Kryminały Krzysztofa Bochusa.

Przyznam się, że pierwsza propozycja przeczytania kryminału Krzysztofa Bochusa, nie wywołała we mnie entuzjazmu. „Czarny manuskrypt” wydał mi się kolejną odsłoną heroicznych prób początkujących autorów, ażeby zaistnieć na rynku wydawniczym z kryminałem retro i pójść śladem sławy Marka Krajewskiego czy Marcina Wrońskiego. Tymczasem we wrześniu dostałem do ręki od razu dwa tomy przygód jasnowłosego policjanta i postanowiłem spróbować jak to smakuje. Na marginesie, wspominając tu Krajewskiego, protoplastę na naszym rynku sensacyjnych powieści retro, przychodzi mi do głowy konstatacja, że gdyby dziś pojawiła się książka Krajewskiego – debiutanta, zginęłaby w zalewie kryminałów, być może jedynie odnotowana, opisana przez niszowego blogera, szybko zapomniana i z pewnością sprzedana w o wiele mniejszej ilości niż najnowszy „Mock”.

Na pierwszy ogień wziąłem „Czarny manuskrypt” i z miejsca się zakochałem w stylu Bochusa: przejrzystym i umiejętnie prowadzącym czytelnika przez kolejne sceny, jakby autor dawno już zjadł zęby na opisach przygód morderców i ich ofiar. To jest podstawowa cecha dobrego kryminału, żeby nie zamącać umysłu zbędnymi opisami przyrody czy zainteresowań bohaterów, tylko jak u Chandlera, w prostych zdaniach wyjaśniać kolejność zdarzeń.

20171020_181634_resized

Bohater rysowany jest powoli, właściwie w pierwszej części jego przygód, nie dowiemy się zbyt wiele o jego życiu, podobnie jest z „Martwym błękitem”, gdzie kilka rzeczy się wyjaśni, ale autor zostawia sobie dużo przestrzeni na później, jakby odkrywanie przeszłości radcy kryminalnego Christiana Abella, przyciągać nas miało do kolejnych tomów.

A więc Abell: ma dosyć zalet, żeby z miejsca go polubić, zwłaszcza umiłowanie do porannych, zimnych pryszniców oraz pięknych kobiet. Jest wysokim blondynem, co zapewne przyda mu się w kolejnych latach, ponieważ spotykamy go po raz pierwszy w latach trzydziestych, kiedy to wygląd zaczął mieć szczególne znaczenie w ówczesnej Rzeszy niemieckiej.

Abell wraca do rodzinnego Kwidzyna, zesłany tam za jakieś grzechy, z ukochanego Gdańska, wspomina dawną miłość i nie wiadomo dlaczego, odrzuca ją po raz drugi. W opisach związków damsko-męskich Bochus jest wyjątkowo dosadny, zwłaszcza polecam scenę z atrakcyjną panią naczelnikową. Kobiety u autora „Martwego błękitu” zawsze wydają się nieprzeciętne, zawsze tajemnicze, czasem owiane jakąś perwersyjną woalką namiętności, a czasem zimne i mściwe. Jak w życiu.

W „Martwym błękicie” mamy tajemnicze śmierci w żydowskiej rodzinie, Kabałę, dzieła sztuki i niezdrową atmosferę faszystowskich harców. Dużo dowiemy się o żydowskiej religii i samym radcy kryminalnym, któremu towarzyszy wierny Kukulka.

Czarny manuskrypt” to seria śmierci młodych księży, a tropy wiodą Abella do krzyżackiego zamku w Malborku. Tutaj dowiemy się dużo o zakonie krzyżackim, bo przecież książki Bochusa to także doskonała skarbnica wiedzy, ale podanej bez zbędnych zawiłości, raczej dla podkreślenia atrakcyjności akcji, niż dla wykazania własnej erudycji autora.

Krzysztof Bochus wydał dwie książki w ciągu roku, więc aż boję się co czeka nas w najbliższych latach. Przykład Remigiusza Mroza pokazuje, że można zaszaleć w sposób niekontrolowany, ale patrząc na zdjęcie naszego autora, widzę jakieś podobieństwo do Andrzeja Stasiuka, więc jest nadzieja, że Pan Krzysztof z uwagą podejdzie do swojej twórczości, raczej przepijając sławę w gdańskich restauracjach, niż skupiając nad kolejną powieścią, czego mu serdecznie życzę, w oczekiwaniu na przygody jasnowłosego Christiana.

Za co kochamy Rocco Schiavone.

Druga przygoda z wicekwestorem Rocco Schiavone, przynosi tyle samo perwersyjnej radości, co wydana na początku roku „Czarna trasa”. Wicekwestor to nazwa stanowiska, którą nie każdy jest w stanie zapamiętać, poza tym brzmi dziwnie obco i sztucznie, dlatego większość rozmówców Schiavone nazywa go komisarzem, co wywołuje w nim umiarkowaną irytację, jakby zgadzał się z tym, że nazwanie go wicekwestorem jest wymysłem jakiegoś idioty z biurokracji rządowej.

A więc Rocco dalej siedzi w Aoście –  jakby ktoś nie wiedział gdzie to jest, to wystarczy spojrzeć na włoskiego buta – w lewym, górnym rogu jest mały region nazwany Doliną Aosty z 35 tysiącami mieszkańców i oczywiście z turystami, którzy zjeżdżają tam na nartach.  Jak już wiemy z pierwszej części o wicekwestorze, został on tam zesłany za karę. W „Żebrze Adama” dowiemy się już dlaczego tak się stało, a także nie musimy już fantazjować na temat jego żony Mariny, którą pochował na cmentarzu w Rzymie, ale z którą wciąż rozmawia. To nie jest ta część jego historii, w której poznamy przyczynę śmierci Mariny, ale domyślamy się, że Rocco zawinił i wyrzuty sumienia są gorsze niż spotkani na cmentarzu rodzice żony.

Zebro_Adama_okladka

Książka zaczyna się odnalezieniem zwłok, co nikogo nie dziwi, bo przecież to kryminał. Zdania pisane przez Manziniego nie wymagają większego skupiania się nad ich znaczeniem – to prosta opowieść, w żołnierskich dialogach skrzących się ironią i finezją, Rocco podsumowuje rzeczywistość. A więc trup wisi na żyrandolu, a ponieważ jest kobietą, to analizując dzisiejszą rzeczywistość, od razu domyślamy się wraz z wicekwestorem, że niekoniecznie powiesiła się sama, i że jakiś facet musiał maczać w tym palce.  No a kto nienawidzi kobiety  tak intensywnie, że jedynym rozwiązaniem jest morderstwo?

Tylko że nie byłoby zabawy, gdyby rozwiązanie podsuwało nam się samo, niczym miseczka z rybą w restauracji sushi. Skromna liczbą bohaterów, uczestnicząca wraz z Rocco w wydarzeniach, pozwala wyznaczyć mordercę, ale to niekoniecznie jest sednem tego kryminału. Manzini pokazuje nam problem, o którym ostatnio głośno, czyli prześladowanie i dręczenie kobiet, ich bezradność, uległość i obojętność prawa wobec sprawców, milczenie i przyzwolenie na sadyzm, molestowanie i obłudę, wynikającą z jakichś wartości, które niektórzy uważają za tradycyjne.

Kiedy białoruska sprzątaczka odnajdzie zwłoki, wplątamy się rodzinną aferę emigrancką, ze złodziejami, którzy mają wyjątkowego pecha, z paserem, który daje się podejść jak szczeniak – te poboczne wątki mają nas lekko zwieść, ale przecież nie byłoby zabawy, gdyby Rocco rozwiązał zagadkę w pierwszym dniu, dlatego kolejne rozdziały noszą nazwę dni tygodnia: zaczynamy w piątek, a już w czwartek wszystko się wyjaśni. Rocco ma doceniających go szefów, więc może sobie pozwalać na wiele, włącznie z wymierzaniem sprawiedliwości na własny rachunek – w tym celu musi nawet odwiedzić Rzym i oddać kilka strzałów z pistoletu. Oczywiście w obronie kobiet, w obronie ich godności i zdrowia. Są mężczyźni, którzy nie biją kobiet, a widok krzywdzonej i gwałconej dziewczyny, doprowadza ich do furii – takim jest Rocco, takimi jest większość z nas.

Czytanie Manziniego to duża przyjemność, zwłaszcza że można go czytać przy głośno włączonej muzyce i nie pogubimy się w rozpoznawaniu postaci, nie pomylą się nam nazwiska, nie stracimy wątku, wszystko zostanie nam podane na tacy. Włoskie opowieści kryminalne mają swój wdzięk, co można sprawdzić oglądając np. serial „Suburra”, o włoskiej mafii.

Rocco stracił swój Rzym, nie stracił żyjących tam przyjaciół, z którymi stąpa niekoniecznie po ścieżce prawa, ale na pewno po drodze wiodącej ku sprawiedliwości. Bo Rocco jest tak naprawdę strażnikiem, snobistycznym i bezczelnym, ale w gruncie rzeczy lubiącym swój zawód i karanie głupich przestępców. Za to Manzini jest dobrym czeladnikiem, który raczy nas błyskotliwymi dialogami, prostymi zdaniami o płatkach śniegu i nostalgii, która jest identyczna u wszystkich mężczyzn, którzy stracili swoją ukochaną, albo są na dobrej drodze, żeby ją na zawsze utracić.

Wymazane

W sobotni, bardzo wczesny poranek, skończyłem czytać „Wymazane” Michała Witkowskiego, a mgła za oknem nie zapowiadała dobrego dnia, a nawet dobrego weekendu. Na szczęście było ciepło. Właściwie powinienem skończyć tę książkę dużo wcześniej, ale lubiłem smakować kolejne strony, lubiłem wyławiać te zawahania talentu, martwe wody tej prozy, kryzysy i wykwity szaleństwa, kiedy „pióro” autora pędziło jak w transie.

Wnioski, które nasuwają się same, potwierdzają od jakiegoś czasu ugruntowujące się we mnie przekonanie, że Witkowski jakby stanął w miejscu i koła przednie jego literackiego talentu, ugrzęzły w bagnie, wywleczonym wprost z okolic Wymazanego. Coś lub ktoś powinien Michaśkę popchnąć, wytrącić z tego marazmu pisarskiego, gdzie jedynie wykwity talentu, gdzie eksplozje fragmentaryczne, przesłanki tylko, zapowiedzi, przedsmaki tego wszystkiego, czym ten mój ulubiony pisarz mógłby zaskoczyć nie tylko krytyków, którzy już wszystko i zawsze wiedzą, o czym będzie pisał, ale głównie fanów, wielbicieli, bezkrytycznych czytelników, dla których nowa proza autora „Drwala”, mogłaby przyprawić o palpitację serc swoją brawurą i jakąś wreszcie syntezą, jakimś dziełem, w którym jak w „Lubiewie”, moglibyśmy dopatrywać się przełomu, a nie jedynie grymasić nad powtarzalnością i przewidywalnością tej prozy, która sterczy jak te wymierające powoli luje na przystankach.

Studio_20171015_110241_resized

Historię Damiana Pięknego, Witkowski sobie pięknie wymarzył, wyśnił sobie te przygody pięknisia z zatęchłej mieściny, gdzieś na wschodzie, blisko granicy litewskiej.  Jedziemy z Suwałk do Wymazanego drogą E67, a tam tylko Szypliszki nam się zgadzają, a reszta to wyobraźnia, choć mapa może być dobrym natchnieniem dla rozbestwionego literata.  Jeziorki, Sadzawki, Szymanowizna, parking dla TIR-ów i Zajazd Graniczny Wamar ze sklepem Lewiatan. Nie ma Wymazanego bo i skąd? Zresztą kto w ogóle był w Suwałkach?

Mamy tu losy dwóch kobiet, niebezpiecznie nakładające się na siebie, jakby współczesność nie wystarczała, jakby opisywanie tego grajdołu ze swoją siermiężną rzeczywistością, stanowiło tylko przygrywkę do losów Alexis, bogaczki zakochanej w Damianie – narratorze, oraz jego babki, po nocach pracującej nad środkiem na porost włosów.

Jak już otworzymy ten tom w twardej oprawie, z  niepokojąco niebieską okładką, to warto przestudiować rysunki na początku i końcu książki, te dwa plany sytuacyjne, przedstawiające Wymazane, z całą „architekturą”, lokalizacją, żeby wiedzieć gdzie Las w Którym Rosną Same Trujaki, gdzie Dom Kultury i Wypoczynku, a gdzie parking, gdzie mieszkają Te Zza Rzeki,  a gdzie Alexis.

Damian Piękny, a Piękny to nie tylko jego nazwisko, ale i przypadłość, bo jest on rzeczywiście niezwykłej urody, więc Damian ma skrzywienie erotyczne w kierunku starych bab o ciałach grubych i porozciąganych, ze złotymi zębami i owłosionymi kroczami. Jak sam mówi piękna ma w sobie w nadmiarze, stąd potrzebuje „starości, rozkładu, babskiego rozchełstania, rozkokoszenia wschodniego, słowiańskiego”. Tenże Damian przedstawia nam swoją historię na tle Wymazanego, a historia jego to legenda i bajka z Baśni Andersena, tylko że z Happy Endem.

Witkowski zbudował miasteczko na skraju świata, społeczność zamkniętą ze swoimi legendami, plotkami, z Mańką Badziewie, Nawiedzonym Tesco, sklepikiem dla lujów, zakładem pogrzebowym Śmiertex i agencją towarzyską Venus.  Ten świat jest rzecz jasna przerysowany i komiczny, jest „badziewny” jak towary w sklepie dla lujów PPP, czyli piwo, papierosy, petardy, ale nie ma się wrażenia, że autor szydzi i wyśmiewa tę Polskę B, co ja mówię, Polskę D raczej albo i F, że te zbitki słowne, fajerwerki określeń, mają za zadanie ośmieszyć północno-wschodnie rubieże. Pisarz raczej z rozmiłowaniem wymyśla ten przaśny i prowincjonalny koncentrat, raczy nas i rozśmiesza a przecież talentu mu nie brakuje, bo jest starszym kuzynem Doroty Masłowskiej,  z tymi ich genami rodzinnymi, dzięki którym ta proza charakterystyczna jest i odróżniana z miejsca.

Jak Witkowski kocha lujów, tak samo kocha tę niższość, zapadłość wioskowo-małomiasteczkową, ubrania z Lidla i garnki z Biedronki. A czasem, jak go poniesie, to daje nam próbkę talentu, wymyślając np. historię meksykańską, w klimacie i duchu południowoamerykańskim, gdzie albańscy alfonsi, nieletnie dziwki, szamani handlujący wyjazdami na pustynię w celu ćpania peyotlu, kartele narkotykowe, szakale i szakalice gwałcące turystów oraz papugi chore na kiłę i zboczone jaszczurki. Lubię jak go ponosi, choć w gruncie rzeczy oddala nas to od uznania Michała Witkowskiego za pisarza wielkiego, jakiegoś Zagajewskiego w nim nie znajdziemy, ale przecież może by i warto poszukać, bo stać go przecież, ale kto by to wtedy czytał?

„Wymazane” zaspokoiło moje pragnienie prozy Witkowskiego, ale z drugiej strony pozostawiło niedosyt. Chciałbym czegoś więcej, choć sam nie wiem czego, chciałbym to jakoś uporządkować, nadać sens tej klechdzie suwalskiej, północno-wschodniej wersji Amicisa, zgrzebnej i bardzo polskiej Dynastii. Ten światek Wymazanego i Pięknego Damiana jest przerysowaną wersją rzeczywistości, ale też ma w sobie jakiś tragizm, jakąś nieokreśloną tęsknotę, filmową scenografię i scenariusz, w którym brak szczęśliwego zakończenia, ale też gdzie najlepszą wskazówkę możemy odnaleźć w słowach urzędniczki stanu cywilnego, która udzielając ślubu Damianowi Pięknemu oraz Alexis, mówi/myśli: „Czy ty Janino chcesz dzielić w dobrym i złym, z tym oto Damianem i przyjmujesz po mężu nazwisko Piękna, jak tak to super i kieliszek szampana, walc weselny, a jak nie, to kopa w dupę i wypierdalać.”

Pogromca grzeszników

Tomy trylogii Grzegorza Kalinowskiego efektownie prezentują się na półce, a tymczasem autor przygotował dla nas kolejną wyprawę w przeszłość. „Pogromca grzeszników” to pełnokrwisty kryminał, umiejscowiony oczywiście w przedwojennej Warszawie. Można go potraktować jako spin-offa do „Śmierci frajerom”, gdzie wyodrębniono przygody postaci drugoplanowych z trylogii, na plan pierwszy wynosząc aspiranta Kornela Strasburgera, usuwając w cień Heńka Wcisło.

Studio_20171015_105748_resized

Pracując nad „Śmierć frajerom” Kalinowski natknął się na słynną kiedyś sprawę pogromu na Żydach, potocznie zwaną alfons-pogromem. W 1905 roku bardzo silną pozycję w środowiskach żydowskich uzyskali sutenerzy. Na prostytucji bogacono się także w ten sposób, że wysyłano do Argentyny kobiety z Polski, a zajmowała się tym specjalnie powołana organizacja Cwi Migdal. Do dzisiaj w Buenos Aires słowo Polka, oznacza dziwkę. Sutenerzy współpracowali z carską policją i to oburzało przede wszystkim socjalistyczny Bund, więc pewnego dnia wybuchły zamieszki. Przez kilka dni demolowano burdele i mordowano prostytutki. Rosjanie wkroczyli dopiero wówczas, kiedy zrozumieli, że to sami Żydzi mordują się między sobą i że w ten sposób tracą informatorów rozlokowanych głównie wśród prostytutek

Grzegorz Kalinowski to człowiek orkiestra: nauczyciel historii, komentator sportowy, krytyk rockowy – zafascynowany Warszawą. W swoich książkach oddaje też hołd innym pisarzom, podobnie jak on rozkochanym w  swoich rodzinnych miastach: Markowi Krajewskiemu czy Marcinowi Wrońskiemu. W „Pogromcy grzeszników” mamy obok Strasburgera początkującego reportera Edwarda Gieza. Akcja toczy się 25 lat po masakrach na prostytutkach, Zamordowano ekskluzywną dziwkę: Gołdę Ejzenberg o pseudonimie Madame Gala. Podejrzanym jest słynny zapaśnik Goliat, teraz żydowski rzezimieszek. Pojawiają się oczywiście kolejne trupy, spod czerwonej latarni rzecz jasna.

„Grzegorz Kalinowski w „Pogromcy grzeszników” opisuje środowisko stołecznych policjantów i dziennikarzy oraz tworzy mapę przestępczego podziemia. Śledztwo toczy się przede wszystkim w dzielnicy żydowskiej oraz w szynkach i spelunkach warszawskiego Powiśla, Woli i Śródmieścia. Bohaterowie powieści zaglądają także do modnych lokali, w tym do słynnych kawiarni Lourse’a i Lardellego oraz do kabaretu Qui Pro Quo, w którym śpiewa szkolny kolega aspiranta Strasburgera, Mietek Fogiel (Mieczysław Fogg). W powieści pojawia się także postać legendarnego czempiona zapasów, Władysława Pytlasińskiego, który po zakończeniu kariery na macie wstąpił do policji i w randze komisarza szkolił funkcjonariuszy w walce wręcz. Grzegorz Kalinowski serwuje solidną dawkę adrenaliny i nieprzewidywalne zwroty akcji, a zaskakujący finał sprawi, że czytelnicy nie będą mogli się doczekać kolejnego dochodzenia, które poprowadzi dowcipny i ceniony przez swoich kolegów, ale niezbyt lubiany przez swych przełożonych policjant, Kornel Strasburger”

To powieść dla rozsmakowanych w dziejach stolicy Warszawiaków, ale nie tylko. Każdy kto lubi bogatą w treść, przesyconą folklorem miejskim, szczegółowo opisaną pracę, zarówno ówczesnego policjanta jak i dziennikarza brukowca, znajdzie coś dla siebie. Z  dużą dozą ironii ale i sympatii Kalinowski opisuje świat zaginiony, który zafascynował go na tyle, że spodziewajmy się kolejnych książek o przedwojennej Warszawie. A tymczasem „Pogromca grzeszników” od 25 października na półkach w księgarniach.

Ludzkie zoo.

Tradycyjnie w drugiej połowie roku, Marek Krajewski wydaje swój kryminał, którego nie można przeoczyć, nie można zignorować, bo jest jak nałóg papierosowy, nawracający i uciążliwy, bo choć chcielibyśmy rzucić, to jednak czy warto?

„Ludzkie  zoo” to ósma książka o Eberhardzie Mocku, a osiemnaście lat minęło od wydania „Śmierci w Breslau” –  wydaje się, że jeszcze tak niedawno widziałem Pana Marka, jak był atrakcją na uroczystości  związanej z inwestycją deweloperską, a tu już moja półka ugina się od przygód Popielskiego (tomów siedem) i Mocka (tomów osiem). Przewaga Mocka cieszy mnie podobnie jak awans naszych piłkarzy na mistrzostwa świata, ale niech te radości nie przysłonią mankamentów. Świat idealny nie istnieje, podobnie jak nie można stworzyć czegoś porównywalnego do klasy kryminałów Chandlera albo Simenona, które są jak wzór z Sevres pod Paryżem. Marek Krajewski próbuje i powiedzmy sobie szczerze, coraz lepiej mu idzie.

Najnowsza książka tego miłośnika Seneki i Marka Aureliusza, zabiera nas do Breslau roku 1914, gdzie trzydziestojednoletni Eberhard odbywa szkolenie wywiadowcze, a jednocześnie zastanawia się, czy związać się silniejszy węzłem z młodziutką sprzedawczynią ze sklepu z jedwabiami, słyszącą w nocy jakieś jęki, które tylko jej spać nie dają, w odróżnieniu od głuchej matki, której nic w nocy nie przeszkadza.

9788324049684

Spotykamy więc Mocka, w tym przepięknie napisanym początku historii, jak udaje się niespiesznie w odwiedziny do swojej Marii, po drodze wspominając wcześniejsze fascynacje erotyczne, a to uroczą fryzjereczkę, a to perwersyjną Charlottę Bloch von Bekessy. Wstępuje do kwiaciarni, od ślepego Żyda kupuje jabłka i postanawia się oświadczyć, bo nagle wydaje mu się, że życie to nie tylko przyjemności, ale i decyzje, które silny mężczyzna powinien umieć podejmować. Jak wiadomo z kolejnych lat życia Mocka, które poznawaliśmy mało chronologicznie, nic z tych deklaracji filozoficznych Mockowi nie wyszło.

Marek Krajewski potrafi w wyrafinowany sposób, prostymi zdaniami, bez zbędnych fajerwerków, wrzucić nas w klimat przedwojennego Wrocławia, a do tego opisując Mocka, ma jakąś lubieżną przyjemność, w epatowaniu nas jego zaletami i przywarami; a to rozpisuje się o jego butach, które muszą być najlepszego sortu, ale zazwyczaj uświnią się i ubłocą w trakcie przeróżnych eskapad, bijatyk czy upokorzeń, których Krajewski nie szczędzi swojemu Mockowi, a to z kolei dostajemy wykład o tym, co przychodzi policjantowi zjeść w podejrzanych szynkach i barach, gdzie zamiast niesmacznych potraw, serwuje się gorące serdelki o przyjemnie trzeszczącej skórce oraz sałatki ziemniaczane, dobrze doprawione octem.

Hedonista Mock wzbudza w nas zazdrość, bo tęsknimy do jego wyrafinowania i łapczywości nie tylko na dziwki, ale i na jedzenie i picie. W „Ludzkim zoo” przygody Mocka i jego determinacja w złapaniu organizatorów sprowadzania do Breslau mieszkańców Afryki, śledzimy z wypiekami na twarzy – akcja jest wciągająca, a Mock wystarczająco naiwny. Nie obejdzie się bez trupów, a i matka pięknej narzeczonej zginie śmiercią tragiczną. Mnożenie przeróżnych dewiacji i perwersji nie jest niczym nowym w książkach doktora nauk humanistycznych i filologa klasycznego – po to właśnie kupujemy te kryminały, żeby zaczerpnąć trochę tego zatęchłego powietrza, gdzie obrzydzenie miesza się z fascynacją, jak podczas obserwowania sekcji zwłok.

Jak zwykle Mock ma godnego przeciwnika, ale i równie oddanego sojusznika, wszystko sprawnie się toczy, aż do momentu, kiedy Mocka wysyłają do Afryki. Jak sam Pan Marek przyznał, nigdy tam nie był, a  o przedwojennej Afryce mógł jedynie poczytać. Przygody Mocka w południowej Nigerii czytałem nieuważnie, bo i prześlizgujemy się tam jedynie nad afrykańską rzeczywistością, gdzie tylko robactwo i pot. Ściganie się ze śmiercią, chorobami, pasożytami i owadami wypada blado, jeśli porównamy to do mrocznego Wrocławia, w którym to mieście Krajewski czuje się jak ryba w wodzie lub Krychowiak w West Bromwich Albion.

„Ludzkie zoo”, z jeszcze młodym, ale już w pełni ukształtowanym Mockiem, to jeden z lepszych kryminałów Marka Krajewskiego. Mock współczuje czarnoskórym, sprowadzanym do Europy w celach erotycznych, naukowych czy wystawowych, wzrusza go mała, afrykańska dziewczynka bardziej nawet, niż własna, nieszczęśliwa narzeczona. Ludzkie uczucia Mocka wiodą go w otchłanie piekielne, ale my i tak wiemy, że Mock przetrwa, że nauczy się czegoś, że nawiąże przyjaźnie ale i podpadnie przełożonym.

Nie da się nie lubić Mocka, bo choć jest hedonistą, to jednak nie można mu zarzucić niesprawiedliwości, rasizmu ani antysemityzmu; nie można też nie lubić Marka Krajewskiego, który z systematycznością, podobną do wykonującego rzuty karne Lewandowskiego, każdego roku, po trzy godziny trzydzieści minut dziennie, przez trzy miesiące w roku, pisze swoje powieści.  I oby tak dalej…

Nowość: „Ludzkie zoo do kupienia w Taniej Książce.

TK_male

Ragde po raz czwarty

Pół roku trwa już moja przygoda z czterema tomami norweskiej sagi Anne B. Ragde i zastanawiające nie jest może to, że losy jednej rodziny mogą nas wciągnąć zapalczywie w ich życie, ale raczej fakt upływu czasu, nieodwracalność zegara, bo przecież niedawno była wiosna i zachwyt nad pierwszym tomem, a teraz już wietrzna jesień i ostatni tom. A niektórym się wydaje, że mają jeszcze tyle czasu na podjęcie jakiejkolwiek decyzji, są niczym Torunn, która utkwiła w toksycznym układzie z facetem od giełdy i psów zaprzęgowych.  Ale o Torunn później…

O ile podczas czytania trzech pierwszych tomów, największą sympatią darzyłem niezwykłą parkę gejów, która szczęśliwie żyłą sobie z dala od trosk w Kopenhadze, to nagle zaczęli mnie oni jakoś irytować z tą swoją szczęśliwością.  Erlend i Krumme byli ikoną związku doskonałego, nigdy się nie kłócili, miłość wylewała się im wszystkimi porami, a chaotyczny Erlend zawsze otrzymywał ukojenie w ramionach grubawego Krumme. Do tego jeszcze umówili się z dwoma lesbijkami, że urodzą sobie dzieci i co wymyślili to zrobili. Teraz już mają własne dzieci, oczywiście inteligentne, ładne i grzeczne, czytają im bajeczki, a do tego jeszcze Krumme dziedziczy po zmarłym ojcu kupę szmalu, jakby dotąd czegokolwiek im brakowało. Naprawdę irytujące.

przebaczenie-na-zawsze-projekt

Margido, właściciel zakładu pogrzebowego, lekko odżył, wreszcie zrozumiał, że musi dostosować się do zmian cywilizacyjnych, a niespodziewana wizyta Torunn, odmieni z pewnością jego smutne i samotne życie.

Nasz ulubiony bohater, czyli niby ojciec, a naprawdę dziadek, wreszcie szczęśliwy w domu opieki, może czytać swoje książki o wojnie, wreszcie uwolniony od upokorzeń. Autorka jakby nie wiedziała co  nim zrobić, ale to właśnie on przekazuje Torunn prawdy o życiu, o przebaczeniu i doskonale go rozumiemy, że nie chce już nigdy wrócić do domu, w którym zaznał tyle złych emocji.

I wreszcie Torunn, która utknęła na pustkowiu z facetem, który od początku wydawał się z innej bajki, jakiś taki za bardzo bogaty, za bardzo przystojny… Torunn zamieszkała z nim z wygody, albo po to, żeby zapomnieć o tej traumie związanej z samobójstwem ojca i pracy przy świniach. A kiedy wreszcie od niego uciekła, okazało się, że facet nie robi scen, pozwala jej zabrać szczeniaka i jeszcze życzy powodzenia.

Torunn wraca do Neshov i wtedy dopiero zaczynamy ją rozumieć, ponieważ od początku było wiadomo, że ona musi tam wrócić. Zawsze z przyjemnością czytamy o tym, jak bohater musi sobie radzić z trudnościami, a jednocześnie staje przed wyzwaniem, o którym wiemy, że jest stworzone specjalnie dla niego. Torunn zaczyna odmieniać Neshov i budować tam coś kompletnie odmiennego, czym było przez lata. Kibicujemy jej w końcówce książki, szczęśliwi, że już nie dostajemy tych cukierkowatych opisów Erlenda, jak to emocjonuje się swoim życiem z kieliszkiem szampana w dłoni.

Czwarty tom sagi rodziny Neshov nic nie zamyka – wręcz odwrotnie, jest zapowiedzią kolejnych tomów. Ragde wypuściła go w 2016 roku i nie zdziwiłbym się, gdyby w przeciągu dwóch lat ukazał się tom piąty. Możliwości jest naprawdę wiele – Torunn pracuje z Margido, a po pierwszych zachwytach, zaczynają się schody. Geje pławią się w pieniądzach i skupiają na wychowaniu dzieci, ale Erlenda ciągnie do Neshov. No i trzeba dla Torunn znaleźć mężczyznę. Może sam napiszę kolejny tom – wydaje się, że ta saga jest ż przepełniona możliwościami i wystarczy tylko mieć talent Ragde i tak sprawne pióro. Niewątpliwie jej sukces bierze się z łatwości opisywania stanów ducha swoich bohaterów, wyobraźni, która podpowiada idealne rozwiązania, empatii i życzliwości. Ragde pokochała swoich bohaterów i bez trudu wchodzi w skórę przedsiębiorcy pogrzebowego, który nagle postanowił zdrowo się odżywiać.

Tytuł „Zawsze jest przebaczenie” brzmi lekko patetycznie, nie do końca wiemy kto komu ma przebaczyć – okropna Anna, która umarła w pierwszym tomie, została upamiętniona przez Torunn, która nadała jej imię swojemu psu, dziadek na pewno nikomu nie przebaczył, Erlend jest szczęśliwy, a Torunn chyba już dawno przebaczyła swojemu zagryzionemu przez własne świnie ojcu. Tak więc czekamy na jakieś nieszczęścia w kolejnych tomach  – z nadzieją, że Smak Słowa to szybko wyda.

Millennium tom 5

Kim jest dziewczyna z okładki piątego tomu Millennium? Chcecie nam wmówić, że tak mogłaby wyglądać Salander? Ładna buzia dziecka, delikatnie przesunięty obraz i efektownie rozmazane oczy – wszystkie te tricki doskonale zwiększają sprzedaż. Dużo napisów na okładce świadczy o tym, że dostajemy produkt komercyjny, dopracowany w taki sposób, żeby sprzedać miliony, setki milionów. Czy Stieg Larsson by to zaakceptował? Nieobecni nie mają racji, a pieniądze inkasuje rodzina i cała rzesza pośredników z Davidem Lagercrantzem na czele.

Larsson napisał dobre kryminały, może nie bardzo dobre, ale odnalazł swój styl i rodzaj opowiadania, którego Lagercrantz nie jest w stanie odtworzyć. Dostał jedynie wyraziste postaci z Lisbeth na czele i na tym próbuje budować swoje książki. Nie wiemy jak pisałby Larsson gdyby żył i czy w ogóle by pisał, ale znając jego poglądy, na pewno poruszałby drażliwe kwestie społeczne. Lagercrantz skupia się na opowiadaniu historii, na odtworzeniu losów Salander, jednocześnie usiłuje pokazać pewne szaleńcze machinacje naukowców, badaczy, eksperymentatorów, wszystkich tych dziwaków, którzy pod pretekstem nauki i postępu, krzywdzą ludzi w imię dobra ludzkości.

Studio_20171007_125121_resized

Salander siedzi w więzieniu, ale mało ją to przejmuje – mechaniką kwantową i teorią względności może zajmować się w wszędzie. Każdy chciałby być jak Lisbeth. Jest mądra i potrafi się bić. Potrafi też podporządkować sobie strażnika w więzieniu. Uwielbiamy czytać o takich herosach i prawdę mówiąc czytamy to z satysfakcją – tego nam potrzeba. Lisbeth, jakby tego wszystkiego było mało, zwróciła uwagę na prześladowaną przez więzienny gang muzułmankę Farię, osadzoną za zabicie brata. Po wizycie jej dawnego opiekuna Holgera Palmgrena, starca na wózku inwalidzkim, Salander zainteresowała się działalnością Rejestru Badań nad Genetyką i Środowiskiem w Uppsali oraz kobietą z ognistym znamieniem.

To dobrze się zaczyna, naprawdę z ciekawością śledzimy jak Salander rozprawia się z podłą Benito, a potem jest świetnie napisany fragment o śmierci Holgera. Pojawia się wreszcie czyste zło w postaci Rakel Greitz, doktor psychiatrii z ognistym znamieniem na szyi. Zło zawsze chce wyglądać doskonale i przy Rakel pojawiają się takie określenia jak: nieprawdopodobnie skuteczna, klinicznie czysta,  wyższy cel. Rakel ma siedemdziesiąt lat i umiera na raka żołądka. Nie żałujemy jej bo jest suką i złą kobietą. Pomaga jej oddany Benjamin i ta dwójka steruje losem wszystkich postaci w sposób niewiarygodny – to najmniej przekonujący wątek tej średniej książki kryminalnej – jak chora i cierpiąca kobieta ze swoim pomagierem, mogła tak bardzo zamieszać w akcji?

Blomkvist w tej odsłonie jest tłem, pojawia i znika, ale jest tylko dodatkiem do tajemnic Salander. Kiedy już wydaje nam się, że akcja zmierza w dobrym kierunku, pojawiają się bliźniaki: Dan Brody i Leo Mannheimer, rozdzielone w ramach eksperymentu, teraz znowu razem. W tej historii odnajdujemy własne zniecierpliwienie, niedowierzanie i trochę śmiechu, zwłaszcza w opisie usiłowania morderstwa, zakopywania zwłok oraz okoliczności, w których źli ludzie zostają wystrychnięci na dudka.

Lepiej zająć się losami Salander i odszukiwaniem w niej cieplejszych uczuć oraz wyjaśnieniem pochodzenia jej tatuażu ze smokiem na plecach. Sama Salander przemawia na pogrzebie Palmgrena i to już wydaje się sprzeczne z jej charakterem – prawdziwa Lisbeth Salander nigdy nie zmusiła by się do publicznego wystąpienia.

Rzeźba z kościoła Świętego Mikołaja w Sztokholmie stanie się niedługo miejscem pielgrzymek fanów Lisbeth. Kościół jest luterański i ma prawie siedemset lat, a rzeźba ze smokiem została wykonana w roku 1489 z drewna dębowego i rogów łosia. Postać kobiety ma wyobrażać dziewicę – jak interpretuje książka – dziwnie obojętną. Czyli to Salander, która w nagłym impulsie zwierza się Mikaelowi w jaki sposób smok wytatuowany na jej plecach pomaga jej w najtrudniejszych chwilach.  A  przemawiając w kościele nad trumną Palmgrena dopowiada resztę o smoku.

Może i jest to lekko mętne, ale warto się pochylić nad tymi ostatnimi słowami Lisbeth, które kończą książkę. Jeśli znajdzie się ktoś, kto rozbudzi w uciśnionych ogień, to zamiast zamienić ich w popiół, spowoduje, że wstaną i … oddadzą.

Można pozrzędzić na tę książkę, ale to nie powinno odebrać przyjemności czytania o tej już ikonicznej postaci literackiej jaką stała się Salander. Ofiara, która potrafi się zrewanżować. Ten mit jest coraz bardziej żywy, więc niech się mają na baczności, mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet.

Bestseller:Mężczyzna, który gonił swój cień„ do kupienia w Taniej Książce.

TK_male

Trzy dni i jedno życie.

Pierre Lemaitre jest autorem, którego książki mogę kupować w ciemno – czy jest to kryminalna przygoda komisarza Camille’a Verhoevena, czy powieść „Do zobaczenia w zaświatach”, czy właśnie wydana mini powieść, o skomplikowanym tytule: „Trzy dni i jedno życie”.  Lemaitre pisze prosto i przystępnie – nie zajmie nam  dużo czasu, poświęcimy  książce dwa wieczory, a może i jeden…

Wydawnictwo Muza wydaje teraz książki Lemiatre w nowej szacie graficznej. Na okładce znajdziemy wypalone zapałki i taki tekst „Zbrodnia i kara. Pokuta, która trwa całe życie”. Spodziewałem się kryminału i można powiedzieć, że zbrodnia otwiera książkę, ale nie jest zagadką kto zabił, ponieważ towarzyszymy mordercy od samego początku, Młodzieńczy wybryk odbija swoje piętno na całym życiu bohatera.

Trzy_dni_i_jedno_życie_okładka

Mieszkańcy niewielkiego francuskiego miasteczka żyją niespiesznie, pogrążeni w rutynie. Kiedy sześcioletni Rémy znika bez śladu, mnożą się plotki i podejrzenia. Prawdę zna tylko dwunastoletni Antoine, który pod wpływem emocji dopuścił się zbrodni. To niezamierzone przestępstwo kładzie się cieniem na całym życiu bohatera. Odtąd już nigdy nie zazna spokoju i poświęci wszystko, by jego czyn nie wyszedł na jaw. Kto ostatecznie odpowie za śmierć dziecka? Czy morderca może być również ofiarą?

Przyznam się teraz do rozczarowania, ponieważ Lemaitre nie przekonał mnie do końca. Bohater marnuje sobie życie zabijając, ale sama zbrodnia nie odcisnęła na nim tak dużego piętna, jak strach przed jej wykryciem. Antoine funkcjonuje w miarę normalnie, studiuje, zakochuje się, planuje ślub. Po 12 latach odnajdują się zwłoki dziecka, a bohater boi się, że przy okazji odnajdą się również ślady jego DNA, co może uczynić z niego głównego podejrzanego. A przecież bawił się z zamordowanym, spotykał z nim, więc czyż trudno będzie wykazać, że takie ślady nie mają w tym przypadku żadnego znaczenia? Strach Antoine’a jest irracjonalny, poświęca miłość i przyszłość dla świętego spokoju, grzęźnie w tym małomiasteczkowym bagnie którego tak nie znosił.  A do tego sam finał, przyznajmy – zaskakujący, nie robi szczególnego wrażenia. Przez całą książkę nie uda nam się polubić mordercy, a czytając nie kibicujemy jego poczynaniom. Miałem cichą nadzieję, że w końcu wszyscy się domyślą, że to on zabił.

Lemaitre napisał lekko rozwlekłą powieść, jakby na kolanie, przy okazji. Oczywiście to się dobrze czyta, ale trochę się przy tym niecierpliwiłem. A może po prostu nadchodząca jesień osłabiła przyjemność czytania, zwłaszcza, że już od dawna tęsknię za kolejnymi przygodami karłowatego komisarza Verhoevena, który zapewne znowu się zakocha i znowu będzie cierpiał, a jego niski wzrost przypomni nie tylko mnie, jak szkodliwe jest palenie papierosów.

Gombrowicz. Ja, geniusz.

Moje przygody z Gombrowiczem pokręcone. Kiedyś usiłowałem pisać jak on, ale to nic szczególnego – pisałem już jak Kafka, Schulz, usiłowałem jak Nabokov.  Dawno nie zaglądałem do jego książek, może czasem przerzucałem Dziennik, ale niecierpliwie. „Kronos” odebrałem jako tragiczny wykwit, zbyt osobisty i wstrząsający, żeby komentować.  Filmy na podstawie jego książek – nieudane. Teatr bardziej się zasłużył – widziałem na żywo wybitną realizację „Pornografii” Teatru Ateneum, z Jerzym Kamasem jako Fryderykiem. Ale ten Gombrowicz był wciąż na marginesie, był jedynie zamknięty w jedną książkę, w Ferdydurke i może w Transatlantyk, który czasem puszczałem sobie w aucie jako audiobook, był też  dziewięcioma tomami czarno-białego wydania jego Dzieł z roku 1986, jeszcze ocenzurowanych, które zawsze stały u mnie na głównej półce. Gombrowicz był zawsze obok Schulza i Witkacego, w awangardzie, ale nie ujęty całościowo, nie przemyślany do końca, dziwaczny raczej niż wielki, oryginalny prędzej niż ukochany.

gombrowicz-ja-geniusz-tom-1-2-w-iext49973235

Klementyna Suchanow podała mi Gombrowicza w całości, podała jako człowieka i artystę, na szczęście bez interpretacji jego dzieł, jak to ostatnio miało miejsce i z Prusem i z Lemem. „Ja, geniusz” jest bez wątpienia moją książką roku 2017, od której nie mogłem się oderwać, a której bohater stał mi się wyjątkowo bliski. Autorka podeszła do Gombrowicza z wyjątkową delikatnością ale i skrupulatnością. Widać, że go lubi jako człowieka, jednocześnie obnażając jego przywary, fobie i niechęci. Gombrowicz to artysta bezkompromisowy i „pełną gębą”, to człowiek wielu póz, zamknięty w sobie wrażliwiec, pozer i prowokator. Po lekturze biografii Suchanow nie można go nie polubić, ponieważ krystalizuje się w nas takie poczucie sympatii i współczucia, że staje się nam bardzo bliski. I chyba o to zawsze w każdej biografii chodzi, żeby na koniec czytelnik mógł sobie powiedzieć, że oto już wiem kim tak naprawdę byłeś bohaterze.

Krzysztof Varga w Duzym Formacie napisał laurkę tej książki, a dosyć tendencyjnie czepiał się jej Marcin Sendecki w „Książkach”. Suchanow rozpędza się w swoim pisaniu o Gombrowiczu powoli, próbuje zestawić jego losy z urodzonym w tydzień po Witoldzie carewiczem Aleksym, ale na szczęście szybko porzuca te analogie. Witold jest trochę maminsynkiem, a coraz bardziej buntownikiem, fascynują go sytuacje kontrowersyjne i pozostanie temu wierny do końca swojego życia. Już za młodu uchodzi za dziwaka, niewyrobiony towarzysko, zawsze na marginesie, pełen kompleksów.

Przedwojenne losy Witolda to walka o indywidualizm, to początki jego „egzystencjalizmu”, na długo przed Sartrem, to pierwsze wydania „Pamiętnika z okresu dojrzewania” oraz „Ferdydurke”, przyjaźń z Schulzem, zawirowania erotyczne, warszawskie kawiarnie…

Cała masa szczegółów, oddany klimat czasów, nazwiska i lokalizacje, czuje się zapach Warszawy lat trzydziestych, anegdoty i skrupulatne analizy, nawiązania do dzieł innych pisarzy, przyjaźnie i znajomości – ta historia wciąga czytelnika podstępnie, bo Witold staje się Gombrowiczem-pisarzem, znajduje sobie miejsce w rzeczywistości, która nagle wyrzuca go w kosmos, ponieważ wybucha wojna. Wojna, którą przewidział, jak podaje Herling-Grudziński, z sybilliczną dokładnością, przedstawiając Polskę pokonaną równocześnie przez dwóch wrogów.

Kogo Gombrowicz kochał i czy był zdolny do takiego uczucia, które przetrwałoby erotyczną fascynację? Przygody erotyczne, bo przecież nie miłosne, to wątki przewijające się przez całe życie pisarza, i nie są to historie banalne, raczej nieustanna adrenalina w pogoni za żądzą, aż nie chce się wierzyć, że ten intelektualista, tak bardzo opętany przez „parobków”, „młodość”, „niewinność”, nigdy nie skompromitował się poważnie, poza kiłą, którą nabawił się w Wiedniu, czy jakimś przypadkowym aresztowaniem za nieobyczajne kontakty w Argentynie. Jeden z jego kolegów, Ricardo Vitela, określił jego styl zadawania się z kobietami jako nachalny, czyli jak wspominał „natychmiast przechodził do rzeczy”.

Stosunek Gombrowicza do własnej twórczości odzwierciedlają uwagi do pisanego w Argentynie „Ślubu”: „Czyż jednak parodiując genialność, nie dałoby się przemycić odrobinę własnej genialności?”. Razi go ten patriotyzm w stylu Mickiewicza, ckliwość, tęsknota a’la Pan Tadeusz, a jako kurację poleca śmiech: „trzeba bezczelnie roześmiać się w nos tragedii”. Czytamy to wszystko, co przecież wiemy od lat o Gombrowiczu, o jego dystansie do własnej drugorzędności, o tym jak pragnął tę całą pierwszorzędność zmusić do uznania swojej genialności i widzimy jak heroiczna to była walka i jak z góry musiała być przegrana.

Nigdy nie deklarował swoich poglądów politycznych, nie podpisał deklaracji w sprawie Miłosza, wolał zostać „sam jak palec, póki to nie będzie karane więzieniem”, określał wtedy siebie jako biednego i szalonego, ciężko dotkniętego zupełną niepoczytalnością, ultra-pokątnego Gombrowicza. Kiedy staje się kandydatem do Nobla, akcja polskich służb oraz raporty Swinarskiej przekreślają tę szansę, a do tego wszystko to rujnuje jego zdrowie i bezpowrotnie zamyka drogę powrotu do Polski.

Żal było kończyć tę książkę, bo i życie bohatera dobiegło końca. Dokładnie opisane ostatnie chwile pisarza, wzbudzają irracjonalny protest, że przecież nie musiało być wówczas tak gorąco i że dzisiaj dałoby się Gombrowicza uratować, a może wystarczyło go przetransportować do szpitala, a może lekarz był nieudacznikiem. Bo ta historia mogłaby się potoczyć dalej, dostalibyśmy jeszcze co najmniej pół trzeciego tomu, a Suchanow na pewno opisałaby to z należytą uwagą.

Dziś Gombrowicz i jego poglądy na Polskę wydają się nabierać szczególnego znaczenia. Politycy go chyba nie czytają, zwłaszcza ci z tej prawej strony, nie wyrażający zbytniej estymy dla literatury, nie obdarzeni smakiem i wyczuciem, pogrążeni w polskości, która zagrzebała się w skrajnym patriotyzmie. „Ja, geniusz” stanie się wydarzeniem literackim, bo nie było dotąd prawdziwej biografii Witolda Gombrowicza, nie było tak dobrej książki o pisarzu, który mawiał: „Kocha się swoją ojczyznę, tak, kocha się ją od dziecka, ale istnieje także inna miłość, bardziej złożona, która wiąże nas z krajem, jaki spotkaliśmy już w wieku dojrzałym, w jaki musieliśmy się wdzierać z trudem, krok po kroku, niczym we wrogi i splątany las”. 

Książka ukaże się 27 września w Wydawnictwie Czarne

logo-cd1f9656b3c26a765b2c4e1115b9aa10fc94df9af32dc92c583146acb7bae452 (1)

Ten przeklęty Murakami

Jak co roku o tej porze, miłośnicy japońskiego pisarza, z niecierpliwością czekają na wyrok Akademii Szwedzkiej. Czy bardzo wysoko notowany Murakami odbierze nagrodę za wybitną pracę na rzecz idealistycznych tendencji? Nie zdziwiłbym się wcale, znając nieprzewidywalność szwedzkich wyroków. Japońskim noblistą po raz ostatni został Kenzaburō Ōe w roku 1994, a wcześniej Yasunari Kawabata w roku 1968. Zapewne Murakami ma wielu zwolenników, ale również całe morze przeciwników i malkontentów; to autor potrafiący uwieść mniej wyrobionych czytelników, czytany również przez ciekawskich, do których się zaliczam, od czasu, kiedy zafascynował mnie początkiem 1Q84, pierwszego tomu tej dziwacznej serii.

Zawod powiesciopisarz okladka_front

„Zawód powieściopisarz” to zbiór tekstów, pisanych na przestrzeni kilku lat i odkładanych do szuflady z myślą o publikacji „może kiedyś”, czyli jeśli nadarzy się okazja, a taka przydarzyła się, kiedy redaktor czasopisma „Monkey” zaproponował japońskiemu pisarzowi współpracę. A więc sześć pierwszych tekstów umieszczono w kolejnych wydaniach gazety, Sam Murakami nieustannie podkreśla, że jest zupełnie zwyczajnym człowiekiem, obdarzonym jakimś tam talentem literackim, człowiekiem, na którego nikt nie zwraca uwagi, kiedy np. idzie ulicą. Takie wyznania z miejsca wydają mi się podejrzane, ponieważ wyglądają jak usprawiedliwianie się przed tymi, którzy będą wytykać autorowi brak profesjonalizmu, oraz słabość jego pisarstwa.

A prawda zapewne leży po środku. Murakami wciąż przypomina jak to się stało, że został pisarzem, zanudza nas tymi opowieściami jak to w pewne kwietniowe popołudnie 1978 roku poszedł na mecz baseballowy i po odbiciu piłki przez zawodnika oraz oklaskach widzów, poczuł w sobie pisarski zew. Objawienie, które go dopadło zadecydowało o całym jego życiu. Przyjemna historyjka – prawda? Po objawieniu, oczywiście następuje faza realizacji, więc Haruki wsiada w pociąg i jedzie do Shinjuku, gdzie w sklepie papierniczym kupuje wieczne pióro i liniowany papier, a późnym wieczorem siada za stołem i zaczyna pisać powieść.

I takie to są te eseje Murakamiego, który karmi nas prawdami uniwersalnymi, które dobrze znamy, okraszając je własnymi przemyśleniami i co najciekawsze w tej książce, wydarzeniami z własnego życia oraz historyjkami o pisarzach, Hemingwayu, Kafce czy Joyce. Już same tytuły esejów wzbudzają w nas nieufność a jednocześnie przyciągają jakąś podświadomą siłą, dzięki której pytanie: „Czy pisarze są z natury tolerancyjni” staje się nagle podstępnie dla nas ważne. A co nas to obchodzi właściwie? Czytamy ten tekst z lekkim niesmakiem, ale z drugiej strony poznajemy Murakamiego z jego wątpliwościami na własny temat, z tymi dylematami i pytaniami, które każdy sobie zadaje: czy jestem naprawdę dobry w tym co robię?

W rozdziale „O oryginalności” Murakami pisze o tym, jak jeden z krytyków nazwał go „oszustem matrymonialnym”, ponieważ nie mając żadnej treści do przekazania, nabiera czytelników. I coś w tym stwierdzeniu jest, bo niejeden dał się uwieść tej prozie, która nagle wyprowadza go z równowagi swoją niedorzeczną treścią, obiecując coś, czego nie udaje się znaleźć. Murakami dochodzi do wniosku, że nazwanie go oszustem jest komplementem, ponieważ pisarz jest w jakimś sensie iluzjonistą, który ma wciągnąć czytelnika w swoją zabawę. Zapomina jednak o tym, że w finale powinno czuć się satysfakcję, a nie rozczarowanie.

A jednak  polubiłem Harukiego przez lata zaglądając do jego książek. Minął już ten okres, kiedy rozwścieczony zawodem, który przyniosła mi mitycznie zaczynająca się 1Q84, wystawiłem ją na Allegro za kilka złotych, a więc minął ten czas, po którym musiałem zrozumieć, że Murakami jest po prostu sobą, że pisze bo lubi, że każdy ma do tego prawo i że czasem warto do niego zajrzeć, ponieważ ta proza może przynieść jakiś rodzaj ukojenia, a pozorna prostota, w zależności od interpretacji, wyda nam się metafizyczną odskocznią.

Po napisaniu „Słuchaj pieśni wiatru” kolega z lat licealnych powiedział mu, że to co napisał jest takim byle co, że i on byłby w stanie to napisać. To uczucie nie obce jest każdemu, kto czyta jakąś książkę i myśli, że to łatwizna, wystarczy tylko usiąść i tworzyć. Proszę bardzo, siadajcie już dziś, może i Wy będziecie kandydatami do Nobla.