Horst kolejny

Regularnie jestem uszczęśliwiany kolejnymi tomami śledczych przygód komisarza Williama Wistinga. „Ślepy trop” był dziesiątym tomem, (nie wliczając prequela „Gdy mrok zapada”) ostatnim, najbardziej aktualnym, ale teraz wróciliśmy do początków i systematycznie odrabiamy zaległości. „Gdy morze cichnie” to tom trzeci, który cofa nas do jesieni roku 2005. Żyje jeszcze żona bohatera, ale wszyscy miłośnicy Wistinga wiedzą, że to życie się wkrótce skończy, co nie jest wcale wielką tajemnicą, ponieważ wydawca informuje nas o tym na skrzydełkach okładki, podając datę śmierci Ingrid, czyli lipiec 2006 roku.

Horst_gdymorzecichnie_okladka

W kontekście życia osobistego komisarza, a na tym skupia się autor, obok śledztw rzecz jasna, zgodnie z tradycją Mankella i innych skandynawskich kryminałów, a więc w kontekście tego wszystkiego, co wydarzy się wkrótce w życiu bohatera, przelotny romans z darzącą go sympatią Torrun, jest zapowiedzią zmian w życiu Wistinga, jakby autor już wiedział, że żona zostawi go na zawsze. Wistinga Horst pokazuje z sympatią i oprócz przelotnych wad, jest to człowiek z zasadami, systematyczny i w pełni oddany pracy, nie dbający  zdrowie i źle się odżywiający – ale to akurat jest cechą policjantów skandynawskich. Ten skok w bok, nie do końca skonsumowany, w dalekiej i gorącej Hiszpanii, dokąd policjant został zesłany wraz z ponętną asystentką, jest chyba pierwszą okazją do wymyślenia przez Horsta sceny erotycznej i nie można powiedzieć, żeby autor nas zaskoczył, raczej opisał ten wyskok na zimno i bez entuzjazmu.

A jak wygląda akcja? Zagmatwana, co się nieczęsto zdarza w tych kryminałach, przepełniona postaciami, z przypadkowymi trupami, zagęszczona wydarzeniami i oczywiście z wszystkimi elementami współczesności, z którymi zmaga się od jakiegoś czasu Europa, czyli emigrantami oraz atakami terrorystycznymi, a także z działalnością służb specjalnych.

Mgliste, bezludne Stavern, poza sezonem. Nieprzytomny, postrzelony w brzuch mężczyzna zostaje odnaleziony na schodach miejskiej apteki. Najwyraźniej ktoś chciał, aby ofiarę zauważono. Wkrótce na pogorzelisku policja znajduje zwęglone ludzkie kości. Śledztwo nie zdążyło nabrać rozpędu, kiedy fale wyrzucają na brzeg kolejne zwłoki. W tym momencie William Wisting już rozumie, że będzie miał do czynienia z wymagającą i pełną nieoczywistości sprawą. Brak świadków, brak motywu, brak miejsca popełnienia przestępstwa, nieznajomość tożsamości ofiar – jak znaleźć rozwiązanie? Kluczowe do rozwiązania sprawy okażą się znajomość ludzkiej natury, wnikliwość śledcza i fachowa wiedza policyjna!

Horst otwiera drzwi do nieznanego, intrygującego świata kryminalistyki. Daje wgląd do tajnych raportów. Wprowadza do akcji Służbę Bezpieczeństwa i Jednostkę ds. Zwalczania Przestępczości Gospodarczej. Przybliża specjalistyczne metody dochodzeniowe. Pokojowa Nagroda Nobla, iracki diler narkotyków, człowiek z blizną, norweska partia komunistyczna AKP – w śledztwie liczy się każdy, pozornie nieistotny trop.

William Wisting czuje, że coś zostało przed nim ukryte – że na najwyższym szczeblu toczy się gra, której nie rozumie. Czy dopuszczono się sabotażu śledztwa? „Obawiam się, że inspiracji do treści zawartych w tej książce nie zaczerpnąłem ze świata fikcji, lecz z rzeczywistości, która jest coraz bliżej nas” – wyjawia Jørn Lier Horst. Autor ukazuje, jak bardzo nasza codzienność staje się niebezpieczna. Za bohaterami oraz intrygą stoją prawdziwe postawy, charaktery, życiowe cele, relacje oraz zależności.

Jak już wielokrotnie pisałem, książki Horsta to lektura przyjemna, z krótkimi rozdziałami, przy której można odpocząć, czasem się znużyć, ale z chęcią wrócić i co najważniejsze, to lektura, gdzie kryminał stawiany jest obok życia osobistego bohaterów, więc warto śledząc zagadki kryminalne, polubić również to wszystko, czym żyją na co dzień komisarz Wisting, jego żona, córka, pojawiający się rzadko ojciec i inni, wirujący w orbicie bohaterów. No i jak ładnie te książki wyglądają na półce.

Miłość Karpowicza

Nic prostszego jak opisać Miłość – każdy potrafi. Ignacy Karpowicz zrobił to w sześciu opowiadaniach, sześciu rozdziałach, ponumerowanych w tytułach, z tym, że rozdział piąty posiada tytuł: „Dobro”, trzeci „Prawda”, natomiast pierwszy to „Piękno”. Zewsząd dochodzą jeszcze nieśmiałe głosy z zewnątrz, że jest to świetne, doskonałe, wyjątkowe, i że nawet w jednym zestawieniu książek roku, umieszczono „Miłość” jeszcze przed jej wydaniem, ale to wiadomo o co chodzi i ja bym się nie czepiał za bardzo, bo przecież: miłość. A że takie jej okazywanie, trochę prowokujące i ostentacyjne, kłóci się z moim poczuciem przyzwoitości, to już inna sprawa, zwłaszcza, że jestem konserwatywny w tych sprawach i raczej wstrzemięźliwy, skłonny prędzej do ukrywania niż manifestowania i może przez to wszystko w moim życiu toczy się w powolnym rytmie, a tu trzeba wstrząsu, Panie, trzeba zdecydowania…

Karpowicz_Milosc_m

Ja się przyznam, że chciałem mocno rozumieć te kawałki prozy, jakoś je przeżyć i doświadczyć, ale chyba jestem za mało literacko wyrobiony, bo czasami przedzierałem się przez ten tekst bez zrozumienia, bez kompasu, jakby wiedziony jedynie urodą tej prozy, bo jest ci ona ładna i tu Karpowicz nie ma się czego wstydzić. A ja się przebijałem, próbując zrozumieć, uchwycić tę Miłość, dostrzec najważniejsze, ale może jest to na tyle indywidualna sprawa, że autor powinien gdzieś, np. w przypisach tłumaczyć czytelnikowi, jak ją uchwycić, jak dostrzec, jak zrozumieć. Przypominało mi to trochę jedną z moich ulubionych scen w filmie „Bliżej” (Closer) Mike’a Nicholsa, kiedy grana przez Natalie Portman, Alice, wykrzykuje do Jude Law’a, żeby jej pokazał tę miłość, co to w ogóle jest, pokaż mi ją, gdzie ona jest, ja jej nie widzę…

No dobrze, można znaleźć miłość w książce Karpowicza, ale jest to miłość skomplikowana i to nie dlatego, że homoseksualna, ale tak mocno zawoalowana, że aż intrygująca. W pierwszym opowiadaniu mamy Iwaszkiewiczów, czyli Annę i Jarosława, a tu wiadomo, komplikacji uczuciowych co niemiara, tylko czemu zmienił nam autor nazwę Stawisk na Stokroć. Do majątku Lilpopów przyjeżdżają goście, młode małżeństwo, gdzie mężczyzna jest bratem największej miłości Jarosława, czyli Jurka Błeszyńskiego i tutaj Karpowicz znowu niepotrzebnie miesza, bo nazwał mężczyznę Jurkiem, a jego zmarłego brata Jakubem.  Opowiadanie jest duszne, mężczyźni spacerują po lesie a panie się nie lubią. Pod koniec wszystko się komplikuje, miesza, dostajemy prozę wprost z Iwaszkiewicza, z bólem, śmiercią i słowami jak z listów Jarosława do Jurka: „Kocham cię, wiesz?” „Jak chcesz”.

W drugim opowiadaniu autor jakby pisze o sobie, odsłania się nam, traktuję te zdania jak wyznania Karpowicza, identyfikuję autora z bohaterem, pewnie przez to, że jest tu bardzo przekonujący, że pisze o tym czego sam doznał.

„Prawda” jest świetna. Odnajduję tutaj swojego ulubionego autora, tego z „Ości” i z „Cudu”. Albertyna, wzięta rzecz jasna z Prousta (a jak wiadomo Albertyna była alter ego kochanka Prousta), żyje w nowym świecie, w rzeczywistości państwa totalitarnego, jak z Orwella albo rojeń sennych psychopatycznych narodowców. Akcja jest podporządkowana wyobraźni, z przyjemnością się czyta te fantastyczne rojenia o przyszłości doskonałej, gdzie jednak nie ma miejsca dla miłości homoerotycznej, a jej wyznawców wyłapuje się i „naprawia”. W wieku 21 lat każdy obywatel musi przejść test prostoty płciowej i jeśli wykryto odmienną orientację dokonywano reorientacyjnego zabiegu, po którym wystarczyło łykać tabletki i wszystko się porządkowało. Karpowicz stworzył parodię społeczeństwa żyjącego w malignie reguł i praw, dzięki którym każdy mógł być szczęśliwy i każdy był obserwowany przez odpowiednie służby – zrobił to z humorem nawiązując też do współczesności. Odwrotnik to gej a rządząca już po wieki partia to Prawo i Swoboda. To świetne opowiadanie, dystopia, która się nie wydarzy, tak jak nie ma roku 1984.

Karpowicz w wielu miejscach rzuca nam prawdy objawione, niczym ochłapy ze stołu, prawdy, które znamy, ale się do nich nie stosujemy, o miłości, kłamstwie, pięknie. Czytanie tego zbioru sprawia nam przyjemność, jest ślamazarnie oczyszczające, głęboko sięgające w duszę a jednocześnie enigmatyczne, zawoalowane, jakby miłości gejowskie tutaj opisane, rządziły się innymi prawami niż te klasyczne, z Romeo i Julii.

I ciągle te same postaci, wątki, ciągle ten Zbyszek się pojawia i poprzekręcane nazwy polskich miast: Varsovie, Kattowitz, Belostok. Kompletnie nie rozumiem opowiadania „Dobro”, ominąłem je z niecierpliwością, bo nic mi w nim nie odpowiadało: styl, konwencja,  wydarzenia, bohaterowie, czasoprzestrzeń. A na koniec króciutkie opowiadanie numer sześć, pełne miłości, zwarte, ze śmiercią i szczęściem, takie na ukojenie.

Karpowicz próbował wyjaśnić sposób pisania tego tomu w magazynie „Książki”, ale zrobił to na tyle mętnie, że nie dowiemy się z tego opisu zbyt wiele, raczej przeczytamy o samym procesie pisania i dojrzewania treści opowiadań – to tekst o mechanizmie twórczym, a nie o istocie i sensie tej prozy. Czy te opisane miłości różnią się czymś od tych zaklętych od wieków wzorców, tych kochań męsko-damskich? Rzecz jasna, że niczym różnić się nie mogą, co nie znaczy, że książka nie może stać się ulubionym prezentem pod choinkę, dla zakochanych chłopaków od kochających chłopaków.

Sendlerowa

Czytam książkę Anny Bikont bardzo powoli, przerywam często lekturę na kilka dni i ta lektura prawie pięciuset stron rozciąga mi się w czasie, ale chyba tak być musi, żeby za bardzo nie ulec przerażeniu. Zdawać by się mogło, że o zagładzie Żydów, w czasie drugiej wojny, wiemy dostatecznie dużo, że już nic nie może nami bardziej wstrząsnąć, ale w tym przypadku czytanie biografii Sendlerowej, ukazuje nam wszystko jeszcze pod innym kątem.

Tak naprawdę Irena Sendlerowa jest tu jedynie pretekstem, do pokazania losów grupki żydowskich dzieci, pośrednio również dorosłych, z nimi związanych. Te losy, jednostkowe życiorysy, pokazują z czym musiały się zmierzyć dzieci w tych dzikich czasach, kiedy polowano na nie bezlitośnie. A polowali nie tylko Niemcy, którzy jak pisze autorka, zawsze mieli problem, żeby rozpoznać żydowskie pochodzenie, z czym doskonale radzili sobie ci wszyscy, z którymi w jakiejś tam symbiozie, Żydzi żyli latami, czyli ich sąsiedzi, rodacy, znajomi – Polacy.

fc268b15-e959-45b2-ba2e-6b6b47f2915c_900x

I zapewne fakty żerowania na ściganych Żydach,  pobieranie od nich haraczu za schronienie, denuncjacje, polowanie na ulicach, ograbianie i szczucie, nie przesłonią tego wszystkiego, co zrobili inni, ratując Żydów, ale czytanie o tej niegodziwości, zawsze jakoś boleśnie rani poczucie przyzwoitości.

Ta biografia to historie, zebrane skrupulatnie, opisane z podaniem wszelkich materiałów źródłowych, historie jednostkowe, o wielkim ładunku strachu, osób, które jakimś cudem przetrwały. Bo przecież chyba z tysiąc razy więcej znalazło by się losów, które nie miały szczęścia, nie tylko do tego, żeby przeżyć, ale nawet do tego, żeby je opisać.

Sendlerowa” to biografia przedziwna, ponieważ wiele faktów należało zweryfikować, wiele nieścisłości wyjaśnić, a Bikont bezlitośnie punktuje wszystko to, co Irena Sendlerowa błędnie podała w przeróżnych źródłach, co nie oznacza, że robiła to celowo lub z premedytacją – to raczej ogrom przeżyć, historii, interpretacji, spowodował, że fakty były czasem kompletnie inne, niż podawała Sendlerowa .

Książkę Anny Bikont mam w postaci e-booka,  gdzie zdjęcia wyświetlane na komputerze pozwalają na dokładniejsze przyjrzenie się twarzom, w większości już nie żyjących osób, zobaczyć jak ubierali się i jak czesali tyle lat temu – to przyglądanie się jest takim przerywnikiem w poznawaniu ich losów. Oto Renata Skotnicka, na zdjęciu z ufarbowanymi włosami, z roku 1943 (rozdział, którego tytuł brzmi jak oskarżenie: Co ty byś zrobił, jakbyś Żyda u siebie znalazł?). I kilka zdań z opisywanych tu jej losów:

 „chłopi okradli nas z wszystkiego, co miałyśmy, ale nie wydali, puścili nas wolno”; z trzynastolatki zmieniła się w szesnastolatkę. Gdy wychodzili z brygadą do pracy na aryjską stronę, grupy Polaków wołały: „Parchy, dobrze wam tak!”; „W niedzielę w tajemnicy przed rodzeństwem chodziła żebrać pod kościół dla konwertytów; umiała się ładnie przeżegnać, żeby podziękować”; Pierwszy raz jak wyszłam, miałam złotą bransoletkę od siostry, żebym się okupiła w razie czego. Paru szczeniaków od razu mnie otoczyło przy tramwaju, krzycząc „Jude!”. Obok mnie stała kobieta. Patrzyłam na nią błagalnie. Byłam dziewczynką, oni też smarkacze. Mogła ich przepędzić, ale patrzyła na mnie z absolutną obojętnością.” „To było między Wołominem a Radzyminem, on z innymi partyzantami urządzał polowania na Żydów, z widłami. Polowanie na Żydów to był wtedy narodowy sport.” „Noce wciąż były te same. Kuzyn gospodarza pił z gospodarzem, gwałcił mnie, szedł spać. Nie miałam dokąd pójść.”

Chyba wystarczy, ale ta książka to nieustanne czytanie o takich rzeczach, od których włosy stają dęba, albo w które nie chce się wierzyć, że mogły się zdarzyć. Sendlerowa jest tutaj tłem, a właściwie szkieletem konstrukcji całego tego wojennego okrucieństwa, jest też przykładem, dzięki któremu możemy zrównoważyć winy i zasługi, bo choć byśmy nie wiem jak chcieli zapomnieć, czy wyprzeć ze świadomości, to musimy także wziąć na siebie winę tych szubrawców, których było wielu, podobnie jak tych nie przejmujących się losem dzieci żydowskich było więcej od tych Sprawiedliwych, którzy je ratowali. Książka Bikont pokazuje również jak samotna była Sendlerowa w ratowaniu dzieci oraz jak skomplikowanym charakterem była bohaterka książki, kojarzona zazwyczaj z łagodną staruszką z czarną opaską na głowie.

Sendlerowa w tej biografii to osoba, która pomaganie ma we krwi, jest dobrze zorganizowana a jednocześnie tyle razy potrafi się zbuntować. Na studiach wychodzi za mąż, ale wiąże się z innym, do tego Żydem, którego ratuje. Ma z nim dzieci, ale jego też zostawia, bo wraca do pierwszego męża. I od niego też odchodzi. Nie jest wierząca, zapisuje się do partii.

W tym swoim ratowaniu Żydów Sendlerowa była samotna, jak mówi Bikont: była w swoim postępowaniu, przeciwko własnemu narodowi, była mniejszością, której większość zagrażała lub była obojętna.

 „Sendlerowa. W ukryciu” Anny Bikont jest opowieścią o dzieciach, które przeżyły, a jednocześnie jest o tych, którym nie było to dane, o tych, z około miliona, którym się nie udało. To książka o samotności ratujących. I o bezradności.

Dziękuję wydawnictwu „Czarne” za udostępnienie mi książki.

logo-cd1f9656b3c26a765b2c4e1115b9aa10fc94df9af32dc92c583146acb7bae452 (1)

Jak zawsze Miłoszewski

Kłopot mam z najnowszą książką Zygmunta Miłoszewskiego, ponieważ mógłbym o niej napisać z pozycji bardzo rozczarowanego czytelnika, któremu nie tylko nie podoba się treść, ale który chciałby przyczepić się również do tytułu i okładki, a drugiej strony chciałby docenić wyobraźnię  pisarza i odwagę, że podjął się tak naprawdę misji niemożliwej. Tytuł sugestywny, a jednocześnie mdły, a okładka w barwach francuskiej flagi, z biustem w gorsecie, nie przekonuje. Ale to tylko marketing, którego ten pisarz nie potrzebuje, mając tak ugruntowaną pozycję, dzięki kryminałom z prokuratorem Szackim.

Będąc osobiście sympatykiem młodego pisarza (41 lat to dobry wiek, żeby spijać śmietankę sławy), nie zwracałem nigdy większej uwagi na zdarzające się niedociągnięcia w tej prozie, na denerwujące przeszarżowania, czy przedwczesną decyzję o opuszczeniu Szackiego, bohatera, który Miłoszewskiego wylansował. Już „Bezcenny” jawił mi się jako ślepa uliczka w poszukiwaniach autora własnej drogi, gdy tymczasem tego talentu tak naprawdę, na razie, starcza na pierwszorzędne, na polskim rynku, kryminały. Miłoszewski zapragnął zostać prawdziwym pisarzem i ma do tego prawo, chociaż daleki jestem od wróżenia mu rychłego sukcesu.

2_resized

„Jak zawsze” daje pole do popisu pisarzowi, ponieważ książka oparta jest na pomyśle świata alternatywnego, w który to świat pisarz-demiurg może wrzucić co tylko przyjdzie mu do głowy, kreując własną rzeczywistość. Jak wiadomo seks w życiu i twórczości Miłoszewskiego odgrywa ważną rolę, więc zaczynamy podróż z lekturą od seksu osiemdziesięciolatków. Z wszystkimi smakowitymi szczegółami, w postaci pomarszczonego tyłka, protez zębowych i viagry. Akcja nagle zatrzymuje się i choć jest finał w postaci orgazmu, to przebudzenie jest znacznie lepsze, jest jak orgazm do kwadratu, ponieważ pomimo że pościel śmierdzi papierosowym dymem, to bohaterowie mają pięćdziesiąt lat mniej. Nadal jest styczeń.

I dalej możemy już sobie fantazjować, wymyślać i kreować świat, w którym Stalin nie mówił nam jak mamy budować kraj, a Eugeniusz Kwiatkowski był prezydentem Polski, w której Francja pełniła rolę dominującą, choć do końca nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego tak się stało i dlaczego tak bardzo ulegliśmy, budując zamiast Pałacu Kultury, ogromny i trójkolorowy gmach przyjaźni z Francją. Kwiatkowski, który znany jest jako twórca Gdyni i uprzemysłowienia kraju, wyrasta tutaj na centralną postać, zwaną zresztą Inżynierem, który cementuje nie tylko sojusz z Francją, ale kreuje również nasze dążenia do sojuszu z Niemcami. Miłoszewski chce nam pokazać co by się stało, gdybyśmy jakimś cudem wypadli z orbity radzieckiej, a jeśli już dobrniemy do końca lektury, skonfrontowali nasze oczekiwania i marzenia dotyczące Polski, z osobistymi wyborami. Wydaje się, że tytułując swoją książkę, Miłoszewski chciał nam powiedzieć przede wszystkim, że cokolwiek byśmy nie wymyślali, z kim się wiązali i za kim poszli, to i tak będzie „jak zawsze”, bo jesteśmy jacy jesteśmy, a okoliczności jedynie zmieniają perspektywę i warunki.

Książka jest jednak dowodem na to, że Zygmunt Miłoszewski potrafi wymyślić świat na nowo, że nie bał zmierzyć się z heroiczną walką, która wiele razy wynosiła go na manowce, że tyle razy przeszarżował, że wysługiwał się tanimi sztuczkami w opisywaniu i porównywaniu dwóch światów, a jednak pokazał Warszawę od nowa, oraz nie brakło mu odwagi w wymyślaniu tego świata, który mógł go ponieść w zupełnie fantastyczne rejony. Ostatecznie ten wątek polityczny, ta kreacja Polski od nowa, politycy nowego sortu i nowych okoliczności, to wszystko musi zejść na dalszy plan, gdyż tak naprawdę najciekawszym wątkiem w książce, jest relacja dwojga kochanków oraz pytanie, czy miłość, trwająca pięćdziesiąt lat, jest czymś tak trwałym, że pozwoli bohaterom przeżyć w nowej sytuacji, kiedy mają ciała młode od nowa, a świadomość starców nad grobem.

Psychologicznie interesowało mnie podejście bohaterów do nowej sytuacji i jak to u Miloszewskiego, zachwyceni swoją nową odsłoną, biorą się oni z miejsca za uprawianie seksu, choć zdaje mi się, że gdybyście Państwo się nagle obudzili o kilkadziesiąt lat młodsi, nie w głowie mielibyście łóżkowe figle. Ale może się mylę. Bohaterowie Miłoszewskiego muszą wybrać i choć wikłają się w przeróżne układy, wykorzystując w niewielkim stopniu doświadczenie z innego świata, to jednak to wszystko, co scementowało ich związek, pozwala im jakby zacząć wszystko od nowa, w innej konfiguracji, w innych okolicznościach, przekrzywione ale jednak własne, szczęśliwe życie

Do zakończenia książki  znowu bym się chciał przyczepić, bo jakieś niejednoznaczne, zaskakujące, bez happy endu, z zamachem stanu, który ma pewnie przywrócić „normalność”, czyli umieści nas w orbicie radzieckiej. Fantastyczność sytuuje powieść Miłoszewskiego gdzieś na marginesie poważnej literatury, a z drugiej strony wgryza się jednak w tzw. polskość, w naszą naturę, w to wszystko, co decyduje o naszych losach jako kraju, od zawsze marzącego o wielkości i niezależności, a wciąż uległemu i marnującemu szanse, które daje nam historia, tak jak teraz, kiedy dajemy się wrobić w politykę, wybierając mierność zamiast normalności.

Kryminały Krzysztofa Bochusa.

Przyznam się, że pierwsza propozycja przeczytania kryminału Krzysztofa Bochusa, nie wywołała we mnie entuzjazmu. „Czarny manuskrypt” wydał mi się kolejną odsłoną heroicznych prób początkujących autorów, ażeby zaistnieć na rynku wydawniczym z kryminałem retro i pójść śladem sławy Marka Krajewskiego czy Marcina Wrońskiego. Tymczasem we wrześniu dostałem do ręki od razu dwa tomy przygód jasnowłosego policjanta i postanowiłem spróbować jak to smakuje. Na marginesie, wspominając tu Krajewskiego, protoplastę na naszym rynku sensacyjnych powieści retro, przychodzi mi do głowy konstatacja, że gdyby dziś pojawiła się książka Krajewskiego – debiutanta, zginęłaby w zalewie kryminałów, być może jedynie odnotowana, opisana przez niszowego blogera, szybko zapomniana i z pewnością sprzedana w o wiele mniejszej ilości niż najnowszy „Mock”.

Na pierwszy ogień wziąłem „Czarny manuskrypt” i z miejsca się zakochałem w stylu Bochusa: przejrzystym i umiejętnie prowadzącym czytelnika przez kolejne sceny, jakby autor dawno już zjadł zęby na opisach przygód morderców i ich ofiar. To jest podstawowa cecha dobrego kryminału, żeby nie zamącać umysłu zbędnymi opisami przyrody czy zainteresowań bohaterów, tylko jak u Chandlera, w prostych zdaniach wyjaśniać kolejność zdarzeń.

20171020_181634_resized

Bohater rysowany jest powoli, właściwie w pierwszej części jego przygód, nie dowiemy się zbyt wiele o jego życiu, podobnie jest z „Martwym błękitem”, gdzie kilka rzeczy się wyjaśni, ale autor zostawia sobie dużo przestrzeni na później, jakby odkrywanie przeszłości radcy kryminalnego Christiana Abella, przyciągać nas miało do kolejnych tomów.

A więc Abell: ma dosyć zalet, żeby z miejsca go polubić, zwłaszcza umiłowanie do porannych, zimnych pryszniców oraz pięknych kobiet. Jest wysokim blondynem, co zapewne przyda mu się w kolejnych latach, ponieważ spotykamy go po raz pierwszy w latach trzydziestych, kiedy to wygląd zaczął mieć szczególne znaczenie w ówczesnej Rzeszy niemieckiej.

Abell wraca do rodzinnego Kwidzyna, zesłany tam za jakieś grzechy, z ukochanego Gdańska, wspomina dawną miłość i nie wiadomo dlaczego, odrzuca ją po raz drugi. W opisach związków damsko-męskich Bochus jest wyjątkowo dosadny, zwłaszcza polecam scenę z atrakcyjną panią naczelnikową. Kobiety u autora „Martwego błękitu” zawsze wydają się nieprzeciętne, zawsze tajemnicze, czasem owiane jakąś perwersyjną woalką namiętności, a czasem zimne i mściwe. Jak w życiu.

W „Martwym błękicie” mamy tajemnicze śmierci w żydowskiej rodzinie, Kabałę, dzieła sztuki i niezdrową atmosferę faszystowskich harców. Dużo dowiemy się o żydowskiej religii i samym radcy kryminalnym, któremu towarzyszy wierny Kukulka.

Czarny manuskrypt” to seria śmierci młodych księży, a tropy wiodą Abella do krzyżackiego zamku w Malborku. Tutaj dowiemy się dużo o zakonie krzyżackim, bo przecież książki Bochusa to także doskonała skarbnica wiedzy, ale podanej bez zbędnych zawiłości, raczej dla podkreślenia atrakcyjności akcji, niż dla wykazania własnej erudycji autora.

Krzysztof Bochus wydał dwie książki w ciągu roku, więc aż boję się co czeka nas w najbliższych latach. Przykład Remigiusza Mroza pokazuje, że można zaszaleć w sposób niekontrolowany, ale patrząc na zdjęcie naszego autora, widzę jakieś podobieństwo do Andrzeja Stasiuka, więc jest nadzieja, że Pan Krzysztof z uwagą podejdzie do swojej twórczości, raczej przepijając sławę w gdańskich restauracjach, niż skupiając nad kolejną powieścią, czego mu serdecznie życzę, w oczekiwaniu na przygody jasnowłosego Christiana.

Za co kochamy Rocco Schiavone.

Druga przygoda z wicekwestorem Rocco Schiavone, przynosi tyle samo perwersyjnej radości, co wydana na początku roku „Czarna trasa”. Wicekwestor to nazwa stanowiska, którą nie każdy jest w stanie zapamiętać, poza tym brzmi dziwnie obco i sztucznie, dlatego większość rozmówców Schiavone nazywa go komisarzem, co wywołuje w nim umiarkowaną irytację, jakby zgadzał się z tym, że nazwanie go wicekwestorem jest wymysłem jakiegoś idioty z biurokracji rządowej.

A więc Rocco dalej siedzi w Aoście –  jakby ktoś nie wiedział gdzie to jest, to wystarczy spojrzeć na włoskiego buta – w lewym, górnym rogu jest mały region nazwany Doliną Aosty z 35 tysiącami mieszkańców i oczywiście z turystami, którzy zjeżdżają tam na nartach.  Jak już wiemy z pierwszej części o wicekwestorze, został on tam zesłany za karę. W „Żebrze Adama” dowiemy się już dlaczego tak się stało, a także nie musimy już fantazjować na temat jego żony Mariny, którą pochował na cmentarzu w Rzymie, ale z którą wciąż rozmawia. To nie jest ta część jego historii, w której poznamy przyczynę śmierci Mariny, ale domyślamy się, że Rocco zawinił i wyrzuty sumienia są gorsze niż spotkani na cmentarzu rodzice żony.

Zebro_Adama_okladka

Książka zaczyna się odnalezieniem zwłok, co nikogo nie dziwi, bo przecież to kryminał. Zdania pisane przez Manziniego nie wymagają większego skupiania się nad ich znaczeniem – to prosta opowieść, w żołnierskich dialogach skrzących się ironią i finezją, Rocco podsumowuje rzeczywistość. A więc trup wisi na żyrandolu, a ponieważ jest kobietą, to analizując dzisiejszą rzeczywistość, od razu domyślamy się wraz z wicekwestorem, że niekoniecznie powiesiła się sama, i że jakiś facet musiał maczać w tym palce.  No a kto nienawidzi kobiety  tak intensywnie, że jedynym rozwiązaniem jest morderstwo?

Tylko że nie byłoby zabawy, gdyby rozwiązanie podsuwało nam się samo, niczym miseczka z rybą w restauracji sushi. Skromna liczbą bohaterów, uczestnicząca wraz z Rocco w wydarzeniach, pozwala wyznaczyć mordercę, ale to niekoniecznie jest sednem tego kryminału. Manzini pokazuje nam problem, o którym ostatnio głośno, czyli prześladowanie i dręczenie kobiet, ich bezradność, uległość i obojętność prawa wobec sprawców, milczenie i przyzwolenie na sadyzm, molestowanie i obłudę, wynikającą z jakichś wartości, które niektórzy uważają za tradycyjne.

Kiedy białoruska sprzątaczka odnajdzie zwłoki, wplątamy się rodzinną aferę emigrancką, ze złodziejami, którzy mają wyjątkowego pecha, z paserem, który daje się podejść jak szczeniak – te poboczne wątki mają nas lekko zwieść, ale przecież nie byłoby zabawy, gdyby Rocco rozwiązał zagadkę w pierwszym dniu, dlatego kolejne rozdziały noszą nazwę dni tygodnia: zaczynamy w piątek, a już w czwartek wszystko się wyjaśni. Rocco ma doceniających go szefów, więc może sobie pozwalać na wiele, włącznie z wymierzaniem sprawiedliwości na własny rachunek – w tym celu musi nawet odwiedzić Rzym i oddać kilka strzałów z pistoletu. Oczywiście w obronie kobiet, w obronie ich godności i zdrowia. Są mężczyźni, którzy nie biją kobiet, a widok krzywdzonej i gwałconej dziewczyny, doprowadza ich do furii – takim jest Rocco, takimi jest większość z nas.

Czytanie Manziniego to duża przyjemność, zwłaszcza że można go czytać przy głośno włączonej muzyce i nie pogubimy się w rozpoznawaniu postaci, nie pomylą się nam nazwiska, nie stracimy wątku, wszystko zostanie nam podane na tacy. Włoskie opowieści kryminalne mają swój wdzięk, co można sprawdzić oglądając np. serial „Suburra”, o włoskiej mafii.

Rocco stracił swój Rzym, nie stracił żyjących tam przyjaciół, z którymi stąpa niekoniecznie po ścieżce prawa, ale na pewno po drodze wiodącej ku sprawiedliwości. Bo Rocco jest tak naprawdę strażnikiem, snobistycznym i bezczelnym, ale w gruncie rzeczy lubiącym swój zawód i karanie głupich przestępców. Za to Manzini jest dobrym czeladnikiem, który raczy nas błyskotliwymi dialogami, prostymi zdaniami o płatkach śniegu i nostalgii, która jest identyczna u wszystkich mężczyzn, którzy stracili swoją ukochaną, albo są na dobrej drodze, żeby ją na zawsze utracić.

Wymazane

W sobotni, bardzo wczesny poranek, skończyłem czytać „Wymazane” Michała Witkowskiego, a mgła za oknem nie zapowiadała dobrego dnia, a nawet dobrego weekendu. Na szczęście było ciepło. Właściwie powinienem skończyć tę książkę dużo wcześniej, ale lubiłem smakować kolejne strony, lubiłem wyławiać te zawahania talentu, martwe wody tej prozy, kryzysy i wykwity szaleństwa, kiedy „pióro” autora pędziło jak w transie.

Wnioski, które nasuwają się same, potwierdzają od jakiegoś czasu ugruntowujące się we mnie przekonanie, że Witkowski jakby stanął w miejscu i koła przednie jego literackiego talentu, ugrzęzły w bagnie, wywleczonym wprost z okolic Wymazanego. Coś lub ktoś powinien Michaśkę popchnąć, wytrącić z tego marazmu pisarskiego, gdzie jedynie wykwity talentu, gdzie eksplozje fragmentaryczne, przesłanki tylko, zapowiedzi, przedsmaki tego wszystkiego, czym ten mój ulubiony pisarz mógłby zaskoczyć nie tylko krytyków, którzy już wszystko i zawsze wiedzą, o czym będzie pisał, ale głównie fanów, wielbicieli, bezkrytycznych czytelników, dla których nowa proza autora „Drwala”, mogłaby przyprawić o palpitację serc swoją brawurą i jakąś wreszcie syntezą, jakimś dziełem, w którym jak w „Lubiewie”, moglibyśmy dopatrywać się przełomu, a nie jedynie grymasić nad powtarzalnością i przewidywalnością tej prozy, która sterczy jak te wymierające powoli luje na przystankach.

Studio_20171015_110241_resized

Historię Damiana Pięknego, Witkowski sobie pięknie wymarzył, wyśnił sobie te przygody pięknisia z zatęchłej mieściny, gdzieś na wschodzie, blisko granicy litewskiej.  Jedziemy z Suwałk do Wymazanego drogą E67, a tam tylko Szypliszki nam się zgadzają, a reszta to wyobraźnia, choć mapa może być dobrym natchnieniem dla rozbestwionego literata.  Jeziorki, Sadzawki, Szymanowizna, parking dla TIR-ów i Zajazd Graniczny Wamar ze sklepem Lewiatan. Nie ma Wymazanego bo i skąd? Zresztą kto w ogóle był w Suwałkach?

Mamy tu losy dwóch kobiet, niebezpiecznie nakładające się na siebie, jakby współczesność nie wystarczała, jakby opisywanie tego grajdołu ze swoją siermiężną rzeczywistością, stanowiło tylko przygrywkę do losów Alexis, bogaczki zakochanej w Damianie – narratorze, oraz jego babki, po nocach pracującej nad środkiem na porost włosów.

Jak już otworzymy ten tom w twardej oprawie, z  niepokojąco niebieską okładką, to warto przestudiować rysunki na początku i końcu książki, te dwa plany sytuacyjne, przedstawiające Wymazane, z całą „architekturą”, lokalizacją, żeby wiedzieć gdzie Las w Którym Rosną Same Trujaki, gdzie Dom Kultury i Wypoczynku, a gdzie parking, gdzie mieszkają Te Zza Rzeki,  a gdzie Alexis.

Damian Piękny, a Piękny to nie tylko jego nazwisko, ale i przypadłość, bo jest on rzeczywiście niezwykłej urody, więc Damian ma skrzywienie erotyczne w kierunku starych bab o ciałach grubych i porozciąganych, ze złotymi zębami i owłosionymi kroczami. Jak sam mówi piękna ma w sobie w nadmiarze, stąd potrzebuje „starości, rozkładu, babskiego rozchełstania, rozkokoszenia wschodniego, słowiańskiego”. Tenże Damian przedstawia nam swoją historię na tle Wymazanego, a historia jego to legenda i bajka z Baśni Andersena, tylko że z Happy Endem.

Witkowski zbudował miasteczko na skraju świata, społeczność zamkniętą ze swoimi legendami, plotkami, z Mańką Badziewie, Nawiedzonym Tesco, sklepikiem dla lujów, zakładem pogrzebowym Śmiertex i agencją towarzyską Venus.  Ten świat jest rzecz jasna przerysowany i komiczny, jest „badziewny” jak towary w sklepie dla lujów PPP, czyli piwo, papierosy, petardy, ale nie ma się wrażenia, że autor szydzi i wyśmiewa tę Polskę B, co ja mówię, Polskę D raczej albo i F, że te zbitki słowne, fajerwerki określeń, mają za zadanie ośmieszyć północno-wschodnie rubieże. Pisarz raczej z rozmiłowaniem wymyśla ten przaśny i prowincjonalny koncentrat, raczy nas i rozśmiesza a przecież talentu mu nie brakuje, bo jest starszym kuzynem Doroty Masłowskiej,  z tymi ich genami rodzinnymi, dzięki którym ta proza charakterystyczna jest i odróżniana z miejsca.

Jak Witkowski kocha lujów, tak samo kocha tę niższość, zapadłość wioskowo-małomiasteczkową, ubrania z Lidla i garnki z Biedronki. A czasem, jak go poniesie, to daje nam próbkę talentu, wymyślając np. historię meksykańską, w klimacie i duchu południowoamerykańskim, gdzie albańscy alfonsi, nieletnie dziwki, szamani handlujący wyjazdami na pustynię w celu ćpania peyotlu, kartele narkotykowe, szakale i szakalice gwałcące turystów oraz papugi chore na kiłę i zboczone jaszczurki. Lubię jak go ponosi, choć w gruncie rzeczy oddala nas to od uznania Michała Witkowskiego za pisarza wielkiego, jakiegoś Zagajewskiego w nim nie znajdziemy, ale przecież może by i warto poszukać, bo stać go przecież, ale kto by to wtedy czytał?

„Wymazane” zaspokoiło moje pragnienie prozy Witkowskiego, ale z drugiej strony pozostawiło niedosyt. Chciałbym czegoś więcej, choć sam nie wiem czego, chciałbym to jakoś uporządkować, nadać sens tej klechdzie suwalskiej, północno-wschodniej wersji Amicisa, zgrzebnej i bardzo polskiej Dynastii. Ten światek Wymazanego i Pięknego Damiana jest przerysowaną wersją rzeczywistości, ale też ma w sobie jakiś tragizm, jakąś nieokreśloną tęsknotę, filmową scenografię i scenariusz, w którym brak szczęśliwego zakończenia, ale też gdzie najlepszą wskazówkę możemy odnaleźć w słowach urzędniczki stanu cywilnego, która udzielając ślubu Damianowi Pięknemu oraz Alexis, mówi/myśli: „Czy ty Janino chcesz dzielić w dobrym i złym, z tym oto Damianem i przyjmujesz po mężu nazwisko Piękna, jak tak to super i kieliszek szampana, walc weselny, a jak nie, to kopa w dupę i wypierdalać.”