Gombrowicz. Ja, geniusz.

Moje przygody z Gombrowiczem pokręcone. Kiedyś usiłowałem pisać jak on, ale to nic szczególnego – pisałem już jak Kafka, Schulz, usiłowałem jak Nabokov.  Dawno nie zaglądałem do jego książek, może czasem przerzucałem Dziennik, ale niecierpliwie. „Kronos” odebrałem jako tragiczny wykwit, zbyt osobisty i wstrząsający, żeby komentować.  Filmy na podstawie jego książek – nieudane. Teatr bardziej się zasłużył – widziałem na żywo wybitną realizację „Pornografii” Teatru Ateneum, z Jerzym Kamasem jako Fryderykiem. Ale ten Gombrowicz był wciąż na marginesie, był jedynie zamknięty w jedną książkę, w Ferdydurke i może w Transatlantyk, który czasem puszczałem sobie w aucie jako audiobook, był też  dziewięcioma tomami czarno-białego wydania jego Dzieł z roku 1986, jeszcze ocenzurowanych, które zawsze stały u mnie na głównej półce. Gombrowicz był zawsze obok Schulza i Witkacego, w awangardzie, ale nie ujęty całościowo, nie przemyślany do końca, dziwaczny raczej niż wielki, oryginalny prędzej niż ukochany.

gombrowicz-ja-geniusz-tom-1-2-w-iext49973235

Klementyna Suchanow podała mi Gombrowicza w całości, podała jako człowieka i artystę, na szczęście bez interpretacji jego dzieł, jak to ostatnio miało miejsce i z Prusem i z Lemem. „Ja, geniusz” jest bez wątpienia moją książką roku 2017, od której nie mogłem się oderwać, a której bohater stał mi się wyjątkowo bliski. Autorka podeszła do Gombrowicza z wyjątkową delikatnością ale i skrupulatnością. Widać, że go lubi jako człowieka, jednocześnie obnażając jego przywary, fobie i niechęci. Gombrowicz to artysta bezkompromisowy i „pełną gębą”, to człowiek wielu póz, zamknięty w sobie wrażliwiec, pozer i prowokator. Po lekturze biografii Suchanow nie można go nie polubić, ponieważ krystalizuje się w nas takie poczucie sympatii i współczucia, że staje się nam bardzo bliski. I chyba o to zawsze w każdej biografii chodzi, żeby na koniec czytelnik mógł sobie powiedzieć, że oto już wiem kim tak naprawdę byłeś bohaterze.

Krzysztof Varga w Duzym Formacie napisał laurkę tej książki, a dosyć tendencyjnie czepiał się jej Marcin Sendecki w „Książkach”. Suchanow rozpędza się w swoim pisaniu o Gombrowiczu powoli, próbuje zestawić jego losy z urodzonym w tydzień po Witoldzie carewiczem Aleksym, ale na szczęście szybko porzuca te analogie. Witold jest trochę maminsynkiem, a coraz bardziej buntownikiem, fascynują go sytuacje kontrowersyjne i pozostanie temu wierny do końca swojego życia. Już za młodu uchodzi za dziwaka, niewyrobiony towarzysko, zawsze na marginesie, pełen kompleksów.

Przedwojenne losy Witolda to walka o indywidualizm, to początki jego „egzystencjalizmu”, na długo przed Sartrem, to pierwsze wydania „Pamiętnika z okresu dojrzewania” oraz „Ferdydurke”, przyjaźń z Schulzem, zawirowania erotyczne, warszawskie kawiarnie…

Cała masa szczegółów, oddany klimat czasów, nazwiska i lokalizacje, czuje się zapach Warszawy lat trzydziestych, anegdoty i skrupulatne analizy, nawiązania do dzieł innych pisarzy, przyjaźnie i znajomości – ta historia wciąga czytelnika podstępnie, bo Witold staje się Gombrowiczem-pisarzem, znajduje sobie miejsce w rzeczywistości, która nagle wyrzuca go w kosmos, ponieważ wybucha wojna. Wojna, którą przewidział, jak podaje Herling-Grudziński, z sybilliczną dokładnością, przedstawiając Polskę pokonaną równocześnie przez dwóch wrogów.

Kogo Gombrowicz kochał i czy był zdolny do takiego uczucia, które przetrwałoby erotyczną fascynację? Przygody erotyczne, bo przecież nie miłosne, to wątki przewijające się przez całe życie pisarza, i nie są to historie banalne, raczej nieustanna adrenalina w pogoni za żądzą, aż nie chce się wierzyć, że ten intelektualista, tak bardzo opętany przez „parobków”, „młodość”, „niewinność”, nigdy nie skompromitował się poważnie, poza kiłą, którą nabawił się w Wiedniu, czy jakimś przypadkowym aresztowaniem za nieobyczajne kontakty w Argentynie. Jeden z jego kolegów, Ricardo Vitela, określił jego styl zadawania się z kobietami jako nachalny, czyli jak wspominał „natychmiast przechodził do rzeczy”.

Stosunek Gombrowicza do własnej twórczości odzwierciedlają uwagi do pisanego w Argentynie „Ślubu”: „Czyż jednak parodiując genialność, nie dałoby się przemycić odrobinę własnej genialności?”. Razi go ten patriotyzm w stylu Mickiewicza, ckliwość, tęsknota a’la Pan Tadeusz, a jako kurację poleca śmiech: „trzeba bezczelnie roześmiać się w nos tragedii”. Czytamy to wszystko, co przecież wiemy od lat o Gombrowiczu, o jego dystansie do własnej drugorzędności, o tym jak pragnął tę całą pierwszorzędność zmusić do uznania swojej genialności i widzimy jak heroiczna to była walka i jak z góry musiała być przegrana.

Nigdy nie deklarował swoich poglądów politycznych, nie podpisał deklaracji w sprawie Miłosza, wolał zostać „sam jak palec, póki to nie będzie karane więzieniem”, określał wtedy siebie jako biednego i szalonego, ciężko dotkniętego zupełną niepoczytalnością, ultra-pokątnego Gombrowicza. Kiedy staje się kandydatem do Nobla, akcja polskich służb oraz raporty Swinarskiej przekreślają tę szansę, a do tego wszystko to rujnuje jego zdrowie i bezpowrotnie zamyka drogę powrotu do Polski.

Żal było kończyć tę książkę, bo i życie bohatera dobiegło końca. Dokładnie opisane ostatnie chwile pisarza, wzbudzają irracjonalny protest, że przecież nie musiało być wówczas tak gorąco i że dzisiaj dałoby się Gombrowicza uratować, a może wystarczyło go przetransportować do szpitala, a może lekarz był nieudacznikiem. Bo ta historia mogłaby się potoczyć dalej, dostalibyśmy jeszcze co najmniej pół trzeciego tomu, a Suchanow na pewno opisałaby to z należytą uwagą.

Dziś Gombrowicz i jego poglądy na Polskę wydają się nabierać szczególnego znaczenia. Politycy go chyba nie czytają, zwłaszcza ci z tej prawej strony, nie wyrażający zbytniej estymy dla literatury, nie obdarzeni smakiem i wyczuciem, pogrążeni w polskości, która zagrzebała się w skrajnym patriotyzmie. „Ja, geniusz” stanie się wydarzeniem literackim, bo nie było dotąd prawdziwej biografii Witolda Gombrowicza, nie było tak dobrej książki o pisarzu, który mawiał: „Kocha się swoją ojczyznę, tak, kocha się ją od dziecka, ale istnieje także inna miłość, bardziej złożona, która wiąże nas z krajem, jaki spotkaliśmy już w wieku dojrzałym, w jaki musieliśmy się wdzierać z trudem, krok po kroku, niczym we wrogi i splątany las”. 

Książka ukaże się 27 września w Wydawnictwie Czarne

logo-cd1f9656b3c26a765b2c4e1115b9aa10fc94df9af32dc92c583146acb7bae452 (1)

Makuszyński.

Podczas sierpniowej wizyty w Zakopanem, nie udało mi się odwiedzić Willi Opolanka, przy ulicy Tetmajera 15, gdzie mieści się muzeum Kornela Makuszyńskiego, za to złożyłem mu niezapowiedzianą wizytę na Pęksowym Brzyzku, gdzie leży obok Witkiewicza ojca, Sabały i innych zasłużonych dla miasta i Tatr. W Zakopanem Makuszyński był wielbiony i fetowany, chociaż ta przyjaźń nie zrodziła się natychmiast – było wręcz odwrotnie, dzięki przewrotnym, zgryźliwym, ale jak najbardziej prawdziwym tekstom pisarza, który zarzucał góralom chciwość a miastu prowincjonalizm, brud i błoto na Krupówkach. Kiedy umarł miejscowi urządzili mu prawdziwie góralski pochówek: „Pochówek mioł barz pikny. Po nasemu my go chowali, po górolsku. Przecie tu śnami zył jako stary honorny gazda. Prowda ze w bidzie, ale za parobka nikomu nie poseł słuzyć, jako drudzy pośli” – tak pisał jeden z uczestników pogrzebu 3 września 1953 roku.

Mariusz Urbanek napisał kolejną biografię – wyspecjalizowany już w tego rodzaju wydawnictwach, wie jak się za to zabrać, gdzie szukać, a przede wszystkim kogo opisać. Makuszyński nie dorobił się jeszcze prawdziwej historii swojego życia, więc pionierska praca Urbanka trafiła na podatny grunt, z miejsca zdobyła czytelników, bo przecież kto nie zna Koziołka Matołka, Szatana z siódmej klasy czy Panny z mokrą głową. Piszę to oczywiście na wyrost, ponieważ dzisiejsze pokolenia nastolatków, znajdują zupełnie inne formy rozrywki, ale nadzieja tli się jeszcze w tym, że dziadkowie lub rodzice, pamiętają o bohaterach swojej młodości i próbują czasem przed snem przeczytać wnukom o przygodach koziołka lub panny z mokrą głową.

34861060._SR1200,630_Urbanek bazował na wspomnieniach publikowanych przez innych, którzy Makuszyńskiego znali, a także na licznych tekstach pisarza, archiwach i wszystkim tym, co przetrwało wojnę, czego nie można powiedzieć np. o mieszkaniu Kornela w Warszawie, które przepadło niemal całkowicie, za wyjątkiem tego, co udało się wywieźć do Zakopanego.

Książka podaje nam życie bohatera ubarwione anegdotą, uładzone i oszlifowane, ale z miejsca widać, że Makuszyński był postacią nietuzinkową. Kto w młodości nie zabłyśnie, nie ma szans na wielkość – to refleksja z przeczytanych ostatnio biografii Gombrowicza, Rutkiewicz czy Prusa. A Makuszyński brylował od początku, chciał być najlepszy, a ponieważ miał talent do rymowanek, realizował się w pisaniu na zamówienie i nawet zarabiał na wierszykach, kleconych naprędce dla zakochanych kolegów, w celu zdobycia serca wybranki. Zadebiutował w wieku 18 lat, dzięki Kasprowiczowi, którego wielbił, a mając lat dwadzieścia pisywał już regularnie recenzje teatralne w ’Słowie Polskim”.

W 1932 roku narodził się Koziołek Matołek, który zachwycił najmłodszych czytelników ale zniesmaczył krytyków. Popularność koziołka była tak wielka, że przyspieszono kolejny tom komiksu, który początkowo miał się ukazać za rok,  ale już na Wielkanoc wszyscy z wypiekami śledzili przygody komiksowe kozła z Pacanowa.

Zarzucano często pisarzowi antysemityzm, wyciągano anegdoty, felietony i teksty, gdzie wytykał Żydom ich przywary, kpił z nich i demaskował. Był endekiem, co nie przeszkadzało mu przyjaźnić się ze Słonimskim czy Tuwimem. Przedwojenna świadomość, nie skażona jeszcze obozami koncentracyjnymi, nadawała często poglądom taki rys antysemityzmu, który dziś budzi odrazę ale wtedy należał jakoś do zwyczaju, do codzienności. W tym sensie antysemityzm Makuszyńskiego to mit, bo przecież był dobrym człowiekiem, a jego poglądy nie odbiegały wyraźnie od tego, co myślała o Żydach inteligencja przedwojenna, z Marią Dąbrowską na czele.

Miał dwie żony, nic nie wiemy o kochankach. Miał „lekkie pióro” i przez to nie był poważany jako prawdziwy pisarz przez krytyków, za to uwielbiany przez dzieci. W stalinizmie nie pasował do ustroju, więc wykreślono go z lektur i nie wydawano. Biedował.

Można się zastanowić jak wyglądałoby nasze życie literackie po wojnie gdyby nie ustrój? Kim byłby wówczas Makuszyński, co by jeszcze napisał, jaką kultową postać by nam podarował? A kim byłby Gombrowicz, gdyby wrócił do kraju? A Lechoń, Miłosz, o czym pisałby Herling-Grudziński? Zniszczenie Makuszyńskiego w świadomości czytelników się nie powiodło, nadal wydawany jest Koziołek Matołek i powstały filmy na podstawie jego książek. Lechoń po śmierci pisarza pisał, że więcej był wykpiwany niż czczony, ale zwracając się do przyjaciela podsumował: „Możesz, drogi Kornelu, iść śmiało na Sąd Ostateczny”.

Dziękuję Wydawnictwu Czarne za udostępnienie książki.

logo-cd1f9656b3c26a765b2c4e1115b9aa10fc94df9af32dc92c583146acb7bae452 (1)

Wanda.

Biografie dwojga największych polskich himalaistów, ukazały się prawie w tym samym czasie, choć wcześniej o wiele ciekawsze zdawały się książki, w których Kukuczka oraz Rutkiewicz, opisywali swoje znojne życie górskie. Mam na półce wydane w tej samej „niebieskiej” serii wydawnictwa AT, „Mój pionowy świat” oraz „Na szczytach świata” Kukuczki oraz „Karawanę do marzeń” Rutkiewicz. Te książki to wydawnictwa pośmiertne –  maszynopis „Na szczytach świata” był już w drukarni, kiedy przyszła  wiadomość o śmierci Kukuczki. Surowe i chaotyczne relacje wspinaczy często nabierają jakiejś szczególnej wartości,  przy których systematyczne i żmudne śledztwa biografów, zdają się zbyt ugładzone.

wanda-opowiesc-o-sile-zycia-i-smierci

Anna Kamińska popełniła klasyczną biografię legendarnej Wandy, sięgając daleko w przeszłość, odsłaniając korzenie rodzinne, dając nam od samego początku historię zagmatwaną, ale mniej przydatną pasjonatowi wyczynów himalaistki.  Ale rasowy biograf stara się wytropić wszystko, więc musimy znieść ten czasem nudnawy przyczynek genealogiczny.

Książka zaczyna się od mordu, jakby chciano nam pokazać nieuchronność losu. Ten mord jest pasjonujący w opowiadaniu, wróci do nas w szczegółach później – wart osobnego reportażu. Wanda pojawia się od razu doskonała, jakby potwierdzając regułę, którą się zadziwiłem czytając seryjnie pod rząd biografie Makuszyńskiego, Lema, Gombrowicza (już niedługo w księgarniach – wydarzenie!!) czy Prusa – wszyscy wielcy pokazywali już na co ich stać w dzieciństwie i młodości. Rutkiewicz w relacjach przyjaciół i znajomych była perfekcyjnie zorganizowana, uczynna, skromna, pilna i … porządna. Wszyscy podziwiali jej naturalność, a jednocześnie zdolność zjednywania sobie ludzi, oraz skuteczność w realizacji celów. A nie miała łatwego dzieciństwa. Nigdy nie odpuszczała, w każdej dziedzinie chciała być pierwsza i zapewne to ją zabiło. Nie jest pierwszą i nie ostatnią, która płaci taką cenę za swój charakter. Nie warto być doskonałym, bo przekleństwo ideału zaciążyło także na Rutkiewicz, która przestała w pewnym momencie dawać radę. Himalaje nie ułatwiały jej życia, bo z górami najwyższymi żaden ideał ludzki nigdy nie wygrał.

Wandę poznajemy głównie w relacjach wielu znajomych, którzy przewinęli się przez jej życie i ten portret jest raczej spójny i wyrazisty. Nie dostajemy analizy autorskiej, dywagacji i przypuszczeń, nie potrzebujemy komentarzy ani wniosków – to życie musimy wchłonąć sami i zrozumieć fenomen kobiety nieszczęśliwej i ostatecznie jakoś przegranej, ponieważ poświęciła życie osobiste dla gór, które bezdusznie ją zabiły. Wanda Rutkiewicz jest teraz dla nas ikoną, pomnikiem, jej imieniem nazywa się szkoły. Ale czy o takim spełnieniu marzyła? Niewątpliwie chorobliwa wręcz ambicja doprowadziła ją do skrajnego wyczerpania, a charakter, tak przydatny w młodości, zaowocował konfliktami w drodze na szczyty. Była liderem, przeciwko któremu byli wszyscy, bo miała swoją koncepcję – porównywanie jej do Andrzeja Zawady, który miał inną filozofię przywództwa mija się z celem – to były kompletnie dwa różne światy.

Książka pokazuje Rutkiewicz jako postać tragiczną nie tylko poprzez himalajską śmierć, ale głównie poprzez zagubienie emocjonalne, przez niemożność nawiązania relacji z mężczyznami. Doskonale opisał to jeden z jej kolegów: Wanda potrafiła być szalenie miła i życzliwa, jakby zależało  jej na wielkiej przyjaźni i relacji, ale nagle nie miała na to czasu. Jej problemem był brak zdolności nawiązywania więzi. A więc z jednej strony sukcesy w górach wysokich, rosnąca sława, prestiż i uznanie, a z drugiej ogromna samotność.

Będąc w bazie pod Everestem myślałem tylko żeby stamtąd uciec, ale może to tylko subiektywne wrażenie, poparte zresztą nieciekawą pogodą. Rutkiewicz lubiła takie wyzwania, lubiła to życie pod napięciem, choć jakby przeczuwała, że nie umrze we własnym łóżku. Parła do przodu jakby chciała zabić w sobie tęsknotę za czymś, co przeczuwała, ale czego nie umiała  z siebie wydobyć.

Książka: „Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci” do kupienia w Taniej Książce.

TK_male

Lem. Życie nie z tej ziemi.

W moim rankingu ulubionych pisarzy, Stanisław Lem zajmuje wyjątkową pozycję, co wcale nie oznacza, że przeczytałem wszystkie jego książki, albo, co ważniejsze, że wszystkie one mi się bardzo podobały. Lem pojawił się w moim życiu przypadkowo i nie pod postacią książki papierowej, ale czytanej, na antenie popularnego kiedyś Lata z Radiem, powieści Niezwyciężony. Niesamowitość tej prozy, futurystyczna wizja pisarza, przedstawiająca zmagania człowieka z czymś niepojętym, ta fachowość i wizja kosmosu, przyszłości, spójna i psychologicznie doskonała, wywarła na nastoletnim czytelniku oszałamiające wrażenie. Potem prawdopodobnie był „Eden” i wizyty w powiatowej bibliotece, w poszukiwaniu czegoś podobnego.

Pamiętajmy o jakich czasach piszemy – koniec lat siedemdziesiątych, to szczególny czas, czas zmian także moich literackich upodobań, ale wchodząc w kolejną dekadę wiedziałem, że Lema będę kupował, zwłaszcza, że Wydawnictwo Literackie rozpoczęło edycję „Dzieł” Lema, wydając w 1982 roku „Szpital Przemienienia”, a kończąc na „Fantastyce i futurologii”. Wydawnictwu zajęło to prawie całe dziesięciolecie, ale dziś ta kolekcja, w kolorowych, twardych oprawach, stoi u mnie na najlepszej półce.

Studio_20170805_135319_resized

Wojciech Orliński zmierzył się z Lemem nie po raz pierwszy – dekadę temu wydał alfabetyczny spis haseł dotyczący twórczości i życia pisarza pod prowokującym tytułem „Co to są sepulki”. Tym razem otrzymujemy fascynująca biografię naszego najbardziej popularnego za granicą pisarza, biografię, która szczególnie intensywnie wprowadza nas w najmniej znane dzieciństwo i młodość Lema,  odkrywając tajemnice, przed którymi sam Lem bronił się przez całe życie.

lem__3

„Lem. Życie nie z tej ziemi” można rozbić na dwie części, z których ta pierwsza robi znacznie większe wrażenie. Znamy te losy lwowskie pisarza, zarówno z „Wysokiego Zamku”, a także z wywiadu rzeki Beresia, czyli z „Tako rzecze … Lem”, ale Orliński odkrywa nam w literackim śledztwie, historie traumatycznych zmagań rodziny oraz samego pisarza w czasach burzliwych i wojennych, kiedy to miasto „zaliczyło” trzy okupacje. Z licznej rodziny Lema przeżyli tylko jego rodzice oraz Marian Hemar. Pochodzenie żydowskie Lemów pisarz starał się ukrywać przez całe późniejsze życie, a w rozmowach z Beresiem zwodził czytelników dygresjami, nie odpowiadając wprost na pytania dotyczące eksterminacji.

A przecież to co przeżył, kiedy zapędzono go wraz z innymi do sprzątania trupów po radzieckich morderstwach w więzieniach NKWD, po wkroczeniu do Lwowa Niemców, zaważyło także na jego pisarstwie. Żydzi, zwabiani pod pretekstem uprzątania trupów, byli również bestialsko mordowani, ale jakimś cudem, w ostatniej chwili, Niemcy wstrzymali pogrom i to uratowało Lema. Wojenne losy pisarza zrobią wrażenie na każdym czytelniku, a podane są wyjątkowo skrupulatnie przez wnikliwego Orlińskiego. Zmiany mieszkań, ucieczki, wyrabianie fałszywych papierów, praca spawacza – wszystko to tak mocno utkwiło w życiorysie Lema, że bez wątpienia musimy zgodzić się z Orlińskim, kiedy przytacza fragmenty różnych książek Lema, gdzie istnieje bezpośrednie lub w sposób zawoalowany, nawiązanie do tragicznych chwil okupacyjnych.

Lekko rozczarowująca, jak zresztą życie w realnym socjalizmie, jest ta część biografii powojennej pisarza, opowiadająca z jednej strony o przyżyciowych kłopotach Lema z samochodami, do których miał wyjątkowego pecha, albo z domem, wyjątkowo niefortunnie wybranym, a z drugiej strony przedstawiająca dylematy pisarza, nie do końca zadowolonego z własnej twórczości. Kiedy czytamy w Prologu o dniu codziennym Lema, widzimy jakim był niekonwencjonalnym człowiekiem, budzącym się o czwartej nad ranem, rozpalającym w wielkim piecu, skrycie podjadającym marcepanowe batoniki, a potem siadającym do maszyny do pisania, do stukotu której wszyscy domownicy musieli się przyzwyczaić.

Orliński przedziera się przez twórczość autora „Dzienników gwiazdowych” próbując przetransponować wojenne przeżycia Lema na karty jego książek, co niewątpliwe mu się udaje, a jednak mamy wrażenie, że te fragmenty są mniej interesujące dla czytelnika, spragnionego jednak tego życia zwykłego, tej codzienności przenilkiwego wizjonera, człowieka obdarzonego wybitną inteligencją, nieco mniejszym talentem literackim ale potrafiącego połączyć swoją kompulsywną pasję czytelniczą z pracą literata.

Czy Orliński zmienił w jakiś sposób moje postrzeganie Lema? Na pewno rozszyfrowanie wojennych losów pisarza, pozwala zastanowić się nad niektórymi wątkami jego twórczości, ale ten rys osobowości, ten schemat, w którym miałem go przez lata w trzewiach, ta postać obecna w moim życiu przez lata, człowieka o ogromnym poczuciu humoru, autora kilku ważnych książek, które mógłbym zabrać na bezludną wyspę, albo do których na pewno będę wracał, pozostał niezmienny. Lem ma w sobie coś pociągającego, jakąś tajemnicę wyzierającą z kart jego powieści, ma taki rodzaj wyobraźni, który pozwalał mi zmierzyć się nie tylko z futurystyczną wizją świata, ale również wciąga w metafizyczną sferę myślenia o kosmosie. Gdyby Lem i Tarkowski mieli możliwość wspólnie pracować nad adaptacją filmową powieści „Solaris”, otrzymalibyśmy coś na kształt najlepszych fragmentów „Stalkera”. Nie udało się tak, samo jak film Tarkowskiego, o którym Lem powiedział, że przypomina bardziej „Zbrodnię i karę”, niż jego książkę.

Lem był ogromnie popularny w ZSRR, lubił tam jeździć, w jakimś sensie ułatwiało mu to potyczki z cenzurą w Polsce, a uwielbienie radzieckich naukowców i czytelników, przybierało kolosalne rozmiary. Gdyby Lem żył dzisiaj i pisał, jego pozycja wizjonera, potrafiącego przewidzieć między innymi Internet, wrzuciła by go na manowce współczesnej futurologii, gdy tymczasem jego wizje, również socjologiczne sprawdzają się niepokojąco. Przewidując hejt internetowy, sam stałby się jego ofiarą, co na szczęście nie będzie miało miejsca.

Czy ta biografia mogłaby być lepsza? Z pewnością wyrzucenie fragmentów nawiązujących do twórczości pisarza i skupiających się na codzienności, uczyniłoby z niej  pozycję bardziej popularną, ale z drugiej strony Orliński musiał się zmierzyć z tym wszystkim, co zawsze pozostaje domysłem, jeśli analizujemy jakąkolwiek twórczość. Bo jeśli coś jest niejednoznaczne, to wówczas zyskuje w oczach tych wszystkich, którzy szukają w opowieści o swoim idolu, miejsc niedefiniowalnych, tego wszystkiego, o czym wie tylko sam bohater, a to o czym piszą biografowie, może niekiedy wywołać śmiech znad grobu. W tym przypadku byłby to śmiech pełen podziwu.

Dziękuję Wydawnictwu Czarne za możliwość przeczytania tej biografii przed premierą.

logo-cd1f9656b3c26a765b2c4e1115b9aa10fc94df9af32dc92c583146acb7bae452 (1)

Tu byłem czyli Tony Halik.

Dobrze pamiętam te niedzielne południa, kiedy telewizja emitowała program Halika i Dzikowskiej pt. „Pieprz i wanilia”. Przyznaję od razu, że nie byłem szczególnie zafascynowany występami sztywno siedzącej Elżbiety Dzikowskiej oraz nadpobudliwego Tony Halika. Prezentowane w programie filmy, a potem komentarze prowadzących, wzbudzały we mnie mieszane uczucia – nie potrafiłem skoncentrować się na tych opowieściach, odstręczał mnie trochę ten szalony styl Halika, poza tym ta niedzielna pora nie sprzyjała oglądaniu – czułem się zawsze niepewnie w tym lepkim marazmie tamtych czasów – a była to końcówka lat siedemdziesiątych; później całą dekadę spędziłem prawie bez telewizora.

14907819254965725-jpg-gallery.big-iext48710321

Biografia Halika, dla wielu jedynie szalonego podróżnika z telewizora, jest niezwykłą podróżą po losach człowieka żyjącego pełnią, o jakiej mogliśmy kiedyś pomarzyć. Dziś w świecie dostępnym dla każdego, w świecie łatwych podróży, tanich biletów i wolnego czasu, zorganizowanie sobie wyjazdu w najbardziej egzotyczne i wyśnione miejsce nie stanowi żadnego problemu. Halik jeździł, kiedy my siedzieliśmy za żelazną kurtyną, a przy okazji kręcił filmy, które postanowił nam pokazywać. A jednak Halik i „Pieprz i wanilia” to jedynie etap w życiu tego obywatela Argentyny i Polski, poligloty, korespondenta NBC oraz pisma Life, lotnika, żeglarza, partyzanta, dziennikarza, pisarza… Czy jest ktoś mogący pochwalić się tyloma przydomkami?

Czy hasło: „Byłem tu, Tony Halik” jest jedynie kpiną czy raczej wyrazem uznania? Kabaretowa postać, która przeniknęła do mojej świadomości, po przeczytaniu książki Mirosława Wlekły zmieniła się w herosa, czerpiącego z życia wszystko co najlepsze, w człowieka niezwykłej odwagi, nadpobudliwego gawędziarza, przeskakującego ze swadą kolejne etapy swojego życia  z piekielną nieustraszonością – epitety, nawet najbardziej wymyślne nie oddadzą nawet w części bogactwa przeżyć Halika.

Agora postarała się nie tylko o atrakcyjne wydanie tej książki, ale również umożliwiła autorowi ruszenie śladem Halika po świecie. A jak wiadomo, Haik był wszędzie – nie ma sensu wymieniać krajów, które zwiedził, choć chyba najbardziej kojarzy się nam w przebraniu Indianina z Amazonii i z pomalowaną twarzą. No i może jeszcze, jak na większości zdjęć, jako łysy facet z ciężką kamerą na ramieniu. Książka jest pomyślana w ten sposób, że kolejne rozdziały cofają nas w czasie i życie tego wagabundy poznajemy od tyłu. Niby autor miał w tym ukryty cel, choć nie jest on przekonujący – początkowe rozdziały rozczarowują, ale jak już to życie nabierze rozpędu, to nie możemy się oderwać od tego losu, naznaczonego ekscentrycznością i buchającą chęcią przeżywania świata jak najpełniej.

Jest tu trochę tajemnic, przemilczanych faktów z życiorysu, konfabulacji i przerysowań, demistykacji i sprostowań, ale po cóż o tym pisać w recenzji, po co rozdrapywać fakty, które dla niektórych szaleńców deprecjonują człowieka z racji życia w określonych uwarunkowaniach politycznych? Z książki bije podstawowa prawda o człowieku, który wiedział co chce robić w życiu, o człowieku, który nie miał wrogów, a wyciągnięte z lamusa jego słabości jedynie wzmacniają mój podziw dla niego, podobnie jak brutalne zarzuty Domasławskiego o Kapuścińskim, jedynie spotęgowały sympatię do dziennikarza.

Facet mieszał języki, popełniał gafy, konfabulował, a przecież wszyscy go uwielbiali. Historia jego małżeństwa z Pierrette, a potem pojawienie się Dzikowskiej, to jedyny jakby nie do końca opisany fragment biografii Halika – domyślam się, że zadziałała tu ingerencja Pani Elżbiety. Halik zakochał się i porzucił wierną towarzyszkę niesamowitych wojaży po Ameryce Południowej oraz w słynnej wyprawie z Ziemi Ognistej na Alaskę. Co się stało z Pierrette dowiadujemy się zdawkowo, a przecież tak oddana kobieta musiała przeżyć rozstanie z Halikiem boleśnie – może też stąd bierze się niechęć opowiadania reporterowi o ojcu przez jego jedynego syna Ozanę?

Żadna biografia nie będzie nigdy kompletna – fakty się zacierają, ludzie umierają, uczucia blakną. Zostajemy z tym wszystkim, co zdolny biograf potrafi zebrać i złożyć w jedną całość. Z dobrej biografii prześwitywać zawsze będzie poświata człowieka, którego życie poznajemy. Sterta informacji odpowiednio przyrządzona wyświetli nam obraz jedynego w swoim rodzaju uczucia, którym chcemy obdarzyć opisywaną postać.  W moim przypadku Tony Halik wyrósł po przeczytaniu „Tu byłem” na kogoś szczególnie wartego poznania – wyrósł na prawdziwego bohatera.

Książka Tu byłem. Tony Halik do nabycia w Taniej Książce

TK_male

Pilch.

Przeleżała mi się ta biografia w sensie ścisłym, bo skończyłem ją ze trzy tygodnie temu i to nie jest dobra prognoza dla tego pisania o Pilchu, właściwie nie o Pilchu, tylko o tej książce, bo o Pilchu mogę napisać klika zdań od siebie bez problemu, a książkę to jednak trzeba mieć pod ręką, albo chociażby w głowie ją mieć jeszcze świeżą, promieniującą i pobudzającą do wyrażania myśli, co przychodzą nagle, a potem znikają bezpowrotnie, jak utracona leworęczność. Więc żeby się wprowadzić w nastrój odpowiedni i może nawet we frazę właściwą, obejrzałem „Pod mocnym aniołem”, film, który się nagle pojawił w telewizji publicznej bez rozgłosu nawet i bez fanfar, a przecież warto było ludzi zachęcić, żeby sobie obejrzeli to Smarzowskiego dzieło, zwłaszcza ci pijący nałogowo chętnie by siebie odnaleźli na ekranie, choć jak przypuszczam, pijacka brać ma ciekawsze programy w rządowej telewizji, a nawet bym napisał, że oni raczej mało oglądają po pijaku raczej.

W między czasie postanowiłem sprawdzić, czy mi się niejaki Remigiusz Mróz do czegoś przyda, czy czytane przez Gosztyłę audiobooki odkryją mi świat do wykorzystania przy niedzielnych wybieganiach, a ponieważ nie zamierzam nigdzie szerzej napisać o Mrozie, to tylko chciałbym przy okazji ostrzec literackich maniaków przed czytaniem, a nawet słuchaniem Mroza książek, bo zaliczywszy „Trawers”, a potem „Kasację” obrzydzeniem tak bardzo się nasyciłem, że żadnej z wypuszczanej lawinowo książek tego pana nigdy więcej do ręki nie wezmę,  szczęśliwie będąc jedynie w posiadaniu audiobooków, więc półek mi nie zaśmiecą.

To teraz już o Pilchu tylko. Pamiętam jak hotelu krakowskim spotykaliśmy ekipę filmowców z „Pod mocnym aniołem” i jak dawno to już było. Wstrząsający obraz z życia pisarza alkoholika powrócił podczas czytania biografii Kubisiowskiej, w której miało być o chlaniu dużo i o kobietach Pilcha też. Bez wątpienia te wiwisekcyjne fragmenty książki największe robią wrażenie na czytelniku, który Pilcha zna z charakterystycznego rytmu zdania i inteligentnej myśli w nim zawartej. Będąc sceptycznym przez długie lata, co do wartości Pilchowej literatury, odkryłem go dopiero na końcowym etapie jego twórczości, gdzie „Miasto utrapienia”, „Wiele demonów” i „Dzienniki” – kompletnie zadłużony jestem w temacie opowiadań i pierwszych książek, nie znam felietonów, i tych z „Tygodnika Powszechnego”, i tych z „Polityki”, więc mogłem w biografii przeczytać o tym fenomenie pisarskim, w którym Pilch doszedł do perfekcji, a społeczeństwo doceniło cotygodniową porcję Pilcha, serwowaną przez gazety.

20161211_185208_resized

A zaczyna Kubisiowska nietypowo, bo od rąk i na rękach też kończy. Trzęsące się ręce Pilcha to jego zmora, choroba Parkinsona to utrapienie, choroba alkoholowa to przekleństwo, albo wyróżnik? Pisarze alkoholicy to nie jest ewenement, to częsta przypadłość poważnych literatów, ale w przypadku Pilcha połączenie Parkinsona z chlaniem daje oszałamiające efekty. Więc te trzęsące się ręce na początek i wchodzimy w szczegóły tego życia dziwacznego. O Pilchu mówią osoby go znające, kobiety, przyjaciele i matka. Po dwóch latach pracy i częstych rozmowach z pisarzem, autorka skonstruowała biografię nietypowo – jest jakaś chronologia, jest Wisła bardzo szczegółowo wyrysowana, ale tytuły poszczególnych rozdziałów wyznaczają ścieżkę w sensie ścisłym: Ojciec to część pierwsza, a Matula druga. Biskup Wantuła wraz ze Starym Kubicą idą dalej – przez te cztery postaci prowadzi nam Pilcha Kubisiowska i mnie się nawet ten pomysł podoba. Silne osobowości, które ukształtowały nam bohatera, a potem tylko piłka nożna, kobiety, nałogi…

Niesprawiedliwym jest pisanie biografii żyjących, bo przecież będą żyć jeszcze jakiś czas i wtedy trzeba będzie czekać na kolejną biografię, zapewne pisaną od nowa i przez kogoś innego. Z Pilchem porozmawiała również Ewelina Pietrowiak i tutaj mamy Pilcha ugładzonego.  A Kubisiowska wali Pilcha mocno na odlew, bo nie ma takiego życiorysu, przy którym można tylko wzdychać z rozkoszy, co sam Pilch wiedział, ale chyba zapomniał, bo jak książkę przeczytał to się do autorki przestał odzywać. Gdyby o mnie ktoś napisał całą prawdę, też bym się chyba oburzył, choć przecież sam wiem, jak było i jest najlepiej, i że nie ma zmiłuj się. Ale na szczęście to mi nie grozi.

Gruba cegła z tej biografii ale smaczna – żal cytować co lepsze kawałki, bo jest ich za dużo, a życie podrywacza i pijaka musi obfitować w niuanse gorzkie i chwile pamiętne. Nietuzinkowa inteligencja i celne pióro składają się na wędrówkę pełną zwrotów akcji, wyrzucają na powierzchnię dni chwały, ale i upadku, zalety charakteru, ale i słabości. Chciałeś, to masz. Taki właśnie jesteś, tak cię widzą i tak o tobie mówią: przyjaciele i kochanki, najbliżsi i ci z drugiego szeregu. Mówią raczej pochlebnie, wyciągają historie, gdzie Pilch w roli głównej bryluje oraz kiedy Pilch upada.

Szczególnie nas pociąga ta ciemna strona pisarza, którą mało co zapowiada, choć przecież wiemy, że i tak wszystko w genach zapisane: szczególna relacja z ojcem, zaściankowa atmosfera Wisły, przodkowie z jednej i z drugiej strony, talent niebanalny. Jak to mogła Kubisiowska ugryźć, żeby nie wpaść na manowce, jak zmierzyć się z faktami, żeby nic nie przeinaczyć – ona to po prostu podała nam, zdaje się nawet bez zbytniego komentarza; wywaliła na powierzchnię Pilcha jako człowieka. Pod koniec lektury tego Pilcha mi żal, bo umęczony i sponiewierany przez chorobę próbuje się podnieść.

W Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego odzyskuje głos, ale ręce drżą nadal. Czy rzucone przez telefon zdanie, że gdyby nie choroba Parkinsona umarłby od innej: alkoholowej, powiedziane było dla efektu? Końcówka książki jest jak relacja z pola walki – zastanawiamy się kto w końcu wygra – czy choroba złamie pisarza do reszty, czy też mamy jeszcze nadzieję na kolejne książki: autobiografię, którą chce sam napisać, a może na planowaną „Historię dygotu”?

Pilcha rozpoznaje się po frazie, którą dosyć łatwo naśladować, co niektórzy czynią z lepszym lub gorszym skutkiem, ale w zdaniu Pilcha jest jeszcze coś, co decyduje o jego niepowtarzalności – zapewne jest to ten ładunek inteligentnej ironii, prześmiewczość, sarkastyczna rezygnacja. „Stary Kubica, gdyby żył, miałby sto pięć lat, a więc i tak by już nie żył”. Paradoksalne, ale jakże ujmujące.

Kukuczka.

Góry najwyższe zawsze mnie fascynowały. W latach osiemdziesiątych mogłem jeździć tylko w Tatry i kolekcjonować górską biblioteczkę. Kupowałem Taternika bez ambicji studiowania ekstremalnych przejść, ale żeby zanurzyć się w relacjach himalaistów ze zdobywania kolejnych ośmiotysięczników. To był złoty okres naszych sukcesów w najwyższych górach. Podziwiałem Wojtka Kurtykę, ponieważ podobała mi się jego filozofia podejścia do wypraw, a kiedy z Kukuczką stworzyli wspinaczkową parę, zdawało się, że lepszych nie ma i nie będzie. A potem wybuchła czarna seria śmierci w górach, kiedy straciliśmy najlepszych, zwieńczona odejściem tego, który zdawał się nieśmiertelnym. Śmierć Kukuczki to był cios w polski himalaizm, po którym nic już nie było jak dotąd.

Książka Dariusza Kortko i Marcina Pietraszewskiego jest biografią człowieka, którego podziwialiśmy bezgranicznie za upór, determinację i sukcesy. Pogoń za Reinholdem Messnerem, z góry przegrana, a jednak elektryzująca, podniecająca jakimś egzotycznym posmakiem, nie mieszczącym się w głowie przeciętnego mieszkańca bloku, ustawiała Kukuczkę w poświacie nadczłowieka, który może wejść wszędzie. Wydaje się, że Kukuczka przegrał z Messnerem podwójnie – nie zdobył korony Himalajów jako pierwszy, a co najważniejsze nie przeżył. Czytając tę biografię widać jak na dłoni, że nie miał szans w obu tych konkurencjach. O ile w pierwszym przypadku, można usprawiedliwić pogoń za Messnerem i wykazać, że Polak miał trudniej, że zrobił to szybciej, nowymi drogami, to ostateczna porażka zniweczyła wszystko. Kukuczka przegrał bo zginął, a zginął, bo wmówił sobie, że jest nieśmiertelny, a los go nie wybierze, jak innych, którzy umierali obok niego, jakby wskazujący palec Boga niedowidział, jakby nie wierzył w przeznaczenie, które oślepił blask jego sławy i siły.

Studio_20161119_184926

„Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście” to powrót do przeszłości – trzydzieści lat to jednak kawał czasu – zmieniło się wszystko, nie tylko zdobywanie szczytów, ale i filozofia wspinaczki w najwyższych górach. Ostatnie śmierci naszych himalaistów sytuują się już jakby w innej rzeczywistości, odzwierciedlają odmienne podejście do solidarności w górach, a z drugiej strony są taką samą traumą dla kolegów i najbliższych. Przewartościowanie filozofii wyznaczonej przez Wawrzyńca Żuławskiego, że kolegi nie zostawia się w górach, nawet jeśli jest bryłą lodu, zaprzeczenie heroizmowi Klimka Bachledy, doprowadziło do dyskusji, czy coś zostało jeszcze z tej romantycznej wizji braterstwa w ratowaniu przyjaciela, kiedy własne życie jest zagrożone.

Książka jest fascynującą opowieścią o człowieku, który wszystko podporządkował górom. Śledzimy jego losy w skupieniu, żeby wyłapać wszystkie te cechy, które umożliwiły mu zwycięstwa w górach najwyższych. Od pierwszych emocji, które poczuł wspinając się w skałkach jako członek Harcerskiego Klubu Taternickiego, aż po wyprawę na południową ścianę Lothse. Jeśli Kukuczka bierze udział w wyprawie, to wiadomo, że sukces będzie wydarty nadludzkim nieraz wysiłkiem – nie wszyscy wytrzymują tę presję, partnerzy Kukuczki giną, podczas kiedy on sam, obdarzony niezwykłą siłą, ale i ogromnym szczęściem, wychodzi zawsze cało z opresji. W pewnym momencie pozycja Kukuczki staje się niewygodna dla środowiska, a sposoby uczestnictwa w wyprawach budzą niesmak i zazdrość – przyjeżdża na gotowe, nie pomaga w zakładaniu obozów – liczy się tylko zdobycie szczytu.

Najbardziej interesującym wątkiem tej biografii jest konfrontacja dwóch światów: Jerzego Kukuczki oraz Wojciecha Kurtyki. Jeden jest inteligentem, zanurzonym w mistycznym odczuwaniu gór, autorem swoistego manifestu filozoficznego, gdzie wyłożył własną teorię wspinaczki, a drugi to prosty chłopak, odrzucający całą tę otoczkę, w której zanurzył się Kurtyka, piszący w swoim pamiętniku: „Moja dewiza życiowa: stój twardo na ziemi, nie wpuszczaj się w kanały różnych teologii alpinistycznych, różnych teoretyków. Pamiętaj, podstawą alpinizmu, himalaizmu jest wspinaczka, dążność do góry. Reszta o brednie, trele-morele, które usprawiedliwiają słabość.”

A jednak ci dwaj dokonali niezwykłych przejść Gaszerbrumów i Broad Peaka, stworzyli parę doskonale się uzupełniającą, jakby siła, wespół z rozumem, postanowiły zdobyć w górach wszystko co najlepsze. Kurtyka jednak nie wytrzymał presji Kukuczki – zrezygnował, ponieważ chciał żyć, ponieważ to parcie Kukuczki było czasem poza zdrowym rozsądkiem.

Przyznaję, że bliżej mi do postawy Kurtyki, gdzie nie ma miejsca na „za wszelką cenę”, ale to nie przeszkadza mi podziwiać osiągnięć Kukuczki, który był z pewnością największym polskim himalaistą.

Niestety: był.

Książka „Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście” do kupienia w Taniej Książce

Wojciech Kossak

Urodził się w Paryżu, w noc sylwestrową, kwadrans przed północą. Jego brat bliźniak już 1 stycznia. Podwójne urodziny wybawiły rodziców z kłopotu, ponieważ zgłosiło się dwóch ojców chrzestnych i któremuś należało odmówić – bliźniaki rozwiązały dylemat: Chłopiec urodzony 31 grudnia 1856 roku, to Wojciech Kossak, a jego chrzestnym został słynny francuski malarz batalista Horacy Vernet. Po nim również Wojciech otrzymał drugie imię.

Maja  i Jan Łozińscy to autorzy wielu książek opisujących historię polskiej obyczajowości XIX wieku i w okresie przedwojennym. Pisali już o naszej arystokracji (Życie codzienne arystokracji), ziemiaństwie (W ziemiańskim dworze). Są autorami przybliżającymi nam życie elit z przełomu wieków (Ułani, poeci, dżentelmeni), czy też bliższe nam dzieje  zaraz po drugiej wojnie (W powojennej Polsce).

Wojciech Kossak. Opowiesc biograficzna - Maja i Jan Lozinscy8

Materiały do swoich opowieści znajdują w pamiętnikach, wspomnieniach, relacjach, oraz w ówczesnej prasie i literaturze pięknej. To lektura lekka i popularna, przeznaczona dla szerokiej publiczności, a jednocześnie mocno osadzona w faktach. Taki właśnie charakter ma najnowsza książka o naszym wybitnym malarzu Wojciechu Kossaku.

Wojciech Kossak był nie tylko świetnym malarzem, ale również niezwykłą osobowością. Jego historia podana jest rzetelnie i ze smakiem, w sam raz dla czytelnika, który szuka w literaturze odprężenia, a jednocześnie chciałby się czegoś nauczyć.

Kossak należał całym sercem do akademickiej szkoły malarskiej, stąd oglądając impresjonistów zgadzał się z ówczesną opinią krytyków, którzy kpili z obrazów Moneta czy Degasa. Jemu też nie było łatwo – dużo wystawiał nie tylko w Paryżu czy Wiedniu, ale również w Krakowie, Monachium, Norymberdze czy we Lwowie.

Ożeniony z Marią Kisielnicką, ziemianką z łomżyńskiego, pozostał w tym związku do końca życia, pomimo licznych romansów i zawirowań uczuciowych. Jego córki to znana poetka Maria Pawlikowska Jasnorzewska oraz Magdalena Samozwaniec. W książce Łozińskich przeczytamy nie tylko jak powstawały jego najsłynniejsze obrazy, ale także o historiach obyczajowych, jak np. pojedynek z równie znanym Julianem Fałatem, z którym pracowali wspólnie nad panoramą z bitwy pod Berezyną. Fałat spoliczkował Kossaka a ten wyzwał go na pojedynek. Na podmiejskim Ursynowie strzelali się z pistoletów: Kossak chybił a Fałat w ogóle odmówił strzału. Takie to były pojedynki …

Wracając do malowanych panoram, jako mieszkaniec Wrocławia musiałem oglądać słynną Panoramę Racławicką, autorstwa właśnie Wojciecha Kossaka oraz Jana Styki. W książce poznajemy okoliczności powstania tej najsłynniejszej polskiej panoramy, a także szeregu innych, które Kossak planował w związku z ówczesną modą na takie przedsięwzięcia.

Najsłynniejszy romans Wojciecha, liczącego wówczas 52 lata, przytrafił mu się z młodszą o połowę Zofią Hoesickową, zamężną i piękną kobietą, która przez wiele lat opierała się zalotom Kossaka, żeby w końcu ulec przystojnemu malarzowi. Zmagania malarskie i romanse Wojciecha Kossaka ukazują nam człowieka pewnego siebie, swojej wartości i uroku – znał wszystkich najważniejszych ludzi i polityków w Polsce i nie tylko, przyjaźnił się z cesarzem, malował dygnitarzy i znanego z awersji do pozowania Piłsudskiego, którego namalował na słynnej hiszpance. A konie Kossak potrafił malować jak nikt inny, o czym wiemy z licznych reprodukcji, rozsianych po podręcznikach historii i nie tylko.

Mając już po sześćdziesiątce wdał się w kolejny romans Z operową śpiewaczką, która zresztą wkrótce porzuciła go dla kogoś z zasobniejszym portfelem. Mając ponad osiemdziesiąt lat marzył o tym, żeby mieć …. siedemdziesiąt, kiedy to cieszył się jeszcze doskonałym zdrowiem. Nieustannie pracował, żeby zapewnić byt rodzinie, a popyt na jego obrazy powodował, że powstawało mnóstwo sztampowych obrazów na zamówienie, najczęściej bogatych ziemian, portretowanych na tle swoich dworków.

Nie zgodził się sportretować Hansa Franka, nie sprzedał niczego Niemcom. Jego los, jakże odmienny np. od losu Zofii Stryjeńskiej, pokazuje jednak nieustanne zmagania się z rzeczywistością, gdzie artysta postrzegany był jak wyrobnik.

Opowieść biograficzna o Kossaku, to kolejna pozycja w stylu Łozińskich czy Mariusza Urbanka, bardziej popularna niż książki o Kobro czy Stryjeńskiej. Dla wyjeżdżających, dojeżdżających, podróżujących to świetna alternatywa dla gazet codziennych.

Z Pilchem rozmowa.

Trudno zapamiętać, a jeszcze trudniej zrozumieć tytuł rozmów Eweliny Pietrowiak z Jerzym Pilchem. Jest to w jakimś sensie zwrócenie nam uwagi, że niebezpiecznie jest używać słowa nigdy: „nigdy już cię nie zobaczę”, „nigdy ci nie wybaczę”, „nigdy cię nie kochałem”. Sam Pilch odpowiada tym zwrotem, zapytany czy zawsze tak dobrze mu szło z kobietami. „Zawsze nie ma nigdy” to rozmowa Eweliny, której zdjęcie z Pilchem znajdziemy na 251 stronie książki, i warto się mu przyjrzeć, bo obrazuje w jakiś sposób zależności między tą parą: Pilch beztrosko i lekko obok, zaciąga się papierosem, a Ewelina spogląda na niego trochę pobłażliwie, choć widać, że jej zadaniem jest być z nim a jednocześnie być jego. Bo parą byli, o czym Pilch szeroko w drugim dzienniku pisał, przez ponad cztery lata dobrze się znali, a do tego, jeśli dzięki takiej kobiecie wychodzi się z nałogu, co można potem opisać w „Pod Mocnym Aniołem”, to zostaje taki związek  na życie całe czymś wyjątkowym. Zresztą nawet Julia Kijowska grająca w filmie Smarzowskiego, dziewczynę bohatera poznaną pod bankomatem, fizycznie podobna jest do Eweliny.

Studio_20160211_154238_resized

Wywiady z Pilchem zawsze dobrze smakują, ponieważ nie sili się on na wielkie słowa, woląc anegdotą podsumować niż sarkazmem obrzucić. Mam pod ręką kolorowe karteczki, do zaznaczania co lepszych kawałków lektur, ale w „Zawsze nie ma nigdy” nic nie udało mi się podkreślić, bo musiałbym chyba wszystko zalepić i pokolorować. Varga w Wyborczej napisał, że rok 2016 powinniśmy obwołać rokiem Pilcha, ponieważ nie dość, że dostajemy ten wywiad książkowy i już to nam uprzyjemniło początek, to w dalszej perspektywie będzie biografia, napisana przez Katarzynę Kubisiowską, też jakoś przez to, że Pilch jest ojcem chrzestnym jej dziecka, z pisarzem związaną. To może być nawet mocniejsze uderzenie niż Pietrowiak, bo jak powiedział Pilch do Kubisiowskiej: „Tobie zostawiam kobiety i chlanie, sam się skupię na dzieciństwie w Wiśle”, czym przypomniał wszystkim, że sam pisze własną autobiografię, ale podobno utknął na sali porodowej.

Ten wywiad kobiety z byłym kochankiem pozbawiony jest tarć i przekomarzań, płynie szerokim nurtem, niczym łagodna gawęda o życiu i literaturze, a przecież nie pozbawiony jest miejsc szalonych, anegdot pikantnych i smacznych, jak np. ta o liście od księdza Tischnera z 5 czerwca 1996 roku: „Wy mi się – kalwinie czy lutrze – coraz bardziej, kurwa, podobacie w tych felietonach. Dostajemy w książce również zdjęcia bohatera, zwłaszcza  te z dzieciństwa, wczesnej młodości, o której dowiadujemy się też sporo – wychodzi nam szczególnie ojciec Pilcha, osobnik niezwykle na osobowość Jurka wpływający, ale wychodzą również wszyscy Wiślanie, kalwini, wujkowie, dziadkowie, słynna przecież już od dawna babka Czyżowa: „wielka narratorka, która całe życie czytała dwie książki: Biblię i samochodowy atlas świata, bo akurat był w domu”.

Pilch zgodził się na rozmowę, jakby nie miał nic do ukrycia, pozwala sobie zadawać pytania szkolne, podstawowe, ale właśnie dzięki temu otrzymujemy portret mężczyzny, który nie kryguje się na filozofa, choć mógłby, nie wygłasza sądów kategorycznych, choć mógłby, za to dzieli się z nami swoimi przeżyciami na meczach Cracovii, historiami z życia Tygodnika Powszechnego, gdzie pracował, dostajemy też trochę jego obsesji, mani porządkowania, zatemperowanych ołówków czy czarnych koszul na zapas.

Po operacji Pilch musiał dużo mówić, żeby wrócić do dawnej formy. Rozmowy z Pietrowiak pomogły mu się odbudować, choć w wielu wypowiedziach czuć tę gorycz starości, bezradności, nostalgii za czasami, kiedy miało się życie przed sobą. Wspominki o zupkach w proszku u Szymborskiej, roztargnieniu Woźniakowskiego, czy okrzyku Holoubka na meczu, wracają nas do czasów, kiedy nie warto się było zastanawiać nad przyszłością, bo jej Pilch sobie nie wyobrażał, szczególnie, że może być taka samotna, a do tego, że ta samotność będzie mu czasem dosyć mocno ciążyć. Być może to mogłoby być jakieś przesłanie tej książki, nauczka dla tych, którzy odkładają decyzje na później, nie wiedząc, że później, to może być też nigdy. Bo „zawsze nie ma nigdy”.

TK_male (1)

Książka do kupienia na portalu Tania Książka, a konkretnie tutaj za jedyne 29,93 zł.

Stryjeńska.

Zaczyna się niczym powieść obyczajowa z przełomu wieków. Wyprawa Zosi z ojcem na poranny spacer z zakupami, kreśli obraz krakowskiego życia, harmidru przekupek, ludowych przebrań, egzotycznych scen. Dla nas ten świat starego rozgardiaszu stanowi fascynację historyczną, niczym żydowski Kazimierz, od lat nęcący swoją dziwnością; Kraków sprzed wojen wychyla się z kolejnych książek niczym porcja nieznanej wcześniej przyprawy.

A dalej już podróż z Zośką, niezwykłą osobowością, fascynującą artystką. Rysuje od dzieciństwa, chłonie ludowość, folklor, słowiańską mitologię, co zaowocuje najoryginalniejszym talentem malarskim, jaki zdarzył się nam w XX wieku. Ale droga wiedzie niestety przez mękę, a talent nie starcza na bułki. Kolejna artystka, której nie dane było zaczerpnąć z siły, którą wyzwalała. Cokolwiek namaluje staje się sensacją, cokolwiek wystawi w konkursach, wygrywa. A jednak wciąż w długach, ucieczkach przed wierzycielami, wciąż zamartwiana brakiem środków do życia, jakby ono składało się z ciągłych pożyczek i konieczności zwracania, oddawania, upokorzeń i próśb o pieniądze.

Studio_20160131_180724_resized

      I gromadzi wszystko i opisuje wszystko – w pamiętnikach, które nawet się ukazały drukiem jako” „Chleb prawie że powszedni”, własnym językiem opisuje swoje życie – a jest to język niezwykły, bogaty, ironiczny, z polszczyzną ubraną we wszystkie możliwości obrazowania, język pięknie wyeksponowany a jednocześnie jakże przesycony jej własnym, niezwykłym poczuciem humoru.  Cztery tysiące stron zapisków – nie do dostania obecnie nigdzie. Gdzieś tam po 200 zł było sprzedawane, ale kto, komu, gdzie? Jakby kto miał to chętnie odkupię, bo przytaczane w książce fragmenty zapraszają do lektury z niezwykłym wdziękiem.

Studiuje w Akademii Sztuk Pięknych w Monachium jako chłopak, bo kobiet tam nie przyjmowano wówczas, ale po roku zdemaskowana musi uciekać. Zakochuje się na amen w Karolu Stryjeńskim, ale to małżeństwo przyniesie jej więcej zgryzot niż radości, bo Zośka jak kocha, to całą sobą. Zachowuje się jak wariatka, więc mąż podstępnie zamyka ją w domu obłąkanych – która z was wybaczyłaby taki numer swojemu ukochanemu? Upokarza się przed nim, drze swoje prace (to darcie swoich prac przekłada się czasem na darcie biletów podróżnych, kiedy nie może zdecydować: jechać, czy nie jechać?), rzuca na kolana i błaga męża o miłość. Rodzi mu dzieci: najpierw niechcianą Magdę („rodzi się córka. Jestem wściekła. … karmię z niechęcią dziecko.”) wreszcie upragnionych chłopaków – bliźniaków. A Karolek zdradza żonę. Zapewne przez to, że jakoby Witkacy rozpowiadał o nim różne plotki, wyzywa go na pojedynek, do którego jednak nie dochodzi. Rozwodzą się w końcu, a Stryjeńska zapoluje na niejakiego Sochę, aktora, dla którego zmieniła nawet wyznanie, żeby wziąć ślub, a ten, niewdzięcznik, nie dość, że ją zdradzał, to jeszcze zaraził chorobą weneryczną. Koszmarnego pecha ma ta dziewczyna.

I tak jedziemy przez to życie potargane, roztrzęsione, jak jej charakter, jej osobowość, pewnie nieskoordynowana, zaburzona, ale jakże twórcza. Pogoń za pieniędzmi, nieudane interesy, przenosiny z miejsca na miejsce, jak gdzieś jedzie to nagle zawraca z drogi, potem znowu trzeba bilety, jedzie, ale wysiada, bo zmieniła zdanie, ale przez przypadek złapała lepszą okazję, więc znów jedzie – aż się modlimy, żeby w końcu dojechała, bo tego nie da się wytrzymać.

Koszmarne sceny po śmierci syna Jacka, kiedy nie chce uwierzyć, że umarł, wzywa policję, doktorów, żeby zbadali ciało, a w dniu pogrzebu jeszcze jeden doktor wezwany, żeby uratował dziecko, ale trumna już zamknięta, już kondukt idzie, nic nie da się zrobić. Całe życie bała się samotności, a przecież wciąż sama, wciąż w walce z życiem, a przy tym maluje tak niezwykle i oryginalnie. Już stara boi się duchów, śpi w wannie dniami, nocami chodzi na dworzec kolejowy, żeby być wśród ludzi. Dla wnuków jest trochę czarownicą a trochę wróżką, nie znosi dzieci, nie chce z nimi rozmawiać, irytują ją. Umiera w lutym 1976 roku w Genewie.

Autorka miała ułatwione zadanie – wystarczyło przedrzeć się przez pamiętniki Zofii; na początku Kuźniak jeszcze się starała, ale potem jakoś opadła z sił i już jechała niemal dosłownie pamiętnikiem. Może i tak było trzeba, może inaczej zrobiło by się z tego coś nużącego, mętnego, ale przecież pamiętnik jako szkielet można opakować sprawnie, czego dowodem świetny, pierwszy tom biografii Iwaszkiewicza, skrojony przez Radosława Romaniuka (no właśnie, a kiedy kolejny tom?).

Stryjeńska dotąd dla mnie jedynie migotliwy refleks, bo przypominam sobie kolorowe znaczki z jej rysunkami tańców, bo Witkacy i Karol Stryjeński, drobiazgi nie warte uwagi – a teraz widzę, jak świetną postacią była, jak wbiła się w rzeczywistość malarską kraju, ze aż lata po śmierci, dostała się na monety, szkoda tylko, że ta kolekcjonerska partia pieniędzy, przedstawia jej wizerunek jako kobiety leciwej, dostojnej, a przecież cała prawda o Zośce, sprowadza się do szalonych lat przed wojną, kiedy ta piękna dziewczyna, mogła świat mieć u stóp. Dlaczego się nie udało?

„Co do mej spuścizny artystycznej, jest ona ogromna i gdzieś po ludziach na świecie całym zgubiona. Byłby wór złota i Chwała Narodu, gdyby się tym kto kiedy zajął. Zofia Stryjeńska. Amen.”