Saga rodziny Neshov.

Prolog i epilog książki Anne B. Ragde opisują namiętność Anny Neshov – całą reszta skupiona jest na jej dzieciach  i wnuczce, którzy muszą zmierzyć się z jej umieraniem. Anna nie wzbudzi naszej sympatii, a jej śmierć nikogo nie obejdzie,  poza spętanym jej władczym charakterem Torem, któremu jej odejście zniszczy rytuał wieloletniej egzystencji w rozpadającym się gospodarstwie.

Tor, Erlend i Margido to synowie Anny. Akcja rodzinnej sagi toczy się w Byneset niedaleko norweskiego Trondheim. Tor jest najstarszy, zmuszony do porzucenia ciężarnej dziewczyny, ugrzązł pod silną ręką matki i ciężką harówką odgania przeszłość. Córka, którą zawiadamia o chorobie Anny niespodziewanie zgadza się przyjechać do ojca. Erlend jest gejem i uciekł przed matką do Kopenhagi, gdzie żyje od lat w związku z partnerem. Margido otwiera całą historię, kiedy poznajemy jego pracę przedsiębiorcy pogrzebowego, mylnie przekonani, że samobójstwo młodego chłopaka, będzie osią powieści – nieszczęśliwa miłość, przez którą powiesił się chłopiec jest ostrzeżeniem dla czytelnika, że nie można igrać z uczuciami, i że nie wszyscy są tak odporni jak my.

Studio_20170409_125806_resized

A jednak bohaterowie „Ziemi kłamstw” są obdarzeni pozytywnymi cechami charakteru – można banalnie napisać, że to dobrzy, empatyczni, rozumni i budzący sympatię ludzie. Śmierć jedynej negatywnej osoby w tym stadzie wyzwala energię, która tak wiele zmieni w ich życiu i to na lepsze. Z miejsca zakochujemy się w Erlendzie, który emanuje tym radosnym umiłowaniem życia, jako źródła przyjemności, a kiedy jego partner przyjeżdża do zapadłej mieściny, żeby w trudnych chwilach okazać mu swoje przywiązanie, Erlend reaguje śmiertelnym przerażeniem, że zostanie zdemaskowany jako syn wieśniaka, a jednocześnie jest szczęśliwy z tak okazanego przywiązania.

Margido jest podstarzałym samotnikiem panicznie odganiającym myśl o związku z kobietą – dokładnie poznajemy jego pracę i myśli, budujemy sobie jego obraz na podstawie tego co czuje, jak widzi siebie, kiedy analizuje własne postępowanie, a jednak w pewnym momencie ten obraz zaczyna się chwiać – wystarczy, że ktoś inny spojrzy na niego własnym wzrokiem i okazuje się, że to łysiejący, podstarzały facet z obrzydliwą śliną w kącikach ust.

Torunn to córka Tora, na którą przez lata musiał płacić alimenty, co rozsierdzało matkę i przez co ledwo wiązali koniec z końcem. Przyjeżdża wiedziona impulsem, ale z czasem wciąga się w rodzinne historie. I jest jeszcze mityczna postać dziadka Tallaka oraz jego nieśmiałego syna, który do dzisiaj plącze się w gospodarstwie jak popychadło, pomimo że jest formalnie mężem Anny, a tak naprawdę żyjącym we własnym świecie parobkiem. Ten Tallak z miejsca wydał mi się podejrzany i domyślenie się jaką rolę odegrał w tej rodzinnej układance nie sprawiło mi kłopotu.

Nie pomylą Wam się postacie, nie poplączą wątki, na opisy przyrody nie ma co za bardzo liczyć, za to mistrzowskie analizy uczuciowe, poplątane charaktery i obrazowe dialogi pozwolą dać się wciągnąć i szybko zaliczyć pierwszy tom norweskiej sagi. Każda z czterech głównych postaci prowadzi swój wewnętrzny dialog, przy okazji dowiemy się jak tresuje się psy, jak wyglądają przygotowania do pogrzebu oraz czemu maciory czasem zabijają swoje małe prosiaczki. Jeśli kogoś znudzą szczegóły może sobie przeskoczyć fragmenty opisowe, tylko po co? Czytanie sagi nie polega na analizowaniu kto zabił, a jedynie na wgłębianiu się w motywacje członków rodziny. A to jest rodzina, którą łączy jednak wieź, pomimo tego, że matka nie potrafiła nic innego poza zaangażowaniem się w jeden związek oraz niszczeniem życia swoim synom – kiedy już jej nie ma bracia pokazują, że pomimo wszystko wyrośli na porządnych ludzi.

Zastanawiam się jak wyglądałaby taka saga o typowo polskiej rodzinie, wywodzącej się gdzieś z małomiasteczkowej albo wiejskiej społeczności; czy ktoś miałby odwagę pokazać te wszystkie charaktery i czy w tej faunie wąsatych i cycatych postaci, wykluły by się osoby na miarę takiego geja Erlenda, który przyjeżdża ze swoim partnerem do Siedlec, do dużego gospodarstwa, gdzie panoszą się już inni bracia ze swoimi dziećmi, wujkami i kuzynkami?

Książka Anny B. Ragde to wznowienie wydanej już w 2010 roku sagi w trzech tomach, choć na okładce widać też ikonkę czwartej części, która być może jest zapowiedzią, dzięki której wznowiono serię. Przeczytanie tej książki zajmie 3 wieczory w czasie przeznaczonym na telenowele w TV  – a ci, co są niecierpliwi, skończyć ją mogą w jedną noc. A ja czekam na tom drugi w czerwcu, a trzeci w lipcu.

Księga cytatów

Skusiłem się na „Księgę cytatów” w trochę samobójczej misji, bo kto dziś kupuje słowniki i encyklopedie? W erze Internetu opasłe tomy, którymi kiedyś inteligencja chciała się wyróżnić, stawiając w oszklonych gablotach zamiast kryształowych wazonów „Słownik poprawnej polszczyzny” i cztery tomy brązowej Encyklopedii PWN, więc w tej nowej erze wirtualnej, znalezienie znaczenia każdego słowa trwa kilka sekund. Zresztą po co komu wiedzieć co znaczy „koincydencja”? Tylko Remigiusz Mróz zna znaczenie wszystkich słów i nie musi korzystać z Google – wystarczy że pobiega.

A „Słownik wyrazów obcych”, jawił mi się zawsze jako wspaniałe kompendium zwrotów niby znanych, ale jakoś zapomnianych, których znaczenie czasem przyprawiało o zawrót głowy. Co zrobić z tomami, kurzącymi się na półkach, zabierającymi miejsce, ustępującymi przed tymi wszystkimi Bondami, Pilchami czy Horstami?

Z moim sentymentem do słowa pisanego, do papierowych szelestów, co oczywiście mści się tym, że magazynuję roczniki „Odry” z lat 90-tych, wszystkie magazyny „Książki”, nie mówiąc o rocznikach „Zeszytów Literackich”, z tą moją pasją do zapachu wydrukowanego papieru, udręką jest pozbywanie się, a radością ustawianie na półkach. A teraz jeszcze „Księga cytatów”  z dopiskiem „polecane maturzystom”…

Studio_20170320_182935_resized

To z pewnością książka do przerzucania, bo wątpię, żeby komuś chciało się w niej szukać pochodzenia cytatu – to raczej zabawa w przypominanie sobie głównie polskich autorów,  a jednak jakaś wybiórczość zaciążyła nad autorami, którzy czasem cytując fragmenty prozy, przepisując całe akapity z „Przedwiośnia” Żeromskiego czy „Początku” Szczypiorskiego, zawieruszyli gdzieś Iwaszkiewicza, którego nie uświadczysz w ich zestawieniu. Ten wybór kończy się jakoś na roku 2012, ale nie ma w nim Jerzego Pilcha, za to jest … Bronisław Maj. Nie ma Barańczaka, ale mamy Daniela Naborowskiego. Brakuje mi Brodskiego i jakbym poszukał głębiej to zapewne paru innych również (jak można nie uwzględnić Kafki, albo słynnego pierwszego zdania z „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta?).

A więc przygoda z cytatami opiera się na subiektywnym wyborze trojga autorów, którzy dają nam na początek kilka słów o autorze cytatów, a potem w zależności od kaprysu, pokazują fragment jego twórczości i tak na przykład jak dojdziemy do Balzaka, to uraczy się nas sporą porcją „Ojca Goriot”.

Na końcu jest interesujące zestawienie, z którym nigdy dotąd się nie spotkałem, a mianowicie „Kalendarium urodzin i śmierci”, gdzie informuje się nas kto na przykład przyszedł na świat w lipcu a komu dane było zejść ze świata w grudniu – najwięcej pisarzy umarło w sierpniu, z tak popularnym u nas F.D. Kniaźninem!

Można sobie sarkać na ten wybór ale i poczytać trzeba i przypomnieć sobie takie strofy dźwięczące:

 „Daremne żale – próżny trud

   Bezsilne złorzeczenia!”

Jakże często mnie to dopada ostatnio, zwłaszcza te bezsilne złorzeczenia …

A Maria Konopnicka to dopiero zajmuje miejsca w naszej księdze, ale przecież „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród…” i „nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”, co w obecnej sytuacji politycznej, niektórzy sobie wypiszą na sztandarach, po obejrzeniu Wiadomości w TVP.