Najmądrzejszy w pokoju.

Thomas Gilovich i Lee Ross napisali książkę o tym, jak wpływać na ludzi, z którymi spotykamy się na co dzień. Zapewne każdy by tak chciał – kreować rzeczywistość według siebie, a właściwie pod siebie. Czy nie jest to czasem manipulacja? „Najmądrzejszy w pokoju” podaje nam to w formie i pod płaszczykiem najbardziej użytecznych odkryć psychologii społecznej.

W skrócie to książka o tym jak zostać mądrym. Pestka. Ogólnie rzecz biorąc każdy zna receptę i choć do mądrości dojdziemy wieloma drogami, to według autorów: „nie możesz być mądrym człowiekiem, nie mając mądrego podejścia do ludzi”. Piszą o tym, jak odkrywać motywy ludzkich zachowań i wykorzystać tę wiedzę do lepszego zrozumienia innych oraz skutecznego wywierania na nich wpływu. Arogancję, chciwość i krótkowzroczność przeciwstawiają inteligencji, wnikliwości i rozsądnemu dokonywaniu ocen. Bo „żeby być mądrym, trzeba być psycho-mądrym”.

Gilovich i Ross odnoszą się do badań prowadzonych na gruncie psychologii społecznej, analizują mądre i niemądre słowa oraz czyny postaci ważnych w historii świata. Przytaczają anegdoty, których bohaterami są m.in. Roger Federer i Rafael Nadal. W atrakcyjny i w pełni zrozumiały sposób podają czytelnikom wytyczne do podejmowania lepszych decyzji – w roli rodziców, pracodawców lub pracowników, przyjaciół lub doradców, a nawet obywateli świata.

2,800,800,,najmadrzejszy_3d

Życie każdego z nas to spotkania z ludźmi – od związków rodzinnych, poprzez rywalizację w szkole czy pracy, konflikty i awantury a nawet przypadkowe relacje ze spotkanymi na spacerze ludźmi. Książka wymarzona dla polityków i biznesmenów, którzy na spotkaniach z przypadkowymi ludźmi budują swoje kariery.

Jak podkreślają autorzy ta książka to nie jest podręcznik – to raczej pomocna dłoń wyciągnięta do osób, które chcą wywierać wpływ na innych i radzić sobie z konfliktami. Składa się z dwóch części: „Filary mądrości” pomogą dobierać odpowiednie słowa, nauczą jak się zachowywać w kryzysowych sytuacjach oraz jak sytuacja determinuje zachowania ludzi.

Z kolei „Mądrość stosowana” to opowieść o zdolnościach adaptacji, o naturze ludzkiej, która prowadzi do nieustannych konfliktów; znajdziemy też tam wyjaśnienie pojęcia „mądrych interwencji”.

Mądrzy ludzie nie czytają książek psychologicznych – mądrość mają wpisaną w geny albo jej się uczą z życia. Sterowanie zachowaniami innych to manipulacja. Czy wiedza zawarta w tej książce przysłuży się komuś i ułatwi mu życie – być może. Natomiast „Najmądrzejszy w pokoju” z pewnością jest  pierwszym krokiem, żeby zrozumieć, w którym miejscu postąpiliśmy źle, a kiedy spartoliliśmy dobrą relację. Zwłaszcza, że została napisana przez fachowców, a nie oszołomów spod znaku poradników, które na rynku cieszą się niesłabnącym powodzeniem.

Na koniec kilka słów o autorach:

Thomas Gilovich – profesor psychologii na Uniwersytecie Cornell oraz dyrektor Centrum Ekonomii Behawioralnej i Badań Procesów Decyzyjnych. Jest autorem i współautorem popularnych książek, m.in. „Social Psychology”, „Dlaczego mądrzy ludzie popełniają głupstwa finansowe”, a także „How We Know What Isnt’s So”. Autor głośnych, szeroko cytowanych artykułów m.in. na temat błędów poznawczych czy wpływu zakupów na poczucie szczęścia. Należy do Committee for Skeptical Inquiry, promującego naukę i krytyczne myślenie. Zasłynął z pojęć takich jak Hot hands (gorące ręce), Spotlight effect (efekt spotlight), Self-handicapping (samoutrudnianie), które wprowadził do terminologii psychologicznej.

Lee Ross – profesor psychologii na Uniwersytecie Stanforda i współzałożyciel Centrum Badań nad Konfliktem i Negocjacjami. Wśród jego zainteresowań naukowych znajdują się: psychologia polityki, wpływ społeczny, teoria uprzedzeń, a także badania podejmowania decyzji i rozwiązywania konfliktów. Jest współautorem książek „The Person and the Situation” oraz „Human Interference”. Ross w swojej karierze naukowej wyszedł poza badania w laboratorium. Obiektem obserwacji uczynił także problemy globalne, jak zmiany klimatu czy system prawny. Brał udział w procesach pokojowych w Irlandii Północnej, na Kaukazie i Bliskim Wschodzie. Został wybrany do prestiżowej American Academy of Arts and Sciences. Uhonorowany nagrodami American Psychological Society William James Fellow oraz Distinguished Scientist Award from Society of Experimental Social Psychological.

Wszystko jak chcesz.

„Ach Boże, jak mi się chce piekielnie gdzieś z Tobą pojechać. Ty nie masz pojęcia, jaki Ty jesteś uroczy w podróży, nawet wtedy, kiedy Twoje myśli są zupełnie gdzie indziej, nie przy Twoim przyjacielu. A tamte podróże, do Krakowa, były tak całkowicie i bez żadnego pęknięcia piękne. Chciałbym tak bardzo posłuchać Twojego głosu, Twojego oddechu – nie spać, kiedy Ty śpisz, mój drogi, najdroższy chłopcze. Bo ja, mój Jerzy kochany, naprawdę kocham Ciebie i potrzebuję jak powietrza”

Tak pisał Jarosław Iwaszkiewicz z Rzymu w listopadzie 1958 roku. A ilu z nas mogłoby tak pisać, ilu zdarzyła się taka miłość, nie do ogarnięcia, wielka a jednocześnie bezsilna, bo niemożliwa, rozpoczęta, a nie zrealizowana, pęknięta gdzieś z racji okoliczności i braku wzajemności. Jarosław kochał będąc sześćdziesięcioczteroletnim mężczyzną, kochał Jerzego Błeszyńskiego, o prawie czterdzieści lat młodszego pracownika fabryki Kafar, męża Haliny, ojca dwójki dzieci, a do tego zakochanego w innej kobiecie.

Listy te są świadectwem miłości totalnej, ślepej, a jednocześnie świadomej swojej jednostronności, rozpaczliwej, a przecież dającej niespotykaną dotąd intensywność i szczęście. Szczęście, które przepełnione było goryczą, udręką nieustannego zmagania się z tym uczuciem, rozpaczą i natchnieniem, owocującym literacko. Iwaszkiewicz przeżywa ten romans zdając sobie sprawę, że po Jurku nie będzie już nic ważnego w jego życiu, a przecież obiekt jego uczuć jest śmiertelnie chory na gruźlicę i wkrótce umrze.

Studio_20170520_225900_resized

Pisarz domyślał się, że ta korespondencja kiedyś wypłynie, więc po śmierci Jurka zabrał listy, a nawet je zredagował – w jednym z nich wspomina, że za kilkadziesiąt lat można będzie je sprzedać ze znacznym zyskiem. I zapewne tak się właśnie stało, bo losy tej korespondencji owiane są tajemnicą.

To pisanie jest tak samotnie jednostronne, jak niespełniona miłość, kiedy jedna strona walczy, a druga tylko towarzyszy. Nie mamy listów Błeszyńskiego, pisanych rzadko i oszczędnie – nie wiadomo co się z nimi stało i czy jeszcze kiedyś wypłyną. Nie wiemy nawet jak wyglądał Jerzy – jedyną fotografię możemy odszukać w Internecie, podobno był bardzo przystojny, ale to uroda robotnika, uroda Radziwiłowicza z „Człowieka z marmuru” – nie znajdziemy jej w książce. Anna Król zebrała nawet telegramy wysyłane do Jurka, z nadzieją na jego odpowiedzi i z prośbami o telefon, adresami miejsc, gdzie pisarz spodziewał się otrzymać kilka słów od kochanka.

Obsesją pisania chciał zagłuszyć tęsknotę – Jarosław pisał niemal codziennie, traktując to jak rozmowę z ukochanym, jakby te chwile podczas pisania pozwoliły uciec od niebotycznej tęsknoty. Bo przecież jeśli się kocha, to cała natura człowieka zwrócona jest ku osobie kochanej, każda chwila jest dążeniem do kontaktu, do dotyku, spotkania, rozmowy, telefonu choćby, a pisanie listu to intymna spowiedź wydarta z głębi, bo czego się nie potrafi powiedzieć to można napisać, zwłaszcza będąc sprawnym literatem.

Iwaszkiewicz w listach jest czuły i oddany, a jednocześnie nie szczędzi wyrzutów Jerzemu za kłamstwa i lawirowanie z kochanką, do której wciąż ucieka z sanatorium do Bydgoszczy. Po listach pełnych skargi przychodzą przeprosiny, wystarczy jeden telefon kochanka i jego czule słowa a Jarosław potrafi zapomnieć o wszystkich krzywdach. Jest lojalny w swojej miłości, zapewnia o niej nawet wówczas, kiedy czuje się oszukany: „Kochany nie gniewaj się i nie niepokój, bo chociażbyś mi przedstawił wszystkie piętnaście kochanek, chociażbyś z trzema z nich się ożenił, żebyś mi wyznał cztery morderstwa i dwa gwałty, gdybyś mi nawet dał po mordzie, za to wszystko – byłbym zawsze jednakowy.”

Listy Iwaszkiewicza zaskakują szczerością, są otwartą raną na jego sercu, świadectwem otwierającą tego pisarza szerzej niż każda z jego książek, bo przecież nigdy nie byłem miłośnikiem tej prozy, a tym bardziej poezji. Iwaszkiewicz trafia do mnie poprzez „Panny z Wilka” Wajdy, poprzez jego biografię „Inne życie” Romaniuka, korespondencję z Wajdą, ale nie przez własne utwory. Ale te listy są czymś osobistym, a jednocześnie tak uniwersalnym, że wielu odnajdzie tam siebie oraz wszystkie  niuanse przyporządkowane kochającym. I ta banalna definicja miłości, którą przedstawia w jednym z listów, to porozumienie duchowe, wyciągnięte podczas słuchania koncertu skrzypcowego Szymanowskiego, kiedy tłumaczy kochankowi co ich łączy, to bezmierne szczęście, które go ogarnia w chwilach, kiedy może z nim być – to wszystko jest jak przypomnienie własnych przeżyć, bo odnajdywanie się w tej korespondencji jest jej największą zaletą.

Brak wiadomości od kochanka przyjmuje jako coś najgorszego, jak ból nie do wytrzymania, jak ból zęba. Nerwy naprężone do ostateczności i cały dzień jedna myśl, myśl o nim, a jednocześnie codzienne czynności, które trzeba wykonać. I niepokój o zdrowie kochanka o to, czy mu się nic nie stało, bo przecież nie ma listów nie ma telefonu, nic nie ma. Udręka miłości.

Po śmierci Błeszyńskiego Iwaszkiewicz nie przestaje pisać, bo przecież miłość nie umiera nigdy. Wstrząsający 30 maja 1959 roku, kiedy w piękny i słoneczny dzień Iwaszkiewicz obserwuje w niewielkiej kostnicy starca obmywającego ciało ukochanego. A potem sam ubiera Jerzego i wyje z rozpaczy nad ciałem, które utracił na zawsze.

„Wszystko jak chcesz” to cytat z Jerzego. Można to odnieść do każdej wielkiej miłości – także tej niespełnionej, przetrąconej, zamordowanej świadomej lub nie, okaleczonej, zmarnowanej, wyrzuconej na śmietnik z głupoty lub nieuwagi. Tylko że potem zostają tylko listy, pisane latami, a kiedy nie ma już do kogo się przytulić, zadaj sobie pytanie, dlaczego?

„Twój uśmiech, to jest najważniejsze

A co tam wicher, co tam płacz.

Gdy dnie zimowe coraz krótsze,

Godzinę każdą palcem znacz.

 

Palcem maczanym w konfiturze –

To nic, że już słodycze mdlą –

Wszystkie gałązki, wszystkie róże

Wcześnie obcięte szybko schną.

 

Któż myśli o zbytecznym jutrze?

Do rzeki czasu, koniu skacz!

Twój uśmiech to jest najważniejsze

Jakiż nieważny jest mój płacz.”

„Wszystko jak chcesz” do nabycia w Taniej Książce

Znowu Horst

Kiedy w połowie kwietnia wyjeżdżałem w trzytygodniową podróż, gdzie ciężar bagażu wymuszał zabranie tylko jednej książki, a ponieważ ukazał się właśnie nowy Nesbo, nie miałem wyboru, tzn. mój wybór był bezdyskusyjny i nie zabrałem ze sobą najnowszego Horsta, choć została mi do przeczytania sama końcówka, resztka, która zajęłaby nie więcej niż godzinę skupionego czytania. Teraz żałuję, że nie skończyłem „Kluczowego świadka”, ale z drugiej strony mogłem to zrobić po powrocie, a przy okazji odświeżyć sobie w pamięci zagadkę kryminalną komisarza Wistinga, o której kompletnie zapomniałem, a o której obiecałem napisać. Dziękuję wydawnictwu za przesyłane egzemplarze książek Horsta, a moja kolekcja zaczyna coraz efektowniej wyglądać na półce.

Historia oparta jest na głośnym w Norwegii śledztwie, w którym uczestniczył sam autor kryminału, pracując jako młody policjant przy swojej pierwszej, poważnej sprawie, stąd z pewnością w książce zawarł własne odczucia i spostrzeżenia z wizji lokalnej na miejscu zbrodni. Zamordowano 71-letniego Ronalda Ramma, który w powieści występuje jako Preben Pramm. Starca przed śmiercią torturowano a nawet zgwałcono, w usta miał wetknięte banknoty, a na ciele ślady tortur.

20170513_125412_resized

William Wisting jak zawsze u Horsta żmudnie wgryza się w życie ofiary i typuje morderców, co nie musi być trudne w małej społeczności, gdzie wszyscy przestępcy są doskonale znani. Pramm jako ofiara nie wzbudza naszej sympatii – dowiadujemy się, że był szantażystą, erotomanem, pazernym na pieniądze starcem, ale z drugiej strony pasjonował się fotografowaniem ptaków i chciał sobie ułożyć życie z kobietą, która jednak go odrzuciła. Przypadkiem udało mu się uwiecznić na zdjęciach bandytów, którzy ukradli duże pieniądze i stąd szantaż oraz torturowanie nieszczęsnego starca.

Horst zapewne stara się połączyć rzeczywistość z fikcją, prawdziwe morderstwo z intrygą literacką. Do końca nie wiemy jak wyglądała sprawa morderstwa Ramma i ile ma wspólnego z wymyślonym Prammem. Horst kreśli intrygę dosyć siermiężnie, zagadka wydaje się być łatwa do rozwikłania, a z drugiej strony pokazuje jak śledztwo zatacza swoje kręgi, jak wiele w tego typu sprawach jest pobocznych wątków, które należy sprawdzić. A to jest okazja do zmierzenia się z obyczajowością środowiska, które opisuje, a także ukazania Wistinga jako pełnokrwistej postaci, człowieka pełnego namiętności, zafascynowanego zbrodnią oraz drogami, pozwalającymi rozwiązać zagadkową śmierć.

Te momenty opisujące wahania, dylematy, kłopoty komisarza czasami są ciekawsze od samej intrygi. Idealna żona Ingrid (czytelnicy wcześniej wydanych u nas tomów wiedzą, że zachoruje wkrótce i umrze, o czym zresztą można przeczytać także na skrzydełkach okładki). Dla Wistinga śledztwo to fascynacja, morderstwo wzbudza w nim przeciwstawne uczucia, a droga do wyjaśnienia zagadki jawi mu się jako przygoda, z którą musi się zmierzyć.

„Wisting przyglądał się zwłokom z pewnego rodzaju satysfakcją. Po chwili zorientował się, że jego prawy kącik ust podniósł się tworząc krzywy uśmiech, natomiast w żołądku czuł ssanie, jakby z głodu. Wypełniała go radość, ponieważ mógł obserwować z bliska zagadkę śmierci, wiedząc dobrze, że do niego należy jej wyjaśnienie”

Kolejne tomy Horsta już wkrótce: „Zaginięcie Felicji” oraz „Gdy sztorm nadchodzi” mają wyjść jeszcze w tym roku. Nie powiem, żebym się niecierpliwił, ale podoba mi się myśl, że uzupełnię kolekcję.