Tekturowy samolot.

Zawsze z niekłamaną przyjemnością odnajduję Stasiuka w gazetach, w artykułach zamieszczanych czy to w GW czy w Tygodniku Powszechnym i zawsze jest to uczta czytelnicza, takie smakowanie prozy, niezależnie od tego co pisze, choć przyznam się, że najbardziej lubiłem te fragmenty refleksji z podróży, które drukowały Kontynenty, ale już przestały niestety. Stasiuk jest dobry na raz, na jedno tchnienie tej prozy, w której brak nieznośnego napięcia, naprężenia intelektualnego, jakiejś przesadnej chęci udowadniania swojej erudycyjności.

Studio_20170326_150749_resized

Czarne wydaje regularnie swojego sztandarowego autora, a kiedy zmieniło okładkę już czwartego wydania „Tekturowego samolotu”, to dałem się nabrać, bo zdało mi się, że to jakaś nowa kompilacja tekstów, a tu jednak wszystko już dawno było. Książka wydana w 2000 roku, zawiera teksty z lat dziewięćdziesiątych, drukowane w gazetach wymienionych wyżej, oraz w „Tytule” „Kwartalniku Artystycznym” i niemieckim FAZ.  Rozpoczyna się króciutkim wprowadzeniem, które autor kończy zdaniem „Reszta była już tylko kontynuacją”. Jeśli człowiek ma w najodleglejszym dzieciństwie posmak magiczności istnienia, refleks wyobraźni, wykraczającej poza codzienność oraz umiejętność dziwienia się, wówczas jest duża szansa, że narodzi się  w nim artysta. Stasiuk kilka razy opisuje ten stan przełomowej refleksji, iluminację, która go ukształtowała. „W 1882rok u schyłku lata wypuścili mnie z więzienia” – tak zaczyna się kolejne wspomnienie, piętno kupionej przypadkowo książki, nostalgiczny tekst o własnych początkach siebie.

Teksty rozmieszczone są w te sposób, że po krótkim, dostajemy dłuższy a potem znów krótki. Jeśli zmęczą nas długie wywody Stasiuka o religii, orzeźwienie przyniesie refleksja o środkowej Europie, napisana w dniu wstąpienia Polski do NATO. Środek marca w środkowej Europie: potencja bez formy, prąd bez przewodnika, wikt bez opierunku. Jedna stroniczka i trochę o naszej zaściankowości, a jednocześni złudności świata – gdzieś tam zdecydowano o naszym losie, a przecież my jesteśmy tutaj, w tym grajdole i smutku Słowiańszczyzny. Czasem Stasiuk zapędza się w schemat zbyt mętny, przestaje być tym ironistą, obserwatorem naszej miałkości i rozpadu, a staje się filozofem i to mu nie wychodzi, to brnięcie we wnioski i refleksje. Ale niech tam, zaraz za rogiem, za następną kartką ukazuje się błyskotliwy esej o Bukowskim, z tymi celnymi i dowcipnymi uwagami, że Los Angeles to przechrzczony jakiś Ursus albo Pelcowizna, tylko że trwa tam nieustannie lato stulecia, zamiast kiełbaski z rożna są hamburgery, a gra się w baseball zamiast w nogę.

I o czym jeszcze Stasiuk pisze? O dyskursach, o płonącej Ukrainie, o starości i śmierci, o albumach, o Iwoniczu, o makatkach, o sensie świata…  Dwadzieścia lat minęło od powstania tych tekstów, część się zestarzała, część zapowiada „Jadąc do Babadag”, najbardziej charakterystyczny utwór Stasiuka, po którym stał się rozpoznawalny, a w jeszcze innych jest ten Andrzej, który dopiero co wyszedł z więzienia.

Na okładce „Tekturowego samolotu” widzimy Humpreya Bogarta w słynnym prochowcu. Zapewne miał odnosić się do tekstu Stasiuka o Philipe Marlowe, którego Bogart jak wiadomo grał w filmie „Wielki sen” z roku 1946. Ale w takim płaszczu Burberry, Humprey grał w „Casablance” – zresztą syn aktora i Lauren Bacall jakiś czas temu protestował przeciwko wykorzystywaniu wizerunku ojca w tym płaszczu przez firmę Burberry, do reklamowania własnych produktów. A do tego ten  trencz, który jego ojciec nosił na planie filmowym, mógł jedynie przypominać Burberry, a naprawdę pochodzić z kolekcji brytyjskiej marki Aquascutum, której aktor był wiernym klientem.

„Tekturowy samolot” do kupienia w Taniej Książce.

Wracając do Anny Kareniny.

Zapomniałem, że kiedyś jednak czytałem „Annę Kareninę”. Od wielu lat żywiłem przekonanie, że znam jedynie ogólny temat książki Tołstoja, zapewne utrwalony adaptacjami filmowymi, że wiem o zdradzie Anny, jej śmierci oraz o Lewinie, poczciwym stereotypie, który wciąż kojarzy mi się z Piotrem Bezuchowem z „Wojny i pokoju”, podobnie zresztą jak Kitty Szczerbacka ma wiele cech Nataszy Rostowej. Kareninę Lew Tołstoj napisał dziesięć lat po „Wojnie i pokoju” i wydaje mi się, że nie jest tak majestatyczną prozą jak epopeja narodowa Rosjan, która momentami przytłacza swoją monumentalną formą i treścią.

Dwa tomy kupiłem w burzliwych latach osiemdziesiątych, kiedy książki zdobywało się, przemierzając miasto szlakiem księgarń, kiedy zaglądanie do kolejnych i jeszcze bardzo licznych przybytków z książkami, miało w sobie coś z niepewnej fascynacji, że właśnie się trafiło na niespodziewany rzut wydawniczy, kiedy kupowało się szybko i namiętnie, bez zastanawiania się, co było o tyle proste, że literatura nie była relatywnie droga, a książki miały wartość nieporównywalnie większą niż dzisiaj.

20170318_124927_resized

„Anna Karenina” nie była rarytasem – szesnaste wydanie, które posiadam miało nakład powalający na kolana dzisiejszych księgarzy, w drugim rzucie wydrukowana 150 tyś. egzemplarzy, a i to, jak sądzę, rozeszło się błyskawicznie. Lichy papier, marna okładka, rozklejające się kartki, przybrudzone i pożółkłe dziś strony, skazują moją zdobycz na powolną śmierć – w końcu rozpadnie się gdzieś w kącie, złożona na strychu, choć nie mam strychu, a samo słowo „strych”, brzmi jak pozostałość czasów, kiedy czytało się przy lampach naftowych.

Czytanie o romansie Wrońskiego i Anny to wyprawa w inne sfery, powrót do jakiegoś Edenu literackiego, nieporównywalne z niczym do czego przywykliśmy w ostatnich latach, przeżycie zmurszałe w swojej formie, a jednak przypominające jak czkawka czym jest prawdziwa literatura. Urodzeni w XXI wieku mogą już nie posiadać tego haczyka, który pozwoliłby im zagłębić się w świat skonstruowany na innych zasadach, niż współczesne powieści, co związane jest zapewne z zanikiem tego genu „powolnego smakowania”, lubieżnego skupienia się na świecie wykreowanym do ostatniego cala, gdzie historia przedstawiana jest dogłębnie, a opis stanowi mistrzowskie dopełnienie akcji. To tak jak filmy Antonioniego nie będą atrakcją dla miłośników współczesnych ekranizacji Sherlocka Holmesa.

To literatura niuansów, smaczków, namiętności oddanych do samego końca, opisanych tak szczegółowo i sugestywnie, że nie mamy wątpliwości wyobrażając sobie żałosną Dolly Obłońską zdradzaną przez lekkoducha Stiwę z guwernantką, czy też uczucia Kitty do Wrońskiego, odrzucającą oświadczyny Lewina.

A co z ocenami moralnymi postępków Anny, zachowania Karenina czy szlachetności Wrońskiego, którego nie lubimy od początku, pomimo tego, że zachowuje się po rycersku i uczciwie, a jednak jest przyczyną nieszczęść, choć wszyscy gotowi są obwiniać Annę za ten los, który od samego początku skazany był na tragedię? W dzisiejszych czasach romans mężatki z przystojnym oficerem, mógłby zakończyć się po prostu krótkotrwałym zawirowaniem uczuciowym, a potem wszyscy zajęliby się własnym życiem i nawet po rozstaniu z kochankiem, Anna nie musiałaby się zabijać.

Siła uczuć i namiętności przerasta tu nasze wyobrażenia, elita rosyjska żyje w jakimś kokonie złożonym z zasad i rytuałów – oglądamy ten świat, gdzie szlachetność jest wyolbrzymiona, podobnie jak łajdactwo u Dostojewskiego; porównując prozę Tołstoja z dziełami autora „Zbrodni i kary”, widać identyczny rys tej absurdalnej wzniosłości, tego zachowania na granicy możliwości, kiedy zdajemy sobie sprawę, że nie można się posunąć aż tak daleko w swoich uczuciach.

Tołstoj tradycyjnie idealizuje życie na wsi, opisuje nam ze szczegółami uroki polowania czy smażenia konfitur, potrafi również mimochodem opisać konflikt stolarza, budującego schody, z Lewinem, który objaśnia fachowcowi, jak powinien te schody wykonać. A więc proza totalna, powstająca zapewne w długich ciągach pisarskich, kiedy to Lew siadał i pisał, jak przypuszczam z ogromną łatwością, a jednak jak się to ma do dzisiejszych „laptopowych” pisarzy i czy Remigiusz Mróz, wrzucony na rosyjską wieś, pisałby równie dużo jak dziś?

Skupiam się więc nad „Anną Kareniną”, odganiając czasem myśli o przerwaniu lektury, ale ponieważ akurat nie mam nic interesującego do czytania, trwam w tym błogostanie literackim, tylko czasem prześlizgując się nad zbyt nudnymi fragmentami, zazwyczaj związanymi z polityką. Czytanie Tołstoja ma działanie terapeutyczne, gdyż nie pozwala zapomnieć, że istnieje  literatura klasyczna, że właściwie powinienem zarzucić czytanie błahe i niepotrzebne, bo to jest jednak strata czasu, że wystarczy to, co mam na półkach, a do czego nie wracałem przez lata, co już zapomniane choć przecież kiedyś tak ważne. A może to już starość, która odrzuca współczesność i każe wracać do przeszłości, gdzie zawsze jest lepiej i bezpieczniej? Bo na pewno mądrzej.

Sensacyjny „Podróżnik” Pavone

Przyznaję, że dawno nie wciągnąłem się w tak niecierpliwe czytanie  książki, jak w przypadku „Podróżnika” Chrisa Pavone.  Początek w ogóle mnie nie uwiódł, zastanawiałem się jak poradzić sobie z ponad sześciuset stronami, zaliczyć pozycję, bo przecież zdecydowałem się na egzemplarz recenzencki, więc trzeba będzie coś o książce napisać.  Nie jestem fanem książek sensacyjnych, szpiegowskich, z agentami wywiadu w rolach głównych – zdecydowanie wolę ekranizacje powieści Le Carre, jak choćby „Bardzo poszukiwanego człowieka” z Philip Seymour Hoffmanem,  Grishama przeczytałem tylko „Testament”, prawie w całości w samolocie na Kindlu, Clancy jest mi kompletnie nie znany, Ludluma kiedyś czytałem, ale wolę Bourne’a na ekranie.

Tak więc zniechęcony pierwszymi stronami poznaję Willa Rhodesa, dziennikarza magazynu  Travelers – najpierw dostajemy gwałtowny opis nieprzyjemności, które spotykają Willa, a następnie cofamy się o kilka tygodni, żeby poznać lepiej przyczyny, które zwaliły bohatera z nóg, za sprawą pięknej Elle. Wkurzający zabieg, coraz częściej wykorzystywany również w kryminałach, który ma zachęcić czytelnika do lektury, zwracając uwagę na to, że w książce będzie się dużo działo.

Podroznik_okladka

Bardzo powoli akcja zaczyna wciągać niczego nie spodziewającego się czytelnika – miałem wrażenie, że zaraz książkę odłożę, ale spędziłem z nią piątkowy wieczór, pół soboty i jeszcze chciałem przyjemność rozłożyć na niedzielę, ale starczyło tylko na wczesny poranek. Otóż Will pracując w swojej gazecie, nie przypuszcza, że gazeta może być jedynie przykrywką, dla rzeczy o wiele bardziej istotnych, a przewożone przez dziennikarzy przesyłki, w dobie elektronicznej poczty, powinny dziwić każdego myślącego trzeźwo pracownika. Ale Will ma inne sprawy na głowie, zrujnowany dom do remontu oraz piękną żonę, z którą przechodzi mały kryzys.

Sensacyjna akcja, gdzie do końca nie wiadomo kto jest kim i dla kogo pracuje, choć średnio inteligentny czytelnik domyśli się tego pod koniec samodzielnie, więc ta dynamiczna akcja, tocząca się w różnych częściach świata, może być też pretekstem dla ukazania skomplikowanej materii uczuć bohatera do żony, jego heroicznej walki, żeby jej nie zdradzić, a potem żeby ją odzyskać. Ten poziom zażyłości między bliskimi, kiedy pomimo wyjazdów i pracy kontaktują się ze sobą codziennie, jest do pozazdroszczenia, bo przecież bliskość to pamięć w każdej godzinie życia o kimś, kogo się kocha. Will dzwoni do żony nawet kiedy ucieka ryzykując, że zostanie zdemaskowany.

Will wplątany w intrygę, radzi sobie zupełnie nieźle, nie zdając sobie sprawy, komu tak naprawdę służy. Jednocześnie poznajemy mechanizmy inwigilacji, którymi dysponują współczesne służby oraz sztuczki i wybiegi, dzięki którym funkcjonują agenci, szpiedzy, najemnicy. To świat istniejący poza naszymi wyobrażeniami, a zastępy ślęczących przed monitorami szeregowych pracowników w służbie inwigilacji, mogą przyprawić o zawrót głowy.

W tej książce nie można się zagubić, postaci nigdy się nie pomylą, nie zapomnimy nazwisk, nie będziemy się zastanawiać jakimi pobudkami kierują się piękna Australijka, przełożony Willa, pracownicy paryskiego biura Travelers, czy tajemniczy biznesmen, pragnący wykupić gazetę. Wszystko musi skończyć się dobrze, nawet jeśli mamy wątpliwości, czy żona bohatera, postępuje etycznie, a kochanka Willa nie ma wyrzutów sumienia, realizując zlecenie za niemałe pieniądze, kosztem życia postronnych osób.

Pavone jest autorem głośnego debiutu, który u nas ukazał się pod tytułem „Kobieta, której nikt nie znał”, oraz bestsellerowej powieści „Wypadek” wydanej w 2015 roku. Na intrygującej okładce znajduje się również zachęta Lee Childa do przeczytania „Podróżnika” – a kto to jest Lee Child? Miłośnicy talentu Toma Cruise’a będą wiedzieć najlepiej zwłaszcza jeśli oglądali przygody Jacka Reachera.

Do Pavone na pewno wrócę – to doskonała odtrutka na uciążliwe trasy autobusowe, kolejowe czy lotnicze, to wypełniacz chwil straconych, recepta na długie oczekiwanie, na nudę lotnisk i bezwład hotelowych wieczorów. Na moim Kindlu na pewno wkrótce zagoszczą dwie poprzednie książki autora, który potrafił w jeden weekend zaserwować mi sześćset stron lektury.