Milczenie jest srebrem.

Ryszard Ćwirlej wciąż ulepsza swoją formułę powieści milicyjnej, czyli każe nam wracać do rzeczywistości, w której żyliśmy lata temu, a która ma się do współczesności jak serial „W labiryncie” do „Better Call Saul”. Sama absurdalność tytułu uwiera nas od samego początku, bo przecież wiemy, że milczenie raczej ze srebrem niewiele ma wspólnego.

Nasz ulubiony bohater literacki, czyli Teofil Olkiewicz chleje jak zwykle od rana do wieczora, a rodzaj wykonywanej pracy sprzyja mu nieustannie – nie potrafię sobie wyobrazić Teosia pracującego w innym fachu, no chyba, że byłby cieciem, nocnym stróżem albo parkingowym. Ale czy wówczas mógłby tyle wypić? Ilości spożywanego alkoholu sytuują naszego Dyla Sowizdrzała, ojczyźnianego Wojaka Szwejka, w ścisłej czołówce najdzielniejszych pijaków wschodnich rubieży, z którym niejeden Ukrainiec czy Rosjanin, przegrałby zawody w piciu krótko lub długodystansowym. Teofil rzadko daje się skusić na jedzenie, pije na czczo i pije przed snem, Oprócz jajecznej wódki, którą za to preferuje jego żona, wypić jest w stanie wszystko. W jego żyłach nie ma krwi – płynie tam czysty spirytus i tylko przychodzi się zadumać nad faktem, że nie widzimy go nigdy pijanego, zalanego, bełkoczącego, z urwanym filmem, zarzyganego albo leżącego w rynsztoku. Bohater swoich czasów, alkoholik, którego wątroba przegrała walkę, zrezygnowała z protestów, pogodziła się z losem, poległa w nierównej bitwie.

Studio_20170702_135233_resized

W nocy z 19 na 20 marca 1986 roku, kiedy to system czuł podskórnie, że przegrywa nierówną walkę z wiatrem dziejów, kilku amatorów postanowiło się wzbogacić, kradnąc zabytkowy, srebrny sarkofag Św. Wojciecha z katedry gnieźnieńskiej. Do sprawy zabrali się jak ostatni partacze, stąd socjalistyczna milicja nie miała zbyt wiele pracy i już po tygodniu sprawcy siedzieli w areszcie, a 1 lipca skazano ich na wieloletnie więzienie, z którego prawdopodobnie już wyszli, bo nie sądzę, żeby ich skazano na 30 lat.

Ćwirlej oparł swoją najnowszą książkę właśnie na faktach związanych z tą kradzieżą, każąc swoim bohaterom, czyli śmietance poznańskiej milicji, z awansowanym właśnie na porucznika Teofilem Olkiewiczem, rozszyfrować sprawę zuchwałej kradzieży srebrnego sarkofagu. Jednocześnie dowiadujemy się jak łatwo można było się wzbogacić w tych dziwnych latach osiemdziesiątych, wożąc srebro do bratniego NRD. Kradziono więc nie tylko zabytkowe, srebrne ozdoby z kościołów ale również klisze rentgenowskie, z których można było odzyskać cenny kruszec.

W książce spotykamy dobrych znajomych, towarzyszących nam od lat, nam, czyli fanom milicyjnych wspomnień Pana Ryszarda, nostalgicznie wlokącego nas przez meandry absurdalnego systemu socjalistycznego. Pojawia się oczywiście słynny trójkąt uczuciowy z Brodziakiem i Grubińskim w rolach głównych, pułkownik „proszę ja ciebie” Żyto, major Alfred Marcinkowski, oraz pławiąca się jeszcze w bezkarności Służba Bezpieczeństwa z podpułkownikiem Bieleckim, czy też wywalonym na pysk po ostatniej sprawie Wirskim, czarnym charakterem, który zawsze znajdzie sposób, żeby akcje powieści odpowiednio udramatyzować, pokazując nam, beztrosko śledzącym losy Teofila pijaka, że oprócz zabawnych perypetii, były to czasy używania dla  morderców spod znaku bezpieki.

Olkiewicz, którego losy są nam najbardziej bliskie, dostaje swoją pierwszą, samodzielną sprawę morderstwa luksusowej prostytutki w renomowanej restauracji, co jest doskonałą okazją, żeby powiększyć zasoby nigdy nie wysychającej półki z flaszkami, a w dodatku przespać się z atrakcyjną właścicielką lokalu, kręcącą własne biznesy i widzącą w grubym Teosiu idealnego ochroniarza dla swoich nieczystych sprawek. Jak ten Olkiewicz to robi, że z pozoru nieatrakcyjny, nawet niechlujny, choć w prochowcu marki Burberry, milicjant, niejako mimochodem, bez żadnej własnej inicjatywy, włazi do łóżka atrakcyjnych kobiet, a do tego ilości spożytego alkoholu nie mają wpływu na jego potencję?

Ryszard Ćwirlej każe nam trochę potęsknić za latami, kiedy mieliśmy o 30 lat mniej, a życie wydawało się prostsze. Te książki to takie „07 zgłoś się”, kapitany Żbiki, nostalgiczne powroty, z sentymentalną nutką, ale bez szarości i codzienności, którą pamiętają wszyscy, którzy kupowali miękkie Marlboro w Pewexie.

Książki Ćwirleja czyta się z tą bezgraniczną przyjemnością, jaką kiedyś było chodzenie na dyskoteki, gdzie tańczyło się przy Bee Gees i nie musiało za dużo myśleć. Powroty do poznanych już bohaterów, zagłębianie się w świat dokonany ze świadomością, że autor wie co robi i o czym pisze sprawia, że wyobrażanie sobie dzisiejszych losów bohaterów, wyrzucamy z głowy jak koszmarny sen, bo kim dziś byłby Teofil Olkiewicz, o ile przeszczepiono by mu wątrobę?

Góra Synaj, czyli uwodzicielskie retro.

W zamierzchłych czasach, kiedy jeszcze odwiedzałem Nową Sól, w związku z dziewczyną o egzotycznym nazwisku, miasto to kojarzone było z fabryką nici oraz masową produkcją ogrodowych krasnali, dla pozbawionych gustu niemieckich wieśniaków. Czas wziął się do roboty i teraz Nowa Sól słynie z prezydenta miasta, a w kręgach kryminalnych gryzipiórków pojawił się Krzysztof Koziołek, pisarz retro kryminałów.

pobrane

Oba powyższe wydarzenia nadają splendoru temu pospolitemu miastu, choć chyba prezydent ma większą siłę przebicia, choć Koziołkowi wróżę również niezłą karierę, jeśli oczywiście będzie podążał drogą wyznaczoną przez książkę, którą miałem okazję przeczytać. Bo „Góra Synaj” sprawiła mi niezłą przyjemność, nie strasząc zawiłościami akcji i nie odstręczając nadmierną objętością.

Ktoś zabija młodych chłopców pozorując wypadki. Akcja toczy się w przedwojennym Głogowie, Nowej Soli i okolicach. Do śledztwa prowadzonego przez złowieszczego funkcjonariusza Kripo, Matzke, zostaje włączony biedny policjant Anton Habicht. Los tego nędzarza naznaczony jest śmiercią syna, który spadł z wysokiej wieży. Matzke to wściekły antysemita i brutal, ale praca dla niego to szansa awansu dla Habichta. Wracając do antysemityzmu, to wszyscy w tej powieści czują już ducha nadchodzącej zagłady, ponieważ mamy rok 1938.

Co urzeka w tej krótkiej, zwięzłej historii? Na pewno sprawność językowa i umiejętne poprowadzenie akcji, zanurzonej w topografii niemieckich miast. Koziołek odwzorowuje bardzo dokładnie budynki i wydarzenia, wrzuca nas w atmosferę przedwojenną ze znawstwem i umiłowaniem szczegółów, nie tylko toalet pań. Czasem aż za bardzo każe nam się wczytywać w tę nieistniejącą strukturę i przyznam, że zbyt duża garść odniesień historycznych niecierpliwiła, ale nie będzie to z pewnością udręka dla dzisiejszych mieszkańców opisywanych okolic, podobnie jak opisy Marka Krajewskiego, nie są utrapieniem dla mieszkańców dzisiejszego Breslau.

Oprócz demonicznego sadysty i poczciwego Habichta, poznamy dwie piękne i bogate mieszczanki, oraz ich mężów, z których jeden jest policjantem a drugi szpiegowany przez własną żonę. Ta żona co szpieguje, oczywiście na rzecz Polski, prowadzi własne śledztwo dotyczące śmierci chłopców, ale jednocześnie spotyka się z niejakim Wasiakiem, który oprócz obrzydliwego nazwiska, wykorzystuje hrabinę nie tylko erotycznie.

Kibicuję Koziołkowi, bo choć nie mam zamiaru wracać z sentymentalną podróżą do Nowej Soli, a w Głogowie byłem jedynie przejazdem, to ten klimat retro oraz atmosferę przedwojennej III Rzeszy chłonie się z przyjemnością, dzięki niewątpliwym umiejętnościom autora. Nie jest sztuką stworzyć pół tysiąca stron kiepskiego wypełniacza, wymyślić intrygę i starać się temu nadać jakiś kształt, a potem wypromować książkę na fcb, jak to czynią niektórzy nasi celebryci  kryminalni – sztuką jest dotknąć w nas tej części mózgu, która odpowiada za produkcje endorfin, a Koziołek zapewne to potrafi i choć nie jest jeszcze Marcinem Wrońskim, to jednak się stara.

Ale może mi Pan Koziołek powie coś na temat motywacji mordercy, bo przy oczywistym zaskoczeniu podczas zakończenia „Góry Synaju”, jakoś nie dotarło do mnie dlaczego zabijał? Brak motywu to może być ślepa uliczka, bo przecież sam instynkt mordercy może nie wystarczyć w przekonaniu czytelnika, że warto się zamyślić nad kondycją ludzką. No i atrakcyjność powieści wzrasta, jeśli przyjdzie nam zrozumieć, że zabić można np. z miłości; albo dla pieniędzy; albo z zazdrości; albo …

Żywe trupy Chmielarza.

„Zombie” to niejako kontynuacja „Wampira”, z tymi samymi bohaterami, wrzuconymi w nową sytuację. Nie czytałem „Wampira”, ale to nie przeszkadza, ponieważ Chmielarz opowiadając nową historię, nie sięga w przeszłość, zostawiając czytelnikowi szansę sięgnięcia po pierwszy tom losów Dawida Wolskiego. ( proszę nie mylić z o wiele ciekawszą postacią Wiktora Wolskiego, bohatera sportowych kryminałów Nikodema Pałasza).

A  ja  nie wiem czy warto. sięgać wstecz po „Wampira”…

Chciałbym polubić jakiegoś bohatera Chmielarza, ale mi nie wychodzi. Kim jest ten Wolski, życiowy nieudacznik, którego relacje z ojcem są kliszą wszystkich historii filmowych i literackich, jakby życie nie potrafiło wymyślić nic nowego – konflikt, rozmowa, wybaczenie, gorycz – oto schemat nudny jak rzyganie po nieświeżym piwie. Ale to jeszcze nic – charakterystyka jego myśli, rozterek, samopoczucia, motywacji, wzbudza we mnie niechęć pomieszaną z odrazą. Moralnie dwuznaczny, wykorzystujący dziewczynę, nie tylko finansowo, nieporadny we wszystkim co robi – doprawdy samo wymienianie jego wad przyprawia mnie o mdłości. Więc ja go nie polubiłem, tym bardziej że sceny erotyczne w jego wykonaniu, albo więcej, te sceny w opisie Chmielarza, są jedynie żenujące. Antypatyczność głównego bohatera nie musi wcale prowadzić do odrzucenia książki – można przecież znaleźć sobie jakiś zamiennik, choćby wartką i sensowną akcję?

20170624_120100_resized

Prokurator Górnik żyje ze świadomością, że w dzieciństwie zabił niejakiego Korsarza, antypatycznego sadystę szkolnego, typa, po którym nikt nie zapłacze, a który na dodatek zgwałcił jego ukochaną.  Zabił czy nie zabił, to morderstwo odbija mu się jak czkawka po latach, bo tenże trup Korsarz, wydzwania do niego strasząc, że się zemści. Co robi średnio inteligentny człowiek, kiedy słyszy przez telefon podobne bzdury? Sprawdza kto mu ten dowcip sprokurował, a na krótkiej liście są jedynie dwa nazwiska osób, które o morderczym czynie młodego Górnika wiedziały – jego szkolny kolega Bill oraz sama ukochana. Cała intryga sprowadza się do tego, żeby ten logiczny schemat: Górnik plus dwójka z przeszłości wyjaśnić i komu trzeba przywalić. No ale nie byłoby wówczas ponad pięciuset stron przynudzania o rozterkach moralnych Wolskiego, czy podłożyć świnię sympatycznej dziewczynie, z którą się śpi albo przygląda jej apetycznym pośladkom, nie byłoby opisów stosunków Górnika z jego coraz bardziej nawiedzoną żoną oraz reszty jałowych szamotań bohaterów.

Pamiętam jak z sympatią pisałem o „Przejęciu” z komisarzem o durnym nazwisku Mortka – ta książka mi się podobała, zapewne z tej przyczyny, że nie została rozwleczona na pół tysiąca stron. Chmielarz podąża śladem Katarzyny Bondy, gdy tymczasem powinien może zapatrzyć się w giganta naszej siermiężnej prozy kryminalnej, czyli w Remigiusza Mroza, który pomimo swoich infantylnych wad, potrafi charakteryzować postaci w taki sposób,  że mimowolnie czujemy sympatię zarówno do komisarza Forsta jak i Joanny Chyłki, zapijającej się na śmierć.

Pisanie o „Zombi” sprawia mi ból, ponieważ jest to książka pęknięta w samym swoim zamyśle, której intryga nie trzyma się kupy, a użyte środki literackie są oględnie mówiąc wyłącznie poprawne. Rozwiązanie „zagadki” z dwoma niewiadomymi – Bill czy Karolina – nie powinno nastręczać żadnej trudności – wszak zawsze powinniśmy wybierać wariant najmniej prawdopodobny. Ale to jeszcze trzeba uzasadnić i tutaj dostajemy kolejny zwrot, tyczący antybohatera Korsarza. Pomieszanie dobra i zła nigdy nie wychodziło powieści na dobre – czytelnik może znieść pojedynczy zwrot akcji, poczuć się zaskoczony w momencie, kiedy mu się to dogłębnie wyjaśni i uzasadni. Chmielarz rozwiązuje zagadkę w serii pogmatwanych wynurzeń, mieszając dedukcyjne zdolności Wolskiego na temat kota z krwawymi machnięciami młotka.

Czytam pieśni pochwalne na temat „Zombie” w Internecie i nie potrafię uwierzyć, że ktoś się tą książką zafascynował. A może ja już kompletnie wypadłem z obiegu, może zalewanie nas tymi trocinami kryminalnymi to już konwencja, a naprawdę dobra intryga utonie w gąszczu coraz liczniejszych i coraz grubszych zobowiązań wydawniczych?

Nomadzi czyli Wędrówki z Ablem.

Z tą książką mam kłopot, wynikający z tego, że czytam o miejscach, które od lat pragnę odwiedzić, o których śnię i do których na pewno kiedyś wyruszę, a jednocześnie wyłamuję się z zasady, że nie powinno się czytać o podróży w miejsca, których się samemu nie odwiedziło. Czytanie o Bamako, Mali, Dżenne, Timbuktu, pograniczy Burkina Faso, Senegalu i Mauretanii, to smakowanie nieodkrytych obszarów własnego mózgu, to wypuszczanie endorfin na pola, gdzie jedynie wywołają nadzieję, podsycą pożądanie.

Wędrówki z Ablem” rozpocząłem parę tygodni temu i zarzuciłem, przygnieciony innymi książkami, ale już wtedy poczułem to drętwienie, charakterystyczne dla czegoś oryginalnego, czego nie do końca rozumiem, co mnie czasem irytuje, ale jedynie dlatego, że nie mogę od razu tego skonfrontować, dotknąć i powąchać. Wyruszyć z gromadą pasterzy należących do plemienia Fulanów, zostać zaakceptowanym przez Umaru i Fantę Diakajate, wejść do ich rodziny tak zupełnie i ostatecznie, uczestniczyć w tej wędrówce, to przecież wyzwanie, a przecież i marzenie.

Studio_20170617_175657_resized

Autorka opisuje swoją przygodę z Fulanami językiem, który robi wrażenie na wszystkich. Reporterka z doświadczeniem na wojnach, Bliskim Wschodzie, Azji, rodzinnej Rosji czy na Kaukazie, wypracowała język kompetentny, przekonywujący, poparty lekturami, historią, własnymi przeżyciami, a jednocześnie jest to język magiczny, mięsisty, romantyczny i obrazowy. To styl bardzo bogaty, nasycony ciepłem, i może dziwnie to zabrzmi, kobiecy – mężczyzna by tak nie napisał, dlatego książka ma liczne zwolenniczki wśród płci pięknej, która lubuje się w takich ciepłych i prostych historiach. Zresztą książka została wydana przez „Wydawnictwo kobiece”.

Zsynchronizować własne tempo z metrum udoskonalanym przez kolejne tysiąclecia” – to dewiza autorki, kiedy chce żyć życiem prostym, zanurzonym w tradycji islamu, życiem trudnym ale przecież fascynującym człowieka Zachodu, żyć i rozumieć a nie jedynie przypatrywać się niczym folklorystycznemu festynowi. Anna Badkhen wie dobrze jak wkomponować się w rzeczywistość, chłonie świat od wielu lat bo przecież: „dobrze znam te garnki. Przygotowane w nich posiłki jadłam na bombardowanych irakijskich pustyniach, na melancholijnych afgańskich pogórzach, w przemysłowych rzeźniach Czeczeni i w ziemiankach azerskich uchodźców.”

O sobie pisze „radziecka Żydówka z niedowagą”, z miasta, które zmieniło nazwę.  A przecież wyrzucając z głowy własne postanowienie niezagłębiania się zbytnio w czytelnicze regiony, w których nie byłem, chłonąłem zdania, które mówiły więcej niż klasyczne reportaże, opowieści o dalekich światach. Anna Ba – tak ją nazywali tubylcy – podawała mi wersję własnego życia, wplecioną w historię nomadów. I tu jest najciekawszy dla mnie wątek, choć ukryty, nieśmiało czasem eksponowany w gwałtownej wiwisekcji. Porzucona kochanka, rozczarowana własną traumą po rozstaniu, cierpiąca i nie potrafiąca zapomnieć, nawet wrzucona w afrykański kocioł zupełnie innych przeżyć, budząca się w nocy gdzieś w pustkowiu, pod gwiazdami, z bólem tęsknoty, z gniewem i bólem odtrąconej. Czy znacie to uczucie? – dosięgnie Was gdziekolwiek zechcecie uciec. Spodziewała się wyzwolenia  – tymczasem nabawiła się jedynie odcisków i podrażnionej od słońca skóry. „Chodzenie nie tamuje krwawienia, nie łagodzi cierpienia. Nie da się odejść od smutku, nagniotki nie sprawiają, że zapomina się o miłości”.

Dużo mądrych zdań, dużo poetyki, dużo namiętności w tej prozie, która opisując z etnograficzną ścisłością życie wędrowców i hodowców bydła, wiedzie nas przez mądrości oparte na własnym doświadczeniu. „Wędrówka to zawsze polowanie na skarby” – czyż to nie ładne zdanie? A może: „Lustro to druga matka człowieka. Jeśli gdzieś się wybierasz, matka mówi: czekaj, masz coś w kącikach ust. Kiedy matki nie ma używasz lustra”.

Refleksje o wojnie i jej pokazywaniu, przy okazji opisywania tej wojny, która uniemożliwia mi pojechanie w tamte rejony świata, to chleb codzienny reportera – czy jej opisywanie nie pomaga się jej rozplenić? Czy o wojnie lepiej milczeć?

Ale wszędzie jest miłość, wszędzie wyrasta przed Anną kochanek, i ta samotność, która ją dopada, kiedy wraca z praniem z nad rzeki. Bliskość, „tańczenie wokół bliskości” – wspomnienia, które ma każdy z życia z drugą osobą, a wreszcie rozczarowanie, kiedy się nagle zrozumie, że jak pisze Anna: „nasza miłość nigdy nie miała przed sobą przyszłości, nie miała szansy przerodzić się w długą trwałą więź, ponieważ pozwalaliśmy jej istnieć tylko w danej chwili, w chwili rozmowy telefonicznej, w chwili romantycznego spotkania. Nie dawało to miejsca na żadne plany, na jutro, na historię, na stertę prania.”

Mądra książka nie tylko o Fulanach.

Depresja.

Po najnowszą książkę Tomasza Jastruna:  „Wyszedł z siebie i nie wrócił”, sięgnąłem z czystej ciekawości. Nigdy nie miałem okazji przeczytać jego wierszy, nigdy nie miałem w domu jego prozy, może czasem czytałem artykuły w kolorowych czasopismach, przeznaczonych dla kobiet, jak Twój Styl, gdzie publikował „Notatnik erotyczny”, może coś w Newsweeku, a może coś innego w Zwierciadle. Uporczywie zdarza mi się mylić go z Michałem Komarem – nie wiem czemu, najwyraźniej są jakoś do siebie podobni, przynajmniej dla mnie.

20170615_152407_resized

Syn poetów, Mieczysława i Mieczysławy – gruby, niebieski tom z poezją jego ojca stoi gdzieś na tylnej, górnej półce mojej biblioteczki. Opozycjonista, choć teraz bardziej znany z powodu depresji. Książka o pięćdziesięcioletnim malarzu, który najlepsze ma już za sobą, wpisuje się w ten depresyjny klimat. Krótkie rozdziały, każdy jakby oddzielna całość, raczej zbiór felietonów z życia faceta, któremu brakuje motywacji. Pewnie autor pisze trochę o sobie, trochę o współczesnej Polsce, ale tak naprawdę poddaje nam pod obserwację denerwującego marudę, z wszystkimi przypadłościami wieku, w którym niektórzy już się podsumowują, szykując do wyjścia. Obrazy się przestały sprzedawać, bo teraz co innego jest w modzie, żona pije, chcą mu zabrać pracownię, cierpi na prostatę, niespłacony kredyt ciąży a do tego sytuacja polityczna wkurwia go jak miliony rozczarowanych obecną władzą.

Franciszek ma swoje rytuały, przyzwyczajenia a nawet wybujały erotyzm. Odwiedza salon masażu, kocha się od czasu do czasu dziko z żoną i przygląda młodym dziewczynom z nostalgią wspominając dawne dzieje, kiedy działał w demokratycznej opozycji. Najwyraźniej dopadła go depresja, stąd wizyta u psychologa i lekarstwa, które odbierają mu jedyną przyjemność, czyniąc z niego impotenta.

Jastrun otwarcie opowiada o swoich próbach samobójczych, o chorobie, z którą się zmaga i jego bohater to taki nieszczęśnik naszych czasów, który kompletnie się zagubił, utkwił w punkcie, z którego nie ma wyjścia. Jedyną jego nadzieją jest internetowa znajomość z młodą dziewczyną, gdzie może się wyżalić i szukać nadziei. Kiedy i to okaże się ułudą nasz Franciszek rozsypuje się kompletnie i ostatnie rozdziały są już chaosem, zarówno dla niego jak i niestety dla nas.

Szybka lektura książki Jastruna skutkuje siermiężnym rozczarowaniem. Zdaje się być pisana na kolanie, pisana bez określonego planu, o czym sam autor informuje zaskoczonego czytelnika: „Czasami autor zastanawia się co dalej w jego powieści. I jest w kropce. Znaleźliśmy się właśnie w takiej sytuacji.” Prawdy głoszone słowami bohatera już dawno zostały zużyte, a los tego szarego nieudacznika zdaje się być przesądzony.

Książkę ratuje dopiero myśl, że Jastrun napisał tę ładnie wydaną prozę w celu własnej terapii, żeby dać sobie kolejną szansę w walce z depresją, żeby zobaczyć na kartach podobnego do siebie pacjenta, któremu trzeba jakoś pomóc, ale nikt nie wie jak. Enigmatyczny koniec powieści zahacza mimochodem o jakieś wyższe cele – autor nagle pyta nas co z Polską? I tutaj mógłbym zgodzić się z jego koncepcją, kiedy pisze: „ … co do przyszłości jedno jest tylko pewne, że będzie inaczej, niż myślimy, że będzie. Niektórym to daje nadzieję, innym odbiera.”

Tu byłem czyli Tony Halik.

Dobrze pamiętam te niedzielne południa, kiedy telewizja emitowała program Halika i Dzikowskiej pt. „Pieprz i wanilia”. Przyznaję od razu, że nie byłem szczególnie zafascynowany występami sztywno siedzącej Elżbiety Dzikowskiej oraz nadpobudliwego Tony Halika. Prezentowane w programie filmy, a potem komentarze prowadzących, wzbudzały we mnie mieszane uczucia – nie potrafiłem skoncentrować się na tych opowieściach, odstręczał mnie trochę ten szalony styl Halika, poza tym ta niedzielna pora nie sprzyjała oglądaniu – czułem się zawsze niepewnie w tym lepkim marazmie tamtych czasów – a była to końcówka lat siedemdziesiątych; później całą dekadę spędziłem prawie bez telewizora.

14907819254965725-jpg-gallery.big-iext48710321

Biografia Halika, dla wielu jedynie szalonego podróżnika z telewizora, jest niezwykłą podróżą po losach człowieka żyjącego pełnią, o jakiej mogliśmy kiedyś pomarzyć. Dziś w świecie dostępnym dla każdego, w świecie łatwych podróży, tanich biletów i wolnego czasu, zorganizowanie sobie wyjazdu w najbardziej egzotyczne i wyśnione miejsce nie stanowi żadnego problemu. Halik jeździł, kiedy my siedzieliśmy za żelazną kurtyną, a przy okazji kręcił filmy, które postanowił nam pokazywać. A jednak Halik i „Pieprz i wanilia” to jedynie etap w życiu tego obywatela Argentyny i Polski, poligloty, korespondenta NBC oraz pisma Life, lotnika, żeglarza, partyzanta, dziennikarza, pisarza… Czy jest ktoś mogący pochwalić się tyloma przydomkami?

Czy hasło: „Byłem tu, Tony Halik” jest jedynie kpiną czy raczej wyrazem uznania? Kabaretowa postać, która przeniknęła do mojej świadomości, po przeczytaniu książki Mirosława Wlekły zmieniła się w herosa, czerpiącego z życia wszystko co najlepsze, w człowieka niezwykłej odwagi, nadpobudliwego gawędziarza, przeskakującego ze swadą kolejne etapy swojego życia  z piekielną nieustraszonością – epitety, nawet najbardziej wymyślne nie oddadzą nawet w części bogactwa przeżyć Halika.

Agora postarała się nie tylko o atrakcyjne wydanie tej książki, ale również umożliwiła autorowi ruszenie śladem Halika po świecie. A jak wiadomo, Haik był wszędzie – nie ma sensu wymieniać krajów, które zwiedził, choć chyba najbardziej kojarzy się nam w przebraniu Indianina z Amazonii i z pomalowaną twarzą. No i może jeszcze, jak na większości zdjęć, jako łysy facet z ciężką kamerą na ramieniu. Książka jest pomyślana w ten sposób, że kolejne rozdziały cofają nas w czasie i życie tego wagabundy poznajemy od tyłu. Niby autor miał w tym ukryty cel, choć nie jest on przekonujący – początkowe rozdziały rozczarowują, ale jak już to życie nabierze rozpędu, to nie możemy się oderwać od tego losu, naznaczonego ekscentrycznością i buchającą chęcią przeżywania świata jak najpełniej.

Jest tu trochę tajemnic, przemilczanych faktów z życiorysu, konfabulacji i przerysowań, demistykacji i sprostowań, ale po cóż o tym pisać w recenzji, po co rozdrapywać fakty, które dla niektórych szaleńców deprecjonują człowieka z racji życia w określonych uwarunkowaniach politycznych? Z książki bije podstawowa prawda o człowieku, który wiedział co chce robić w życiu, o człowieku, który nie miał wrogów, a wyciągnięte z lamusa jego słabości jedynie wzmacniają mój podziw dla niego, podobnie jak brutalne zarzuty Domasławskiego o Kapuścińskim, jedynie spotęgowały sympatię do dziennikarza.

Facet mieszał języki, popełniał gafy, konfabulował, a przecież wszyscy go uwielbiali. Historia jego małżeństwa z Pierrette, a potem pojawienie się Dzikowskiej, to jedyny jakby nie do końca opisany fragment biografii Halika – domyślam się, że zadziałała tu ingerencja Pani Elżbiety. Halik zakochał się i porzucił wierną towarzyszkę niesamowitych wojaży po Ameryce Południowej oraz w słynnej wyprawie z Ziemi Ognistej na Alaskę. Co się stało z Pierrette dowiadujemy się zdawkowo, a przecież tak oddana kobieta musiała przeżyć rozstanie z Halikiem boleśnie – może też stąd bierze się niechęć opowiadania reporterowi o ojcu przez jego jedynego syna Ozanę?

Żadna biografia nie będzie nigdy kompletna – fakty się zacierają, ludzie umierają, uczucia blakną. Zostajemy z tym wszystkim, co zdolny biograf potrafi zebrać i złożyć w jedną całość. Z dobrej biografii prześwitywać zawsze będzie poświata człowieka, którego życie poznajemy. Sterta informacji odpowiednio przyrządzona wyświetli nam obraz jedynego w swoim rodzaju uczucia, którym chcemy obdarzyć opisywaną postać.  W moim przypadku Tony Halik wyrósł po przeczytaniu „Tu byłem” na kogoś szczególnie wartego poznania – wyrósł na prawdziwego bohatera.

Książka Tu byłem. Tony Halik do nabycia w Taniej Książce

TK_male

Najmądrzejszy w pokoju.

Thomas Gilovich i Lee Ross napisali książkę o tym, jak wpływać na ludzi, z którymi spotykamy się na co dzień. Zapewne każdy by tak chciał – kreować rzeczywistość według siebie, a właściwie pod siebie. Czy nie jest to czasem manipulacja? „Najmądrzejszy w pokoju” podaje nam to w formie i pod płaszczykiem najbardziej użytecznych odkryć psychologii społecznej.

W skrócie to książka o tym jak zostać mądrym. Pestka. Ogólnie rzecz biorąc każdy zna receptę i choć do mądrości dojdziemy wieloma drogami, to według autorów: „nie możesz być mądrym człowiekiem, nie mając mądrego podejścia do ludzi”. Piszą o tym, jak odkrywać motywy ludzkich zachowań i wykorzystać tę wiedzę do lepszego zrozumienia innych oraz skutecznego wywierania na nich wpływu. Arogancję, chciwość i krótkowzroczność przeciwstawiają inteligencji, wnikliwości i rozsądnemu dokonywaniu ocen. Bo „żeby być mądrym, trzeba być psycho-mądrym”.

Gilovich i Ross odnoszą się do badań prowadzonych na gruncie psychologii społecznej, analizują mądre i niemądre słowa oraz czyny postaci ważnych w historii świata. Przytaczają anegdoty, których bohaterami są m.in. Roger Federer i Rafael Nadal. W atrakcyjny i w pełni zrozumiały sposób podają czytelnikom wytyczne do podejmowania lepszych decyzji – w roli rodziców, pracodawców lub pracowników, przyjaciół lub doradców, a nawet obywateli świata.

2,800,800,,najmadrzejszy_3d

Życie każdego z nas to spotkania z ludźmi – od związków rodzinnych, poprzez rywalizację w szkole czy pracy, konflikty i awantury a nawet przypadkowe relacje ze spotkanymi na spacerze ludźmi. Książka wymarzona dla polityków i biznesmenów, którzy na spotkaniach z przypadkowymi ludźmi budują swoje kariery.

Jak podkreślają autorzy ta książka to nie jest podręcznik – to raczej pomocna dłoń wyciągnięta do osób, które chcą wywierać wpływ na innych i radzić sobie z konfliktami. Składa się z dwóch części: „Filary mądrości” pomogą dobierać odpowiednie słowa, nauczą jak się zachowywać w kryzysowych sytuacjach oraz jak sytuacja determinuje zachowania ludzi.

Z kolei „Mądrość stosowana” to opowieść o zdolnościach adaptacji, o naturze ludzkiej, która prowadzi do nieustannych konfliktów; znajdziemy też tam wyjaśnienie pojęcia „mądrych interwencji”.

Mądrzy ludzie nie czytają książek psychologicznych – mądrość mają wpisaną w geny albo jej się uczą z życia. Sterowanie zachowaniami innych to manipulacja. Czy wiedza zawarta w tej książce przysłuży się komuś i ułatwi mu życie – być może. Natomiast „Najmądrzejszy w pokoju” z pewnością jest  pierwszym krokiem, żeby zrozumieć, w którym miejscu postąpiliśmy źle, a kiedy spartoliliśmy dobrą relację. Zwłaszcza, że została napisana przez fachowców, a nie oszołomów spod znaku poradników, które na rynku cieszą się niesłabnącym powodzeniem.

Na koniec kilka słów o autorach:

Thomas Gilovich – profesor psychologii na Uniwersytecie Cornell oraz dyrektor Centrum Ekonomii Behawioralnej i Badań Procesów Decyzyjnych. Jest autorem i współautorem popularnych książek, m.in. „Social Psychology”, „Dlaczego mądrzy ludzie popełniają głupstwa finansowe”, a także „How We Know What Isnt’s So”. Autor głośnych, szeroko cytowanych artykułów m.in. na temat błędów poznawczych czy wpływu zakupów na poczucie szczęścia. Należy do Committee for Skeptical Inquiry, promującego naukę i krytyczne myślenie. Zasłynął z pojęć takich jak Hot hands (gorące ręce), Spotlight effect (efekt spotlight), Self-handicapping (samoutrudnianie), które wprowadził do terminologii psychologicznej.

Lee Ross – profesor psychologii na Uniwersytecie Stanforda i współzałożyciel Centrum Badań nad Konfliktem i Negocjacjami. Wśród jego zainteresowań naukowych znajdują się: psychologia polityki, wpływ społeczny, teoria uprzedzeń, a także badania podejmowania decyzji i rozwiązywania konfliktów. Jest współautorem książek „The Person and the Situation” oraz „Human Interference”. Ross w swojej karierze naukowej wyszedł poza badania w laboratorium. Obiektem obserwacji uczynił także problemy globalne, jak zmiany klimatu czy system prawny. Brał udział w procesach pokojowych w Irlandii Północnej, na Kaukazie i Bliskim Wschodzie. Został wybrany do prestiżowej American Academy of Arts and Sciences. Uhonorowany nagrodami American Psychological Society William James Fellow oraz Distinguished Scientist Award from Society of Experimental Social Psychological.

Wszystko jak chcesz.

„Ach Boże, jak mi się chce piekielnie gdzieś z Tobą pojechać. Ty nie masz pojęcia, jaki Ty jesteś uroczy w podróży, nawet wtedy, kiedy Twoje myśli są zupełnie gdzie indziej, nie przy Twoim przyjacielu. A tamte podróże, do Krakowa, były tak całkowicie i bez żadnego pęknięcia piękne. Chciałbym tak bardzo posłuchać Twojego głosu, Twojego oddechu – nie spać, kiedy Ty śpisz, mój drogi, najdroższy chłopcze. Bo ja, mój Jerzy kochany, naprawdę kocham Ciebie i potrzebuję jak powietrza”

Tak pisał Jarosław Iwaszkiewicz z Rzymu w listopadzie 1958 roku. A ilu z nas mogłoby tak pisać, ilu zdarzyła się taka miłość, nie do ogarnięcia, wielka a jednocześnie bezsilna, bo niemożliwa, rozpoczęta, a nie zrealizowana, pęknięta gdzieś z racji okoliczności i braku wzajemności. Jarosław kochał będąc sześćdziesięcioczteroletnim mężczyzną, kochał Jerzego Błeszyńskiego, o prawie czterdzieści lat młodszego pracownika fabryki Kafar, męża Haliny, ojca dwójki dzieci, a do tego zakochanego w innej kobiecie.

Listy te są świadectwem miłości totalnej, ślepej, a jednocześnie świadomej swojej jednostronności, rozpaczliwej, a przecież dającej niespotykaną dotąd intensywność i szczęście. Szczęście, które przepełnione było goryczą, udręką nieustannego zmagania się z tym uczuciem, rozpaczą i natchnieniem, owocującym literacko. Iwaszkiewicz przeżywa ten romans zdając sobie sprawę, że po Jurku nie będzie już nic ważnego w jego życiu, a przecież obiekt jego uczuć jest śmiertelnie chory na gruźlicę i wkrótce umrze.

Studio_20170520_225900_resized

Pisarz domyślał się, że ta korespondencja kiedyś wypłynie, więc po śmierci Jurka zabrał listy, a nawet je zredagował – w jednym z nich wspomina, że za kilkadziesiąt lat można będzie je sprzedać ze znacznym zyskiem. I zapewne tak się właśnie stało, bo losy tej korespondencji owiane są tajemnicą.

To pisanie jest tak samotnie jednostronne, jak niespełniona miłość, kiedy jedna strona walczy, a druga tylko towarzyszy. Nie mamy listów Błeszyńskiego, pisanych rzadko i oszczędnie – nie wiadomo co się z nimi stało i czy jeszcze kiedyś wypłyną. Nie wiemy nawet jak wyglądał Jerzy – jedyną fotografię możemy odszukać w Internecie, podobno był bardzo przystojny, ale to uroda robotnika, uroda Radziwiłowicza z „Człowieka z marmuru” – nie znajdziemy jej w książce. Anna Król zebrała nawet telegramy wysyłane do Jurka, z nadzieją na jego odpowiedzi i z prośbami o telefon, adresami miejsc, gdzie pisarz spodziewał się otrzymać kilka słów od kochanka.

Obsesją pisania chciał zagłuszyć tęsknotę – Jarosław pisał niemal codziennie, traktując to jak rozmowę z ukochanym, jakby te chwile podczas pisania pozwoliły uciec od niebotycznej tęsknoty. Bo przecież jeśli się kocha, to cała natura człowieka zwrócona jest ku osobie kochanej, każda chwila jest dążeniem do kontaktu, do dotyku, spotkania, rozmowy, telefonu choćby, a pisanie listu to intymna spowiedź wydarta z głębi, bo czego się nie potrafi powiedzieć to można napisać, zwłaszcza będąc sprawnym literatem.

Iwaszkiewicz w listach jest czuły i oddany, a jednocześnie nie szczędzi wyrzutów Jerzemu za kłamstwa i lawirowanie z kochanką, do której wciąż ucieka z sanatorium do Bydgoszczy. Po listach pełnych skargi przychodzą przeprosiny, wystarczy jeden telefon kochanka i jego czule słowa a Jarosław potrafi zapomnieć o wszystkich krzywdach. Jest lojalny w swojej miłości, zapewnia o niej nawet wówczas, kiedy czuje się oszukany: „Kochany nie gniewaj się i nie niepokój, bo chociażbyś mi przedstawił wszystkie piętnaście kochanek, chociażbyś z trzema z nich się ożenił, żebyś mi wyznał cztery morderstwa i dwa gwałty, gdybyś mi nawet dał po mordzie, za to wszystko – byłbym zawsze jednakowy.”

Listy Iwaszkiewicza zaskakują szczerością, są otwartą raną na jego sercu, świadectwem otwierającą tego pisarza szerzej niż każda z jego książek, bo przecież nigdy nie byłem miłośnikiem tej prozy, a tym bardziej poezji. Iwaszkiewicz trafia do mnie poprzez „Panny z Wilka” Wajdy, poprzez jego biografię „Inne życie” Romaniuka, korespondencję z Wajdą, ale nie przez własne utwory. Ale te listy są czymś osobistym, a jednocześnie tak uniwersalnym, że wielu odnajdzie tam siebie oraz wszystkie  niuanse przyporządkowane kochającym. I ta banalna definicja miłości, którą przedstawia w jednym z listów, to porozumienie duchowe, wyciągnięte podczas słuchania koncertu skrzypcowego Szymanowskiego, kiedy tłumaczy kochankowi co ich łączy, to bezmierne szczęście, które go ogarnia w chwilach, kiedy może z nim być – to wszystko jest jak przypomnienie własnych przeżyć, bo odnajdywanie się w tej korespondencji jest jej największą zaletą.

Brak wiadomości od kochanka przyjmuje jako coś najgorszego, jak ból nie do wytrzymania, jak ból zęba. Nerwy naprężone do ostateczności i cały dzień jedna myśl, myśl o nim, a jednocześnie codzienne czynności, które trzeba wykonać. I niepokój o zdrowie kochanka o to, czy mu się nic nie stało, bo przecież nie ma listów nie ma telefonu, nic nie ma. Udręka miłości.

Po śmierci Błeszyńskiego Iwaszkiewicz nie przestaje pisać, bo przecież miłość nie umiera nigdy. Wstrząsający 30 maja 1959 roku, kiedy w piękny i słoneczny dzień Iwaszkiewicz obserwuje w niewielkiej kostnicy starca obmywającego ciało ukochanego. A potem sam ubiera Jerzego i wyje z rozpaczy nad ciałem, które utracił na zawsze.

„Wszystko jak chcesz” to cytat z Jerzego. Można to odnieść do każdej wielkiej miłości – także tej niespełnionej, przetrąconej, zamordowanej świadomej lub nie, okaleczonej, zmarnowanej, wyrzuconej na śmietnik z głupoty lub nieuwagi. Tylko że potem zostają tylko listy, pisane latami, a kiedy nie ma już do kogo się przytulić, zadaj sobie pytanie, dlaczego?

„Twój uśmiech, to jest najważniejsze

A co tam wicher, co tam płacz.

Gdy dnie zimowe coraz krótsze,

Godzinę każdą palcem znacz.

 

Palcem maczanym w konfiturze –

To nic, że już słodycze mdlą –

Wszystkie gałązki, wszystkie róże

Wcześnie obcięte szybko schną.

 

Któż myśli o zbytecznym jutrze?

Do rzeki czasu, koniu skacz!

Twój uśmiech to jest najważniejsze

Jakiż nieważny jest mój płacz.”

„Wszystko jak chcesz” do nabycia w Taniej Książce

Znowu Horst

Kiedy w połowie kwietnia wyjeżdżałem w trzytygodniową podróż, gdzie ciężar bagażu wymuszał zabranie tylko jednej książki, a ponieważ ukazał się właśnie nowy Nesbo, nie miałem wyboru, tzn. mój wybór był bezdyskusyjny i nie zabrałem ze sobą najnowszego Horsta, choć została mi do przeczytania sama końcówka, resztka, która zajęłaby nie więcej niż godzinę skupionego czytania. Teraz żałuję, że nie skończyłem „Kluczowego świadka”, ale z drugiej strony mogłem to zrobić po powrocie, a przy okazji odświeżyć sobie w pamięci zagadkę kryminalną komisarza Wistinga, o której kompletnie zapomniałem, a o której obiecałem napisać. Dziękuję wydawnictwu za przesyłane egzemplarze książek Horsta, a moja kolekcja zaczyna coraz efektowniej wyglądać na półce.

Historia oparta jest na głośnym w Norwegii śledztwie, w którym uczestniczył sam autor kryminału, pracując jako młody policjant przy swojej pierwszej, poważnej sprawie, stąd z pewnością w książce zawarł własne odczucia i spostrzeżenia z wizji lokalnej na miejscu zbrodni. Zamordowano 71-letniego Ronalda Ramma, który w powieści występuje jako Preben Pramm. Starca przed śmiercią torturowano a nawet zgwałcono, w usta miał wetknięte banknoty, a na ciele ślady tortur.

20170513_125412_resized

William Wisting jak zawsze u Horsta żmudnie wgryza się w życie ofiary i typuje morderców, co nie musi być trudne w małej społeczności, gdzie wszyscy przestępcy są doskonale znani. Pramm jako ofiara nie wzbudza naszej sympatii – dowiadujemy się, że był szantażystą, erotomanem, pazernym na pieniądze starcem, ale z drugiej strony pasjonował się fotografowaniem ptaków i chciał sobie ułożyć życie z kobietą, która jednak go odrzuciła. Przypadkiem udało mu się uwiecznić na zdjęciach bandytów, którzy ukradli duże pieniądze i stąd szantaż oraz torturowanie nieszczęsnego starca.

Horst zapewne stara się połączyć rzeczywistość z fikcją, prawdziwe morderstwo z intrygą literacką. Do końca nie wiemy jak wyglądała sprawa morderstwa Ramma i ile ma wspólnego z wymyślonym Prammem. Horst kreśli intrygę dosyć siermiężnie, zagadka wydaje się być łatwa do rozwikłania, a z drugiej strony pokazuje jak śledztwo zatacza swoje kręgi, jak wiele w tego typu sprawach jest pobocznych wątków, które należy sprawdzić. A to jest okazja do zmierzenia się z obyczajowością środowiska, które opisuje, a także ukazania Wistinga jako pełnokrwistej postaci, człowieka pełnego namiętności, zafascynowanego zbrodnią oraz drogami, pozwalającymi rozwiązać zagadkową śmierć.

Te momenty opisujące wahania, dylematy, kłopoty komisarza czasami są ciekawsze od samej intrygi. Idealna żona Ingrid (czytelnicy wcześniej wydanych u nas tomów wiedzą, że zachoruje wkrótce i umrze, o czym zresztą można przeczytać także na skrzydełkach okładki). Dla Wistinga śledztwo to fascynacja, morderstwo wzbudza w nim przeciwstawne uczucia, a droga do wyjaśnienia zagadki jawi mu się jako przygoda, z którą musi się zmierzyć.

„Wisting przyglądał się zwłokom z pewnego rodzaju satysfakcją. Po chwili zorientował się, że jego prawy kącik ust podniósł się tworząc krzywy uśmiech, natomiast w żołądku czuł ssanie, jakby z głodu. Wypełniała go radość, ponieważ mógł obserwować z bliska zagadkę śmierci, wiedząc dobrze, że do niego należy jej wyjaśnienie”

Kolejne tomy Horsta już wkrótce: „Zaginięcie Felicji” oraz „Gdy sztorm nadchodzi” mają wyjść jeszcze w tym roku. Nie powiem, żebym się niecierpliwił, ale podoba mi się myśl, że uzupełnię kolekcję.

Saga rodziny Neshov.

Prolog i epilog książki Anne B. Ragde opisują namiętność Anny Neshov – całą reszta skupiona jest na jej dzieciach  i wnuczce, którzy muszą zmierzyć się z jej umieraniem. Anna nie wzbudzi naszej sympatii, a jej śmierć nikogo nie obejdzie,  poza spętanym jej władczym charakterem Torem, któremu jej odejście zniszczy rytuał wieloletniej egzystencji w rozpadającym się gospodarstwie.

Tor, Erlend i Margido to synowie Anny. Akcja rodzinnej sagi toczy się w Byneset niedaleko norweskiego Trondheim. Tor jest najstarszy, zmuszony do porzucenia ciężarnej dziewczyny, ugrzązł pod silną ręką matki i ciężką harówką odgania przeszłość. Córka, którą zawiadamia o chorobie Anny niespodziewanie zgadza się przyjechać do ojca. Erlend jest gejem i uciekł przed matką do Kopenhagi, gdzie żyje od lat w związku z partnerem. Margido otwiera całą historię, kiedy poznajemy jego pracę przedsiębiorcy pogrzebowego, mylnie przekonani, że samobójstwo młodego chłopaka, będzie osią powieści – nieszczęśliwa miłość, przez którą powiesił się chłopiec jest ostrzeżeniem dla czytelnika, że nie można igrać z uczuciami, i że nie wszyscy są tak odporni jak my.

Studio_20170409_125806_resized

A jednak bohaterowie „Ziemi kłamstw” są obdarzeni pozytywnymi cechami charakteru – można banalnie napisać, że to dobrzy, empatyczni, rozumni i budzący sympatię ludzie. Śmierć jedynej negatywnej osoby w tym stadzie wyzwala energię, która tak wiele zmieni w ich życiu i to na lepsze. Z miejsca zakochujemy się w Erlendzie, który emanuje tym radosnym umiłowaniem życia, jako źródła przyjemności, a kiedy jego partner przyjeżdża do zapadłej mieściny, żeby w trudnych chwilach okazać mu swoje przywiązanie, Erlend reaguje śmiertelnym przerażeniem, że zostanie zdemaskowany jako syn wieśniaka, a jednocześnie jest szczęśliwy z tak okazanego przywiązania.

Margido jest podstarzałym samotnikiem panicznie odganiającym myśl o związku z kobietą – dokładnie poznajemy jego pracę i myśli, budujemy sobie jego obraz na podstawie tego co czuje, jak widzi siebie, kiedy analizuje własne postępowanie, a jednak w pewnym momencie ten obraz zaczyna się chwiać – wystarczy, że ktoś inny spojrzy na niego własnym wzrokiem i okazuje się, że to łysiejący, podstarzały facet z obrzydliwą śliną w kącikach ust.

Torunn to córka Tora, na którą przez lata musiał płacić alimenty, co rozsierdzało matkę i przez co ledwo wiązali koniec z końcem. Przyjeżdża wiedziona impulsem, ale z czasem wciąga się w rodzinne historie. I jest jeszcze mityczna postać dziadka Tallaka oraz jego nieśmiałego syna, który do dzisiaj plącze się w gospodarstwie jak popychadło, pomimo że jest formalnie mężem Anny, a tak naprawdę żyjącym we własnym świecie parobkiem. Ten Tallak z miejsca wydał mi się podejrzany i domyślenie się jaką rolę odegrał w tej rodzinnej układance nie sprawiło mi kłopotu.

Nie pomylą Wam się postacie, nie poplączą wątki, na opisy przyrody nie ma co za bardzo liczyć, za to mistrzowskie analizy uczuciowe, poplątane charaktery i obrazowe dialogi pozwolą dać się wciągnąć i szybko zaliczyć pierwszy tom norweskiej sagi. Każda z czterech głównych postaci prowadzi swój wewnętrzny dialog, przy okazji dowiemy się jak tresuje się psy, jak wyglądają przygotowania do pogrzebu oraz czemu maciory czasem zabijają swoje małe prosiaczki. Jeśli kogoś znudzą szczegóły może sobie przeskoczyć fragmenty opisowe, tylko po co? Czytanie sagi nie polega na analizowaniu kto zabił, a jedynie na wgłębianiu się w motywacje członków rodziny. A to jest rodzina, którą łączy jednak wieź, pomimo tego, że matka nie potrafiła nic innego poza zaangażowaniem się w jeden związek oraz niszczeniem życia swoim synom – kiedy już jej nie ma bracia pokazują, że pomimo wszystko wyrośli na porządnych ludzi.

Zastanawiam się jak wyglądałaby taka saga o typowo polskiej rodzinie, wywodzącej się gdzieś z małomiasteczkowej albo wiejskiej społeczności; czy ktoś miałby odwagę pokazać te wszystkie charaktery i czy w tej faunie wąsatych i cycatych postaci, wykluły by się osoby na miarę takiego geja Erlenda, który przyjeżdża ze swoim partnerem do Siedlec, do dużego gospodarstwa, gdzie panoszą się już inni bracia ze swoimi dziećmi, wujkami i kuzynkami?

Książka Anny B. Ragde to wznowienie wydanej już w 2010 roku sagi w trzech tomach, choć na okładce widać też ikonkę czwartej części, która być może jest zapowiedzią, dzięki której wznowiono serię. Przeczytanie tej książki zajmie 3 wieczory w czasie przeznaczonym na telenowele w TV  – a ci, co są niecierpliwi, skończyć ją mogą w jedną noc. A ja czekam na tom drugi w czerwcu, a trzeci w lipcu.