Książka o czytaniu.

Zawsze byłem nieufny wobec książek o książkach, książek o czytaniu albo książek o bibliotekach i ich porządkowaniu. Ale jednocześnie takimi książkami jestem perwersyjnie zafascynowany i przezwyciężając swoją nieufność, będąc w księgarniach, oczywiście przypadkowo, bo teraz się księgarni nie odwiedza, no chyba, że z nudów, albo żeby sobie poprawić humor, więc będąc mimochodem w księgarni, tego typu literackie wynurzenia przeglądam, a nawet czytam zachłannie pierwsze stronice. Po takiej przypadkowej lekturze jestem rozczarowany, bo wydaje mi się, że nic odkrywczego tam się nie znajduje, a wszystkie zagadnienia są mi doskonale znane, doświadczenia jednakie nie wymagają skomentowania, powtarzalność przeżyć mnie nudzi.

Książkę o czytaniu” Sobolewskiej jednakowoż kupiłem w jakimś odruchu straceńczym, w porywie uderzeniowym, w stuporze nawet bym powiedział i przez pomyłkę, bo w pakiecie ją nabyłem z inną książką, w wysyłkowej księgarni internetowej, bo tak się obecnie książki kupuje, co zubaża nasze życie o jakiś niezidentyfikowany bezmiar radości i przyjemności.

Studio_20170204_150054_resized

Czytanie Sobolewskiej to nieustanna konfrontacja własnych nawyków i rytuałów z innymi pasjonatami i maniakami czytania. Sobolewska kompiluje przykłady przeróżnych zachowań ludzkich, związanych z czytaniem, a ja mogę jedynie przytaknąć, że też tak czynię lub unieść w zdziwieniu brwi. Rozdziały są krótki i treściwe, zazwyczaj oparte na cytatach z innych pozycji na dany temat, wyszperane czasem i dosyć przypadkowo zestawione – ma się wrażenie, że można było tu zrobić więcej. Czytając rozdział o układaniu książek wiem o co chodzi z miejsca, powiem więcej, od razu przypomina mi się Pilcha tekst „Niewysuszona cnota porządku” z tomu „Bezpowrotna utracona leworęczność” – kto czytał wie o co chodzi – to jest dopiero mistrzowska operacja intelektualna.

W ogóle pisanie o książkach i czytaniu, przypomina opisywanie jakiejś okropnie śmiesznej farsy, wszystko tu zdaje się być marginalnie niepoważne, ale może to tylko moje wrażenie, wynikające stąd, że książki jako przedmioty zdają mi się rzeczami nad wyraz beztroskimi i uroczymi w samej swojej istocie. Rozdział o czytaniu w toalecie nie robi na mnie wrażenia, jako że czytam tak od zawsze, jedynie nie składuję lektur w WC, tylko je tam donoszę.

Ta książka jest rozszerzeniem pozycji wydanej przez Sobolewską w 2012 roku, pod tym samym tytułem – obecnie nie można znaleźć w stopkach redakcyjnych, zawsze fascynujących mnie informacji, które akurat wydanie trzymam w ręku (tak mało brakowało, abym się nabrał na wydane właśnie wznowienie „Dziennika pisanego później” Stasiuka, w nowej szacie graficznej”) lub napomknień o nakładzie – autorka umieściła w nowej odsłonie książki dodatkowe rozdziały. I co my tam znajdziemy? Czytanie w więzieniu mnie mało obchodzi, o ciarkach na grzbiecie wiem raczej w odniesieniu do muzyki, o jedzeniu książek to raczej ciekawostki i dziwadła. Książki nieprzeczytane to frapujący temat, filozoficzny dylemat i dobrze się utwierdzić w przekonaniu, że inni też mają te stosy odłożone na potem.

Książka Sobolewskiej odsłoniła we mnie kilka historii, zapomnianych już mocno, albo w czeluściach leżących, do niczego nie przydatnych, do opowiedzenia na pewno, ale to trzeba mieć komu opowiadać, leżąc w pościeli z papierosem, albo przed samym snem,  na pograniczu, kiedy domagasz się, żebym coś mówił, żebym mówił cokolwiek, więc takie historie nadają się ku temu doskonale. Autorka pisze o zakładce perfumowanej w książce i ja sobie przypominam egzemplarz „Matki” Gorkiego, na który moja szesnastoletnia miłość wylała przez przypadek perfumy Gazela, o duszącym zapachu orientu, zanim mi ją pożyczyła. Wyobrażacie sobie czym takie czytanie nieszczęsnej „Matki” da mnie było…

Albo taka niesamowita historia z „Listami do syna” Witkiewicza, których egzemplarz przetrzymywałem namiętnie wypożyczony z biblioteki, aż w końcu w odruchu szaleństwa, powyrywałem z niego kilka fotografii adresata, którego lata całe wielbiłem, i zdjęcia te towarzyszyły mi na co dzień, przyszpilone do makatki słomianej nad łóżkiem. A kiedy wybuchła wolność i ta rynkowa także, na allegro znalazłem ten tom listów, który zawsze chciałem mieć i za jakieś nawet marne pieniądze nabyłem „Listy do syna”, to ze zdziwieniem stwierdziłem, że egzemplarz ten nie posiada zdjęć Witkacego i to dokładnie tych, które sam usunąłem – powiem więcej, to był ten sam egzemplarz z mojej młodości. Ta historia ma jeszcze swój ciąg dalszy, ponieważ w przypływie szaleństwa, parę lat później, zakupiłem kolejny tom „Listów do syna” zapominając, że mam już jeden, choć wybrakowany.

Książka o czytaniu” poruszy nieznane struny w zajadłym czytelniku, będzie przyjemnością powierzchowną, ale za to jakże smaczną. To zestawienie miłe podniebieniu, lekko chaotyczne, zwłaszcza w oddzieleniu cytatów od myśli autorki, bo czasem nie wiem kto mi tu opowiada. Poza tym to taka fajna odskocznia z ciekawostkami, świadcząca o tym, że książki są przedmiotami, które niektórzy zbierają namiętnie, a pod koniec życia zastanawiają się, co się z nimi stanie po ich śmierci i gdzie trafi ten ulubiony egzemplarz „Listów do Felicji” Kafki.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.