakcyjność powieści wzrasta, jeśli przyjdzie nam zrozumieć, że zabić można np. z miłości; albo dla pieniędzy; albo z zazdrości; albo …

Żywe trupy Chmielarza.

„Zombie” to niejako kontynuacja „Wampira”, z tymi samymi bohaterami, wrzuconymi w nową sytuację. Nie czytałem „Wampira”, ale to nie przeszkadza, ponieważ Chmielarz opowiadając nową historię, nie sięga w przeszłość, zostawiając czytelnikowi szansę sięgnięcia po pierwszy tom losów Dawida Wolskiego. ( proszę nie mylić z o wiele ciekawszą postacią Wiktora Wolskiego, bohatera sportowych kryminałów Nikodema Pałasza).

A  ja  nie wiem czy warto. sięgać wstecz po „Wampira”…

Chciałbym polubić jakiegoś bohatera Chmielarza, ale mi nie wychodzi. Kim jest ten Wolski, życiowy nieudacznik, którego relacje z ojcem są kliszą wszystkich historii filmowych i literackich, jakby życie nie potrafiło wymyślić nic nowego – konflikt, rozmowa, wybaczenie, gorycz – oto schemat nudny jak rzyganie po nieświeżym piwie. Ale to jeszcze nic – charakterystyka jego myśli, rozterek, samopoczucia, motywacji, wzbudza we mnie niechęć pomieszaną z odrazą. Moralnie dwuznaczny, wykorzystujący dziewczynę, nie tylko finansowo, nieporadny we wszystkim co robi – doprawdy samo wymienianie jego wad przyprawia mnie o mdłości. Więc ja go nie polubiłem, tym bardziej że sceny erotyczne w jego wykonaniu, albo więcej, te sceny w opisie Chmielarza, są jedynie żenujące. Antypatyczność głównego bohatera nie musi wcale prowadzić do odrzucenia książki – można przecież znaleźć sobie jakiś zamiennik, choćby wartką i sensowną akcję?

20170624_120100_resized

Prokurator Górnik żyje ze świadomością, że w dzieciństwie zabił niejakiego Korsarza, antypatycznego sadystę szkolnego, typa, po którym nikt nie zapłacze, a który na dodatek zgwałcił jego ukochaną.  Zabił czy nie zabił, to morderstwo odbija mu się jak czkawka po latach, bo tenże trup Korsarz, wydzwania do niego strasząc, że się zemści. Co robi średnio inteligentny człowiek, kiedy słyszy przez telefon podobne bzdury? Sprawdza kto mu ten dowcip sprokurował, a na krótkiej liście są jedynie dwa nazwiska osób, które o morderczym czynie młodego Górnika wiedziały – jego szkolny kolega Bill oraz sama ukochana. Cała intryga sprowadza się do tego, żeby ten logiczny schemat: Górnik plus dwójka z przeszłości wyjaśnić i komu trzeba przywalić. No ale nie byłoby wówczas ponad pięciuset stron przynudzania o rozterkach moralnych Wolskiego, czy podłożyć świnię sympatycznej dziewczynie, z którą się śpi albo przygląda jej apetycznym pośladkom, nie byłoby opisów stosunków Górnika z jego coraz bardziej nawiedzoną żoną oraz reszty jałowych szamotań bohaterów.

Pamiętam jak z sympatią pisałem o „Przejęciu” z komisarzem o durnym nazwisku Mortka – ta książka mi się podobała, zapewne z tej przyczyny, że nie została rozwleczona na pół tysiąca stron. Chmielarz podąża śladem Katarzyny Bondy, gdy tymczasem powinien może zapatrzyć się w giganta naszej siermiężnej prozy kryminalnej, czyli w Remigiusza Mroza, który pomimo swoich infantylnych wad, potrafi charakteryzować postaci w taki sposób,  że mimowolnie czujemy sympatię zarówno do komisarza Forsta jak i Joanny Chyłki, zapijającej się na śmierć.

Pisanie o „Zombi” sprawia mi ból, ponieważ jest to książka pęknięta w samym swoim zamyśle, której intryga nie trzyma się kupy, a użyte środki literackie są oględnie mówiąc wyłącznie poprawne. Rozwiązanie „zagadki” z dwoma niewiadomymi – Bill czy Karolina – nie powinno nastręczać żadnej trudności – wszak zawsze powinniśmy wybierać wariant najmniej prawdopodobny. Ale to jeszcze trzeba uzasadnić i tutaj dostajemy kolejny zwrot, tyczący antybohatera Korsarza. Pomieszanie dobra i zła nigdy nie wychodziło powieści na dobre – czytelnik może znieść pojedynczy zwrot akcji, poczuć się zaskoczony w momencie, kiedy mu się to dogłębnie wyjaśni i uzasadni. Chmielarz rozwiązuje zagadkę w serii pogmatwanych wynurzeń, mieszając dedukcyjne zdolności Wolskiego na temat kota z krwawymi machnięciami młotka.

Czytam pieśni pochwalne na temat „Zombie” w Internecie i nie potrafię uwierzyć, że ktoś się tą książką zafascynował. A może ja już kompletnie wypadłem z obiegu, może zalewanie nas tymi trocinami kryminalnymi to już konwencja, a naprawdę dobra intryga utonie w gąszczu coraz liczniejszych i coraz grubszych zobowiązań wydawniczych?

Znowu Horst

Kiedy w połowie kwietnia wyjeżdżałem w trzytygodniową podróż, gdzie ciężar bagażu wymuszał zabranie tylko jednej książki, a ponieważ ukazał się właśnie nowy Nesbo, nie miałem wyboru, tzn. mój wybór był bezdyskusyjny i nie zabrałem ze sobą najnowszego Horsta, choć została mi do przeczytania sama końcówka, resztka, która zajęłaby nie więcej niż godzinę skupionego czytania. Teraz żałuję, że nie skończyłem „Kluczowego świadka”, ale z drugiej strony mogłem to zrobić po powrocie, a przy okazji odświeżyć sobie w pamięci zagadkę kryminalną komisarza Wistinga, o której kompletnie zapomniałem, a o której obiecałem napisać. Dziękuję wydawnictwu za przesyłane egzemplarze książek Horsta, a moja kolekcja zaczyna coraz efektowniej wyglądać na półce.

Historia oparta jest na głośnym w Norwegii śledztwie, w którym uczestniczył sam autor kryminału, pracując jako młody policjant przy swojej pierwszej, poważnej sprawie, stąd z pewnością w książce zawarł własne odczucia i spostrzeżenia z wizji lokalnej na miejscu zbrodni. Zamordowano 71-letniego Ronalda Ramma, który w powieści występuje jako Preben Pramm. Starca przed śmiercią torturowano a nawet zgwałcono, w usta miał wetknięte banknoty, a na ciele ślady tortur.

20170513_125412_resized

William Wisting jak zawsze u Horsta żmudnie wgryza się w życie ofiary i typuje morderców, co nie musi być trudne w małej społeczności, gdzie wszyscy przestępcy są doskonale znani. Pramm jako ofiara nie wzbudza naszej sympatii – dowiadujemy się, że był szantażystą, erotomanem, pazernym na pieniądze starcem, ale z drugiej strony pasjonował się fotografowaniem ptaków i chciał sobie ułożyć życie z kobietą, która jednak go odrzuciła. Przypadkiem udało mu się uwiecznić na zdjęciach bandytów, którzy ukradli duże pieniądze i stąd szantaż oraz torturowanie nieszczęsnego starca.

Horst zapewne stara się połączyć rzeczywistość z fikcją, prawdziwe morderstwo z intrygą literacką. Do końca nie wiemy jak wyglądała sprawa morderstwa Ramma i ile ma wspólnego z wymyślonym Prammem. Horst kreśli intrygę dosyć siermiężnie, zagadka wydaje się być łatwa do rozwikłania, a z drugiej strony pokazuje jak śledztwo zatacza swoje kręgi, jak wiele w tego typu sprawach jest pobocznych wątków, które należy sprawdzić. A to jest okazja do zmierzenia się z obyczajowością środowiska, które opisuje, a także ukazania Wistinga jako pełnokrwistej postaci, człowieka pełnego namiętności, zafascynowanego zbrodnią oraz drogami, pozwalającymi rozwiązać zagadkową śmierć.

Te momenty opisujące wahania, dylematy, kłopoty komisarza czasami są ciekawsze od samej intrygi. Idealna żona Ingrid (czytelnicy wcześniej wydanych u nas tomów wiedzą, że zachoruje wkrótce i umrze, o czym zresztą można przeczytać także na skrzydełkach okładki). Dla Wistinga śledztwo to fascynacja, morderstwo wzbudza w nim przeciwstawne uczucia, a droga do wyjaśnienia zagadki jawi mu się jako przygoda, z którą musi się zmierzyć.

„Wisting przyglądał się zwłokom z pewnego rodzaju satysfakcją. Po chwili zorientował się, że jego prawy kącik ust podniósł się tworząc krzywy uśmiech, natomiast w żołądku czuł ssanie, jakby z głodu. Wypełniała go radość, ponieważ mógł obserwować z bliska zagadkę śmierci, wiedząc dobrze, że do niego należy jej wyjaśnienie”

Kolejne tomy Horsta już wkrótce: „Zaginięcie Felicji” oraz „Gdy sztorm nadchodzi” mają wyjść jeszcze w tym roku. Nie powiem, żebym się niecierpliwił, ale podoba mi się myśl, że uzupełnię kolekcję.

„Czarna trasa” Antonio Manzini

Rocco Schavione ma wszelkie zadatki na to, żeby zdobyć serca czytelników, choć niektórzy oburzą się na jego chamskie odzywki, snobizm, bezczelność, nałogi i lewe interesy. Pierwszy kryminał z Rocco ukaże się u nas 22 lutego i na szczęście jest też pierwszym z serii, więc nie ma niebezpieczeństwa, że kolejne książki będą pojawiały się w „wymieszanej” kolejności, jak to się dzieje na przykład z Horstem.

A więc Rocco jest skurwysynem, niewątpliwym, chamowatym gburem, któremu nawet nie chce się zmienić swoich ulubionych butów, wybierając się w góry, żeby obejrzeć trupa zmasakrowanego przez pług śnieżny.  Na złość wszystkim, w przemoczonych butach, zmarznięty i wściekły, musi się zmierzyć z wiejskimi ignorantami pracującymi w policji, upokorzyć ich i wyśmiać a następnie finezyjnie, ku uciesze swojego nowego szefa oraz prokuratora, rozwiązać błyskawicznie zagadkę morderstwa. Rocco pali skręty oraz dorabia na lewo kradnąc nielegalny towar bandytom,  a trafiając „za karę” do górskiej wioski, wyrzucony z Rzymu, gdzie wiódł wygodne życie, stara się zmierzyć z traumą, o której w tym tomie za dużo się nie dowiemy. Pisane kursywą kawałki z jego żoną Mariną w roli głównej, mają za zadanie uwieść czytelnika, ale co bystrzejsi domyślą się w czym rzecz, co uzasadni obecność w życiu Rocca dojrzałej kochanki oraz szowinistyczne klasyfikowanie kobiet, kręcących się wokół niego.

Czarna_trasa_okladka

Zagadka kryminalna jest średnio skomplikowana, a krąg podejrzanych wąski, wiec czytelnik z łatwością namierzy winnego, choć sposób dedukcji komisarza może budzić podziw. Zresztą nie przeceniajmy jego inteligencji – celuje głównie w chamskich odzywkach i epatuje terrorem psychicznym, ale  jest zdecydowany i myśli logicznie, zwracając uwagę na drobiazgi: w tym przypadku do sedna doprowadzą go papierosy oraz rękawiczki.

Śmiejemy się z upokarzanych wiejskich policjantów, ale jednocześnie staramy się polubić Rocca, miłośnika skrętów i dobrych ciuchów, który prawdziwe życie zostawił w Rzymie, a marzenia o życiu w Prowansji chce zrealizować przy pomocy nielegalnych przekrętów. Jednocześnie w tym cynicznym snobie drzemie jakiś imperatyw przyzwoitości, a walka z przestępcami jest dla niego męką, ponieważ przez to jest cały unurzany w błocie i smrodzie ludzkich namiętności i grzechów.

Manzini to także autor licznych scenariuszy filmowych oraz aktor. Porównywalny we Włoszech  do takich tuzów jak Camillieri czy Donna Leon, pisze szybko i od wydanej w 2013 roku „Czarnej trasy”, wyprodukował już pięć odcinków przygód Rocca, które miejmy nadzieję szybko trafią na nasze półki.

Ten kryminał uwodzi również stylem. Nie atakuje nas opisami przyrody, tylko zwięźle informuje, przemycając oczywiście między słowami zgryźliwe uwagi na temat wyglądu postaci oraz stanów pogody – a zgryźliwość jest rzec jasna atutem głównego bohatera. Gdzieś w głębi dostrzegamy jednak pulsujące problemy współczesnego świata, bo te włoskie średnio nas obchodzą – już w 2013 roku Manzini zahaczył o problem uchodźców, a sceny z kontrabandą Syngalezów, wskazują na to, że w następnych powieściach autor zaserwuje  nam jeszcze więcej nawiązań do aktualnych spraw.

Przygoda z kryminałem Manziniego trwała krótko, ponieważ ciężko się od niego oderwać, a to przecież jedynie 285 stron. Sugeruję wydawnictwu Muza kuć żelazo póki gorące i szybko przełożyć pozostałe kryminały z Rocco, choćby po to, żeby wreszcie wyjaśnić tajemnicę związaną z jego żoną Mariną. Bo jak konstatuje Rocco: przeszłość to zmarły, którego zwłoki ciągle cię nawiedzają, a jeśli przestaną przychodzić to znaczy, że do niej dołączyłeś.

Młodość Wistinga

Moja kolekcja Horstów szybko się rozrasta, ale nie jest to powód do zmartwień. Poziom tych kryminałów można usytuować powyżej średniej i niestety są to nadal powieści lepsze od polskich nowości, przede wszystkim lepiej skonstruowane, przemyślane i logiczne. „Gdy mrok zapada” ukazuje się u nas zaraz po premierze norweskiej, jakby wydawnictwo chciało jednocześnie nadrabiać zaległości w wydawaniu Horsta i trzymając ręce na pulsie, serwować nam nowe przygody sympatycznego policjanta.

Tym razem akcja zabierze nas do roku 1983, roku dla nas w jakimś sensie ważnego, o czym wspomina również autor, w krótkiej relacji z lektury gazety, kiedy to czyta o Nagrodzie Nobla dla Lecha Wałęsy, oraz jego decyzji o nie przyjeżdżaniu do Norwegii, w obawie przed uniemożliwieniem mu powrotu do kraju. Gdyby początkujący autorzy kryminałów mieli się czegoś uczyć od Horsta, albo od innych Skandynawów, albo po prostu od dobrych rzemieślników pióra, to zwrócili by uwagę na opisywane przez starych wyjadaczy tła, drugie plany, konteksty, czy też banalne szczegóły, które jednak uwiarygodniają akcję i nie są zwyczajnymi i nudnawymi opisami, ale raczej celnymi uderzeniami w rzeczywistość, którą należy opisać fachowo.

Studio_20170104_221732_resized

To, co czasem irytowało u Wallandera, to żmudne grzebanie w szczegółach śledztwa, wertowanie dokumentów, staje się też udziałem Wistinga, który w 2016 roku jest już doświadczonym policjantem, szkolącym młodzież. W pierwszym rozdziale Wisting otrzymuje tajemniczy list, który przypomina mu zagadkę sprzed 33 lat, cofając nas do wspomnianego już roku 1983.

25-letni, początkujący policjant, szczęśliwy małżonek, ojciec bliźniaków, z którymi będą razem z żoną Ingrid spędzać pierwsze święta, za namową kolekcjonera starych samochodów, trafia do starej, walącej się stodoły, gdzie czeka na niego zagadka tajemniczego napadu sprzed wielu lat, oraz zasuszony trup. A jednocześnie zostaje zrabowany nocny sejf, gdzie wrzuca się utargi z całego dnia – nie wiem czy jeszcze funkcjonują takie miejsca, ale sam pamiętam, że w ścianach banków były kiedyś takie miejsca, gdzie wrzucało się pieniądze ze sklepów zamykanych późno. Teraz już chyba tego nie ma.

Te dwie sprawy: starej stodoły i stojącego w niej auta oraz bezczelny napad na sejf, powiąże nie tylko osoba młodego Wistinga. Młody policjant od początku daje się poznać jako sprawny obserwator i obdarzony inicjatywą i intuicją, potrafi na własną rękę  zdobywać doświadczenie w sprawach kryminalnych. Wisting chce zostać śledczym i aż się pali do przesłuchań i zbierania dowodów: „Na samą myśl, o tym, że sam mógłby kiedyś tak pracować, ogarniało go zniecierpliwienie, od którego aż mrowiły mu dłonie”.

Wisting już wtedy zostanie zauważony przez przełożonych i wytypowany jako kandydat na śledczego – tym właśnie kończy się sprawa z roku 83, pozostając nierozwiązaną do końca. A jednak po 33 latach, za sprawą tego tajemniczego listu, Wisting może zamknąć stare śledztwo, przy okazji zabrać swoich kursantów na ekscytującą wyprawę w przeszłość.

Ten krótki, lekko świąteczny kryminał, ubarwi wszystkim nudne chwile w pociągu albo samolocie – trzeba go czytać szybko i na pewno nie będzie to nudna przygoda. Horst już zadomowił się w Polsce i nie zdziwi mnie informacja, że wkrótce dostaniemy do rąk kolejne przygody komisarza policji z Wydziału Śledczego w Larvik, Wiliama Wistinga.

Pójdź na sąd boży.

Ziomecki, niczym Katarzyna Bonda, pisze cykl, który nazwał „Elementy zbrodni”. Będzie się składał z czterech części –  pierwsza nosiła tytuł: „Umierasz i cię nie ma”, a najnowsza to „Pójdź na sąd boży”. Nie wiem skąd Ziomecki bierze te tytuły, czy są to cytaty biblijne czy literackie – doprawdy nic nie przychodzi mi do głowy. Ale to nie jest chyba najważniejsze.

Autor pokazuje nam całą historię w krótkich odsłonach, tytułując kolejne rozdziały godziną podaną co do minuty oraz szczegółowym opisem miejsca, gdzie akurat rozgrywa się akcja. Trochę to na wyrost, lekko naciągane, ale to częsty chwyt autorów, zwłaszcza powieści kryminalnych – czytelnik lubi taki konkret, dopasowanie czasu i miejsca. Nie wiem tylko, po co pierwszy rozdział jest Prologiem, ponieważ nie jest wyjątkowy, nie dzieje się tam nic szczególnego i doskonale mógłby stanowić po prostu pierwszą część książki. W tym pozorowanym prologu, Ziomecki przedstawia nam rzecz jasna trop, zapowiedź historii, i gdyby to rzeczywiście miało jakiekolwiek znaczenie, mógłbym uznać konieczność specjalnego wyróżnienia tego rozdziału – niestety, czytając kolejne strony, widzimy jak Ziomecki rozwiewa nasze nadzieje, a szantażysta, wyeksponowany na początku, okazuje się nic nie znaczącym epizodem.

okladka_POJDZ_NA_SAD_BOZY_druk.indd

Więc o co chodzi w tej opowieści? Czytelnicy poprzedniej, pierwszej części „Elementów zbrodni”, poznali bohatera o wdzięcznym nazwisku Medyna oraz jego żonę i brata. Teraz małżeństwo prowadzi pensjonat, a nasz Medyna do tego znalazł sobie kochankę a brat wplątał się w ciemne interesy. Żona w sumie ma najgorzej, ponieważ dobrzy ludzie donieśli jej o zdradach męża, a swoje żale biedna kobieta wylewa w pamiętniku, którego kolejne odsłony poznajemy – jest to lekko irytujące, jak mężczyzna pisze o tym, co myśli kobieta, podejrzewając mężczyznę o zdradę. Historia rozkręca się niemrawo i do pewnego momentu nie wiemy, co będzie głównym wątkiem akcji: czy wyplątanie durnego brata z układu z szemranym biznesmenem, czy też zlecenie dla byłego policjanta, polegające na odnalezieniu mordercy pięknej, choć puszczalskiej dziewczyny.

W tym drugim wątku dostajemy szczegółowe opisy małomiasteczkowych orgii  – wspomniana dziewczyna, z nieznanych bliżej przyczyn, rozsmakowała się w zbiorowych ekscesach seksualnych i nie potrafi odmówić nikomu. Jej koniec, przyznajmy, dosyć spektakularny, jest wyrzutem sumienia dla umierającego bogacza, więc Medyna załapuje się na fuchę, dzięki której zarobi trochę grosza odnajdując rzeczywistego mordercę pięknej latawicy. W międzyczasie sprawnie rozprawia się z bandziorami nasłanymi przez bogatego biznesmena i udaje mu się uratować brata.

To się czyta bardzo przyjemnie, dzięki krótkim rozdziałom. Od połowy książka nabiera tempa, a miłosne rozterki Medyny schodzą na dalszy plan. Trzeba przyznać, że chłopina usiłuje wzbudzić naszą sympatię, ale raczej stajemy po stronie jego żony – choć łzawa scena rozstania z kochanką przyprawia nas o uśmiech politowania, to marny koniec związku bohatera nikogo nie zdziwi.

Oczywiście w kolejnych częściach spotkamy się z pewnością z próbami odnowienia tego skomplikowanego małżeństwa, będziemy zmuszeni znosić wyskoki brata Medyny, ale ja bym raczej liczył na sprawną i wciągającą intrygę kryminalną, dzięki której Ziomecki zaskoczy nas błyskotliwą konstrukcją i rzetelnym opisem.  Pasja jest –  tylko umiejętności jeszcze szwankują. Chyba, że autor celuje w podróżnych, przemieszczających się po trwających kilka godzin trasach kolejowych i szukających czegoś poza wpatrywaniem się w ekran smartfona. Niestety, grupa ta wymiera w tempie geometrycznym, więc czytelnicy literatury wagonowej, dla których liczy się łatwa i szybka lektura, a jednocześnie klienci Ziomeckiego, mogą nie doczekać ostatniej części sagi.

Zabójczy tie-break.

Wiktor Wolski powrócił, bo czemuż by nie miał wrócić? Kiedy pisałem o drugim tomie przygód brutalnego policjanta, autor zwierzał się gdzieś, że w trzecim tomie zajmie się kolejną dyscypliną sportu – wszak jest specjalistą od marketingu sportowego – a mianowicie przeczytamy o przekrętach w świecie boksu. A tu niespodzianka, ponieważ afera w Polskim Związku Piłki Siatkowej, natchnęła go do zajęcia się siatkówką, w tym przypadku kobiecą. W Polsce odbywają się Mistrzostwa Świata i przy okazji również wybory prezydenckie. A o tym, że świat sportu i polityki siłą rzeczy musi się przenikać, wie nie tylko Nikodem Pałasz, choć zaserwowany nam układ polityczno-sportowy daleko wykracza poza nasze wyobrażenia o tym, jak bardzo źli ludzie rządza zarówno nami jak i związkiem sportowym. Rzecz jasna, że chodzi o pieniądze i władzę.

No ale w tej grubej książce (teraz nawet autorzy kryminałów, oprócz rzecz jasna Nesbo, ale jemu wolno, muszą wyprodukować co najmniej pięćset stron, jakby wydawca płacił za każdą stronę, a nie za skończony produkt) dostajemy oprócz motywów sportowych i politycznych, również wątki antysemickie, nazistowskie, kikolskie, a także odgrzewaną w każdym tomie niewyjaśnioną sprawę zabójstwa ojca głównego bohatera.

Studio_20161017_221123_resized

Rozpoczynając przygodę z „Zabójczym tie-breakiem” zostałem niepostrzeżenie wchłonięty w sprawnie rozwijającą się akcję, w myślach gratulowałem Panu Nikodemowi, że tak dobrze wszystko się zapowiada, że wzorem starych mistrzów umieścił na początku spis postaci, z którymi się spotkamy na łamach, i że naprawdę Nikodem Pałasz zrobił duży krok, żeby stać się rasowym i ulubionym autorem literatury wagonowej.

Zamordowano izraelską siatkarkę, a ten fakt może skutecznie zniszczyć dobre imię Polski jako gospodarza imprezy o randze światowej, stąd działania wszystkich czynników odpowiedzialnych za organizację zawodów, zmierzają do wyciszenia morderstwa. Wolski cieszy się wolnością i miłością – zrezygnował z pracy i mieszka z Leną, którą wyrwał w poprzedniej książce. A za jego plecami trwa gorączkowa przepychanka w związku z morderstwem: szef związku, o jakże kojarzącym się nazwisku Przegroda, wykłada grubą forsę dla Prezydenta Kirsza, który nerwowo walczy o reelekcję, a pieniądze od szefa związku siatkarskiego mają sprawić, że sprawa morderstwa zostanie wyciszona. Były szef Wolskiego, Morawiec szantażem i obietnicami rozwikłania sprawy morderstwa ojca, zmusza Wolskiego do zajęcia się zabójstwem siatkarki. Powstaje taki zaklęty krąg interesów, gdzie każdy może zyskać, a jedyną poszkodowaną jest nieszczęsna siatkarka, no ale ona jest martwa.

I tutaj naprawdę wszystko mi się podoba, dialogi, rozwój akcji, miłosne igraszki, bankiety i zakulisowe rozgrywki. Sprawny autor. Niestety są też zgrzyty, ponieważ Pałasz aż kipi wiedzą na różne tematy, nie wiem czy on je znajduje w Internecie, czy czyta dużo i nie po łebkach, ale przy każdej okazji musi się pochwalić: a to że wie o co chodzi w Gwiezdnych wojnach, a to znów, że przeczytał Tatarkiewicza. Facet z wypaleniem zawodowym, czyli Wolski toczy głęboką dysputę o szczęściu z profesorem Sołomereckim, i choć to są fajne i ciekawe zagadnienia, to jednak jak ja mam ochotę na filozofię, to sobie tego Tatarkiewicza czy Azaisa lub Chamforta, Schopenhauera albo La Rochefoucaulda, czy innego diabła, wezmę z półki, bo mam. A tu Pałasz nam prowadzi dyskusję i bryluje i padają tezy, nazwiska i cytaty, robi się głęboko, a jednak nie bardzo. A dlatego nie bardzo, bo przeziera przez te fragmenty chęć pokazania się, powiewają pawie pióra Nikodemowe, zdając się nam krzyczeć: patrzcie jaki jestem elokwentny. Nuda, panie, nuda. Ja się wziąłem za kryminał, a rozważania o poezji Krasińskiego niekoniecznie chciałbym tu spotkać.

Oczywiście że się czepiam, czepianie się to moja druga natura, ja bym się i Pilcha uczepił, choć może ze strachem. W każdym razie kryminał jest wciągający, Wolski zna wszystkich i wystarczy jego jeden telefon, żeby dostać od swojego opiekuna, milionera Grabka, zresztą również zainteresowanego wynikami wyborów prezydenckich, tyle kasy ile tylko będzie chciał, wystarczy uruchomić swoich znajomych, a to w USA, a to w Anglii, żeby też pomogli; samochód potrzebny – proszę bardzo, od czego są znajomości i już nasz były policjant jeździ sobie porsche, przy okazji dostarczając nam wykład o modelach tej marki. Oj za dużo wie ten Pałasz, za dużo. Koniec zgryźliwości.

Czy te układy w świecie władzy są aż tak przerażające – nie wiem. Nie sądzę, żeby na szczytach polityki działy się takie brudne przekupstwa, machloje i szantaże. Przerysowanie nadaje tej powieści smaczków, odrealnia nam lekko kulisy sprawowania władzy. Wyczyny Wolskiego pokazane są sprawnie a odrzucając jego bondowską zapalczywość, dostalibyśmy żmudną orkę komisarza Maigreta, a przecież nie o to tutaj chodzi – ma być ostro i namiętnie.

Skróciłbym tę książkę o jakieś dwieście stron, wyczyścił z tych wszystkich wykładów, które są nam serwowane i wówczas z czystym sumieniem czekałbym na kolejny tom  przygód Wolskiego, zwłaszcza że sytuacja, którą zastaniemy na ostatnich stronach nie napawa optymizmem. No ale „show must go on”, i wkrótce na pewno dowiemy się jakim sportem tym razem uraczy nas Pałasz. Znając jednak kondycję naszego boksu, sugerowałbym raczej zająć się lekką atletyką albo kolarstwem, gdzie ostatnimi czasy dużo się dzieje, zwłaszcza w sferach dopingowych. Nie mówiąc już o kremach do ust, które właśnie wyeliminowały Justynie Kowalczyk największą rywalkę.

Wódczany raj Teofila Olkiewicza.

Śliski interes” czekał na podręcznej półce, ciesząc perspektywą nieuniknionego czytania – był jak deser po Bondzie i skwarki na ciemnym chlebie „Mocka”. Z góry wiedziałem, że przygoda z Ćwirlejem będzie jazdą wesołą, rozrywkowo-wspomnieniową, będzie przyjemnością, którą warto sobie dawkować. A do tego w zapasie mam dwie książki, które Ćwirlej napisał niejako obok głównego nurtu przygód milicjantów z Poznania i Piły, czyli „Jedyne wyjście” i „Tam ci będzie lepiej”, gdyż wcześniejsze sześć kryminałów milicyjnych Ćwirleja przeczytałem i nie pożyczam.

W „Śliskim interesie” znajdziemy szereg nawiązań do ostatnich śledztw i losów bohaterów, zaprezentowanych nam w: „Śmiertelnie poważnej sprawie” z 2013 roku, oraz wydanej rok później „Błyskawicznej wypłacie”, ale nie przeszkadza to czytelnikowi w dobrej zabawie. Czytelnicy polubili przystojniaka Brodziaka i jego kumpla Grubego Rycha, Freda Marcinkowskiego, który tym razem pojawia się epizodycznie, oraz Teofila Olkiewicza, nagle wyniesionego na gwiazdę ekipy kryminalnej, której zadaniem ma być rozwiązanie problemu chrzczonej wódki oraz dziwnych przypadków bezczeszczenia zwłok, zwłaszcza, że są to trupy przywiezione ze zgniłego zachodu.

Studio_20161016_192903_resized

Olkiewicz prezentuje się tutaj nad wyraz okazale, a wymienianie jego sukcesów i triumfów śledczych, przysporzyłoby z pewnością rumieńców wstydu współczesnym policjantom z Archiwum X. Jeśli chodzi o wódę, to Teoś pije, ale powiedzenie, że Teofil pije, nie oddaje wcale charakteru jego picia – on pije na okrągło, nie je a pije, a pije wszystko, choć oczywiście najbardziej lubi czystą wódkę polską, od której na przykład lubi rozpocząć dzień. Teofil pije, ale nie bywa pijany – przeciętny pijak nie ma szans w starciu z chorążym, powiem więcej: żaden przestępca nie przechytrzy naszego Dyla Sowizdrzała, tego Szwejka na miarę swoich czasów. Teofil Olkiewicz jest idiotą, wałkoniem, leniem i cała jego egzystencja sprowadza się do tego, żeby gdziekolwiek skieruje go rozkaz przełożonego, mieć pod ręką zapas wódki. Sprawa rozwadniania przedświątecznego alkoholu  jest stworzona dla takiego ochlapusa jak Olkiewicz – zresztą rozwiązuje ją w sposób absolutnie perfekcyjny, przy okazji wzbogacając się o zapas wódy, który przeciętnemu Polakowi starczyłby do końca życia, a Teofilowi może starczyć na góra miesiąc.

Rozwiązanie wódczanych machlojek nie jest jedynym sukcesem policjantów z Poznania. W tle toczy się walka cinkciarzy o wpływy, a jak wiadomo przyjaciel porucznika Brodziaka, Rychu, jest przestępcą, którego z dolarowego biznesu, wyrzucają popierani przez SB kryminaliści. Służba Bezpieczeństwa, obecna we wszystkich książkach milicyjnych Ćwirleja,  jest rzeczywistą władzą w PRL-u, a jej agenci swoimi machlojkami i przekrętami prześcigają najgorszych bandytów. W powieści trup ścieli się gęsto i nie ma tu zlituj się nad sympatycznym bohaterem – zabić może każdy, nawet ciapowaty debil Olkiewicz.

Akcja toczy się w roku 1983, a kto pamięta tamte czasy, to wie, że niedługo po stanie wojennym, nikt nie wierzył, że dożyje  jakiejkolwiek demokracji. Jednocześnie to był taki dziwny czas, kiedy zdobycie pomarańczy czy papieru toaletowego zakrawało na sukces, porównywalny dzisiaj do obejrzenia Wiadomości bez grymasu zniesmaczenia.

Teofil, wezwany do trupa zakopanego w śnieżnej pryzmie, rozpocznie mozolne śledztwo, przy wtórze towarzyszącej mu wciąż piosenki, hitu tamtego czasu, a mianowicie: „Zacznij od Bacha” Zbigniewa Wodeckiego. Dywagacje Olkiewicza na temat tekstu piosenki, należą do najśmieszniejszych – finalna konkluzja, odpowiada charakterowi milicjanta – nie powinno być „zacznij od Bacha”, ale „zacznij od flachy” – oczywiście nie wspomnę o tym, że oburzony chorąży poprawia autora piosenki, sugerując, że prawidłowo, jak już, powinno się śpiewać „Zacznij od Bachy”.

Wspominając tu żeńskie imię, musimy napomknąć nieśmiało, o niesamowitym wręcz powodzeniu u młodych kobiet, tego grubawego, niechlujnego, w średnim wieku milicjanta, z zaczeską na głowie, które to kobiety zdobywa od niechcenia, wykorzystuje popisując się niespożytą energią seksualną.  Tu jakby Olkiewicz wymknął się Panu Ćwirlejowi z objęć, ale co tam, przecież lubimy tego obiboka, farciarza, prostego obywatela tamtych czasów. ,

Przestrzeń lat, od roku 1981 do 1989, a nawet dalej, jest jeszcze do zapełnienia milicyjnymi opowieściami Ryszard Ćwirleja. Chorąży Olkiewicz powinien umrzeć na marskość wątroby pod koniec trwania naszej socjalistycznej ojczyzny, ale nie odmówiłbym sobie przyjemności przeczytania o losach Teosia po upadku komuny. To dopiero byłby wstrząs dla zweryfikowanego policjanta – zlikwidowanie kartek na wódkę! No nie – tego ten sympatyczny pijak by nie zniósł. A zresztą kto wie, co nam zaserwuje mistrz Ćwirlej w kolejnej powieści?