Wszystko jak chcesz.

„Ach Boże, jak mi się chce piekielnie gdzieś z Tobą pojechać. Ty nie masz pojęcia, jaki Ty jesteś uroczy w podróży, nawet wtedy, kiedy Twoje myśli są zupełnie gdzie indziej, nie przy Twoim przyjacielu. A tamte podróże, do Krakowa, były tak całkowicie i bez żadnego pęknięcia piękne. Chciałbym tak bardzo posłuchać Twojego głosu, Twojego oddechu – nie spać, kiedy Ty śpisz, mój drogi, najdroższy chłopcze. Bo ja, mój Jerzy kochany, naprawdę kocham Ciebie i potrzebuję jak powietrza”

Tak pisał Jarosław Iwaszkiewicz z Rzymu w listopadzie 1958 roku. A ilu z nas mogłoby tak pisać, ilu zdarzyła się taka miłość, nie do ogarnięcia, wielka a jednocześnie bezsilna, bo niemożliwa, rozpoczęta, a nie zrealizowana, pęknięta gdzieś z racji okoliczności i braku wzajemności. Jarosław kochał będąc sześćdziesięcioczteroletnim mężczyzną, kochał Jerzego Błeszyńskiego, o prawie czterdzieści lat młodszego pracownika fabryki Kafar, męża Haliny, ojca dwójki dzieci, a do tego zakochanego w innej kobiecie.

Listy te są świadectwem miłości totalnej, ślepej, a jednocześnie świadomej swojej jednostronności, rozpaczliwej, a przecież dającej niespotykaną dotąd intensywność i szczęście. Szczęście, które przepełnione było goryczą, udręką nieustannego zmagania się z tym uczuciem, rozpaczą i natchnieniem, owocującym literacko. Iwaszkiewicz przeżywa ten romans zdając sobie sprawę, że po Jurku nie będzie już nic ważnego w jego życiu, a przecież obiekt jego uczuć jest śmiertelnie chory na gruźlicę i wkrótce umrze.

Studio_20170520_225900_resized

Pisarz domyślał się, że ta korespondencja kiedyś wypłynie, więc po śmierci Jurka zabrał listy, a nawet je zredagował – w jednym z nich wspomina, że za kilkadziesiąt lat można będzie je sprzedać ze znacznym zyskiem. I zapewne tak się właśnie stało, bo losy tej korespondencji owiane są tajemnicą.

To pisanie jest tak samotnie jednostronne, jak niespełniona miłość, kiedy jedna strona walczy, a druga tylko towarzyszy. Nie mamy listów Błeszyńskiego, pisanych rzadko i oszczędnie – nie wiadomo co się z nimi stało i czy jeszcze kiedyś wypłyną. Nie wiemy nawet jak wyglądał Jerzy – jedyną fotografię możemy odszukać w Internecie, podobno był bardzo przystojny, ale to uroda robotnika, uroda Radziwiłowicza z „Człowieka z marmuru” – nie znajdziemy jej w książce. Anna Król zebrała nawet telegramy wysyłane do Jurka, z nadzieją na jego odpowiedzi i z prośbami o telefon, adresami miejsc, gdzie pisarz spodziewał się otrzymać kilka słów od kochanka.

Obsesją pisania chciał zagłuszyć tęsknotę – Jarosław pisał niemal codziennie, traktując to jak rozmowę z ukochanym, jakby te chwile podczas pisania pozwoliły uciec od niebotycznej tęsknoty. Bo przecież jeśli się kocha, to cała natura człowieka zwrócona jest ku osobie kochanej, każda chwila jest dążeniem do kontaktu, do dotyku, spotkania, rozmowy, telefonu choćby, a pisanie listu to intymna spowiedź wydarta z głębi, bo czego się nie potrafi powiedzieć to można napisać, zwłaszcza będąc sprawnym literatem.

Iwaszkiewicz w listach jest czuły i oddany, a jednocześnie nie szczędzi wyrzutów Jerzemu za kłamstwa i lawirowanie z kochanką, do której wciąż ucieka z sanatorium do Bydgoszczy. Po listach pełnych skargi przychodzą przeprosiny, wystarczy jeden telefon kochanka i jego czule słowa a Jarosław potrafi zapomnieć o wszystkich krzywdach. Jest lojalny w swojej miłości, zapewnia o niej nawet wówczas, kiedy czuje się oszukany: „Kochany nie gniewaj się i nie niepokój, bo chociażbyś mi przedstawił wszystkie piętnaście kochanek, chociażbyś z trzema z nich się ożenił, żebyś mi wyznał cztery morderstwa i dwa gwałty, gdybyś mi nawet dał po mordzie, za to wszystko – byłbym zawsze jednakowy.”

Listy Iwaszkiewicza zaskakują szczerością, są otwartą raną na jego sercu, świadectwem otwierającą tego pisarza szerzej niż każda z jego książek, bo przecież nigdy nie byłem miłośnikiem tej prozy, a tym bardziej poezji. Iwaszkiewicz trafia do mnie poprzez „Panny z Wilka” Wajdy, poprzez jego biografię „Inne życie” Romaniuka, korespondencję z Wajdą, ale nie przez własne utwory. Ale te listy są czymś osobistym, a jednocześnie tak uniwersalnym, że wielu odnajdzie tam siebie oraz wszystkie  niuanse przyporządkowane kochającym. I ta banalna definicja miłości, którą przedstawia w jednym z listów, to porozumienie duchowe, wyciągnięte podczas słuchania koncertu skrzypcowego Szymanowskiego, kiedy tłumaczy kochankowi co ich łączy, to bezmierne szczęście, które go ogarnia w chwilach, kiedy może z nim być – to wszystko jest jak przypomnienie własnych przeżyć, bo odnajdywanie się w tej korespondencji jest jej największą zaletą.

Brak wiadomości od kochanka przyjmuje jako coś najgorszego, jak ból nie do wytrzymania, jak ból zęba. Nerwy naprężone do ostateczności i cały dzień jedna myśl, myśl o nim, a jednocześnie codzienne czynności, które trzeba wykonać. I niepokój o zdrowie kochanka o to, czy mu się nic nie stało, bo przecież nie ma listów nie ma telefonu, nic nie ma. Udręka miłości.

Po śmierci Błeszyńskiego Iwaszkiewicz nie przestaje pisać, bo przecież miłość nie umiera nigdy. Wstrząsający 30 maja 1959 roku, kiedy w piękny i słoneczny dzień Iwaszkiewicz obserwuje w niewielkiej kostnicy starca obmywającego ciało ukochanego. A potem sam ubiera Jerzego i wyje z rozpaczy nad ciałem, które utracił na zawsze.

„Wszystko jak chcesz” to cytat z Jerzego. Można to odnieść do każdej wielkiej miłości – także tej niespełnionej, przetrąconej, zamordowanej świadomej lub nie, okaleczonej, zmarnowanej, wyrzuconej na śmietnik z głupoty lub nieuwagi. Tylko że potem zostają tylko listy, pisane latami, a kiedy nie ma już do kogo się przytulić, zadaj sobie pytanie, dlaczego?

„Twój uśmiech, to jest najważniejsze

A co tam wicher, co tam płacz.

Gdy dnie zimowe coraz krótsze,

Godzinę każdą palcem znacz.

 

Palcem maczanym w konfiturze –

To nic, że już słodycze mdlą –

Wszystkie gałązki, wszystkie róże

Wcześnie obcięte szybko schną.

 

Któż myśli o zbytecznym jutrze?

Do rzeki czasu, koniu skacz!

Twój uśmiech to jest najważniejsze

Jakiż nieważny jest mój płacz.”

„Wszystko jak chcesz” do nabycia w Taniej Książce

Iwaszkiewicz intymnie.

Gromadzimy rzeczy, jakby to one trzymały nas przy życiu, a gdy znikniemy nagle i bezpowrotnie, zostaje po nas sterta niepotrzebnych szpargałów, kiedyś ważnych dla nas, teraz wyrzuconych na śmietnik. Książka Anny Król „Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie”, obnaża skłonność pisarza do gromadzenia wszystkiego,  co kiedykolwiek przeszło przez jego ręce, od rachunków poprzez restauracyjne menu, a skończywszy na góralskiej ciupadze.

W domach naszych babć i dziadków były takie szuflady, ze szpargałami wszelakimi, kompletnie nieprzydatnymi już rzeczami, z którymi żal było się rozstać, więc wrzucało się je do tej szuflady. Z Iwaszkiewiczem jest trochę inaczej, ponieważ był znanym pisarzem, dostojnikiem państwowym i rzeczy z nim związane, po jego śmierci, zostały dokładnie skatalogowane i zostawione właściwie na swoim miejscu, w domu pisarza w Stawisku, gdzie utworzono muzeum.

Studio_20151030_182159_resized

        Anna Król postanowiła zabawić nas tymi rzeczami, snując opowieść wokół guzika, portmonetki, pocztówki, szafy czy kalendarzyka. To są preteksty do zabrania nas w podróż przez życie człowieka, którego nie za bardzo już się czyta, natomiast obsesyjnie się czyta o nim. Nawet „Dzienniki”, których dwa tomy zdołałem kupić (na trzeci też przyjdzie czas), nie wciągają niczym zapiski Twardocha, pozbawione są nawet uroku Dehnelowskiego dziennika roku chrystusowego, nie mówiąc już o Pilcha wynurzeniach. Skrupulatność Iwaszkiewicza skazuje nas na mordęgę, a przecież to była osobowość niezwykle złożona i wybitnie emocjonalnie fascynująca.

Król zrobiła trochę krzywdę Jarosławowi, bo obnażyła ten jego nienowoczesny, zakurzony, starczy, (nawet wtedy, kiedy opisuje jego młodzieńcze losy), świat, obdarty z przyjemności, piękna i radości. Zdaje nam się, że pisarz wciąż się zmagał, wciąż cierpiał albo narzekał, gdy tymczasem nie musiało tak być. Napisana przez Radosława Romaniuka  pierwsza część biografii Iwaszkiewicza „Inne życie”, to fascynująca podróż przez młodość pisarza. Oczekując (doprawdy już za długo) na tom drugi, otrzymujemy wciąż przykłady fascynacji pisarzem, choć bardziej zajmują nas jego listy (do Wajdy czy Miłosza), jego biografia, niż powieści.

Rzeczy przybliżają nam osobę, piętnują jej nawyki, rozczulają swoimi losami, opowiadają albo pozwalają snuć przypuszczenia. To doskonały pomysł na zrozumienie charakteru i przyzwyczajeń, świetna pożywka dla wyobraźni, co też autorka wykorzystuje, snując przed nami wątki z życia pisarza, ubarwione fabularnie, bawiąc się również w tworzenie scen z przeszłości, gdzie aktor Iwaszkiewicz ustawiony przez Król, poruszany jest przez jej pociągnięcia piórem. Nie zawsze się to sprawdza, ale lubię na przykład scenę ze snu autorki , kiedy w Sandomierzu, w pokoju pracy twórczej, otwartym już po śmierci pisarza, ale z widokiem, który Jarosław na pewno by cenił, pisarz komentuje to miejsce, przypominając kozę, która kiedyś pasła się przed wynajmowanym w Sandomierzu pokojem, uprzykrzając mu życie swoim zapachem.

Książka rozpoczyna się najgorzej jak tylko można, bo wpadamy w wir po śmierci Iwaszkiewicza, kiedy to wszystkie rzeczy nagle zyskują inny status, kiedy sytuacja przedmiotów nabiera wymiaru metafizycznego – przestają służyć i oddychają wymiarem bezwładnej bezczynności. Król je skrzętnie wydobywa, szpera w szufladach, wywleka intymne lufki do papierosów, butelki z resztkami wody kolońskiej, tubkę z pastą do zębów, puderniczkę żony.

Jeśli chcemy poznać Iwaszkiewicza możemy zagłębić się w książce Król, ale jest to poznanie szczególne, trochę wiwisekcyjne, sprowadzone do przyziemności, fizjologii, tej codziennej udręki, którą pisarz musiał znosić. Brakuje mi w tej bardzo ładnie wydanej książce fotografii, o których tak często autorka przypomina – zdjęcia z ukochanym psem Trupkiem, zrobionym w zimie, któremu autorka nadaje specjalne znaczenie,  zrobionego przez fotografa Tadeusza Rolke, zdjęcia Stawiska czy wnętrz, o których się opowiada. Są bardzo nastrojowe fotografie na początku rozdziałów, ale one, pomimo że pokazują i opisywany płaszcz pisarza, i jego portmonetkę, z resztkami monet z lat osiemdziesiątych, to jednak nie wyczerpują naszej ciekawości.

Autorka trochę w tej książce przemyca siebie, ale to raczej pomaga nam w czytaniu – przecież można pojechać do Stawiska, odwiedzić Atmę w Zakopanem, można chodzić ścieżkami Iwaszkiewicza, posmakować tego życia z własnej perspektywy, a potem pokazać, jak bardzo pisarz, odchodzący w zapomnienie, może zawrócić w głowie.

Książka do kupienia tutaj.

TK_male (1)

Jarosław Iwaszkiewicz Dzienniki 1956 – 1963

Iwaszkiewicz niespodziewanie stał się autorytetem – ten pogardzany przez lata działacz, niedoceniany wciąż autor, usadowił się nagle w mojej bibliotece, poczynając od kupowanych w latach 80-tych, przypadkowo, (ale wówczas brało się wszystko, co przypominało choćby literaturę), więc od białych tomów Jego dzieł zebranych Czytelnika, ze złotą maską na okładce, przez kupione z lekką niechęcią „Listy” Anny i Jarosława, aż do nagłego pragnienia przeczytania Sławy i chwały, do czego nie doszło. A teraz mam jeszcze trzy tomy Dzienników, w charakterystycznej, niebieskiej okładce, pierwszy tom rewelacyjnej biografii autorstwa Radosława Romaniuka (kiedy wreszcie będzie tom drugi?), oraz cienką korespondencje Jarosława z Andrzejem Wajdą. Można powiedzieć, że Iwaszkiewicz wdziera się w świadomość literacką naturalnie, stopniowo tracąc ten partyjno-socjalistyczny sztafaż, na rzecz czystej literatury.

DSC_2281

Niestety, ja miłośnikiem pióra Iwaszkiewicza nigdy nie zostałem, wiersze jego nie przemawiają do mnie a opowiadania wolę sfilmowane – natomiast jego biografia, losy, historia i wszystko to, co się dookoła niego działo, stanowią fascynującą przygodę, zwłaszcza, jeśli czytamy o tym w Dziennikach.

Pierwszy tom, obejmujący lata 1911 – 1955, wyszedł w roku 2007. Drugi, otrzymany dzięki bdkultura.pl, ukazał się trzy lata później. Ostatni tom można było kupić w 2011 roku – wszystkie w twardej okładce, porządnie opracowane, z doskonałym wstępem Andrzeja Gronczewskiego.

Czytanie Dzienników Iwaszkiewicza to przygoda szczególna. Zagłębiałem się w czasie świąt w tom drugi, obejmujący lata 1956 – 1963, a więc można powiedzieć najbardziej aktywny okres w życiu pisarza. A jednocześnie autora dopada już starość, choć przecież my to wiemy, dożyje roku 1980. Doskonale uzupełnia ten jego stan ducha, przypomniany przez telewizję film Wajdy „Panny z Wilka”, gdzie grany przez Daniela Olbrychskiego Wiktor, wchodzi w zmierzch życia, zdając sobie sprawę, że to co najlepsze, już się zdarzyło, a największym grzechem, byłoby nie dostrzec własnego szczęścia.

Iwaszkiewicz jeździ po świecie, bierze udział w konferencjach, występuje, peroruje, reprezentuje, animuje, przewodniczy –  jako zaufany pisarz władzy ludowej, a jednocześnie szuka swojego szczęścia, zachłannie i drapieżnie. Nie brak mu megalomanii, kiedy pisze jaki jest wielki i jak brakuje mu konkurencji, jak narzeka na prowincjonalizm kultury, w której musi egzystować, jak wiele czerpie z częstych podróży do Rzymu czy Wenecji, gdzie ogląda swoje ulubione obrazy.

Można również śledzić wątki erotyczne, miłosne historie pisarza, skomplikowane stosunki z żoną Anną, lecz najbardziej wstrząsające są chyba notatki o śmierci Jurka Błeszyńskiego, miłości Jarosława, która dała mu tyle szczęścia, a jednocześnie pokazała cały absurd, pozornego bycia razem, fikcji kochania w tamtych czasach, wspólnoty a jednocześnie rozbieżności. „Kocha się nie erotyzmem, nie marną pieszczotą, ale jakąś ludzką jednością, wspólnotą cierpienia i śmierci. Myślę, że tak może kochać tylko mężczyzna mężczyznę, i że w tym tai się nagroda dla nas – okaleczonych – za wszelkie rozpacze miłości jednopłciowej.”

Iwaszkiewicz uwielbiał pławić się w blasku władzy, ściskał ręce Chruszczowa, Cyrankiewicza, Gomułki, reprezentował tę zaściankową, buraczaną krainę, dowodzoną przez tępych głupców, a jednocześnie jako prezes Związku Literatów potrafił kierować najlepszym pismem literackim w Europie, czyli Twórczością. Czytanie Dzienników to fascynująca podróż w przeszłość, historyczny melanż, a jednocześnie literatura najwyższych lotów. Wszyscy ci, którzy nienawidzą polityki, znajdą choćby zachwyty nad obrazami Caravaggia. 9 lutego 1961 roku, Jarosław odwiedza kościół Santa Maria del Popolo: „Oczywiście niespodzianka – koń w obrazie św. Pawła stoi w przeciwnym kierunku, niż sobie zawsze wyobrażałem. I w ogóle we wspomnieniach widzę zupełnie inny obraz!”

Ja mam stamtąd pocztówkę, więc zaraz sprawdzę co z tym koniem …

Wszystkie trzy tomy Dzienników dostępne są na www.bdkultura.pl