Żywe trupy Chmielarza.

„Zombie” to niejako kontynuacja „Wampira”, z tymi samymi bohaterami, wrzuconymi w nową sytuację. Nie czytałem „Wampira”, ale to nie przeszkadza, ponieważ Chmielarz opowiadając nową historię, nie sięga w przeszłość, zostawiając czytelnikowi szansę sięgnięcia po pierwszy tom losów Dawida Wolskiego. ( proszę nie mylić z o wiele ciekawszą postacią Wiktora Wolskiego, bohatera sportowych kryminałów Nikodema Pałasza).

A  ja  nie wiem czy warto. sięgać wstecz po „Wampira”…

Chciałbym polubić jakiegoś bohatera Chmielarza, ale mi nie wychodzi. Kim jest ten Wolski, życiowy nieudacznik, którego relacje z ojcem są kliszą wszystkich historii filmowych i literackich, jakby życie nie potrafiło wymyślić nic nowego – konflikt, rozmowa, wybaczenie, gorycz – oto schemat nudny jak rzyganie po nieświeżym piwie. Ale to jeszcze nic – charakterystyka jego myśli, rozterek, samopoczucia, motywacji, wzbudza we mnie niechęć pomieszaną z odrazą. Moralnie dwuznaczny, wykorzystujący dziewczynę, nie tylko finansowo, nieporadny we wszystkim co robi – doprawdy samo wymienianie jego wad przyprawia mnie o mdłości. Więc ja go nie polubiłem, tym bardziej że sceny erotyczne w jego wykonaniu, albo więcej, te sceny w opisie Chmielarza, są jedynie żenujące. Antypatyczność głównego bohatera nie musi wcale prowadzić do odrzucenia książki – można przecież znaleźć sobie jakiś zamiennik, choćby wartką i sensowną akcję?

20170624_120100_resized

Prokurator Górnik żyje ze świadomością, że w dzieciństwie zabił niejakiego Korsarza, antypatycznego sadystę szkolnego, typa, po którym nikt nie zapłacze, a który na dodatek zgwałcił jego ukochaną.  Zabił czy nie zabił, to morderstwo odbija mu się jak czkawka po latach, bo tenże trup Korsarz, wydzwania do niego strasząc, że się zemści. Co robi średnio inteligentny człowiek, kiedy słyszy przez telefon podobne bzdury? Sprawdza kto mu ten dowcip sprokurował, a na krótkiej liście są jedynie dwa nazwiska osób, które o morderczym czynie młodego Górnika wiedziały – jego szkolny kolega Bill oraz sama ukochana. Cała intryga sprowadza się do tego, żeby ten logiczny schemat: Górnik plus dwójka z przeszłości wyjaśnić i komu trzeba przywalić. No ale nie byłoby wówczas ponad pięciuset stron przynudzania o rozterkach moralnych Wolskiego, czy podłożyć świnię sympatycznej dziewczynie, z którą się śpi albo przygląda jej apetycznym pośladkom, nie byłoby opisów stosunków Górnika z jego coraz bardziej nawiedzoną żoną oraz reszty jałowych szamotań bohaterów.

Pamiętam jak z sympatią pisałem o „Przejęciu” z komisarzem o durnym nazwisku Mortka – ta książka mi się podobała, zapewne z tej przyczyny, że nie została rozwleczona na pół tysiąca stron. Chmielarz podąża śladem Katarzyny Bondy, gdy tymczasem powinien może zapatrzyć się w giganta naszej siermiężnej prozy kryminalnej, czyli w Remigiusza Mroza, który pomimo swoich infantylnych wad, potrafi charakteryzować postaci w taki sposób,  że mimowolnie czujemy sympatię zarówno do komisarza Forsta jak i Joanny Chyłki, zapijającej się na śmierć.

Pisanie o „Zombi” sprawia mi ból, ponieważ jest to książka pęknięta w samym swoim zamyśle, której intryga nie trzyma się kupy, a użyte środki literackie są oględnie mówiąc wyłącznie poprawne. Rozwiązanie „zagadki” z dwoma niewiadomymi – Bill czy Karolina – nie powinno nastręczać żadnej trudności – wszak zawsze powinniśmy wybierać wariant najmniej prawdopodobny. Ale to jeszcze trzeba uzasadnić i tutaj dostajemy kolejny zwrot, tyczący antybohatera Korsarza. Pomieszanie dobra i zła nigdy nie wychodziło powieści na dobre – czytelnik może znieść pojedynczy zwrot akcji, poczuć się zaskoczony w momencie, kiedy mu się to dogłębnie wyjaśni i uzasadni. Chmielarz rozwiązuje zagadkę w serii pogmatwanych wynurzeń, mieszając dedukcyjne zdolności Wolskiego na temat kota z krwawymi machnięciami młotka.

Czytam pieśni pochwalne na temat „Zombie” w Internecie i nie potrafię uwierzyć, że ktoś się tą książką zafascynował. A może ja już kompletnie wypadłem z obiegu, może zalewanie nas tymi trocinami kryminalnymi to już konwencja, a naprawdę dobra intryga utonie w gąszczu coraz liczniejszych i coraz grubszych zobowiązań wydawniczych?

Chmielarz „Przejęcie”

Przejęcie” to pierwszy kryminał Wojciecha Chmielarza, który postanowiłem przeczytać, choć wcześniej słyszałem o „Farmie lalek” i były to opinie wystarczająco pochlebne, żebym  zaczął się zastanawiać nad sprawdzeniem umiejętności kolejnego, rodzimego autora, który  stworzył serię z jednym bohaterem, wchodząc do elitarnego klubu, w którym grzeją się już Krajewski, Wroński, Ćwirlej. Dzięki sklepowi bdkultura, książka dotarła do mnie bez przeszkód, a przeczytanie jej zajęło mi trzy dni.

Po czym poznać dobry kryminał? Rzecz jasna czynników, które na to wpływają jest co niemiara, ale ja kieruję się jednym, podstawowym: jeśli książka mnie pociąga, niecierpliwie chce mi się do niej wracać, żeby kontynuować czytanie. To wewnętrzne ssanie przypomina młodzieńcze fascynacje, zdarza się coraz rzadziej, możliwe, że przez brak dobrych lektur, a może przez uodpornienie się na literackie sztuczki. Chmielarz osiągnął warsztatowo poziom, stawiający go pomiędzy najlepszym Wrońskim a średnim Krajewskim. Nie znam poprzednich książek Chmielarza, więc trudno mi wyrokować, czy idzie mu coraz lepiej.

CSC_2249

Rozpoczyna się przygodę z ‘Przejęciem” od historii naiwnych Polaków, którzy skuszeni obietnicą łatwego zarobku oraz egzotycznej wyprawy, wciągnięci zostali w przemyt kokainy z Kolumbii. Następnie przenosimy się do Warszawy, żeby poznać komisarza o fatalnym nazwisku. Zastanawiam się, czym kierował się Chmielarz, wybierając nazwisko Mortka, dla swojego bohatera – policjant przedstawiający się swoim nazwiskiem niewątpliwie wzbudza wesołość, choć w książce mamy wrażenie, że nikomu uśmiech z tego powodu nawet nie przychodzi na myśl. Mnie ten Mortka długo zawadzał, aż w końcu przywykłem. Mortkę spotykamy jadącego na imprezę, do mieszkania nowego faceta żony. Żona  postanowiła zostawić Mortkę, zabierając ponadto ze sobą synów. Psychologicznie mamy irytującą sytuację, na którą zapewne nie zdecydowałoby się wielu porzuconych mężów, ale komisarz jakoś sobie radzi, a nawet udaje mu się zafascynować obecną na imprezie kobietę.

Pierwsze morderstwo, drastycznie wyreżyserowane, zbliża do siebie Mortkę oraz jego nową partnerkę w pracy, o ponownie dziwacznym nazwisku Sucha. Otrzymujemy kolejny komunikat od autora – zajmiemy się również tematem feminizmu i przyznaję, że po „Gniewie” Miloszewskiego, jest to inne spojrzenie na temat stosunków damsko-męskich, bo o ile u Miłoszewskiego faceci lali kobiety lub znęcali się nad nimi psychicznie, to tutaj mężczyźni, na specjalnym portalu dla rozwodników, dzielą się swoimi krzywdami, których doznali od kobiet. Nie zdradzając niczego mogę napisać, że mordowane kobiety stają się ofiarami, na skutek przebiegłości mężczyzny oraz nagromadzenia krzywd, które kumulują się u poniżonych i upokorzonych mężów.

Wątek z mordowanymi kobietami, policjantem, który bije żonę, Mortką, spotykającym się z równie opuszczonymi mężami, intrygą, uknutą w celu pozorowania samobójstw kobiet – wszystko to są wątki poboczne. Główna oś kryminalna, choć wysuwana na plan pierwszy, paradoksalnie gmatwa nam się fabularnie i choć inteligentniejsi czytelnicy łatwo sobie wszystko poukładają, to jednak jedynie zakończenie pobudza mnie do refleksji a cała reszta zdaje się zbyt wydumana. Reasumując, można powiedzieć, że zawiłości nigdy nie sprzyjają dobremu wrażeniu, pozostawianemu przez książkę, choć w tym wypadku cała reszta usprawiedliwia zawirowania konstrukcyjne – jeśli w ostatnim rozdziale autor musi wyjaśniać wszystkie poplątane wątki, to znaczy, że nie potrafił sobie z nimi poradzić. A jednak czyta się to bardzo dobrze, kibicuje komisarzowi w jego zmaganiach z życiem, z tym wszystkim, co pozostało z poprzedniej książki, z tymi powracającymi koszmarami, o których chyba kiedyś chętnie poczytam.

To nie jest byle jaki kryminał, to przygoda z ulubionym bohaterem. Osobiście w tego typu książkach, najbardziej podobają mi się przypadłości opisywanych osób – jeśli autor potrafi zaintrygować czymś w opowiadanej postaci, tzn. że dobrze ją obmyślił: Mortka podejrzewa, że ma HIV, a policjantka Sucha jest obsesyjnie przygotowana na wybuch konfliktu zbrojnego i kiedy nie ma nic do roboty, sprawdza sporządzone przez siebie skrytki na drogach wylotowych ze stolicy.  Chmielarz wymyślił to nie dlatego, żeby nas szokować – on to zrobił, żeby przybliżyć nam swoich bohaterów, bo przecież każdy z nas ma swoje fobie i przyzwyczajenia, a najbardziej, to lubimy czytać o sobie.

Kupcie sobie Chmielarza,(wszystkie trzy części dostępne tutaj), bo warto się przekonać, czy komisarz Mortka wróci do żony, czy też wzorem innych, książkowych policjantów, praca stanie się jego przekleństwem, a komisariat jedynym domem.