Czarna wdowa. Daniel Silva

Określenie „czarne wdowy” pojawiło się w związku z zamachami terrorystycznymi, dokonywanymi przez ubrane na czarno, czeczeńskie kobiety, które w samobójczej misji mściły się za śmierć swoich mężów lub dzieci. Ta zasada krwawej zemsty bardzo mocno obecna jest wśród ludów kaukaskich – rodziny zabitych, często uważają za swój obowiązek ich pomścić. Ludzie nie mają zaufania do państwa, więc rzadko oddają sprawę w ręce organów ścigania. Określenie „czarne wdowy” pochodzi od długich czarnych sukni, jakie noszą terrorystki podczas zamachów, na przykład w moskiewskim teatrze Nord-Ost na Dubrowce, czy masakrze zakładników w szkole podstawowej w Biesłanie we wrześniu 2004r. kiedy zginęło 344 osób, w tym 186 dzieci. „Czarne wdowy” prawdopodobnie stały również za eksplozjami, które doprowadziły do katastrof dwóch rosyjskich samolotów w 2004 r. oraz za zamachem w moskiewskim metrze.

Głośno było też ostatnio o tzw. „białej wdowie”. Samantha Lewthwaite, której mąż zdetonował bombę w 2005 roku w Londynie, podobno stała za zamachem na londyńskie metro i centrum handlowe Westgate w Nairobi. Rosjanie twierdzą, że zastrzelili ją na Ukrainie.

Wiemy już skąd Daniel Silva zaczerpnął  tytuł swojej książki, dając jednoznaczną wskazówkę, że będziemy czytać o kobietach samobójczyniach. Zaczynamy  od zamachu, w którym ginie Hannah Weinberg, dyrektorka Ośrodka Studiów nad Antysemityzmem, co daje nam też okazję do poznania losów zaginionego obrazu Van Gogha, powiązanego z jego konserwatorem, którego prawdziwym zajęciem jest zwalczanie terroryzmu skierowanego przeciwko narodowi Izraela.

564937-352x500

Gabriel Allon, legendarny agent izraelskich służb specjalnych, jest bohaterem kilkunastu książek Silvy. Tym razem ma zostać szefem Biura, ale na razie czeka go ostatnia misja, czyli odnalezienie i zlikwidowanie Saladyna, terrorysty, który organizuje krwawe zamachy. Do tego celu Gabriel werbuje młodą lekarkę Natalie Mizrahi, która ma za zadanie zinfiltrować najbliższe otoczenie sprawców zamachu.

Z jednej strony Silva porusza się z niebywałą sprawnością pośród niuansów związanych z działaniem wywiadów, grup terrorystycznych, ISIS, problemów Dalekiego Wschodu, całej tej profesjonalnej otoczki, związanej ze wzajemnymi kontaktami służb, koordynacjami akcji, zna terminologię, struktury, powiązania – może też konfabulować, wymyślać, zwodzić nas pozorami wiarygodności, co dostrzegą jedynie specjaliści  - dla nas, pospolitych czytelników, wszystkie te informację mają za zadanie przydać autentyczności opowiadanej historii. I to się udaje, podziwiamy tę sprawność, choć może czasem dostajemy tego za dużo, ze szkodą dla pogłębienia psychologicznego postaci, które opisywane są bardzo poprawnie, ale głównie przez dialogi i krótkie scenki rodzajowe.

Idealna książka szpiegowska na wakacje i choć przesycona goryczą porażki, zabije dostatecznie nudę wylegiwania się na plaży, czy pozwoli zapomnieć o zaduchu w zatłoczonym przedziale. Opisywana przez Silvę historia pokazuje niestety bezradność, brak koordynacji służb i ich nieskuteczność, ponieważ pomimo umocowania w strukturach ISIS, agentki, dochodzi do krwawych zamachów w USA, w czasie wizyty prezydenta Francji. Saladyn okazuje się lepszy graczem od wywiadów kilku państw, ale nie chce mi się wierzyć, że w obliczu zagrożenia atakiem oraz rozpoznania terrorysty, służby nie uczyniły nic, żeby temu zapobiec, choć monitorowały sytuację dostatecznie skutecznie, żeby móc zlikwidować chociaż część zagrożeń.

Książka daje nam niezłą rozrywkę, śledzimy losy bohaterki wnikamy w niuanse pracy służb, gdzieś tam rodzi się miłość pięknej żydówki i Rosjanina, ale talentowi Silvy jakby czegoś brakowało, jakby skupił się jedynie na powierzchni wydarzeń, jakby nie uchwycił tej struny, dzięki której powieść mogłaby zagrać o wiele silniej na uczuciach czytelników. Zapewne dlatego książki Silvy będą jedynie sprawnie podanymi historiami „wagonowymi”, a przecież mogłyby się stać klasykami gatunku.

Strona książki: Czarna wdowa.

Prus.Śledztwo biograficzne.

Ugrzązłem w biografiach. Po Haliku przeczytałem, mającą ukazać się w sierpniu biografię Lema, Orlińskiego, przy okazji, trochę z doskoku, czytam Makuszyńskiego, Urbanka, smakuję świetną, i z pewnością zapowiadającą się jako literackie wydarzenie jesieni, biografię Gombrowicza, Klementyny Suchanow, a Wanda Rutkiewicz czeka na półce zniecierpliwiona, ale sobotnie poranki są dla Głowackiego.

„Prus”. Śledztwo biograficzne”, to masywna, ciężka, w twardej okładce cegła, książka niewygodna w podróży, wakacyjnie nieporęczna, za to w zaciszu domowym sprawdza się bardzo dobrze, daje poczucie lekko podręcznikowej estymy, a jednocześnie wciąga swoją narracją. Monika Piątkowska podała nam Prusa na tacy, z odciętą głową, wypatroszonego, z jego fobiami i kochankami, z dogłębną analizą twórczości i analogiami do życia wewnętrznego i zewnętrznego autora „Lalki”.

Od zawsze prześladuje mnie przekonanie, że powinienem znać życie naszych bohaterów narodowych, jakoś tak patriotycznie dopada mnie czasem myśl, że jakże mało wiem o Mickiewiczu, Skłodowskiej czy Chopinie, zupełnie irracjonalny wyrzut sumienia, a jednak mnie to gryzie. Czytanie o miłostkach Żeromskiego w jego Dziennikach, dostarczyło mi kiedyś nie lada przyjemności, rozgryzanie Iwaszkiewicza stało się nieomal pasją, dlatego „śledztwo”, co już brzmi zagadkowo, na temat życia Prusa, wywołało niezdrowy dreszcz fascynacji. Przecież ten nobliwy staruszek z lektur szkolnych, ze zdjęć na ścianach w niewietrzonych klasach podstawówki, ten pomnikowy autor nowelek, które z obrzydzeniem musieliśmy czytać w zamierzchłych czasach, wydawał się doskonała ofiarą, której losy musiały rozbudzić chorobliwą ciekawość.

Studio_20170722_124142_resized

Piątkowska podaje nam Prusa poprzez jego dzieła, a jednocześnie przekopała się przez tony opracowań, wątków pobocznych, historycznych niuansów, a także rękopisów notatek pisanych kompulsywnie przez pisarza, który dokładnie analizował i opisywał swoje stany ducha. Kiedy rozpoczynamy podróż z Aleksandrem, kiedy poznajemy jego dzieciństwo i młodość, pomnikowy Bolesław Prus zaczyna nabierać niespodziewanych kolorów. Już okoliczności jego narodzin, a potem przerzucanie młodego Olka pod opiekę rodziny, jego niesubordynacje, lenistwo, a jednocześnie zdolności, zapał do wygłupów i zjednywanie sobie przyjaciół, ambicja połączona z wrażliwością, napady furii i apopleksji, emocjonalność – wszystko to złożyło się potem na skomplikowany i depresyjny charakter dojrzałego pisarza.

Na jego życiu zaważył również epizod z roku 1863, kiedy nastoletni Aleksander dołączył do leśnego oddziału powstańczego, gdzie poznał okrucieństwo, śmierć i brutalność wojny, co z pewnością przyczyniło się do serii późniejszych załamań nerwowych. Bo Prus przez całe życie cierpiał na stany depresyjne, uchodził za dziwaka, miał napady lęku zupełnie irracjonalnego, nie znosił podróżować, zamykał na długie minuty oczy, przejeżdżając pociągiem przez miejsca, które uważał za niebezpieczne, omijał budynki z krętymi schodami – wiele tych jego fobii skazywało go na opinię osoby szalonej, dziwaka opętanego strachem.

Piątkowska mozolnie podaje nam interpretacje tego życia poprzez twórczość i zapewne za to obrywa od czytelników i recenzentów, że przecież nie można do końca utożsamiać dzieła literackiego z życiem autora, o czym pisał już z zacietrzewieniem Witkacy. Ile w prozie jest autora wie jedynie twórca, a ci, którzy piszą, wiedzą doskonale, że każda historia da się przekształcić w zupełnie nie przystającą do rzeczywistości opowieść – a jednak jakieś ślady prawdy można wytropić, czy jednak powinno się je podawać jako przyczynki do biografii?

Trochę współczuje autorce, że musiała przedzierać się ponownie przez „Antka”, „Sierocą dolę”, liczne nowele, listy, Notatki z podróży, itd., a z drugiej strony czytanie „Lalki” i tropienie w losach Wokulskiego i Rzeckiego samego autora, może dać satysfakcję odkrywcy. O ile nie czyta się dziś Prusa powszechnie, nie wraca do „Emancypantek”, może w młodości do „Faraona”, to przecież „Lalka”, to dla wielu najlepsza polska powieść wszechczasów i z tym stwierdzeniem należy się zgodzić.

W końcówce XIX wieku błyszczy sława Sienkiewicza, z którym Prus jakoś tam rywalizuje, ale popularność Sienkiewicza jest niepodważalna, zarabia wielokrotnie lepiej niż wciąż narzekający na brak pieniędzy Aleksander, ale to dziś „Lalka” jest arcydziełem, gdy tymczasem po gombrowiczowsku można napisać, że Trylogia jest pierwszorzędną literatura drugorzędową, a Qvo Vadis to czytanka dla gawiedzi. Młody gruźlik Żeromski stawia swoje pierwsze kroki wspierany przez Prusa, który załatwia mu pracę w Szwajcarii, a przecież autor „Faraona” podkochiwał się w Oktawii, przyszłej żonie Żeromskiego. Początkowy podziw Żeromskiego dla Prusa z czasem przemieni się w niechęć, ale czy obecność w życiu literackim tych trzech mastodontów polskiej literatury nie może wzbudzać w nas zazdrości?

Lęki Prusa wypełniają drugą połowę książki, obficie jesteśmy raczeni jego fobiami i „wyskokami”, a jednocześnie widzimy, jak te lęki są pokonywane, głównie przez poczucie humoru i dowcip pisarza. Notoryczną depresję zwalczał jak tylko mógł, zmagał się codziennie z przedwczesną starością i jak niektórzy analizujący jego stany podkreślają, zabijał go wewnętrzny konflikt między dwoma osobowościami, czyli tym kim był naprawdę i tym, kim chciał być. Napady paniki dotyczyły sytuacji niespodziewanych, dlatego niczym Ignacy Rzecki, nie potrafił zdobyć się na podróżowanie, a jeśli już wyjechał w swoją czteromiesięczną podróż po Europie, cierpiał niewyobrażalne katusze.

Na początku XX wieku ugruntował się ten stateczny model postaci Bolesława Prusa, łagodnego staruszka, skromnego pisarza, dobrotliwego pana, sypiącego cukierki podczas przechadzek w Nałęczowie. A tymczasem …

A tymczasem nasz schorowany dziadunio zmajstrował nieślubnego potomka. To wydarzenie w jakiś sposób pokazuje Prusa mało pomnikowego, cielesnego i co podkreśla autorka, człowieka, który zmagając się z własną cielesnością, również potrafił notować swoje doznania erotyczne. A syn,  Jan Bogusz Sacewicz zginął w obozie jenieckim w Lubece i oczywiście wiedział kto jest jego ojcem – jako pięciolatek szedł w kondukcie żałobnym swojego ojca.

Prus z książki Piątkowskiej jest postacią niejednoznaczną, wiecznie cierpiącym na swoje fobie, które dziś zapewne moglibyśmy złagodzić, ale czy wówczas powstałaby „Lalka”? Gruby tom biografii podaje nam pisarza odsłoniętego, obnażonego w swoich słabościach, a jednocześnie, chyba jak każda biografia, przybliża w sposób jak najbardziej subiektywny, bo przecież nigdy nie dowiemy się do końca, czy w Prusie więcej Wokulskiego czy Rzeckiego.

TK_male

Książka:„Prus. Śledztwo biograficzne” do kupienia w Taniej Książce.

„Wiara”, nadzieja i jeszcze nie miłość Kańtoch.

Kiedyś już pisałem o Kańtoch i był to tekst przepełniony sympatią, bardziej może do jej osobowości, przewidywalnej skromności, może urody a może trochę do talentu, choć operował on w sferach powieści fantasy, przeze mnie o ile nie pogardzanych, to prędzej ignorowanych.

Aż tu nagle wyskoczyła „Łaska a po niej zaraz „Wiara”. Nieufnie reagowałem, ale nazwisko Kańtoch, zarażone wcześniejszą sympatią, pozwalało sądzić, że może kryminalna przygoda czarnowłosej Anny nie będzie kompromitacją. Postanowiłem przeczekać „Łaskę”, o której pisano dobrze, ale to dla mnie za mało, więc kiedy i o „Wierze” zrobiło się głośno, a autorka trafiła do tego snobistycznego klubu bondowsko-czubajowego, gdzie i Wroński, i Ćwirlej, i choć nie snuła się z nimi po nocnym Wrocławiu, w dniach nagrody Wielkiego Kalibru, której zresztą nie dostała, to jednak została nobilitowana, dostrzeżona, wypchnięta na salony kryminalnych opowiadaczy.

Wydawnictwo Czarne zrobiło mi niespodziankę, z której się ucieszyłem, ponieważ decyzja żeby „zaliczyć” „Wiarę” ugruntowała się we mnie tak silnie, jak strach przed naładowanymi bateriami u Chucka McGilla.

Studio_20170715_135958_resized

Czytanie tego kryminału to podróż nierówna ale wciągająca – znacie ten stan, kiedy pomimo zmęczenia przygodami bohaterów, odkładamy książkę na później, ale wciąż jesteśmy naładowani oczekiwaniem na ciąg dalszy? To samopoczucie przywiązania do bohaterów jest najlepszym wskaźnikiem, czy książka ma dla nas jakiekolwiek znaczenie – w tym przypadku zmagania kapitana Witczaka, niepokoje księdza Marczewskiego i rozterki Hanki Gierasówny, przykuły do lektury skuteczniej niż biografia Prusa.

Zamordowane dziewczyny wzięły się pozornie znikąd. Pamiętajmy, że lądujemy w latach osiemdziesiątych, w zapadłej miejscowości wypoczynkowej o zmyślonej nazwie Rokitnica, ale mniej więcej wiemy gdzie jesteśmy, bo pozostałe otoczenie nam się zgadza, a więc Beskid Żywiecki, zalane w latach pięćdziesiątych wioski, atmosfera siermiężnego wypoczynku i przeniesiona z innego świata budowa elektrowni atomowej.

U Kańtoch pomimo sielskości gorącego lata, narasta poczucie zagrożenia, niczym w „Lśnieniu” Kubricka. Strach ma podłoże w nieznanym, w tajemnicy, która odsyła nas do odległego w czasie makabrycznego morderstwa, którego mrocznym odpryskiem jest los niewinnych dzieci. Autorka postanawia wszystko zagmatwać, czasem trudno się połapać, który wątek da nam rozwiązanie zagadki. Przyznaję się, że postawiłem na niewłaściwego „konia” typując mordercę. Roiły mi się jakieś sekty, przymierzałem się do winy Kościoła, (jakże modna ścieżka rozumowania), ale kiedy w końcu prawda wyszła na jaw, zrozumiałem, że Kańtoch poszła w system zakładający, że mordercą jest osoba najmniej podejrzewana.

Podoba mi się u Kańtoch to nie silenie się na łatwiznę, założenie, że Hanka jest brzydka, „chuda jak wykrzyknik”, ma podłużną twarz i fatalne zęby, że Witczak w życiu nie będzie z nią flirtował, co mogłoby się wydarzyć u pospolitego literata, i że Witczak jest taki nijaki, ze śmierdzącym papierosami oddechem i tajemnicą rodzinną, każącą mu czytać w wolnych chwilach Pana Samochodzika.

Anna Kańtoch nie krzywdzi Kościoła – jej ksiądz jest podejrzanym, któremu nikt nie wierzy, że mógłby zabić, a jego młody pomocnik grzeszy z głupoty. Każda z postaci obciążona jest przypadłościami, które czynią z nich bohaterów z „krwi i kości”, a ponieważ narracja odbywa się z pozycji poszczególnych osób, możemy zagłębić się w ich myślach i uczuciach. Do tego otrzymujemy duszną atmosferę małomiasteczkowych tajemnic, o których wszyscy wiedzą, ale nikt nie będzie o nich opowiadał, trwogę, którą potęguje przyroda: te chaszcze, nasypy kolejowe, jakieś krzyże od lat zapomniane, ciemny las, jezioro, które na ostatnich stronach przekręci wszystko o 180 stopni.

Nie czepiając się wątpliwej motywacji mordercy, pajęczej sieci powiązań z przeszłością, prawdopodobieństw zdarzeń, zdolności dedukcyjnych milicjantów, zaangażowania i metod, a więc nie wytykając słabości autorce, bo przecież kto ich nie ma, mogę napisać z czystym sumieniem, że Anna Kańtoch sprawdziła się na polu kryminalnym. Nie posądzajmy jej o błyskotliwość, nie spodziewajmy się fajerwerków na miarę Lemaitre czy Nesbo, doceńmy ten styl, doskonale umocowany w polskiej szkole pisarzy kryminalnych, stworzonej przez takich prekursorów jak Helena Sekuła czy Zygmunt Zeydler-Zborowski.

Kolejny tom po „Łasce” i „Wierze” może mieć tytuł „Zbawienie” lub „Przeznaczenie” – wszystkie nawiązują do terminologii katolickiej i ciekawi mnie ten trop w twórczości autorki. Ksiądz i jego rozterki, w tle morderstwa, duszna atmosfera, małomiasteczkowość i ludzkie słabości. Czyż nie przyszedł czas, żeby absolwentka arabistyki zmierzyła się z rzeczywistością tu i teraz?

Ciąg dalszy zmagań rodziny Neshov.

Drugi i trzeci tom „Sagi Rodziny Neshov” czyta się jeszcze lepiej niż tom pierwszy – zastanawiałem się nawet, co mnie tak przyciąga do tej opowieści, trochę jakby nie z tego świata. Zapewne jest to bardzo dobrze skonstruowana proza, z wiarygodnymi detalami na temat pracy przedsiębiorcy pogrzebowego (wspominającym czasem kultowy serial „Sześć stóp pod ziemią”), tresera psów, hodowcy świń czy specjalisty od reklam w witrynach sklepów. Ale jest jeszcze przecież cała ta warstwa psychologiczna, kiedy autorka na zmianę, wchodzi w swoje postacie, relacjonując nam ich myśli i czyny, z drugiej strony usprawiedliwiając, tłumacząc zachowanie, pokazując, jak bardzo są skryci, ile w nich (w nas) jest pretensji i żalów i jak bardzo nie potrafią (potrafimy) się odkryć, nawet przed najbliższymi.

Każdy tu żyje swoim życiem, każdy jest sumiennie rozliczany ze swoich myśli i czynów, poznajemy ich od podszewki, jakby pisarka nie chciała żadnych niedomówień i tajemnic, żeby tylko fikcja literacka nie wymknęła się spod kontroli z własnymi oczekiwaniami i jakąś tajemnicą, której nawet autorka nie potrafi zgłębić.

Tor, hodowca świń denerwuje swoją zaciętością, nie potrafi sobie poradzić po śmierci matki, gospodarstwo zarasta brudem i długami, tylko świnie mają się dobrze, jakby tylko je kochał i o nie się troszczył.  Snujący się po domu ojciec – nie ojciec, wzbudza w nim jedynie złość, a córka zostaje przygnieciona pretensjami, jakby zapomniał, że przez tyle lat nie miał z nią żadnego kontaktu, a teraz zaczyna obwiniać ją o wszystko i szantażem zmusza do katorżniczej pracy – kiedy popełni samobójstwo, w zupełnie głupi i prostacki sposób zechce przywiązać ją do rodzinnego gniazda.

Studio_20170709_125959_resized

Torunn jest ofiarą – prowadzi dobre życie w Oslo, jest współwłaścicielką dobrze prosperującej kliniki weterynaryjnej, ale decyzja ojca zmusza ją do zmierzenia się z czymś z góry przegranym. Zmagania Torunn z upadającą hodowlą świń to zadośćuczynienie dla ojca, który zamiast chcieć dla niej dobrego życia, wciąga ją w z góry przegraną walkę.

Margido przypomina trochę fanatyka religijnego, który nie potrafi uwolnić się z tej skorupy uprzedzeń, typowych dla katolickiego radykała, ciągle walczy z namiętnościami, ale jest jakby najbardziej prosty w swoich uczuciach, uwięziony w dogmatach nie chce się otworzyć na inne życie, woli swoje uporządkowane zajęcia pogrzebowe, swoje samotnicze życie z wymarzoną w końcu sauną w domu i ceremoniałami kościelnymi.

Para gejów prowadzi swoje szczęśliwe życie z dala od gospodarstwa i są to najbardziej radosne fragmenty książki. Erlend i Krumme to szczęśliwa para, doskonale się uzupełniająca, a postać Krumme aż razi swoją dobrocią i przywiązaniem do szalonego  Erlenda. Mieszkają w Kopenhadze, forsy mają jak lodu, a do tego postanowili mieć dzieci. Koleżanki lesbijki, Jytte i Lizzi, zgodziły się zostać matkami ich dzieci a sam proces zapłodnienia i wynikające z tego konsekwencje, przypomina komedie z braćmi Marx. Tutaj wszystko musi się udać idealnie, choć sam pomysł, żeby z rodzinnego Byneset uczynić wakacyjną przystań budzi wątpliwości. Czy Erlend, tak bardzo chcący zapomnieć o swoim „wieśniaczym” pochodzeniu, chciałby tam wrócić, choćby na wakacyjne lenistwo, zmierzyć się z wciąż tkwiącą tam atmosferą przygnębienia, jakiegoś rozkładu, który śmierdzi bardziej niż hodowlane świnie?

Margido, Torunn, Erlend to trzy zupełnie odrębne światy, choć płynie w nich ta sama krew. Wplątani w to miejsce przez śmierć Tora, czują się w obowiązku zachować jedność, a przecież najlepszym rozwiązaniem byłoby to wszystko sprzedać i wrócić do swojego czystego, uporządkowanego życia.

Raki pustelniki rodzą się nagie, wyszukują muszlę, w której się chronią, ale kiedy dorosną, wyruszają na poszukiwanie nowego domu. Czy nasi bohaterowie nagle porzucą swoje stare muszle i ruszą po nowe doświadczenia, nowe okoliczności? Co zrobi Margido, ten najbardziej umocowany w swoim prostym życiu przedsiębiorca pogrzebowy, dlaczego Torunn jeszcze nie uciekła z tego chlewu i czy w Erlendzie odezwała się nostalgia za latami dzieciństwa? Zapewne czwarty tom dużo wyjaśni, choć w zapowiedziach można przeczytać, że wreszcie skończy się koszmar Torunn, choć jeśli ma wrócić do nieszczerego gracza giełdowego (zawsze mi się wydawało, że chce od niej wyciągnąć forsę), to już lepiej żeby związała się z przystojnym Kajem Rogerem, który pomaga jej przy świniach.

A co stanie się z nieszczęsnym dziadkiem, ofiarą tego całego poplątania rodzinnego, wyrzuconym za nawias członkiem rodziny, dziadkiem albo ojcem, którego lepiej żeby wcale nie było? Tutaj tragizm przemienia się w litość, a obrzydzenie w bunt. Ciekawe czy ktoś z czytelników polubił choć trochę tę postać, najbardziej tajemniczą z całej menażerii skandynawskich osobliwości rodziny Neshov.

Czwarty tom nosi tytuł „Przebaczenie na zawsze” i będzie rozstaniem – aż nie chcę zgadywać jak to się wszystko ułoży, ale nie oczekiwałbym prostych rozwiązań. Anne B. Ragde potrafi zaskoczyć i dzięki temu ta historia jest bliżej życia, jest czymś, o czym niektórzy myślą że mają, a tak naprawdę ślizgają się po uczuciach, bo właśnie to namiętności żądzą a nie kalkulacja, czego i Wam życzę.

Milczenie jest srebrem.

Ryszard Ćwirlej wciąż ulepsza swoją formułę powieści milicyjnej, czyli każe nam wracać do rzeczywistości, w której żyliśmy lata temu, a która ma się do współczesności jak serial „W labiryncie” do „Better Call Saul”. Sama absurdalność tytułu uwiera nas od samego początku, bo przecież wiemy, że milczenie raczej ze srebrem niewiele ma wspólnego.

Nasz ulubiony bohater literacki, czyli Teofil Olkiewicz chleje jak zwykle od rana do wieczora, a rodzaj wykonywanej pracy sprzyja mu nieustannie – nie potrafię sobie wyobrazić Teosia pracującego w innym fachu, no chyba, że byłby cieciem, nocnym stróżem albo parkingowym. Ale czy wówczas mógłby tyle wypić? Ilości spożywanego alkoholu sytuują naszego Dyla Sowizdrzała, ojczyźnianego Wojaka Szwejka, w ścisłej czołówce najdzielniejszych pijaków wschodnich rubieży, z którym niejeden Ukrainiec czy Rosjanin, przegrałby zawody w piciu krótko lub długodystansowym. Teofil rzadko daje się skusić na jedzenie, pije na czczo i pije przed snem, Oprócz jajecznej wódki, którą za to preferuje jego żona, wypić jest w stanie wszystko. W jego żyłach nie ma krwi – płynie tam czysty spirytus i tylko przychodzi się zadumać nad faktem, że nie widzimy go nigdy pijanego, zalanego, bełkoczącego, z urwanym filmem, zarzyganego albo leżącego w rynsztoku. Bohater swoich czasów, alkoholik, którego wątroba przegrała walkę, zrezygnowała z protestów, pogodziła się z losem, poległa w nierównej bitwie.

Studio_20170702_135233_resized

W nocy z 19 na 20 marca 1986 roku, kiedy to system czuł podskórnie, że przegrywa nierówną walkę z wiatrem dziejów, kilku amatorów postanowiło się wzbogacić, kradnąc zabytkowy, srebrny sarkofag Św. Wojciecha z katedry gnieźnieńskiej. Do sprawy zabrali się jak ostatni partacze, stąd socjalistyczna milicja nie miała zbyt wiele pracy i już po tygodniu sprawcy siedzieli w areszcie, a 1 lipca skazano ich na wieloletnie więzienie, z którego prawdopodobnie już wyszli, bo nie sądzę, żeby ich skazano na 30 lat.

Ćwirlej oparł swoją najnowszą książkę właśnie na faktach związanych z tą kradzieżą, każąc swoim bohaterom, czyli śmietance poznańskiej milicji, z awansowanym właśnie na porucznika Teofilem Olkiewiczem, rozszyfrować sprawę zuchwałej kradzieży srebrnego sarkofagu. Jednocześnie dowiadujemy się jak łatwo można było się wzbogacić w tych dziwnych latach osiemdziesiątych, wożąc srebro do bratniego NRD. Kradziono więc nie tylko zabytkowe, srebrne ozdoby z kościołów ale również klisze rentgenowskie, z których można było odzyskać cenny kruszec.

W książce spotykamy dobrych znajomych, towarzyszących nam od lat, nam, czyli fanom milicyjnych wspomnień Pana Ryszarda, nostalgicznie wlokącego nas przez meandry absurdalnego systemu socjalistycznego. Pojawia się oczywiście słynny trójkąt uczuciowy z Brodziakiem i Grubińskim w rolach głównych, pułkownik „proszę ja ciebie” Żyto, major Alfred Marcinkowski, oraz pławiąca się jeszcze w bezkarności Służba Bezpieczeństwa z podpułkownikiem Bieleckim, czy też wywalonym na pysk po ostatniej sprawie Wirskim, czarnym charakterem, który zawsze znajdzie sposób, żeby akcje powieści odpowiednio udramatyzować, pokazując nam, beztrosko śledzącym losy Teofila pijaka, że oprócz zabawnych perypetii, były to czasy używania dla  morderców spod znaku bezpieki.

Olkiewicz, którego losy są nam najbardziej bliskie, dostaje swoją pierwszą, samodzielną sprawę morderstwa luksusowej prostytutki w renomowanej restauracji, co jest doskonałą okazją, żeby powiększyć zasoby nigdy nie wysychającej półki z flaszkami, a w dodatku przespać się z atrakcyjną właścicielką lokalu, kręcącą własne biznesy i widzącą w grubym Teosiu idealnego ochroniarza dla swoich nieczystych sprawek. Jak ten Olkiewicz to robi, że z pozoru nieatrakcyjny, nawet niechlujny, choć w prochowcu marki Burberry, milicjant, niejako mimochodem, bez żadnej własnej inicjatywy, włazi do łóżka atrakcyjnych kobiet, a do tego ilości spożytego alkoholu nie mają wpływu na jego potencję?

Ryszard Ćwirlej każe nam trochę potęsknić za latami, kiedy mieliśmy o 30 lat mniej, a życie wydawało się prostsze. Te książki to takie „07 zgłoś się”, kapitany Żbiki, nostalgiczne powroty, z sentymentalną nutką, ale bez szarości i codzienności, którą pamiętają wszyscy, którzy kupowali miękkie Marlboro w Pewexie.

Książki Ćwirleja czyta się z tą bezgraniczną przyjemnością, jaką kiedyś było chodzenie na dyskoteki, gdzie tańczyło się przy Bee Gees i nie musiało za dużo myśleć. Powroty do poznanych już bohaterów, zagłębianie się w świat dokonany ze świadomością, że autor wie co robi i o czym pisze sprawia, że wyobrażanie sobie dzisiejszych losów bohaterów, wyrzucamy z głowy jak koszmarny sen, bo kim dziś byłby Teofil Olkiewicz, o ile przeszczepiono by mu wątrobę?