Houellebecqa interwencje.

„Interwencje2″ otrzymaliśmy na fali popularności w Polsce Michela Houellebecqa,  natomiast minęło już 7 lat od ich wydania francuskiego, nie mówiąc już o tym, że nie było nigdy w sprzedaży Interwencji z numerem pierwszym, wydanych we Francji w roku 1998, kiedy to autor znany był raczej dzięki tomikom poezji – u nas zresztą również nie do kupienia.

Poezja Michela Houellebecqa wydaje mi się zdecydowanie ciekawsza, przynajmniej w marzeniach, od tego chaotycznego zbioru, gdzie znajdziemy recenzje, felietony, eseje, zwierzenia a nawet odpowiedź na ankietę o pedofilii. Denerwujące zestawienie, przypadkowe, a jednak jakże czasami fascynujące w swojej erudycyjnej wymowie – pal licho przekaz, zapomnij o postaciach z francuskiego kontekstu, o nazwiskach, które nigdy nic nam nie mówią i nie będą mówiły, skup się na frazie, na ironii, na myśli i przesłaniu. Tutaj Michel Houellebecq jest niezrównanym i jakże błyskotliwym komentatorem. Niebywale inteligentny i ironicznie celny, zdobywa nas bezustannie i wciąga w swój świat, aż chce się ulegać jego spostrzeżeniom i refleksjom.

Studio_20170129_164341_resized

Jak we wstępie napisał autor, najoczywistszym punktem wspólnym zebranych tu tekstów jest fakt, że poproszono go, żeby je napisał, albo, dodaje, żeby napisał cokolwiek. Obawiam się, że obecnie może sobie pozwolić na odmawianie takim prośbom, stąd nie możemy się delektować jego śmiałymi poglądami, na przykład na temat religii, filmu czy rozwiązłości seksualnej.

Najciekawszym wydaje się esej zatytułowany „Kilka uwag o zamęcie”, gdzie autora dosyć mocno poniosło, a jednocześnie gdzie nie widać pośpiechu w wyrażaniu własnego zdania. Lubię wyszukiwać w tych tekstach smakowite zwroty, literackie skarby, tupet i arogancję, smak talentu. „Literatura godzi się na wszystko, przystosowuje się do wszystkiego, grzebie w odpadach, wylizuje rany nieszczęścia”. Ten fragment o ustawieniu się  wobec świata na pozycji estetycznej, o zrobieniu tego kroku w bok, a właściwie o zatrzymaniu się, zaprzestaniu uczestnictwa, zawieszeniu wszelkiej działalności umysłowej, to taki niepokojący przepis na nasze życie, które oddajemy na pastwę nicości, gdzie informacja stoi w opozycji do znaczenia.

Znajdziemy tu także teksty wybitnie ironiczne, jak ten o zabawie, której człowiek zachodu stał się zakładnikiem. „Wystarczy zaplanować zabawę, żeby mieć pewność, że człowiek się śmiertelnie wynudzi” – dostajemy to dosadne przesłanie i zaraz potem kilka rad, jak utrzymując swój dobry wizerunek, nie pozostać samotnym na imprezie, w stanie rozpaczliwej nudy, z przeświadczeniem, że inni się doskonale bawią.  A potem to podsumowanie: „wraz z wiekiem mija poczucie obowiązku zabawy, a zwiększa się potrzeba samotności. Prawdziwe życie bierze górę”.

„Interwencje 2” nie dorównują rzecz jasna rewelacyjnej korespondencji Houellebecqa z Bernardem Henri-Lévym, gdzie poznajemy Michela od wielu stron, gdzie odsłania się chyba bardziej niż w swoich doskonale sprzedających się książkach, ale pokazują bezkompromisową odwagę w wyrażaniu sądów o wszystkim i o wszystkich, nie szczędząc słów i epitetów –  w eseju „Przekroje glebowe” rozprawia się z sztandarową postacią francuskiej literackiej nowej fali, Alainem Robbe-Grilletem nazywając jego prozę po prostu nudną, informuje nas w tytule, że „Jacques Prevert to dupek”, a poza tym mnóstwo w jego wypowiedziach słów typu: „odrażający”, „głupi”, „idiotyczny”, albo „wymioty”, lub łagodniej „imbecyl”.

To straszne zdjęcie, prowokacyjnie umieszczone na polskiej okładce „Interwencji 2” pokazuje, co Michel Houellebecq zrobił ze swoim wizerunkiem w ostatnich latach, jakby jego wygląd zewnętrzny, miał prowokować antagonistów do ataków na tego miłego w gruncie rzeczy i łagodnego człowieka, o poglądach, z którymi w większości się zgadzamy. A dla tych, których odrzuca wysiłek myślowy, konieczny do oddania się lekturze tej książki, proponuję rewelacyjną komedię, z polskim wątkiem, pod tytułem „Porwanie Michela Houellebecqa”. Po obejrzeniu tego filmu, łatwiej przyjdzie nam skusić się do zakupu kolejnej, po doskonałej „Uległości”, książki, nałogowo palącego autora „Cząstek elementarnych”.  Niestety, nie mam pojęcia, kiedy to się wydarzy.

Książka „Interwencje 2″ do kupienia w Taniej Książce.

„Czarna trasa” Antonio Manzini

Rocco Schavione ma wszelkie zadatki na to, żeby zdobyć serca czytelników, choć niektórzy oburzą się na jego chamskie odzywki, snobizm, bezczelność, nałogi i lewe interesy. Pierwszy kryminał z Rocco ukaże się u nas 22 lutego i na szczęście jest też pierwszym z serii, więc nie ma niebezpieczeństwa, że kolejne książki będą pojawiały się w „wymieszanej” kolejności, jak to się dzieje na przykład z Horstem.

A więc Rocco jest skurwysynem, niewątpliwym, chamowatym gburem, któremu nawet nie chce się zmienić swoich ulubionych butów, wybierając się w góry, żeby obejrzeć trupa zmasakrowanego przez pług śnieżny.  Na złość wszystkim, w przemoczonych butach, zmarznięty i wściekły, musi się zmierzyć z wiejskimi ignorantami pracującymi w policji, upokorzyć ich i wyśmiać a następnie finezyjnie, ku uciesze swojego nowego szefa oraz prokuratora, rozwiązać błyskawicznie zagadkę morderstwa. Rocco pali skręty oraz dorabia na lewo kradnąc nielegalny towar bandytom,  a trafiając „za karę” do górskiej wioski, wyrzucony z Rzymu, gdzie wiódł wygodne życie, stara się zmierzyć z traumą, o której w tym tomie za dużo się nie dowiemy. Pisane kursywą kawałki z jego żoną Mariną w roli głównej, mają za zadanie uwieść czytelnika, ale co bystrzejsi domyślą się w czym rzecz, co uzasadni obecność w życiu Rocca dojrzałej kochanki oraz szowinistyczne klasyfikowanie kobiet, kręcących się wokół niego.

Czarna_trasa_okladka

Zagadka kryminalna jest średnio skomplikowana, a krąg podejrzanych wąski, wiec czytelnik z łatwością namierzy winnego, choć sposób dedukcji komisarza może budzić podziw. Zresztą nie przeceniajmy jego inteligencji – celuje głównie w chamskich odzywkach i epatuje terrorem psychicznym, ale  jest zdecydowany i myśli logicznie, zwracając uwagę na drobiazgi: w tym przypadku do sedna doprowadzą go papierosy oraz rękawiczki.

Śmiejemy się z upokarzanych wiejskich policjantów, ale jednocześnie staramy się polubić Rocca, miłośnika skrętów i dobrych ciuchów, który prawdziwe życie zostawił w Rzymie, a marzenia o życiu w Prowansji chce zrealizować przy pomocy nielegalnych przekrętów. Jednocześnie w tym cynicznym snobie drzemie jakiś imperatyw przyzwoitości, a walka z przestępcami jest dla niego męką, ponieważ przez to jest cały unurzany w błocie i smrodzie ludzkich namiętności i grzechów.

Manzini to także autor licznych scenariuszy filmowych oraz aktor. Porównywalny we Włoszech  do takich tuzów jak Camillieri czy Donna Leon, pisze szybko i od wydanej w 2013 roku „Czarnej trasy”, wyprodukował już pięć odcinków przygód Rocca, które miejmy nadzieję szybko trafią na nasze półki.

Ten kryminał uwodzi również stylem. Nie atakuje nas opisami przyrody, tylko zwięźle informuje, przemycając oczywiście między słowami zgryźliwe uwagi na temat wyglądu postaci oraz stanów pogody – a zgryźliwość jest rzec jasna atutem głównego bohatera. Gdzieś w głębi dostrzegamy jednak pulsujące problemy współczesnego świata, bo te włoskie średnio nas obchodzą – już w 2013 roku Manzini zahaczył o problem uchodźców, a sceny z kontrabandą Syngalezów, wskazują na to, że w następnych powieściach autor zaserwuje  nam jeszcze więcej nawiązań do aktualnych spraw.

Przygoda z kryminałem Manziniego trwała krótko, ponieważ ciężko się od niego oderwać, a to przecież jedynie 285 stron. Sugeruję wydawnictwu Muza kuć żelazo póki gorące i szybko przełożyć pozostałe kryminały z Rocco, choćby po to, żeby wreszcie wyjaśnić tajemnicę związaną z jego żoną Mariną. Bo jak konstatuje Rocco: przeszłość to zmarły, którego zwłoki ciągle cię nawiedzają, a jeśli przestaną przychodzić to znaczy, że do niej dołączyłeś.

Zagroda zębów.

Odyseusz, bohater Homera, sprawca klęski Troi, mąż Penelopy i ojciec Telemacha, to postać z greckich mitów. Wit Szostak napisał wariacje na temat mitu Odysa, a do tego zatytułował je lekko perwersyjnie: „Zagroda zębów”, wywołując niepokój w czytelniku, sięgającym nieświadomie po książkę, mającym w pamięci wcześniejsze dokonania autora. Ja byłem w tej komfortowej sytuacji, że żadnej książki Szostaka nie czytałem, nie będąc miłośnikiem gatunku, który pisarz uprawia – oczywiście nazwisko było mi znane, postać i wygląd tudzież, szata graficzna wydanych pozycji nie była mi obca.

A ta „Zagroda zębów” co rusz mi się rzucała w oczy, a to w recenzjach czytanych, a to w migotliwych refleksach rzucanych w literackim świecie mediów – rzucała się niepokojąco pozytywnymi opiniami, wyważonymi krytykami, wielopiętrowymi recenzjami, których nie potrafiłem doczytać do końca – jakaś fama szła za Szostakiem, aura niby to tajemnicza, ale przecie jaka tajemnicza, jak autor obraca się w infantylnym science – fiction, rojąc jakieś historie, których za bardzo czytać ochoty nie miałem.

Tymczasem wydawnictwo Powergraph zapytało mnie, czy bym nie zechciał przeczytać „Zagrodę zębów”, a ja otumaniony tym wszystkim, o czym pisałem powyżej, zgodziłem się nieświadomy na co się porywam. „Zagroda zębów” jest wyzwaniem literackim, zabawą słowną, spójną i zwięzłą, oszczędną i wymagającą uwagi. Złapiesz tę niewielką książeczkę i w tempie sprinterskim jesteś w stanie ją pochłonąć w godzinę. Nie polecam tej metody czytania – w tym przypadku smakowanie roztropne, powolność, rozwaga, spokojna kontemplacja dadzą wymagany efekt końcowy. Po przeczytaniu pierwszym, tym bardziej chaotycznym, wróciłem jeszcze raz do „Zagrody zębów”, i odnalazłem  właściwy rytm, który pozwala docenić pracę autora.

Studio_20170118_221525_resized

Na końcu, w Epilogu, pojawia się postać ojca, który Odysa wtłoczył w umysł autora, zaintrygował mitem, był siłą sprawczą tej książki. Ojciec widział Odysa w barze w Prokocimiu, w górach, w pociągu z Krakowa do Łodzi, odwiedzał jego bezimienny grób na starym cmentarzu. Mit stale obecny w życiu ojca, odnajdywany w codzienności, fascynujący albo przydający niecodzienności w trudzie dnia powszedniego.

W Prologu autor uprzedza: nie śpiewaj Odysa, bo ten wyśpiewany, wszystko zostało powiedziane – ale – są też inne możliwości. I właśnie nad tymi możliwościami zastanawia się Wit Szostak. Ale czy o możliwości chodzi, czy taki był autora zamysł? Traktuję „Zagrodę zębów” bardziej jako zabawę literacką, alternatywne wersje losów Odysa są jedynie pretekstem do finezji, do pokazania kunsztu prozatorskiego, zastąpienie rozległego gestu, zwięzłością dopieszczoną do granic możliwości.

Czyta się to wszystko niczym psalmy, zdania powtarzają pierwsze motywy, czasem dosłownie, czasem lekko skrzywione. Wywlekanie wariantów, domyślanie zmyśleń, chodzenie po śladach, znajdowanie błędów mitów, błądzenie, wierzenie, podążanie, pielenie mitów. To określenia autora, który każe nam się wczytać w rytm zdań, dać ponieść czystej zabawie w kreacje – odczytuję wersje losów Odysa, Penelopy czy ich syna, próbuję znaleźć w tym sens, ale tak naprawdę wciągają mnie zestawienia słów, zdania wykrojone jakby same dla siebie. Aż po kres książki, tragiczny finał, zasygnalizowany przecież już na początku, tym zestawieniem słów: śmieci i śmierci. „Śmieci trzeba śpiewać, mamy tylko śmieci”. Bo na końcu Odys odnaleziony, leży w śmietniku, rzyga winem, zbędny bohater, śmieci blisko śmierci.

Szostaka nie ma co demonizować. Od czasu do czasu można się zabawić kunsztowną literaturą, zmierzyć się z warsztatem i mieć odwagę. Ale przede wszystkim mieć klasę i kunszt, żeby się udało. Tak jak udało się Szostakowi w „Zagrodzie zębów”.

Rok królika.

Jak już sobie zamówiłem tę książkę, prostackim odruchem zapragnąłem sprawdzić, co o najnowszej Bator pisze Internet. Ku swojemu przerażeniu odkryłem, że pisze niedobrze, źle pisze, rozczarowująco podsumowuje, wyrzeka i narzeka, odradza. W popłochu i pierwszym geście, zapragnąłem wycofać zamówienie, ale już zapłacone, poszło w kosmos, to znaczy do księgarni. Pocieszyłem się lekko tym, że książka kosztowała mnie malutko, z racji różnych tam kuponów, które otrzymałem – nieważne, w każdym razie tanio było, jakieś 15 zł. No trudno, straciłem, myślę sobie, studiując różne blogi, które jako pierwsze się wyświetlają, czytając opinie „recenzentek”, fachowo podsumowujących książkę, a potem w komentarzach odpowiednie reakcje, że nie kupię, że nie czytałam i nie znam, ale i tak nie przeczytam, że w ogóle to mi się nic nigdy nie podobało, co z Bator wyszło.

Książka w twardej oprawie z królikiem na okładce, a właściwie z kobietą o króliczej głowie, starannie wydana w Znaku, robi dobre wrażenie, zwłaszcza z tajemniczo brzmiącym wierszem Emily Dickinson na początku, gdzie już pojawia się motyw sióstr bliźniaczek. Poszukiwaniom siostry odda się bohaterka, obsesyjna zbieraczka tytułów w polskich tabloidach („Kierowca zrobił z konkubiny kotlety na wesele brata”), którą widzę jako żywą Joannę Bator, widzę ją dokładnie, umiejscawiam w książce – nie da się odlepić wizerunku Bator od Julii Mrok, w czym nie pomógł z pewnością internetowy i telewizyjny proces promocji książki, a także obejrzany przeze mnie wywiad Nogasia z autorką, gdzie można było się Bator Joannie przyjrzeć i wkleić w narrację „Roku królika”.

Studio_20170115_131153_resized

Wbrew opiniom różnorodnym i śmiem uważać powierzchownym, Bator najnowsza mnie wciągnęła, wessała mnie bezbronnego natychmiast, pociągnęła do Ząbkowic Śląskich, zabrała na przejażdżkę, którą polubiłem z miejsca. Jeśli niecierpliwię się podczas przerw w czytaniu książki, znaczy to, że jest dobrze, że bohaterka i jej dziwaczny świat jakoś tam mnie zauroczyły. To lepsze jest niż Twardoch, pomyślałem, bo mi „Król” takich wrażeń nie dostarczył.

W bardzo niepokojącym skrócie, znana pisarka pretensjonalnych romansów historycznych, żyjąca w seksualnym trójkącie z dwoma mężczyznami, zmienia tożsamość oraz wygląd, i w obawie o własne życie, ucieka do Ząbkowic, znanych również pod nazwą Frankenstein, gdzie wpada na trop siostry bliźniaczki, ale przede wszystkim spotyka na swojej drodze dziwaczne indywidua oraz perwersyjne SPA z erotyczną i eutanazyjną posługą. Przerysowane typy, każdy z jakąś skazą, a to szklane oko, a to poparzona twarz, wariactwo i zajęcza warga, stanowią świetna pożywkę dla pisanego przez zmienioną nie do poznania bohaterkę, nowego romansu historycznego.

Ten nierealny świat nijak się ma do spokojnego miasteczka na Dolnym Śląsku – zapewne „Rok królika” w Ząbkowicach sprzeda się w rekordowym nakładzie, ale zawód będzie bezmierny, ponieważ mieszkańcy miasta swojego tam nie znajdą. Oniryczna atmosfera jak z jakiegoś podrzędnego horroru, kafkowska niemożliwość dostania się do urzędu, wyludnione ulice i postaci, wsysające bohaterkę w grę, której z łatwością ulega, to otoczenie nowego wcielenia Julii Mrok, sieroty z obsesją, egoistki emocjonalnej, kobiety wyrachowanej, ale przecież sympatycznej, której kibicujemy, żeby jej się udało. Absurdalność spotkań, typy ludzkie i ich pożądliwość, oderwanie od rzeczywistości, kreują świat mityczny, gdzie zdarzenia prężą się do obnażenia bohaterki, wyssania jej w wampirycznym tańcu, a z drugiej strony przecież jej uległość nie pasuje do charakteru, więc jest to jakiś lot bezwładny Julii Mrok, zamienionej w Annę Karr, a nawiązanie do Anny Kareniny Tołstoja nasuwa się jednoznacznie.

Bator ponętnie stylizuje swój tekst, żeby czytającego wciągnąć w dowcipną grę słów, taką Masłowską nam Joanna Bator jedzie, z łatwością to robi, szpanuje wartkim potokiem zdań zgrabnych a nawet śmiesznych, czasem ją ponosi, jak w tym fragmencie o oku inspektora Gerarda Harde’go, na stronie 125. „Staliśmy naprzeciwko siebie bez słowa, jak w kadrze jednego z tych filmów, w których bohaterowie milczą uparcie, jedząc makaron, albo jadąc samochodem na ósme piętro parkingu, co ma oznaczać, że obraz jest artystyczny”.

Kiedy już wpadniemy w ten sztuczny świat wykreowany przez Joannę Bator, poznamy plejadę dziwadeł,  celnie i z jakąś perwersyjną miłością podsumowanych przez autorkę ( „… widziała w Hotelu patologicznie otyłą kobietę w średnim wieku i staruszkę wyglądającą, jakby zmartwychwstała przez czyjeś roztargnienie zamiast Chrystusa”) wydarzenia nieuchronnie zaczną zmierzać do rozwiązania, którego niestety autorka nie udźwignęła, a szkoda. Zdemaskowana Julia Mrok wpada w łapy zboczeńca i w pierwszym odruchu uległości, zdaje się, że jej nowa tożsamość  zdobędzie kolejne doświadczenia, gdy tymczasem akcja przyspiesza i wyrywając się z ząbkowickich klimatów, powieść traci swój oniryczny urok, aby sczeznąć gdzieś na manowcach. Aż szkoda tego zakończenia, ale to nie my napisaliśmy „Rok królika”, więc pozwólmy Julii Mrok robić to, na co ma ochotę Joanna Bator.

Najnowsza książka autorki „Ciemno, prawie noc”, to połączenie czarnego humoru z onirycznym kryminałem, psychologicznej rozgrywki z horrorem trzeciej kategorii, to podniecająca historia z trupami, upadłymi kobietami, psychopatycznym mordercą, grasującym mitycznym królikiem, dowcipnymi puentami i czystą przyjemnością zagłębiania się w potoczysty styl autorki.  Już zaczyna mi brakować Julii Mrok i opisów tego karnawału spotkań z degeneratami, psychopatami, dziećmi z zajęczą wargą, albo sprzedawczyń z „sekendhendów”.

Obrzydliwość serwowana nam przez Bator jest nie tylko małomiasteczkowa, siermiężna i wtórna, ale również swojska. Z łatwością przyjdzie nam odnaleźć namiastki przerysowanego zła w serwowanych codziennie obrazkach z telewizora, więc z czasem ponura dziwaczność tabloidowych tytułów, dobierze się także do nas, a przygody Julii Mrok albo Anny Karr, staną się w końcu i naszym udziałem.

Al Capone i inni.

W kwietniu pisałem o dwóch tomach prozy Grzegorza Kalinowskiego, a już pod koniec roku dostałem, jakąś siłą rozpędu, trzecią część przygód Heńka Wcisły. „Śmierć frajerom” to taki przewrotny tytuł całego cyklu, a trzecia odsłona ma podtytuł „Tajemnica skarbu Ala Capone”. Podobają mi się okładki tych książek, kuszące kolorystyką i stylizowane trochę na brukowce przedwojenne, zaczytane egzemplarze chowane za pazuchą.

Czy można rozpocząć przygodę z książkami Kalinowskiego od tego właśnie tomu? Można, tylko ci, których wciągnie życiorys bohatera, zmuszeni zostaną do odkrywania jego losów, tej poszarpanej, zawadiackiej młodości, szukając nerwowo pierwszych tomów; natomiast grupa, którą przerazi natłok przygód, postaci i zdarzeń, charakteryzujących te łotrzykowskie opowieści, odetchnie z ulgą – nie oszukujmy się, ta eskapada czytelnicza wymaga sporo wolnego czasu i uwagi – nie radzę odkładać tomu liczącego sześćset stron na później, po przeczytaniu stu stron, bo zapomnicie o co w tym wszystkim chodzi. No chyba, że macie pamięć lepszą ode mnie.

Heniek, którego losy opisuje Kalinowski, ucieka z Warszawy, gdzie aspirant Denhel ( nie mylić z Jackiem Dehnelem), czyha na jego głowę; trafia do Chicago, gdzie ma przejąć interes od niejakiego Feliksa Magatha, zarządcy firmy Iron Castle. A i Heniek nie jest już Wcisło, tyko nosi niemieckie nazwisko Haas. W ogóle z tymi nazwiskami niemieckimi jest tutaj niezła zabawa, jakby Kalinowski odnalazł swojego sportowego ducha i mrugał do nas futbolowym okiem – pojawiają się, oprócz Magatha, Hrubeschowie czy Vogts.

Tajemnica_skarbu_Al_Capone_okladka

Opowieści Kalinowskiego zawsze umiejscowione są w rzeczywistości historycznej i rzecz jasna Heniek, trafiając do Chicago w latach prohibicji, musiał się zetknąć ze słynnym Alem Capone. Oprócz tego  są i wątki polskie – wiadomo, że żadna gangsterka nie może się obejść bez naszych, zwłaszcza, że konwencja „Śmierci frajerom”, penetruje nie sztukę ludową w Zjednoczonych Stanach, lecz podziemne machloje i przekręty na wódzie, a Heniek uczestniczy nie w premierach filmowych, lecz w potyczkach, w czasie których mózgi rozpryskują się po ścianach. No to dla żądnych faktów historycznych, mamy niejakiego Alexa Sypowskiego, polskiego Żyda spod Radomska, współpracownika Alphonsa Capone, czy Johna Oberta, gangstera polskiego pochodzenia.

Ne ma co streszczać akcji, ani wymieniać postaci, które pojawią się na kartach książki – walki bokserskie, jazzowe kluby ze słynnym Cotton Club na czele, Metropolitan Opera, Hollywood, Nowy Jork, San Francisco, samochody, kobiety, wielkie pieniądze, przekręty, mordobicia, samoloty, to tylko niewielka porcja wrażeń serwowana przez Kalinowskiego – a potem, kiedy Heniek wróci do Warszawy zobaczymy go w nowej roli:  poważnego człowieka z towarzystwa.

Kalinowski zapewne pociągnie jeszcze z losami Heńka przez parę tomów, bo chłopak jeszcze młody i perspektywiczny, a na horyzoncie przecież wojna i można już sobie wyobrażać, gdzie zawiedzie nas wyobraźnia autora, wplatając losy warszawskiego cwaniaka w zawieruchę hitlerowską. Odkładam więc trzeci tom „Śmierci frajerom” na górną półkę, zostawiając miejsce na następne, grube powieści łotrzykowskie, z Heńkiem Wcisło w rolach głównych.

Młodość Wistinga

Moja kolekcja Horstów szybko się rozrasta, ale nie jest to powód do zmartwień. Poziom tych kryminałów można usytuować powyżej średniej i niestety są to nadal powieści lepsze od polskich nowości, przede wszystkim lepiej skonstruowane, przemyślane i logiczne. „Gdy mrok zapada” ukazuje się u nas zaraz po premierze norweskiej, jakby wydawnictwo chciało jednocześnie nadrabiać zaległości w wydawaniu Horsta i trzymając ręce na pulsie, serwować nam nowe przygody sympatycznego policjanta.

Tym razem akcja zabierze nas do roku 1983, roku dla nas w jakimś sensie ważnego, o czym wspomina również autor, w krótkiej relacji z lektury gazety, kiedy to czyta o Nagrodzie Nobla dla Lecha Wałęsy, oraz jego decyzji o nie przyjeżdżaniu do Norwegii, w obawie przed uniemożliwieniem mu powrotu do kraju. Gdyby początkujący autorzy kryminałów mieli się czegoś uczyć od Horsta, albo od innych Skandynawów, albo po prostu od dobrych rzemieślników pióra, to zwrócili by uwagę na opisywane przez starych wyjadaczy tła, drugie plany, konteksty, czy też banalne szczegóły, które jednak uwiarygodniają akcję i nie są zwyczajnymi i nudnawymi opisami, ale raczej celnymi uderzeniami w rzeczywistość, którą należy opisać fachowo.

Studio_20170104_221732_resized

To, co czasem irytowało u Wallandera, to żmudne grzebanie w szczegółach śledztwa, wertowanie dokumentów, staje się też udziałem Wistinga, który w 2016 roku jest już doświadczonym policjantem, szkolącym młodzież. W pierwszym rozdziale Wisting otrzymuje tajemniczy list, który przypomina mu zagadkę sprzed 33 lat, cofając nas do wspomnianego już roku 1983.

25-letni, początkujący policjant, szczęśliwy małżonek, ojciec bliźniaków, z którymi będą razem z żoną Ingrid spędzać pierwsze święta, za namową kolekcjonera starych samochodów, trafia do starej, walącej się stodoły, gdzie czeka na niego zagadka tajemniczego napadu sprzed wielu lat, oraz zasuszony trup. A jednocześnie zostaje zrabowany nocny sejf, gdzie wrzuca się utargi z całego dnia – nie wiem czy jeszcze funkcjonują takie miejsca, ale sam pamiętam, że w ścianach banków były kiedyś takie miejsca, gdzie wrzucało się pieniądze ze sklepów zamykanych późno. Teraz już chyba tego nie ma.

Te dwie sprawy: starej stodoły i stojącego w niej auta oraz bezczelny napad na sejf, powiąże nie tylko osoba młodego Wistinga. Młody policjant od początku daje się poznać jako sprawny obserwator i obdarzony inicjatywą i intuicją, potrafi na własną rękę  zdobywać doświadczenie w sprawach kryminalnych. Wisting chce zostać śledczym i aż się pali do przesłuchań i zbierania dowodów: „Na samą myśl, o tym, że sam mógłby kiedyś tak pracować, ogarniało go zniecierpliwienie, od którego aż mrowiły mu dłonie”.

Wisting już wtedy zostanie zauważony przez przełożonych i wytypowany jako kandydat na śledczego – tym właśnie kończy się sprawa z roku 83, pozostając nierozwiązaną do końca. A jednak po 33 latach, za sprawą tego tajemniczego listu, Wisting może zamknąć stare śledztwo, przy okazji zabrać swoich kursantów na ekscytującą wyprawę w przeszłość.

Ten krótki, lekko świąteczny kryminał, ubarwi wszystkim nudne chwile w pociągu albo samolocie – trzeba go czytać szybko i na pewno nie będzie to nudna przygoda. Horst już zadomowił się w Polsce i nie zdziwi mnie informacja, że wkrótce dostaniemy do rąk kolejne przygody komisarza policji z Wydziału Śledczego w Larvik, Wiliama Wistinga.

Król Szczepan Twardoch

Rozpieszczany przez krytyków i czytelników Szczepan Twardoch, pisarz o pięknym imieniu i wyzywającym wyglądzie, zyskał już sobie status literata ważnego, sprzedającego się wystarczająco obficie, żeby jego najnowszą powieść „Król”, zrecenzowali wszyscy. W końcu padło i na mnie, co przyjąłem z radością, bo Twardocha polubiłem – głównie za ekstrawagancje w wywiadach, ale przecież także za prozę, od „Morfiny” poczynając.

Twardoch kusi oryginalną okładką „Króla”, znajomością boksu, wszelkiego rodzaju broni, samochodów, samolotów, kobiet sprzedajnych czy perwersyjnych technik erotycznych. Ale to wszystko nie jest ważne, albo ważne jest mniej, przy jego sprawności poruszania się po przedwojennej Warszawie, orientacji w meandrach ówczesnej polityki polskiej,  czy też rozpoznania powszechnego wówczas antysemityzmu. Zresztą nasza świadomość na powyższe tematy nie ma tu żadnego znaczenia – przyjmiemy wszystko bezkrytycznie, bo chcemy poznać historię żydowskiego boksera Jakuba Szapiro.

Powieść skonstruowana jest w typowej dla Twardocha technice, gdzie magia szamańskich powtórzeń ma nas wciągnąć w wir narracji, stworzyć jakieś inkantacyjne delirium, wzmocnione obecnością siły wyższej, tej „istoty” magicznej, która zawsze u Twardocha musi się pojawić, tutaj w postaci olbrzymiego kaszalota, wiszącego nad miastem. No niech sobie ma Twardoch swoje Drachy, czy Litani, niech recenzenci plączą się i interpretują, wywodząc Litani od Lewiatana, skąd już prosta droga do Jonasza. Ale jak to wszystko połączyć w jakąś logiczną całość, żeby nie spełznąć w banalność?

Studio_20170103_211427_resized

Twardoch nie uwiódł mnie szczególnie opowiedzianą historią. Poplątanie losów biednego Mojżesza Bernsztajna, którego ojca Jakub Szapiro poćwiartował „jak ciało koguta na kaparot”, a potem przygarnął chłopca do własnego domu i nauczył boksować, wprowadza do powieści jakiś porządek, który podbudowany jest relacją spisywaną przez kogoś, kto ma być na początku Bernsztajnem, który stał się Inbarem, by w końcu rozpłynąć się w niebycie, zginąć z rąk samego Jakuba. Autor przenosi się dość płynnie z jednej postaci do drugiej, a pod koniec książki akcja przyspiesza i trup kładzie się gęsto, co jednakże nie jest w stanie przebić strat, które czekają żydowską Warszawę, za niedługi czas po roku 1937, w którym toczy się akcją „Króla”.

O ile Jakub Szapiro miał być takim ekscytującym bohaterem, to w rezultacie Twardoch zrobił z niego głupiego romantyka, niezdecydowanego prostaka, który zawraca samolot do Palestyny, skazując dzieci na Holocaust, puszcza się z bezczelną Polka, siostrą swojego największego wroga, który zabił mu brata, pokazuje swoją bezradność i z pierwszej sceny, kiedy to w ringu wygrywa swój najważniejszy mecz, nie zostaje pod koniec książki prawie nic.

O wiele ciekawsze zdają się postaci drugoplanowe: demoniczny Pantaleon, Kum Kaplica czy Ryfka Kij. Każdą ze swoich postaci Twardoch oddaje nam uzupełnioną o przeszłość i przyszłość, każda ma swoje pięć minut. Kobiety Twardocha to osobny rozdział – może poza żoną, zamordowanego przez Szapirę, starego Bernsztajna, wszystkie pozostałe mają w sobie seksualną, demoniczną siłę przyciągania: nawet porządna Emilia, żona Jakuba, perfidnie kusi młodego Mojżesza, nie mówiąc już o wykorzystywanej od dzieciństwa Ryfce, czy opętanej seksualną namiętnością do Jakuba, Annie Ziembińskiej.

Los Jakuba Szapiro, to chaotyczna wyprawa w rzeczywistość Warszawy roku 1937, to meandry politycznego zamachu stanu, szykowanego przez skrajną prawicę, to opis obozu koncentracyjnego w Berezie Kartuskiej, gdzie zsyłano politycznych przeciwników i gdzie panował znienawidzony komendant Józef Kamala-Kurhański. Przyznam, że opis pobytu Kuma Kaplicy w tym obozie to wstrząsający zapis bestialstwa, jakie polskie władze stosowały wobec przeciwników politycznych. Obóz wzorowany na hitlerowskim obozie koncentracyjnym Dachau, utworzono rozporządzeniem prezydenta Mościckiego. Komendant Kamala-Kurhański występuje u Twardocha jako demoniczny sadysta – tutaj autor nie wymyśla – Kamala rządził okrutnie i przez to skończył rozszarpany przez rodaków w Auschwitz, gdzie trafił na dziewięć miesięcy, bo tylko tyle udało mu się przeżyć, płacąc za swoje przedwojenne dowodzenie w Berezie.

Czy powinniśmy czuć sentyment do tych wszystkich kryminalistów, których Twardoch podaje nam jak na tacy, do morderców obdzierających ze skóry biednych Żydów, boksera zbierającego haracze, Kaplicy i Radziwiłka, gustujących w nieletnich dziewczynkach i reszty bandy, która rządziła w odseparowanej od reszty, żydowskiej części miasta? Szapiro musi skończyć marnie, o czym się dowiadujemy na końcu, ale to nie jest koniec honorowy – Twardoch unurzał swojego bohatera, przekreślił cały ten romantyczny etos króla, każąc mu na koniec cierpieć, zapominać kim jest i mylić się w określeniu własnej tożsamości. Gwałtowne przyspieszenie w ostatnich rozdziałach spowodowane jest tym, żeby autor zdążył opowiedzieć nam o dalszych  losach bohaterów – a jakie one mogły być, jeśli było się Żydem w roku 1939?

„Król” na liście bestsellerów Taniej Książki w atrakcyjnej cenie 33,68 zł.