Tu byłem czyli Tony Halik.

Dobrze pamiętam te niedzielne południa, kiedy telewizja emitowała program Halika i Dzikowskiej pt. „Pieprz i wanilia”. Przyznaję od razu, że nie byłem szczególnie zafascynowany występami sztywno siedzącej Elżbiety Dzikowskiej oraz nadpobudliwego Tony Halika. Prezentowane w programie filmy, a potem komentarze prowadzących, wzbudzały we mnie mieszane uczucia – nie potrafiłem skoncentrować się na tych opowieściach, odstręczał mnie trochę ten szalony styl Halika, poza tym ta niedzielna pora nie sprzyjała oglądaniu – czułem się zawsze niepewnie w tym lepkim marazmie tamtych czasów – a była to końcówka lat siedemdziesiątych; później całą dekadę spędziłem prawie bez telewizora.

14907819254965725-jpg-gallery.big-iext48710321

Biografia Halika, dla wielu jedynie szalonego podróżnika z telewizora, jest niezwykłą podróżą po losach człowieka żyjącego pełnią, o jakiej mogliśmy kiedyś pomarzyć. Dziś w świecie dostępnym dla każdego, w świecie łatwych podróży, tanich biletów i wolnego czasu, zorganizowanie sobie wyjazdu w najbardziej egzotyczne i wyśnione miejsce nie stanowi żadnego problemu. Halik jeździł, kiedy my siedzieliśmy za żelazną kurtyną, a przy okazji kręcił filmy, które postanowił nam pokazywać. A jednak Halik i „Pieprz i wanilia” to jedynie etap w życiu tego obywatela Argentyny i Polski, poligloty, korespondenta NBC oraz pisma Life, lotnika, żeglarza, partyzanta, dziennikarza, pisarza… Czy jest ktoś mogący pochwalić się tyloma przydomkami?

Czy hasło: „Byłem tu, Tony Halik” jest jedynie kpiną czy raczej wyrazem uznania? Kabaretowa postać, która przeniknęła do mojej świadomości, po przeczytaniu książki Mirosława Wlekły zmieniła się w herosa, czerpiącego z życia wszystko co najlepsze, w człowieka niezwykłej odwagi, nadpobudliwego gawędziarza, przeskakującego ze swadą kolejne etapy swojego życia  z piekielną nieustraszonością – epitety, nawet najbardziej wymyślne nie oddadzą nawet w części bogactwa przeżyć Halika.

Agora postarała się nie tylko o atrakcyjne wydanie tej książki, ale również umożliwiła autorowi ruszenie śladem Halika po świecie. A jak wiadomo, Haik był wszędzie – nie ma sensu wymieniać krajów, które zwiedził, choć chyba najbardziej kojarzy się nam w przebraniu Indianina z Amazonii i z pomalowaną twarzą. No i może jeszcze, jak na większości zdjęć, jako łysy facet z ciężką kamerą na ramieniu. Książka jest pomyślana w ten sposób, że kolejne rozdziały cofają nas w czasie i życie tego wagabundy poznajemy od tyłu. Niby autor miał w tym ukryty cel, choć nie jest on przekonujący – początkowe rozdziały rozczarowują, ale jak już to życie nabierze rozpędu, to nie możemy się oderwać od tego losu, naznaczonego ekscentrycznością i buchającą chęcią przeżywania świata jak najpełniej.

Jest tu trochę tajemnic, przemilczanych faktów z życiorysu, konfabulacji i przerysowań, demistykacji i sprostowań, ale po cóż o tym pisać w recenzji, po co rozdrapywać fakty, które dla niektórych szaleńców deprecjonują człowieka z racji życia w określonych uwarunkowaniach politycznych? Z książki bije podstawowa prawda o człowieku, który wiedział co chce robić w życiu, o człowieku, który nie miał wrogów, a wyciągnięte z lamusa jego słabości jedynie wzmacniają mój podziw dla niego, podobnie jak brutalne zarzuty Domasławskiego o Kapuścińskim, jedynie spotęgowały sympatię do dziennikarza.

Facet mieszał języki, popełniał gafy, konfabulował, a przecież wszyscy go uwielbiali. Historia jego małżeństwa z Pierrette, a potem pojawienie się Dzikowskiej, to jedyny jakby nie do końca opisany fragment biografii Halika – domyślam się, że zadziałała tu ingerencja Pani Elżbiety. Halik zakochał się i porzucił wierną towarzyszkę niesamowitych wojaży po Ameryce Południowej oraz w słynnej wyprawie z Ziemi Ognistej na Alaskę. Co się stało z Pierrette dowiadujemy się zdawkowo, a przecież tak oddana kobieta musiała przeżyć rozstanie z Halikiem boleśnie – może też stąd bierze się niechęć opowiadania reporterowi o ojcu przez jego jedynego syna Ozanę?

Żadna biografia nie będzie nigdy kompletna – fakty się zacierają, ludzie umierają, uczucia blakną. Zostajemy z tym wszystkim, co zdolny biograf potrafi zebrać i złożyć w jedną całość. Z dobrej biografii prześwitywać zawsze będzie poświata człowieka, którego życie poznajemy. Sterta informacji odpowiednio przyrządzona wyświetli nam obraz jedynego w swoim rodzaju uczucia, którym chcemy obdarzyć opisywaną postać.  W moim przypadku Tony Halik wyrósł po przeczytaniu „Tu byłem” na kogoś szczególnie wartego poznania – wyrósł na prawdziwego bohatera.

Książka Tu byłem. Tony Halik do nabycia w Taniej Książce

TK_male

Pilch.

Przeleżała mi się ta biografia w sensie ścisłym, bo skończyłem ją ze trzy tygodnie temu i to nie jest dobra prognoza dla tego pisania o Pilchu, właściwie nie o Pilchu, tylko o tej książce, bo o Pilchu mogę napisać klika zdań od siebie bez problemu, a książkę to jednak trzeba mieć pod ręką, albo chociażby w głowie ją mieć jeszcze świeżą, promieniującą i pobudzającą do wyrażania myśli, co przychodzą nagle, a potem znikają bezpowrotnie, jak utracona leworęczność. Więc żeby się wprowadzić w nastrój odpowiedni i może nawet we frazę właściwą, obejrzałem „Pod mocnym aniołem”, film, który się nagle pojawił w telewizji publicznej bez rozgłosu nawet i bez fanfar, a przecież warto było ludzi zachęcić, żeby sobie obejrzeli to Smarzowskiego dzieło, zwłaszcza ci pijący nałogowo chętnie by siebie odnaleźli na ekranie, choć jak przypuszczam, pijacka brać ma ciekawsze programy w rządowej telewizji, a nawet bym napisał, że oni raczej mało oglądają po pijaku raczej.

W między czasie postanowiłem sprawdzić, czy mi się niejaki Remigiusz Mróz do czegoś przyda, czy czytane przez Gosztyłę audiobooki odkryją mi świat do wykorzystania przy niedzielnych wybieganiach, a ponieważ nie zamierzam nigdzie szerzej napisać o Mrozie, to tylko chciałbym przy okazji ostrzec literackich maniaków przed czytaniem, a nawet słuchaniem Mroza książek, bo zaliczywszy „Trawers”, a potem „Kasację” obrzydzeniem tak bardzo się nasyciłem, że żadnej z wypuszczanej lawinowo książek tego pana nigdy więcej do ręki nie wezmę,  szczęśliwie będąc jedynie w posiadaniu audiobooków, więc półek mi nie zaśmiecą.

To teraz już o Pilchu tylko. Pamiętam jak hotelu krakowskim spotykaliśmy ekipę filmowców z „Pod mocnym aniołem” i jak dawno to już było. Wstrząsający obraz z życia pisarza alkoholika powrócił podczas czytania biografii Kubisiowskiej, w której miało być o chlaniu dużo i o kobietach Pilcha też. Bez wątpienia te wiwisekcyjne fragmenty książki największe robią wrażenie na czytelniku, który Pilcha zna z charakterystycznego rytmu zdania i inteligentnej myśli w nim zawartej. Będąc sceptycznym przez długie lata, co do wartości Pilchowej literatury, odkryłem go dopiero na końcowym etapie jego twórczości, gdzie „Miasto utrapienia”, „Wiele demonów” i „Dzienniki” – kompletnie zadłużony jestem w temacie opowiadań i pierwszych książek, nie znam felietonów, i tych z „Tygodnika Powszechnego”, i tych z „Polityki”, więc mogłem w biografii przeczytać o tym fenomenie pisarskim, w którym Pilch doszedł do perfekcji, a społeczeństwo doceniło cotygodniową porcję Pilcha, serwowaną przez gazety.

20161211_185208_resized

A zaczyna Kubisiowska nietypowo, bo od rąk i na rękach też kończy. Trzęsące się ręce Pilcha to jego zmora, choroba Parkinsona to utrapienie, choroba alkoholowa to przekleństwo, albo wyróżnik? Pisarze alkoholicy to nie jest ewenement, to częsta przypadłość poważnych literatów, ale w przypadku Pilcha połączenie Parkinsona z chlaniem daje oszałamiające efekty. Więc te trzęsące się ręce na początek i wchodzimy w szczegóły tego życia dziwacznego. O Pilchu mówią osoby go znające, kobiety, przyjaciele i matka. Po dwóch latach pracy i częstych rozmowach z pisarzem, autorka skonstruowała biografię nietypowo – jest jakaś chronologia, jest Wisła bardzo szczegółowo wyrysowana, ale tytuły poszczególnych rozdziałów wyznaczają ścieżkę w sensie ścisłym: Ojciec to część pierwsza, a Matula druga. Biskup Wantuła wraz ze Starym Kubicą idą dalej – przez te cztery postaci prowadzi nam Pilcha Kubisiowska i mnie się nawet ten pomysł podoba. Silne osobowości, które ukształtowały nam bohatera, a potem tylko piłka nożna, kobiety, nałogi…

Niesprawiedliwym jest pisanie biografii żyjących, bo przecież będą żyć jeszcze jakiś czas i wtedy trzeba będzie czekać na kolejną biografię, zapewne pisaną od nowa i przez kogoś innego. Z Pilchem porozmawiała również Ewelina Pietrowiak i tutaj mamy Pilcha ugładzonego.  A Kubisiowska wali Pilcha mocno na odlew, bo nie ma takiego życiorysu, przy którym można tylko wzdychać z rozkoszy, co sam Pilch wiedział, ale chyba zapomniał, bo jak książkę przeczytał to się do autorki przestał odzywać. Gdyby o mnie ktoś napisał całą prawdę, też bym się chyba oburzył, choć przecież sam wiem, jak było i jest najlepiej, i że nie ma zmiłuj się. Ale na szczęście to mi nie grozi.

Gruba cegła z tej biografii ale smaczna – żal cytować co lepsze kawałki, bo jest ich za dużo, a życie podrywacza i pijaka musi obfitować w niuanse gorzkie i chwile pamiętne. Nietuzinkowa inteligencja i celne pióro składają się na wędrówkę pełną zwrotów akcji, wyrzucają na powierzchnię dni chwały, ale i upadku, zalety charakteru, ale i słabości. Chciałeś, to masz. Taki właśnie jesteś, tak cię widzą i tak o tobie mówią: przyjaciele i kochanki, najbliżsi i ci z drugiego szeregu. Mówią raczej pochlebnie, wyciągają historie, gdzie Pilch w roli głównej bryluje oraz kiedy Pilch upada.

Szczególnie nas pociąga ta ciemna strona pisarza, którą mało co zapowiada, choć przecież wiemy, że i tak wszystko w genach zapisane: szczególna relacja z ojcem, zaściankowa atmosfera Wisły, przodkowie z jednej i z drugiej strony, talent niebanalny. Jak to mogła Kubisiowska ugryźć, żeby nie wpaść na manowce, jak zmierzyć się z faktami, żeby nic nie przeinaczyć – ona to po prostu podała nam, zdaje się nawet bez zbytniego komentarza; wywaliła na powierzchnię Pilcha jako człowieka. Pod koniec lektury tego Pilcha mi żal, bo umęczony i sponiewierany przez chorobę próbuje się podnieść.

W Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego odzyskuje głos, ale ręce drżą nadal. Czy rzucone przez telefon zdanie, że gdyby nie choroba Parkinsona umarłby od innej: alkoholowej, powiedziane było dla efektu? Końcówka książki jest jak relacja z pola walki – zastanawiamy się kto w końcu wygra – czy choroba złamie pisarza do reszty, czy też mamy jeszcze nadzieję na kolejne książki: autobiografię, którą chce sam napisać, a może na planowaną „Historię dygotu”?

Pilcha rozpoznaje się po frazie, którą dosyć łatwo naśladować, co niektórzy czynią z lepszym lub gorszym skutkiem, ale w zdaniu Pilcha jest jeszcze coś, co decyduje o jego niepowtarzalności – zapewne jest to ten ładunek inteligentnej ironii, prześmiewczość, sarkastyczna rezygnacja. „Stary Kubica, gdyby żył, miałby sto pięć lat, a więc i tak by już nie żył”. Paradoksalne, ale jakże ujmujące.

Kukuczka.

Góry najwyższe zawsze mnie fascynowały. W latach osiemdziesiątych mogłem jeździć tylko w Tatry i kolekcjonować górską biblioteczkę. Kupowałem Taternika bez ambicji studiowania ekstremalnych przejść, ale żeby zanurzyć się w relacjach himalaistów ze zdobywania kolejnych ośmiotysięczników. To był złoty okres naszych sukcesów w najwyższych górach. Podziwiałem Wojtka Kurtykę, ponieważ podobała mi się jego filozofia podejścia do wypraw, a kiedy z Kukuczką stworzyli wspinaczkową parę, zdawało się, że lepszych nie ma i nie będzie. A potem wybuchła czarna seria śmierci w górach, kiedy straciliśmy najlepszych, zwieńczona odejściem tego, który zdawał się nieśmiertelnym. Śmierć Kukuczki to był cios w polski himalaizm, po którym nic już nie było jak dotąd.

Książka Dariusza Kortko i Marcina Pietraszewskiego jest biografią człowieka, którego podziwialiśmy bezgranicznie za upór, determinację i sukcesy. Pogoń za Reinholdem Messnerem, z góry przegrana, a jednak elektryzująca, podniecająca jakimś egzotycznym posmakiem, nie mieszczącym się w głowie przeciętnego mieszkańca bloku, ustawiała Kukuczkę w poświacie nadczłowieka, który może wejść wszędzie. Wydaje się, że Kukuczka przegrał z Messnerem podwójnie – nie zdobył korony Himalajów jako pierwszy, a co najważniejsze nie przeżył. Czytając tę biografię widać jak na dłoni, że nie miał szans w obu tych konkurencjach. O ile w pierwszym przypadku, można usprawiedliwić pogoń za Messnerem i wykazać, że Polak miał trudniej, że zrobił to szybciej, nowymi drogami, to ostateczna porażka zniweczyła wszystko. Kukuczka przegrał bo zginął, a zginął, bo wmówił sobie, że jest nieśmiertelny, a los go nie wybierze, jak innych, którzy umierali obok niego, jakby wskazujący palec Boga niedowidział, jakby nie wierzył w przeznaczenie, które oślepił blask jego sławy i siły.

Studio_20161119_184926

„Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście” to powrót do przeszłości – trzydzieści lat to jednak kawał czasu – zmieniło się wszystko, nie tylko zdobywanie szczytów, ale i filozofia wspinaczki w najwyższych górach. Ostatnie śmierci naszych himalaistów sytuują się już jakby w innej rzeczywistości, odzwierciedlają odmienne podejście do solidarności w górach, a z drugiej strony są taką samą traumą dla kolegów i najbliższych. Przewartościowanie filozofii wyznaczonej przez Wawrzyńca Żuławskiego, że kolegi nie zostawia się w górach, nawet jeśli jest bryłą lodu, zaprzeczenie heroizmowi Klimka Bachledy, doprowadziło do dyskusji, czy coś zostało jeszcze z tej romantycznej wizji braterstwa w ratowaniu przyjaciela, kiedy własne życie jest zagrożone.

Książka jest fascynującą opowieścią o człowieku, który wszystko podporządkował górom. Śledzimy jego losy w skupieniu, żeby wyłapać wszystkie te cechy, które umożliwiły mu zwycięstwa w górach najwyższych. Od pierwszych emocji, które poczuł wspinając się w skałkach jako członek Harcerskiego Klubu Taternickiego, aż po wyprawę na południową ścianę Lothse. Jeśli Kukuczka bierze udział w wyprawie, to wiadomo, że sukces będzie wydarty nadludzkim nieraz wysiłkiem – nie wszyscy wytrzymują tę presję, partnerzy Kukuczki giną, podczas kiedy on sam, obdarzony niezwykłą siłą, ale i ogromnym szczęściem, wychodzi zawsze cało z opresji. W pewnym momencie pozycja Kukuczki staje się niewygodna dla środowiska, a sposoby uczestnictwa w wyprawach budzą niesmak i zazdrość – przyjeżdża na gotowe, nie pomaga w zakładaniu obozów – liczy się tylko zdobycie szczytu.

Najbardziej interesującym wątkiem tej biografii jest konfrontacja dwóch światów: Jerzego Kukuczki oraz Wojciecha Kurtyki. Jeden jest inteligentem, zanurzonym w mistycznym odczuwaniu gór, autorem swoistego manifestu filozoficznego, gdzie wyłożył własną teorię wspinaczki, a drugi to prosty chłopak, odrzucający całą tę otoczkę, w której zanurzył się Kurtyka, piszący w swoim pamiętniku: „Moja dewiza życiowa: stój twardo na ziemi, nie wpuszczaj się w kanały różnych teologii alpinistycznych, różnych teoretyków. Pamiętaj, podstawą alpinizmu, himalaizmu jest wspinaczka, dążność do góry. Reszta o brednie, trele-morele, które usprawiedliwiają słabość.”

A jednak ci dwaj dokonali niezwykłych przejść Gaszerbrumów i Broad Peaka, stworzyli parę doskonale się uzupełniającą, jakby siła, wespół z rozumem, postanowiły zdobyć w górach wszystko co najlepsze. Kurtyka jednak nie wytrzymał presji Kukuczki – zrezygnował, ponieważ chciał żyć, ponieważ to parcie Kukuczki było czasem poza zdrowym rozsądkiem.

Przyznaję, że bliżej mi do postawy Kurtyki, gdzie nie ma miejsca na „za wszelką cenę”, ale to nie przeszkadza mi podziwiać osiągnięć Kukuczki, który był z pewnością największym polskim himalaistą.

Niestety: był.

Książka „Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście” do kupienia w Taniej Książce

Wojciech Kossak

Urodził się w Paryżu, w noc sylwestrową, kwadrans przed północą. Jego brat bliźniak już 1 stycznia. Podwójne urodziny wybawiły rodziców z kłopotu, ponieważ zgłosiło się dwóch ojców chrzestnych i któremuś należało odmówić – bliźniaki rozwiązały dylemat: Chłopiec urodzony 31 grudnia 1856 roku, to Wojciech Kossak, a jego chrzestnym został słynny francuski malarz batalista Horacy Vernet. Po nim również Wojciech otrzymał drugie imię.

Maja  i Jan Łozińscy to autorzy wielu książek opisujących historię polskiej obyczajowości XIX wieku i w okresie przedwojennym. Pisali już o naszej arystokracji (Życie codzienne arystokracji), ziemiaństwie (W ziemiańskim dworze). Są autorami przybliżającymi nam życie elit z przełomu wieków (Ułani, poeci, dżentelmeni), czy też bliższe nam dzieje  zaraz po drugiej wojnie (W powojennej Polsce).

Wojciech Kossak. Opowiesc biograficzna - Maja i Jan Lozinscy8

Materiały do swoich opowieści znajdują w pamiętnikach, wspomnieniach, relacjach, oraz w ówczesnej prasie i literaturze pięknej. To lektura lekka i popularna, przeznaczona dla szerokiej publiczności, a jednocześnie mocno osadzona w faktach. Taki właśnie charakter ma najnowsza książka o naszym wybitnym malarzu Wojciechu Kossaku.

Wojciech Kossak był nie tylko świetnym malarzem, ale również niezwykłą osobowością. Jego historia podana jest rzetelnie i ze smakiem, w sam raz dla czytelnika, który szuka w literaturze odprężenia, a jednocześnie chciałby się czegoś nauczyć.

Kossak należał całym sercem do akademickiej szkoły malarskiej, stąd oglądając impresjonistów zgadzał się z ówczesną opinią krytyków, którzy kpili z obrazów Moneta czy Degasa. Jemu też nie było łatwo – dużo wystawiał nie tylko w Paryżu czy Wiedniu, ale również w Krakowie, Monachium, Norymberdze czy we Lwowie.

Ożeniony z Marią Kisielnicką, ziemianką z łomżyńskiego, pozostał w tym związku do końca życia, pomimo licznych romansów i zawirowań uczuciowych. Jego córki to znana poetka Maria Pawlikowska Jasnorzewska oraz Magdalena Samozwaniec. W książce Łozińskich przeczytamy nie tylko jak powstawały jego najsłynniejsze obrazy, ale także o historiach obyczajowych, jak np. pojedynek z równie znanym Julianem Fałatem, z którym pracowali wspólnie nad panoramą z bitwy pod Berezyną. Fałat spoliczkował Kossaka a ten wyzwał go na pojedynek. Na podmiejskim Ursynowie strzelali się z pistoletów: Kossak chybił a Fałat w ogóle odmówił strzału. Takie to były pojedynki …

Wracając do malowanych panoram, jako mieszkaniec Wrocławia musiałem oglądać słynną Panoramę Racławicką, autorstwa właśnie Wojciecha Kossaka oraz Jana Styki. W książce poznajemy okoliczności powstania tej najsłynniejszej polskiej panoramy, a także szeregu innych, które Kossak planował w związku z ówczesną modą na takie przedsięwzięcia.

Najsłynniejszy romans Wojciecha, liczącego wówczas 52 lata, przytrafił mu się z młodszą o połowę Zofią Hoesickową, zamężną i piękną kobietą, która przez wiele lat opierała się zalotom Kossaka, żeby w końcu ulec przystojnemu malarzowi. Zmagania malarskie i romanse Wojciecha Kossaka ukazują nam człowieka pewnego siebie, swojej wartości i uroku – znał wszystkich najważniejszych ludzi i polityków w Polsce i nie tylko, przyjaźnił się z cesarzem, malował dygnitarzy i znanego z awersji do pozowania Piłsudskiego, którego namalował na słynnej hiszpance. A konie Kossak potrafił malować jak nikt inny, o czym wiemy z licznych reprodukcji, rozsianych po podręcznikach historii i nie tylko.

Mając już po sześćdziesiątce wdał się w kolejny romans Z operową śpiewaczką, która zresztą wkrótce porzuciła go dla kogoś z zasobniejszym portfelem. Mając ponad osiemdziesiąt lat marzył o tym, żeby mieć …. siedemdziesiąt, kiedy to cieszył się jeszcze doskonałym zdrowiem. Nieustannie pracował, żeby zapewnić byt rodzinie, a popyt na jego obrazy powodował, że powstawało mnóstwo sztampowych obrazów na zamówienie, najczęściej bogatych ziemian, portretowanych na tle swoich dworków.

Nie zgodził się sportretować Hansa Franka, nie sprzedał niczego Niemcom. Jego los, jakże odmienny np. od losu Zofii Stryjeńskiej, pokazuje jednak nieustanne zmagania się z rzeczywistością, gdzie artysta postrzegany był jak wyrobnik.

Opowieść biograficzna o Kossaku, to kolejna pozycja w stylu Łozińskich czy Mariusza Urbanka, bardziej popularna niż książki o Kobro czy Stryjeńskiej. Dla wyjeżdżających, dojeżdżających, podróżujących to świetna alternatywa dla gazet codziennych.

Z Pilchem rozmowa.

Trudno zapamiętać, a jeszcze trudniej zrozumieć tytuł rozmów Eweliny Pietrowiak z Jerzym Pilchem. Jest to w jakimś sensie zwrócenie nam uwagi, że niebezpiecznie jest używać słowa nigdy: „nigdy już cię nie zobaczę”, „nigdy ci nie wybaczę”, „nigdy cię nie kochałem”. Sam Pilch odpowiada tym zwrotem, zapytany czy zawsze tak dobrze mu szło z kobietami. „Zawsze nie ma nigdy” to rozmowa Eweliny, której zdjęcie z Pilchem znajdziemy na 251 stronie książki, i warto się mu przyjrzeć, bo obrazuje w jakiś sposób zależności między tą parą: Pilch beztrosko i lekko obok, zaciąga się papierosem, a Ewelina spogląda na niego trochę pobłażliwie, choć widać, że jej zadaniem jest być z nim a jednocześnie być jego. Bo parą byli, o czym Pilch szeroko w drugim dzienniku pisał, przez ponad cztery lata dobrze się znali, a do tego, jeśli dzięki takiej kobiecie wychodzi się z nałogu, co można potem opisać w „Pod Mocnym Aniołem”, to zostaje taki związek  na życie całe czymś wyjątkowym. Zresztą nawet Julia Kijowska grająca w filmie Smarzowskiego, dziewczynę bohatera poznaną pod bankomatem, fizycznie podobna jest do Eweliny.

Studio_20160211_154238_resized

Wywiady z Pilchem zawsze dobrze smakują, ponieważ nie sili się on na wielkie słowa, woląc anegdotą podsumować niż sarkazmem obrzucić. Mam pod ręką kolorowe karteczki, do zaznaczania co lepszych kawałków lektur, ale w „Zawsze nie ma nigdy” nic nie udało mi się podkreślić, bo musiałbym chyba wszystko zalepić i pokolorować. Varga w Wyborczej napisał, że rok 2016 powinniśmy obwołać rokiem Pilcha, ponieważ nie dość, że dostajemy ten wywiad książkowy i już to nam uprzyjemniło początek, to w dalszej perspektywie będzie biografia, napisana przez Katarzynę Kubisiowską, też jakoś przez to, że Pilch jest ojcem chrzestnym jej dziecka, z pisarzem związaną. To może być nawet mocniejsze uderzenie niż Pietrowiak, bo jak powiedział Pilch do Kubisiowskiej: „Tobie zostawiam kobiety i chlanie, sam się skupię na dzieciństwie w Wiśle”, czym przypomniał wszystkim, że sam pisze własną autobiografię, ale podobno utknął na sali porodowej.

Ten wywiad kobiety z byłym kochankiem pozbawiony jest tarć i przekomarzań, płynie szerokim nurtem, niczym łagodna gawęda o życiu i literaturze, a przecież nie pozbawiony jest miejsc szalonych, anegdot pikantnych i smacznych, jak np. ta o liście od księdza Tischnera z 5 czerwca 1996 roku: „Wy mi się – kalwinie czy lutrze – coraz bardziej, kurwa, podobacie w tych felietonach. Dostajemy w książce również zdjęcia bohatera, zwłaszcza  te z dzieciństwa, wczesnej młodości, o której dowiadujemy się też sporo – wychodzi nam szczególnie ojciec Pilcha, osobnik niezwykle na osobowość Jurka wpływający, ale wychodzą również wszyscy Wiślanie, kalwini, wujkowie, dziadkowie, słynna przecież już od dawna babka Czyżowa: „wielka narratorka, która całe życie czytała dwie książki: Biblię i samochodowy atlas świata, bo akurat był w domu”.

Pilch zgodził się na rozmowę, jakby nie miał nic do ukrycia, pozwala sobie zadawać pytania szkolne, podstawowe, ale właśnie dzięki temu otrzymujemy portret mężczyzny, który nie kryguje się na filozofa, choć mógłby, nie wygłasza sądów kategorycznych, choć mógłby, za to dzieli się z nami swoimi przeżyciami na meczach Cracovii, historiami z życia Tygodnika Powszechnego, gdzie pracował, dostajemy też trochę jego obsesji, mani porządkowania, zatemperowanych ołówków czy czarnych koszul na zapas.

Po operacji Pilch musiał dużo mówić, żeby wrócić do dawnej formy. Rozmowy z Pietrowiak pomogły mu się odbudować, choć w wielu wypowiedziach czuć tę gorycz starości, bezradności, nostalgii za czasami, kiedy miało się życie przed sobą. Wspominki o zupkach w proszku u Szymborskiej, roztargnieniu Woźniakowskiego, czy okrzyku Holoubka na meczu, wracają nas do czasów, kiedy nie warto się było zastanawiać nad przyszłością, bo jej Pilch sobie nie wyobrażał, szczególnie, że może być taka samotna, a do tego, że ta samotność będzie mu czasem dosyć mocno ciążyć. Być może to mogłoby być jakieś przesłanie tej książki, nauczka dla tych, którzy odkładają decyzje na później, nie wiedząc, że później, to może być też nigdy. Bo „zawsze nie ma nigdy”.

TK_male (1)

Książka do kupienia na portalu Tania Książka, a konkretnie tutaj za jedyne 29,93 zł.

Stryjeńska.

Zaczyna się niczym powieść obyczajowa z przełomu wieków. Wyprawa Zosi z ojcem na poranny spacer z zakupami, kreśli obraz krakowskiego życia, harmidru przekupek, ludowych przebrań, egzotycznych scen. Dla nas ten świat starego rozgardiaszu stanowi fascynację historyczną, niczym żydowski Kazimierz, od lat nęcący swoją dziwnością; Kraków sprzed wojen wychyla się z kolejnych książek niczym porcja nieznanej wcześniej przyprawy.

A dalej już podróż z Zośką, niezwykłą osobowością, fascynującą artystką. Rysuje od dzieciństwa, chłonie ludowość, folklor, słowiańską mitologię, co zaowocuje najoryginalniejszym talentem malarskim, jaki zdarzył się nam w XX wieku. Ale droga wiedzie niestety przez mękę, a talent nie starcza na bułki. Kolejna artystka, której nie dane było zaczerpnąć z siły, którą wyzwalała. Cokolwiek namaluje staje się sensacją, cokolwiek wystawi w konkursach, wygrywa. A jednak wciąż w długach, ucieczkach przed wierzycielami, wciąż zamartwiana brakiem środków do życia, jakby ono składało się z ciągłych pożyczek i konieczności zwracania, oddawania, upokorzeń i próśb o pieniądze.

Studio_20160131_180724_resized

      I gromadzi wszystko i opisuje wszystko – w pamiętnikach, które nawet się ukazały drukiem jako” „Chleb prawie że powszedni”, własnym językiem opisuje swoje życie – a jest to język niezwykły, bogaty, ironiczny, z polszczyzną ubraną we wszystkie możliwości obrazowania, język pięknie wyeksponowany a jednocześnie jakże przesycony jej własnym, niezwykłym poczuciem humoru.  Cztery tysiące stron zapisków – nie do dostania obecnie nigdzie. Gdzieś tam po 200 zł było sprzedawane, ale kto, komu, gdzie? Jakby kto miał to chętnie odkupię, bo przytaczane w książce fragmenty zapraszają do lektury z niezwykłym wdziękiem.

Studiuje w Akademii Sztuk Pięknych w Monachium jako chłopak, bo kobiet tam nie przyjmowano wówczas, ale po roku zdemaskowana musi uciekać. Zakochuje się na amen w Karolu Stryjeńskim, ale to małżeństwo przyniesie jej więcej zgryzot niż radości, bo Zośka jak kocha, to całą sobą. Zachowuje się jak wariatka, więc mąż podstępnie zamyka ją w domu obłąkanych – która z was wybaczyłaby taki numer swojemu ukochanemu? Upokarza się przed nim, drze swoje prace (to darcie swoich prac przekłada się czasem na darcie biletów podróżnych, kiedy nie może zdecydować: jechać, czy nie jechać?), rzuca na kolana i błaga męża o miłość. Rodzi mu dzieci: najpierw niechcianą Magdę („rodzi się córka. Jestem wściekła. … karmię z niechęcią dziecko.”) wreszcie upragnionych chłopaków – bliźniaków. A Karolek zdradza żonę. Zapewne przez to, że jakoby Witkacy rozpowiadał o nim różne plotki, wyzywa go na pojedynek, do którego jednak nie dochodzi. Rozwodzą się w końcu, a Stryjeńska zapoluje na niejakiego Sochę, aktora, dla którego zmieniła nawet wyznanie, żeby wziąć ślub, a ten, niewdzięcznik, nie dość, że ją zdradzał, to jeszcze zaraził chorobą weneryczną. Koszmarnego pecha ma ta dziewczyna.

I tak jedziemy przez to życie potargane, roztrzęsione, jak jej charakter, jej osobowość, pewnie nieskoordynowana, zaburzona, ale jakże twórcza. Pogoń za pieniędzmi, nieudane interesy, przenosiny z miejsca na miejsce, jak gdzieś jedzie to nagle zawraca z drogi, potem znowu trzeba bilety, jedzie, ale wysiada, bo zmieniła zdanie, ale przez przypadek złapała lepszą okazję, więc znów jedzie – aż się modlimy, żeby w końcu dojechała, bo tego nie da się wytrzymać.

Koszmarne sceny po śmierci syna Jacka, kiedy nie chce uwierzyć, że umarł, wzywa policję, doktorów, żeby zbadali ciało, a w dniu pogrzebu jeszcze jeden doktor wezwany, żeby uratował dziecko, ale trumna już zamknięta, już kondukt idzie, nic nie da się zrobić. Całe życie bała się samotności, a przecież wciąż sama, wciąż w walce z życiem, a przy tym maluje tak niezwykle i oryginalnie. Już stara boi się duchów, śpi w wannie dniami, nocami chodzi na dworzec kolejowy, żeby być wśród ludzi. Dla wnuków jest trochę czarownicą a trochę wróżką, nie znosi dzieci, nie chce z nimi rozmawiać, irytują ją. Umiera w lutym 1976 roku w Genewie.

Autorka miała ułatwione zadanie – wystarczyło przedrzeć się przez pamiętniki Zofii; na początku Kuźniak jeszcze się starała, ale potem jakoś opadła z sił i już jechała niemal dosłownie pamiętnikiem. Może i tak było trzeba, może inaczej zrobiło by się z tego coś nużącego, mętnego, ale przecież pamiętnik jako szkielet można opakować sprawnie, czego dowodem świetny, pierwszy tom biografii Iwaszkiewicza, skrojony przez Radosława Romaniuka (no właśnie, a kiedy kolejny tom?).

Stryjeńska dotąd dla mnie jedynie migotliwy refleks, bo przypominam sobie kolorowe znaczki z jej rysunkami tańców, bo Witkacy i Karol Stryjeński, drobiazgi nie warte uwagi – a teraz widzę, jak świetną postacią była, jak wbiła się w rzeczywistość malarską kraju, ze aż lata po śmierci, dostała się na monety, szkoda tylko, że ta kolekcjonerska partia pieniędzy, przedstawia jej wizerunek jako kobiety leciwej, dostojnej, a przecież cała prawda o Zośce, sprowadza się do szalonych lat przed wojną, kiedy ta piękna dziewczyna, mogła świat mieć u stóp. Dlaczego się nie udało?

„Co do mej spuścizny artystycznej, jest ona ogromna i gdzieś po ludziach na świecie całym zgubiona. Byłby wór złota i Chwała Narodu, gdyby się tym kto kiedy zajął. Zofia Stryjeńska. Amen.”

Kobro. Skok w przestrzeń.

Mam sentyment do niezwykłych kobiet, potarganych przez walec historii, rozjechanych przez okoliczności, sprzężenie przyczynowo-skutkowe, ślepy traf lub niewłaściwy wybór. Mężczyznom jest zawsze łatwiej, nawet jak zdychają pod płotem, nie jest to tak mocno sentymentalne, jak los samotnych, niekochanych, żyjących w skrajnej nędzy kobiet. Przypomnijmy Stanisławę Przybyszewską, której „Listy” pokazują udrękę codzienności artystki genialnej, albo życie Mariny Cwietajewej, która powiesiła się, nie mogąc znieść nędzy i załamania związanego z synem. Gdzie teraz ich groby, gdzie kości? Miejsca pochówku nieznane, ale przetrwała sztuka – postawione przed wyborem, sława czy chleb, na co by postawiły, dziś uznane i wielkie, wtedy w kloace rzeczywistości, zdychające z biedy i upokorzenia.

Studio_20160109_170446_resized

          Katarzyna von Kobro, powiela los nieszczęśliwych w życiu, genialnych artystek, które, gdyby wydostać je z tej maligny historycznej, którą najczęściej jest wojna mężczyzn, to mielibyśmy dziś nieskończenie więcej wierszy, dramatów czy rzeźb. Książka o Katarzynie musi być również o Strzemińskim, tym wyrytym nazwisku na grobie Kobro, jej inspiratorze, miłości i przekleństwie, bijącym ją swoimi szczudłami, przed czym podobno się nawet nie uchylała, jak głosi legenda, która przywarła do ich związku, jak ta, o paleniu swoimi pracami w piecu, żeby córce zagrzać kaszkę i udowodnić mężowi, że jednak jest dobrą matką.

Pochłanianie „Kobro. Skok w przestrzeń” to jazda przez dwie wojny z zatrzymaniem się 21 lutego 1951 roku, w mieście ziemi obiecanej, gdzie zmarła, wyprzedzając męża o półtora roku, jakby ich los nie mógł się toczyć oddzielnie w dwóch światach, jakby musieli nawet Tam, toczyć swoją nierówną wojenkę. Kobro umierała na raka, a Strzemiński na gruźlicę – zapewne warunki  i tryb życia, przyspieszyły ich koniec – nie poskąpiono im upokorzeń na samym finiszu, choć Kobro umierała w przytułku, zupełnie opuszczona, a jej mąż, jak to bywa z mężczyznami, do tego przystojnymi, choć beż ręki, nogi i oka, zgromadził przy swoim łóżku szpitalnym młodzież, zafascynowaną jego twórczością, a może inteligencją.

Ale dość o Strzemińskim, tym zawziętym sukinsynie, oskarżającym swoją Kasię, o zdradę ojczyzny, o to, że czerpała przywileje w czasie wojny z bycia Rosjanką, że ochrzciła ich córkę w kościele prawosławnym, o co jeszcze? Rozpad tej miłości jest fascynującą zagadką, nastąpił nagle, jakby inteligencja i wielkość Strzemińskiego wybuchła jakąś negatywną obsesją w stosunku do żony. Gdzie był ten moment przełamania, co spowodowało, że dwoje bliskich sobie, zarówno w życiu jaki sztuce ludzi, nagle dostaje amoku nienawiści. A obok tej dramatycznej miłości przesuwa się niezwykła historia współczesnej sztuki nowoczesnej – genialni oboje, choć znów on na planie pierwszym, ale oddajmy mu honor, zawsze doceniający ją za to co stworzyła, nawet wówczas, kiedy ją chorobliwie nazywał hitlerówką i lał pogrzebaczem.

W 1920 roku biorą ślub w Smoleńsku. Ich pokoje nie przypominają mieszkań zwykłych ludzi: skrzynki, blachy, trociny, szkło – z tego powstaje konstruktywizm i oni w tym się babrzą, tworząc, a nie mieszkając. Codzienność potrafiła Kobra naginać do swoich oczekiwań – kiedyś myjąc talerze stwierdziła, że szkoda jej życia na mycie garów i cisnęła brudne talerze przez okno. Rzeźby Kobro są niesamowite i eksponują przestrzeń – trafią do muzeum i na wysypisko, skąd Katarzyna je wygrzebie i przywróci do życia. Oglądam je dziś, pieczołowicie odrestaurowane i wszystkim polecam, żeby się im choć przyjrzeć, jakże są niezwykłe. ”Rzeźbię z natury, tak jak się idzie do kina, żeby lepiej wypocząć” – pisze, żeby się usprawiedliwić z aktów rzeźbionych od niechcenia, tym oddechu od intensywnej pracy nad rzeźbą otwartą.

Życie toczy się i toczy Kobro. Rodzi się córka i Katarzyna przez dwa lata usiłuje uspokoić jej płacz, tańcząc w rytm piosenek – heroiczna opieka nad dzieckiem, w czasie ciąży trute papierosami, które palili nałogowo z mężem całe życie. A potem oboje wykorzystują Nikę do walki na słowa, przekazując sobie inwektywy za pośrednictwem dziecka. Kto jest bardziej zawzięty w tym chaosie torturowania się wzajemnego, kto chciał wybaczyć, a kto by tylko bił, bił, bił?

W legendzie o tym małżeństwie jest jeszcze historia niebieskich kwiatków, które Władysław chciał położyć na grobie żony, ale nikt mu nie powiedział o jej śmierci, ponieważ sama Kobro zaznaczyła, że nie chce go na swoim pogrzebie i jej wolę wykonano. W ostatniej drodze towarzyszyło jej tylko kilka osób. Te niebieskie kwiatki to tajemnica, być może związana z szaro-niebieskimi oczami Katarzyny, lub chabrowymi Władysława – nigdy nie dowiemy się jak niebieskie kwiatki połączyły tę parę, czy kryje się za tym najpiękniejszy dzień ich miłości, powidok, o którym pisał Strzemiński, że powstaje na skutek mocno zaciśniętych powiek podczas patrzenia w słońce?

Andrzej Wajda kręci film o Strzemińskim, więc tez o Kobro. Wolałbym, żeby powstał film o Katarzynie Kobro i niekoniecznie musiałaby to nakręcić Agnieszka Holland.

Kobro. Skok w przestrzeń” Małgorzata Czyńska –  do nabycia tutaj

TK_male (1)

Książka roku. Miłosz w Krakowie.

Nie zawsze tak jest, że książka roku się zdarza, nie zawsze wyłania się z taką jasnością, przekonaniem, że to ona, zwyciężczyni plebiscytu subiektywnego. Udało się rok temu, spokojny byłem o rok 2015. Mój spokój trwał już od sierpnia, ponieważ „Miłosz w Krakowie” wdzierał się we mnie niezwykle intensywnie od samego początku lektury i nawet „Uległość” Huellebecqa, nie przebiła świadomości, że najwięcej rozkoszy, daje mi codzienna porcja wiadomości o odchodzeniu Miłosza. Początek roku również miałem z Miloszem, za sprawą Franaszka i można skonstatować, że Miłosz ma większe szczęście do biografów, niż np. Szymborska, choć może to kwestia burzliwszego życia, a na pewno sedno kryje się w obfitości.

CSC_0091

Miłosz w Krakowie” jest dziennikiem, prowadzonym skrupulatnie przez sekretarkę noblisty, Agnieszkę Kosińską. Określenie „sekretarka”,  nie do końca przystaje do roli, jaką pani Agnieszka, wypełniała przez wiele lat w domu przy ulicy Bogusławskiego 6, w mieszkaniu 6A, w Krakowie. W książce jest zdjęcie Miłosza, na balkonie tego mieszkania na pierwszym piętrze, wśród kwitnących roślin. Kiedy byliśmy pod tym balkonem niedawno, zastanawiałem się, które okna należą do mieszkania pisarza i bezbłędnie wskazałem  te środkowe, na pierwszym piętrze.

Książka o Miłoszu towarzyszyła mi bardzo długo, ponieważ czytałem ją tylko wczesnymi porankami, w dni powszednie, przed śniadaniem. Po kilka stron dziennie, systematycznie, majestatycznie, z namaszczeniem. Pod koniec niecierpliwiłem się w oczekiwaniu na śmierci – najpierw umierała Carol, a na stronie 618, o godzinie 11:20 umarł Miłosz. Skąd to zniecierpliwienie – sam nie wiem. Zapewne takie wydarzenia jak śmierć, generują nadzwyczajne wypadki, nieoczekiwane zwroty życiowe, a jednocześnie śmierć Miłosza wymuszała zakończenie książki, do której się już bardzo przywiązałem.

Smakowałem sobie powoli kolejne dni Agnieszki Kosińskiej na Bogusławskiego, a przecież autorka często tylko kronikarsko oznaczała koleje wizyty, wymieniała nazwiska odwiedzających, kreśliła powszedni dzień pracy, bo co niesłychane, pisarz pracował niemal do końca, z jakimś uporem kontynuował swoje dzieło, co wymagało niemałego wysiłku, a ciało odmawiało posłuszeństwa, zmysły przytępione, a jedynie mózg, jak ten nieodgadniony kontroler, trzymał wszystko w ryzach.  I mózg noblisty by nie dal rady, bez Kosińskiej.

Agnieszka Kosińska znalazła się w komfortowej i jednocześnie nieznośnej sytuacji – komfort wynikał z uczestnictwa w życiu pisarza gigantycznego, a więc było nobilitacją móc patrzeć na to życie twórcze i w nie ingerować; z drugiej strony wyczuwa się nieznośność sytuacji, wynikającej z obcości Kosińskiej, a jednak wrzuconej w tygiel życia codziennego, rodzinnego Miłosza, z wszystkimi tego konsekwencjami. Sekretarka nie miała określonych ram dla swojego funkcjonowania i tak naprawdę zajmowała się wszystkim. W opisach czasem przebija jakaś gorycz, ale Kosińska jest na tyle mądrą kobietą, że wie, iż takie sytuacje były nie do uniknięcia i nie roztkliwia się małostkowo nad sobą.

Kiedy umarł Miłosz, dziennik autorki wcale się nie skończył – otrzymujemy kolejne relacje z pracy nad tym wszystkim, co zostało niedokończone, ale wstrząsające wrażenie robią szczegóły „porządkowe” – Kosińska sprząta systematycznie mieszkanie Miłoszów, za każdym razem coś trzeba wyrzucić, pozbyć się z pamięci szpargałów, ubrań: „wyrzucam filcowe kapcie, wysokie nad kostkę, na zamek, kupione przez panią Władzię, na Grzegórzkach, kiedy CM było już zimno w stopy.”

19 czerwca 1997 roku Miłosz był we Wrocławiu i o godzinie 17-tej, miał spotkanie z czytelnikami w Auli Leopoldina, co skrupulatnie odnotowuje autorka, ku mojej uciesze, ponieważ na tym spotkaniu byłem i doskonale je pamiętam. Przez jakiś czas miałem nawet nagranie video z relacji lokalnej telewizji, gdzie widać, jak oklaskuję wchodzącego do auli Miłosza, ubranego w sztruksową marynarkę.

Kosińska wzięła sobie Miłosza jak garb i doskonale wie, jak trudno jest się go teraz pozbyć. Mówi o tym w wywiadzie, w grudniowych Książkach, przytaczając analogiczną historię sekretarza Goethego. Szczęście jakie wyniosła z kontaktu z Miłoszem przerasta z pewnością gorycz, jakiej czasem doświadczała – z kart dziennika widać, że Miłosz ją lubił, z wzajemnością, choć jak pisze, nie należał on do jej ulubionych autorów (skąd ja to znam?).

Ta kronika jest wielowątkowa i arcybogata, choć jakoś najbardziej lubię kuchnię, czyli codzienność tej pary, ich rozmowy, przekomarzania się, lubieżność Miłosza, jego żarty, komentarze Kosińskiej, podpowiedzi, również te okropne chwile zniechęcenia, te upokarzające momenty, kiedy starość przytłacza swoim zapachem, klęską i smutkiem. To pamiętnik Kosińskiej, gdzie nie brak jej własnych refleksji, spostrzeżeń, ocen tego co widzi w literaturze, ale i w życiu, jak ten fragment, gdy dzięki jej dodatkowej pracy i staraniom, udało się wykupić sąsiednie mieszkanie, żeby powiększyć życiową przestrzeń pisarza, a już po dokonaniu transakcji, napotyka jakąś nieuzasadnioną niechęć do siebie, jakby ponosiła winę za to, że trzeba było wydać pieniądze. Autorka z pewnością powstrzymała się przed opisywaniem wielu podobnych scen, co świadczy o jej takcie i klasie – nietrudno byłoby stworzyć z tego pamiętnika plotkarską książkę sensacyjną, w sam raz na użytek wielotysięcznych nakładów oraz zysków. Tymczasem „Miłosz w Krakowie” promocję miał skromniutką, jeśli w ogóle miał, a to przecież niezwykłe świadectwo ostatnich lat życia literackiego giganta, a jednocześnie kronika literacka jego poglądów i fobii.

Rozstanie z Miłoszem, tym zwyczajnym, przekornym, złośliwym ale jakże wyrozumiałym, rozstanie z Miłoszem z książki Kosińskiej, jest jak zamknięcie pewnego etapu; rozstanie z przyzwyczajeniem, a w końcu również rozstanie z rokiem 2015, który mogę na swój własny użytek, nazwać rokiem Miłosza.

Schulza narzeczona.

Nie czytałem książek Agaty Tuszyńskiej – o Singerze, dziś jakoś zapomnianym, Irenie Krzywickiej, Tyrmandach, czy też tej skandalizującej, o Wierze Gran. To trochę podobnie jak z książkami Joanny Siedleckiej, która z kolei zajęła się Witkacym, Gombrowiczem, Herbertem albo Jerzym Kosińskim. Więc dlaczego nie czytałem, choć to postaci z mojej ulubionej bajki, zarówno Gombrowicz, niewątpliwie Kosiński, nie mówiąc o Witkacym? Mnie ta proza trąci taką lekką powierzchownością literatury popularnej, która wykorzysta każdy szczegół, oklepany i od dawna znany, do rozwinięcia historii, z bohaterem, o którym nie dowiem się niczego więcej, poza utrwaleniem faktów z biografii, które dla każdego fana twórczości np. Witkacego, są jak codzienny pacierz dla młodego księdza.

Oczywiście popularyzatorska rola takich książek i wysokie nakłady, zapewniają prestiż i pieniądze autorkom oraz uznanie czytelników – pisanie polega tutaj na zbieraniu faktów, łączenie ich w spójną całość, pomyśle konstrukcyjnym, choć te książki nie są analizą, może jakimś podsumowaniem, a co najważniejsze powinny być po prostu rzetelne.

Do tych dwóch pań powoli dołącza Mariusz Urbanek, z biografiami Brzechwy, Tuwima czy naszych słynnych matematyków, zbierając równie pochlebne opinie, tak jakby każdy biograf od razu ustawiał się w pozycji zwycięzcy, bo cóż można spieprzyć w życiu kogoś znanego, poza tym, że się pomiesza fakty?

Książka o Schulzu, pod znamiennym tytułem „Narzeczona Schulza”, ma w sobie te wszystkie wady powielanych schematów i faktów na temat Bruna, opakowanych zręcznie wydobytą z nicości bohaterką życia artysty, o której szerzej nie wiedzieliśmy, ale która przecież była znana tym, którzy o Schulzu pisali. Autorka pomaga sobie, umieszczając w tytule słowo „apokryf”, a więc mamy do czynienia z podróbką, tekstem nieprawdziwym, udającym oryginał – zabieg wygodny, pozwalający dowolnie interpretować fakty, naginać rzeczywistość, która nie zaprzeczy, obracać się wokół postaci, ale na swój własny, wymyślony sposób – Tuszyńska Schulza chciała wymyśleć od nowa, podać go nam na tacy takiego, jakiego mogła sobie wyobrazić tytułowa narzeczona. Bo przecież z ową narzeczoną, czyli Józefiną Szelińską, zwaną Juną, autorka nie spędziła wieczorów przy herbatce, poznając jej losy. Józefina wychynęła na światło dzienne tylko pod bacznym okiem autorki i zachowywała się tak, jak pisarka chciała, żeby się zachowywała.

Studio_20151030_181327_resized

Kobiety uwielbiają takie książki, takie pisanie przez żeńskość, uczuciowe, natchnione, ocierające się o pretensjonalność. Natura kobiecości wylewa się z tych stron niczym zanieczyszczenia w królewskim Krakowie, mami nas i oblewa zimnym potem menopauzy. I to wcale nie musi być zarzut przeciwko tej prozie, raczej ustawia nas w określonej pozycji, której kobiety zrozumieć nie chcą, a faceci wyczuwają na odległość.

Mamy tu Schulza z całą swoją oryginalnością, ubranego w znaną wszystkim uległość, gdzie nawet garnitur wisiał na nim jakby w przepraszającym geście, Schulza przemykającego się blisko murów i ścian w rodzinnym Drohobyczu, chadzającego własnymi ścieżkami. Zakochała się w jego talencie, odnalazła siebie w umiłowaniu Rilkego, Kafki, Manna, bo przecież ta silna, wysoka, władcza kobieta, doskonale wykształcona, nie szukała w nim prawdziwego mężczyzny, którego tam nie było. Był za to masochistyczny, drobny, wstydliwy miłośnik pań sprzedajnych, służących, pomiatających nim kobiet. Juna robi wszystko, żeby z nim być, mieszkają w Warszawie, ale oddzielnie, starają się o pozwolenie na ślub, Schulz zdobywa się nawet na deklarację wystąpienia z wyznania mojżeszowego. Jako bezwyznaniowiec musi zdobyć pozwolenie na poślubienie katoliczki – jakże dziwny to był kraj, ta Polska przedwojenna, tak mitologizowana przez niektórych.

Ona tłumaczy „Proces” Kafki, a on się pod tym podpisuje – dzielą się sprawiedliwie: on czterysta złotych, a ona sześćset. Każe na siebie mówić Kobold, karzeł, gnom przebiegły i złośliwy. Ona nie rozumie tego samobiczowania się.

Rozstanie jest nieuniknione – nie będą nigdy razem, choć ona do końca życia uważała się za narzeczoną. Tuszyńska opowiada to raz jako zewnętrzny komentator, a raz jak wspomnienia Szelińskiej – czujemy jej oddech, strach, napięcia. Cudownie ocalała dzięki umiejętności pływania (rodzice zostali zamordowani, podczas kiedy ona pływała w jeziorze) ucieka do Warszawy, korespondują. W dzień, kiedy Schulz miał uciec z Drohobycza dopada go gestapowiec Günther. Ucieka ale szans nie ma – „odwróć się”, mówi Niemiec i strzela mu w tył głowy. Dwa razy. Żeby mógł potem powiedzieć Landauowi, dla którego Schulz pracował: „Zabiłem twojego Żyda”. Dwa dni leży na ulicy, bez marynarki i butów, w białej koszuli w prążki, z krwią w ustach…

Okrucieństwo i horror jakby to powiedział pułkownik Kurtz i nie tylko w tych fragmentach, opisujących śmierć Schulza, ale np. w opisanym pogromie więźniów, dokonanym przez bolszewicką bezpiekę – proszę sobie przeczytać na stronie 152, co działo się w czerwcu 1942 roku w Drohobyczu.

Wreszcie wypływamy na bezpieczny ląd – wojna się kończy, Juna przeżyła, jej ukochany nie. Opowiadanie wkracza na ciekawszy, bo zupełnie dziewiczy teren; poznajemy dalsze losy narzeczonej, aż do samobójczej śmierci 11 lipca 1991 roku, w przeddzień 99 urodzin Bruna. Pojawiają się i Ficowski i Sandauer – tego ostatniego czytałem i kupowałem kiedy jeszcze był wydawany i dzięki niemu znam Schulza lepiej.

Schulz raczej by nas wyśmiał, gdybyśmy mu wieszczyli taką sławę, o jakiej może pomarzyć każdy polski pisarz i nie tylko pisarz, ale również rysownik. Schulz to nasze narodowe dobro obok Witkacego i Gombrowicza, a przecież nikt się tego nie spodziewał. Tuszyńska zaserwowała nam apokryficzne losy kobiety, która do końca nie chciała, żeby prawda o niej, jako narzeczonej artysty wyszła na jaw. Otrzymaliśmy niezwykłą historię, łatwo wciągającą, w pierwszej części zbyt egzaltowaną, ale w końcu rozjaśniającą nam los niezwykłego pisarza i artysty, poprzez osobę, która znała go jak nikt inny. Tak więc poprzez Junę, mamy Schulza i jest to Schulz Juny, a właściwie Tuszyńskiej Schulz ukazał się przefiltrowany przez Szelińską. Jeśli to zbyt skomplikowane, to polecam sięgnąć po tę opowieść – każda kobieta zakocha się w Junie (zwłaszcza te, które lubią cierpieć), każdy inny przeczyta książkę z ciekawości. A czy później sięgnie po „Sklepy cynamonowe”, to już zupełnie inna historia.

Książka do nabycia tutaj.

TK_male (1)

Biografia Stanisława Barei.

Oczko się odlepiło temu misiu… tego rodzaju powiedzenia dosyć często spotyka się w pewnych kręgach, właściwie nie znaczą nic konkretnego, wypowiada się je zupełnie bez kontekstu, tak naprawdę tylko dlatego, żeby rozśmieszyć absurdalną ortografią i zaznaczyć, że należymy do wtajemniczonych. A jest to grupa dosyć liczna, dla których setna powtórka „Misia” w telewizji jest okazją, żeby jeszcze raz usłyszeć: „Moja żona. Zofiaaaa!” albo: „Dzwonię do ciebie gdyż nie mogę z tobą rozmawiać” i wiele, wiele innych.

Takie kultowe powiedzenia zbudowały sławę i renomę Stanisława Barei – reżysera nie tylko najbardziej chyba znanego „Misia”, ale „Alternatyw 4”, „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz”, „Bruneta wieczorową porą” czy filmu „Poszukiwana, poszukiwany”.

       Maciej Replewicz zaserwował nam biografię twórcy najważniejszych filmów komediowych końca XX wieku w Polsce, filmów powtarzanych równie często w telewizji, co cykl o przygodach Kevina zostawionego w domu czy Znachora odgrywanego przez Bińczyckiego. I jest to biografia doszczętna – Replewicz prowadzi nas przez Bareję skrupulatnie i szczegółowo – zaczynamy fotografią małego Stasia z roku 1931 i rozdziałem „Chłopak z Mokotowa”. Potem aktorskie próby przyszłego reżysera, gdzie odnajdujemy go w epizodach, np. zagrał kamerdynera, wspólnie zresztą z Romanem Polańskim, w ekranizacji „Nikodema Dyzmy”, zagrał nawet kolarza …

Doświadczenie zdobywane w świecie filmowym niejednokrotnie później przekładało się na scenki w jego komediach – Bareja potrafił obserwować zwłaszcza sytuacje absurdalne, na pierwszy rzut oka mało śmieszne, które potem umieszczał w swoich filmach i efektownie trafiał w najczulsze pokłady naszej wrażliwości.

Przytaczanie setek anegdot i szczegółów, które znajdujemy w książce, mija się z celem – fantastyczna postać reżysera przykuwa naszą uwagę na każdej stronie tej pokaźnej książki – ponad czterysta stron, okraszonych szczegółową filmografią, aż po ostatni serial „Zmiennicy”, lokacje wszystkich jego filmów, lista aktorskich ról bohatera książki, wreszcie opisane scenariusze niezrealizowanych filmów, pokazują jak benedyktyńską pracą pochwalił się Replewicz.

Pamiętacie jak Krzysztof Kowalewski, a w filmie „Brunet wieczorową porą” Michał Roman, zajadał się grubymi kawałami kaszanki na zimno? Na śniadanie, obiad i kolacje – kaszanka. Otóż sam Bareja kaszanki nie znosił, była ona kwintesencją bylejakości PRL-u, nędznego zaopatrzenia sklepów. A Bareja lubił dobrze zjeść, gotował zupy, kawy nie pijał a zamiast tego preferował gatunkową herbatę.

Anegdota goni anegdotę a my przypominamy sobie słynne teksty: ”Cholera jasna, won mi stad jeden z drugim! Będzie mi tu kłaki rozrzucał. Panie, tu nie jest salon damsko-męski. Tu jest kiosk „Ruchu”. Ja tu mięso mam!”. Czytamy co trzeba było wyrzucić, co wyciąć z nakręconych już scen, jak powstawały kultowe powiedzonka, a czarno-białe zdjęcia dopełniają naszą przyjemność w przypominaniu sobie poszczególnych filmów.

A jednak życie Barei nie było tak komediowe jak jego filmy – to także portret środowiska, „kolegów”, którzy wyszydzali jego pomysły, to opis użerania się z cenzurą, niszczenia przez komunistycznych decydentów. Sam Bareja to także człowiek demokratycznej opozycji. Paradoksalnie, uwielbienie i sława mistrza komedii dopadły go dopiero pośmiertnie.