Osiołkiem przez Wschód.

Tak to właśnie jest. Jak jesteś już w pewnym wieku, to mało co ci się chce. Najlepiej by się leżało i czytało, albo paliło i czytało, wczesnym rankiem. I żeby było lato. Ale trzeba jechać. Właściwie nie wiadomo dlaczego trzeba, przecież już tyle się widziało, prawie wszędzie się było. Najgorsze są te chwile przed wyjazdem, ta nerwówka, że czegoś się nie zabrało, o czymś zapomniało, wszystkie te przygotowania, pakowania, te pięć minut przed, bo potem już jest dobrze. W miarę.

Stasiuk pojechał starym osiołkiem w głąb Azji, do Tadżykistanu, ale powieściowo zatrzymał się na krańcach Kazachstanu, przed Szymkentem. Urywa się relacja nagle i nie wiemy nawet jak wrócił z tej wyprawy i czy się coś zepsuło jeszcze w starym osiołku. Krótka jest ta refleksja z wyjazdu, jakby niedociągnięta, przecięta z nagła widokiem szczytów Tienszanu. Może Stasiukowi nie chciało się więcej pisać o tym samym krajobrazie wschodu, który wyeksploatował już w ostatniej książce, a może nie o to chodziło, żeby wracać do tych samych opisów, ale żeby raczej pogwarzyć o autach. Wspominki mają tutaj postać wszystkich samochodów, które przez pięćdziesięciolecie przetoczyły się po autorze i wypaliły swoje piętno we wspomnieniach. Od pracy w szkolnych warsztatach poprzez pierwsze jazdy, w roli pasażera, starą warszawą. Sam wiem jak to jest jechać taką limuzyną, przestronną i pachnącą skórą – raz jeden w życiu jechałem warszawą jako pasażer taksówki i doskonale pamiętam  metafizyczną wręcz aurę dziwacznego komfortu, kiedy przez puste miasto ten wielki automobil toczył się majestatycznie, a ja czułem się niczym komunistyczny dygnitarz z czasów Gomułki.

Studio_20161218_133834_resized

W „Osiołkiem” Stasiuk dużo przeklina, jakby sytuował się w tej robociarskiej sferze magików ze starych warsztatów, jakby ten etos mechanika, który wszystko naprawi, mu mocno imponował. Celnie pokazuje tę zmianę w wyglądzie dzisiejszych przybytków napraw wszelakich, gdzie wszystko poukładane i ma swoje miejsce, a przecież pamiętamy stare „warstaty”, ciemne nory ze stertą żelastwa i umorusaną twarz właściciela, który za grosze naprawiał każde auto. Sam pamiętam taki warsztat na rogu ulicy, zajmujący się akurat rowerami, ale jak się przyniosło tam cokolwiek zepsutego to przecież naprawili.

Podróż z tajemniczym Z. przez Rosję i Kazachstan ma jakby dwa wymiary – w pierwszym, znanym dobrze od lat, Stasiuk powiela swoje refleksje na temat cywilizacji, wschodu i zachodu, ludzkiego losu i egzystencji, takiej krajobrazowej nicości świata, gdzie mało co jest, ale zawsze znajdą się jacyś ludzie. Podawane w mniejszych dawkach te stronice znane od czasów Babadag, rozrzewniają, a wplatane opowieści z przeszłości o samochodach w życiu pisarza, ubarwiają czytanie. Dobrze jest Stasiuka smakować, kiedy odarty z przesadnych opisów rzeczywistości wschodniego syfu, celnie pokazuje to co ważne w takiej podróży trochę bez sensu, podróży, która nie obchodzi nikogo, bo gdzie tam jakieś zabytki, promenady czy kościoły? – raczej szopy, śmieci i step albo krzaki. „ W całej tej Rosji, na całym tym Wschodzie wiedzą, że nie będzie ładnie. Bo ładnie robimy sobie po to, żeby uciec od grozy. Modląc się i cywilizując. Tak jak my na tym naszym zadupiu europejskim z espresso i pro secco. W tym ogródku jordanowski ludzkości.” Stasiukowi wydaje się, że jak wtłamsi się w ten krajobraz rozpadu i siermiężności, to dotknie sedna – jego filozofia odarta jest z blichtru cywilizacyjnego, ponieważ tylko w prostocie życia można odnaleźć fundamentalne prawdy. Być może.

Książka jest naznaczona humorem sytuacyjnym i to się najlepiej czyta, o tych zmaganiach na granicy rosyjskiej, kiedy młody pogranicznik nie chce osiołka wpuścić do swojego wielkiego kraju, albo kiedy zjeżdżają do bogatego Kazachstanu i przychodzi im nocować w nowoczesnym hotelu.

Ale śmieszne są też te dwa metafizyczne sny Stasiuka które podaje jak rzeczywistość, te stupory marzeń wykwitłe na bezdrożach, kiedy jawa miesza się z urojeniem i przeplata w opowieści z jazdą. Najpierw pisarz idzie do popa i mówi, że chce przejść na prawosławie, żeby zostać Ruskiem. Oni tam na wschodzie są jakby od nas mądrzejsi, oni nas dobrze znają, ale postrzegają zupełnie inaczej niż sądzimy. Trochę się z nas śmieją z tej naszej rusofobii, kpią z polskiego charakteru z pozycji dobrego wujka, który raczej pobłażliwy jest niż wrogi. A potem już ten długi fragment rozmowy w ciemną noc, po pijaku z Aleksiejem spod Saratowa, gdzie Stasiuk wywala wszystkie nasze traumy narodowe zahaczając nawet o smoleńską katastrofę, gdzie trupy poległych rodaków wyłażą z rosyjskiej ziemi w jakimś upiornym marszu. Aleksiej radzi pisarzowi, żebyśmy sobie tych wszystkich umarlaków, zgromadzonych pod glebą ruską zabrali do siebie, żebyśmy raz na zawsze uwolnili się od tej odwiecznej martyrologii, żebyśmy już zaprzestali tego ciągłego lamentowania nad trupami i grobami. A najlepiej żebyśmy sobie na jakiejś odległej planecie urządzili swoją Polskę, gdzie przetransportuje się wszystkich poległych i wtedy będziemy mogli sobie z nimi obcować do woli. Wyśmianie tej naszej skłonności do celebracji uświęconych męczenników, tej ciągłej w nas obecnej „romantyczności”, sytuuje Stasiuka w grupie pisarzy, których łatwo posądzić można o bluźnierczość albo zdradę, co przecież i tak już widać w niektórych zestawieniach „zdrajców narodu”.

Muszę się przyznać, że czytałem Stasiuka z dużą przyjemnością, a że przyjemność ta nie była zbyt rozłożysta, to tylko wina skromnej objętości „Osiołkiem”. Chciałbym pojechać ze Stasiukiem dalej, żeby pisał o swoim strachu, żeby patrzył za mnie w bezkres, żeby jechał, może aż do Chin, albo jeszcze dalej.

Jak wspominałem książka urywa się nagle wizytą w radiowozie kazachskiej milicji drogowej, gdzie jeden z funkcjonariuszy mówi nawet po polsku, ale generalnie nie jest to wcale coś, co by kierowcy Stasiukowi w czymkolwiek pomogło, a nawet wręcz przeciwnie. I tutaj Stasiuk odpływa w metafizykę rojeń, gdzie rzeczywistość przemieszał z upiornym snem, a rozmowa o płaceniu łapówki i jej wysokości, wykazuje miałkość i niepozorność naszej filozofii zachodniej – tutaj, na rubieżach świata, jest zupełnie inaczej. „I chuja mi zrobią, bo jestem Polakiem, który kocha wolność. Będę szczał pod każdym prezydentem, jaki się nawinie, i o każdym prezydencie będę myślał, co mi się spodoba”. Pomachał polską szabelką z góry wiedząc, że nie ma żadnych szans. Taka prosta metafora naszego stosunku do całego tego szajsowatego, wschodniego sąsiedztwa. A przecież zapłacić zawsze nam przyjdzie, ten mandat za naszą głupotę i narodową dumę.

Pilch.

Przeleżała mi się ta biografia w sensie ścisłym, bo skończyłem ją ze trzy tygodnie temu i to nie jest dobra prognoza dla tego pisania o Pilchu, właściwie nie o Pilchu, tylko o tej książce, bo o Pilchu mogę napisać klika zdań od siebie bez problemu, a książkę to jednak trzeba mieć pod ręką, albo chociażby w głowie ją mieć jeszcze świeżą, promieniującą i pobudzającą do wyrażania myśli, co przychodzą nagle, a potem znikają bezpowrotnie, jak utracona leworęczność. Więc żeby się wprowadzić w nastrój odpowiedni i może nawet we frazę właściwą, obejrzałem „Pod mocnym aniołem”, film, który się nagle pojawił w telewizji publicznej bez rozgłosu nawet i bez fanfar, a przecież warto było ludzi zachęcić, żeby sobie obejrzeli to Smarzowskiego dzieło, zwłaszcza ci pijący nałogowo chętnie by siebie odnaleźli na ekranie, choć jak przypuszczam, pijacka brać ma ciekawsze programy w rządowej telewizji, a nawet bym napisał, że oni raczej mało oglądają po pijaku raczej.

W między czasie postanowiłem sprawdzić, czy mi się niejaki Remigiusz Mróz do czegoś przyda, czy czytane przez Gosztyłę audiobooki odkryją mi świat do wykorzystania przy niedzielnych wybieganiach, a ponieważ nie zamierzam nigdzie szerzej napisać o Mrozie, to tylko chciałbym przy okazji ostrzec literackich maniaków przed czytaniem, a nawet słuchaniem Mroza książek, bo zaliczywszy „Trawers”, a potem „Kasację” obrzydzeniem tak bardzo się nasyciłem, że żadnej z wypuszczanej lawinowo książek tego pana nigdy więcej do ręki nie wezmę,  szczęśliwie będąc jedynie w posiadaniu audiobooków, więc półek mi nie zaśmiecą.

To teraz już o Pilchu tylko. Pamiętam jak hotelu krakowskim spotykaliśmy ekipę filmowców z „Pod mocnym aniołem” i jak dawno to już było. Wstrząsający obraz z życia pisarza alkoholika powrócił podczas czytania biografii Kubisiowskiej, w której miało być o chlaniu dużo i o kobietach Pilcha też. Bez wątpienia te wiwisekcyjne fragmenty książki największe robią wrażenie na czytelniku, który Pilcha zna z charakterystycznego rytmu zdania i inteligentnej myśli w nim zawartej. Będąc sceptycznym przez długie lata, co do wartości Pilchowej literatury, odkryłem go dopiero na końcowym etapie jego twórczości, gdzie „Miasto utrapienia”, „Wiele demonów” i „Dzienniki” – kompletnie zadłużony jestem w temacie opowiadań i pierwszych książek, nie znam felietonów, i tych z „Tygodnika Powszechnego”, i tych z „Polityki”, więc mogłem w biografii przeczytać o tym fenomenie pisarskim, w którym Pilch doszedł do perfekcji, a społeczeństwo doceniło cotygodniową porcję Pilcha, serwowaną przez gazety.

20161211_185208_resized

A zaczyna Kubisiowska nietypowo, bo od rąk i na rękach też kończy. Trzęsące się ręce Pilcha to jego zmora, choroba Parkinsona to utrapienie, choroba alkoholowa to przekleństwo, albo wyróżnik? Pisarze alkoholicy to nie jest ewenement, to częsta przypadłość poważnych literatów, ale w przypadku Pilcha połączenie Parkinsona z chlaniem daje oszałamiające efekty. Więc te trzęsące się ręce na początek i wchodzimy w szczegóły tego życia dziwacznego. O Pilchu mówią osoby go znające, kobiety, przyjaciele i matka. Po dwóch latach pracy i częstych rozmowach z pisarzem, autorka skonstruowała biografię nietypowo – jest jakaś chronologia, jest Wisła bardzo szczegółowo wyrysowana, ale tytuły poszczególnych rozdziałów wyznaczają ścieżkę w sensie ścisłym: Ojciec to część pierwsza, a Matula druga. Biskup Wantuła wraz ze Starym Kubicą idą dalej – przez te cztery postaci prowadzi nam Pilcha Kubisiowska i mnie się nawet ten pomysł podoba. Silne osobowości, które ukształtowały nam bohatera, a potem tylko piłka nożna, kobiety, nałogi…

Niesprawiedliwym jest pisanie biografii żyjących, bo przecież będą żyć jeszcze jakiś czas i wtedy trzeba będzie czekać na kolejną biografię, zapewne pisaną od nowa i przez kogoś innego. Z Pilchem porozmawiała również Ewelina Pietrowiak i tutaj mamy Pilcha ugładzonego.  A Kubisiowska wali Pilcha mocno na odlew, bo nie ma takiego życiorysu, przy którym można tylko wzdychać z rozkoszy, co sam Pilch wiedział, ale chyba zapomniał, bo jak książkę przeczytał to się do autorki przestał odzywać. Gdyby o mnie ktoś napisał całą prawdę, też bym się chyba oburzył, choć przecież sam wiem, jak było i jest najlepiej, i że nie ma zmiłuj się. Ale na szczęście to mi nie grozi.

Gruba cegła z tej biografii ale smaczna – żal cytować co lepsze kawałki, bo jest ich za dużo, a życie podrywacza i pijaka musi obfitować w niuanse gorzkie i chwile pamiętne. Nietuzinkowa inteligencja i celne pióro składają się na wędrówkę pełną zwrotów akcji, wyrzucają na powierzchnię dni chwały, ale i upadku, zalety charakteru, ale i słabości. Chciałeś, to masz. Taki właśnie jesteś, tak cię widzą i tak o tobie mówią: przyjaciele i kochanki, najbliżsi i ci z drugiego szeregu. Mówią raczej pochlebnie, wyciągają historie, gdzie Pilch w roli głównej bryluje oraz kiedy Pilch upada.

Szczególnie nas pociąga ta ciemna strona pisarza, którą mało co zapowiada, choć przecież wiemy, że i tak wszystko w genach zapisane: szczególna relacja z ojcem, zaściankowa atmosfera Wisły, przodkowie z jednej i z drugiej strony, talent niebanalny. Jak to mogła Kubisiowska ugryźć, żeby nie wpaść na manowce, jak zmierzyć się z faktami, żeby nic nie przeinaczyć – ona to po prostu podała nam, zdaje się nawet bez zbytniego komentarza; wywaliła na powierzchnię Pilcha jako człowieka. Pod koniec lektury tego Pilcha mi żal, bo umęczony i sponiewierany przez chorobę próbuje się podnieść.

W Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego odzyskuje głos, ale ręce drżą nadal. Czy rzucone przez telefon zdanie, że gdyby nie choroba Parkinsona umarłby od innej: alkoholowej, powiedziane było dla efektu? Końcówka książki jest jak relacja z pola walki – zastanawiamy się kto w końcu wygra – czy choroba złamie pisarza do reszty, czy też mamy jeszcze nadzieję na kolejne książki: autobiografię, którą chce sam napisać, a może na planowaną „Historię dygotu”?

Pilcha rozpoznaje się po frazie, którą dosyć łatwo naśladować, co niektórzy czynią z lepszym lub gorszym skutkiem, ale w zdaniu Pilcha jest jeszcze coś, co decyduje o jego niepowtarzalności – zapewne jest to ten ładunek inteligentnej ironii, prześmiewczość, sarkastyczna rezygnacja. „Stary Kubica, gdyby żył, miałby sto pięć lat, a więc i tak by już nie żył”. Paradoksalne, ale jakże ujmujące.

Gdzie pieprz rośnie.

Ocean Indyjski kusi w tym egzotycznym rogu – ograniczony afrykańskim wybrzeżem, gdzie Tanzania z Kenią wyczarowują Wybrzeże Suahili, Somalia wybrzusza się półwyspem, Jemen i Oman wypełniają Półwysep Arabski, a Indie sterczą klinem. Widać jak na dłoni, że te lądy kiedyś były jednością i tylko Europejczykom zamarzyło się  wedrzeć w ten odwieczny świat ze swoimi statkami, armatami i okrucieństwem.

Czytając debiutancką książkę Anny Janowskiej o pieprzu i innych przyprawach, zanurzamy się w przedziwną egzotykę, przeskakując między Afryką, islamskim półwyspem i tyglem indyjskim. Aż chciałoby się tam pojechać, żeby posmakować opisywanych przez autorkę miejsc: Zanzibar to popularna destynacja, za to Oman kusi nieskażonym turystycznie zapachem.

20161208_231512_resized

„Monsun przychodzi dwa razy” ma w sobie zachętę i jasną wizję pobytu w opisywanych miejscach i choć autorka skupiła się na przyprawach i zapachach, wyzwoliła we mnie chęć zanurzenia się w ten tygiel wymieszanych ras i słonecznych wybrzeży.

Zaczynamy podróż od monsunu i związanych z nim przepraw: między afrykańskim brzegiem a indyjską różnorodnością. To monsun „dął łodziom w plecy” i umożliwiał przeprawę w obie strony, ponieważ zmieniał kierunek co pół roku, pozwalając żeglarzom wrócić. Nie zapominajmy przy tym o Morzu Czerwonym, gdzie można wpłynąć skracając sobie drogę przez Aleksandrię do Europy. Monsun umożliwiał nie tylko wymianę przypraw, jedwabiu, szlachetnych kamieni, daktyli czy kawy, ale przede wszystkim przynosił możliwość poznawania różnorodności kultur czy religii.

Ugrzęzłem z początku w meandrach technicznych – zdawało się, że mechanizmy budowy tradycyjnych łodzi zniechęcą mnie do ciągu dalszego – rozumiem, że zaczynamy od podstaw, czyli budowy indyjskiej łodzi dau i arabskiej sztuki szkutniczej z Sur. Dalej jest już pieprz – jesteśmy w Kerali – indyjskim mieście na Wybrzeżu Malabarskim. Ile osób wie, że pieprz to pnącze a różnokolorowe ziarna można otrzymać z tej samej rośliny – czerwony pieprz to pieprz dojrzały, biały to czerwony tylko bez skórki, a w ogóle to rodzina pieprzowatych liczy siedemset gatunków. Sprawnie jesteśmy oprowadzani po meandrach uprawy, a przy okazji trafiamy na przyprawę, która łączy w sobie zapach  pieprzu, cynamonu, goździków i gałki muszkatołowej. To ziele angielskie, które bezmyślnie wrzucam do rosołu – cztery w jednym, w ładnie brzmiącej roślinie: korzennik lekarski, tak często mylonej z pieprzem, choć bardziej zasługuje na miano „wszech przyprawy”. Zresztą nazwa ziela angielskiego wzięła się stąd, że trafiła na nasz stół właśnie z Anglii.

A może teraz o kardamonie, który kwitnie i owocuje jednocześnie, a jego zbiory nie kończą się nigdy. To królowa przypraw – bo królem jest jednak pieprz. Kardamon jest drogi, należy do rodziny imbirowatych i pochodzi z Malabaru, z gór kardamonowych…

Przyznaję, że dałem się wciągnąć w te ciekawostki i chciałbym więcej. Ładnie to wszystko jest opisane, ponieważ Janowska nas tam zabiera osobiście, oprowadza i pokazuje, sama zresztą jest pochłonięta poznawaniem. W portugalskim Belem jest wielki pomnik odkrywców, gdzie poczesne miejsce zajmuje Vasco da Gama, który jak wiemy jako pierwszy popłynął z Europy do Indii, ale nie uczyniłby tego, gdyby nie pomoc żeglarzy monsunowych, którzy od zawsze przemierzali Ocean Indyjski i przeprowadzili Portugalczyka z pomocą przychylnych wiatrów do celu. Wtargnięcie w świat odwiecznych szlaków Europejczyków, zamieszało w życiu regionu, a i nie obyło się bez okrucieństw i mordów, jak to zwykle bywa, gdy chciwość zwycięża dobre obyczaje. Podziwiamy wielkich podróżników, ale wystarczy wczytać się jaką cenę musieli zapłacić za to tubylcy.

Książka Anny Janowskiej to świetny przewodnik po miejscach, które tyle mają do opowiedzenia – co wiecie na przykład o kadzidłowcach, używanych w naszych chrześcijańskich kościołach? A kto wie skąd się bierze poczciwa gałka muszkatołowa – że jej owoc przypomina małe awokado? To może coś o kurkumie, curry lub wanilii? Co tylko sobie wymarzycie. Nawet o goździkach, które „idą z dymem”. Wciągniecie się w te ciekawostki niechybnie. Bo autorka ma dar opowiadania i choć jest to lekko encyklopedyczne, to jednak nie nudzi, widać że Janowska wszystkiego posmakowała, łącznie z końcową przeprawą przez pobyt w szpitalu ajurwedycznym w Kerali.

„Monsun przychodzi dwa razy” to kolejna książka z serii reporterskiej Muzy, gdzie ukazują się książki rodzimych podróżników; często są to ich debiuty, mniej lub bardziej udane opisy tego wszystkiego co ich fascynujecc- młodych odkrywców, dla których podróżowanie stało się nałogiem i sposobem na życie. W przypadku „przyprawowej” książki Anny Janowskiej zaglądamy do zakamarków, o których nawet nie śniliśmy. Można się zauroczyć egzotyką w ten sposób podaną – wyczyszczoną z wszelakich niepowodzeń i udręk, ale przecież czasem chodzi o to, żeby poczuć się olśnionym, wyrzucając niepotrzebny balast.

Wielki pustynny szlem.

Dla biegacza amatora czytanie o ekstremalnych biegach, ultra maratonach albo wymyślanych coraz częściej egzotycznych wycieczkach biegowych, jest zajęciem mocno pobudzającym do zintensyfikowania treningu lub nieświadomie dołującym przyczynkiem do zastanowienia się nad celowością dalszego kontynuowania zabawy w bieganie. Kiedy dostałem książkę od wydawnictwa, zastanawiałem się kiedy ją przeczytać i co zrobić, żeby ją w ogóle ukończyć. Zapakowana do podręcznego bagażu w czasie lotu do Madrytu i z powrotem, miała zdać egzamin w przestworzach – mogłem zagłębić się w przeżywanie losów bohaterów albo zasnąć z książką na kolanach.

Studio_20161017_220437_resized

Cztery pustynie, czyli 4 Desert Grand Slam, to elitarny cykl czterech biegów, składający się na tysiąckilometrowy wyścig w najbardziej ekstremalnych miejscach na ziemi. To wieloetapowe zawody pod Saharze, Gobi, Atakamie i Antarktydzie.  Andrzej Gondek, Daniel Lewczuk i Marek Wikiera, jako pierwsi Polacy ukończyli cykl 4 Deserts Grand Slam. Nie tylko przebiegli 1000 km przez pustynie, zamykając symboliczną pętlę wokół Ziemi, ale kończąc jeden z najtrudniejszych wieloetapowych, ekstremalnych ultrabiegów świata, weszli do elitarnego grona Grand Slam, czyli znaleźli się w międzynarodowej grupie 47 biegaczy, którzy skompletowali medale uczestnictwa w czterech biegach w jeden rok. Ich relacje zebrał Paweł Oksanowicz, a wydawnictwo nie żałowało pieniędzy na błyszczący papier i bogaty zestaw kolorowych zdjęć. Książka wyróżnia się starannym wyglądem i daje nadzieję na ekscytującą lekturę. Czy do końca jesteśmy usatysfakcjonowani? Zależy czego szukamy w tego rodzaju pozycjach: jedni preferują reporterską relację z opisami zmagań, a dla innych to metafizyczna strona walki z samym sobą stanowi o atrakcyjności lektury.

W książce trzech herosów mamy to wszystko przemieszane. Kiedy wciągamy się w zmagania Daniela, którego sukces wydawał się najmniej prawdopodobny, ocieramy się bardziej o walkę z samym sobą, kiedy czytam Andrzeja, wchodzę na ścieżkę sportowej rywalizacji. Marek wraca do nas przy okazji ostatniego wyścigu po Antarktydzie, ale wtedy ja już tęsknię za Danielem, który zafascynował mnie podejściem do tego wyzwania, którego tak naprawdę nie miał prawa ukończyć z racji swojej fizyczności i przygotowania, a jednak dokonał tego dzięki sile woli i samozaparciu. Mówi się, że najlepsi biegają głową, a nie nogami i jest w tym bardzo dużo prawdy – swój wyczyn Daniel zawdzięcza właśnie silnej psychice.

Tego rodzaju wyprawy biegowe zarezerwowane są nie tylko dla herosów wytrzymałości, ale przede wszystkim dla ludzi z dużą rezerwą finansową. Nasi bohaterowie to biznesmeni: Andrzej Gondek jest dyrektorem firmy farmaceutycznej, Daniel Lewczuk prezesem firmy w branży executive search       (cokolwiek to znaczy), a Marek Wikiera przedsiębiorcą w branży ochroniarskiej. Ich wyjazdy w ciągu jednego roku wiązały się również z wyrzeczeniami związanymi z pracą zawodową, a jednocześnie dawały niezwykłego kopa ich wyobraźni i modelowały od nowa podejście do pracy zawodowej.

Czytając o zmaganiach śmiałków z Polski docieramy również do dramatycznej historii czwartego uczestnika, którego realizację planów zdobycia wielkiego szlema przerwała śmierć. Marcin Żuk miał być jeszcze jednym bohaterem tego wyczynu, ale ukończył jedynie pierwszy etap. Trochę go brakuje w tej książce, jakby koledzy zapomnieli z kim zaczynali, trochę brakuje nam wyjaśnień i przyznaję, że szukałem na kartach książki szerszej informacji o tym jak koledzy zareagowali na śmiertelną chorobę Marcina. Być może gdzieś tam czai się podskórny wątek, o którym nie chcieli pisać ani mówić – pewnie to ich prawo. Czytelnik zapewne będzie się zastanawiał nerwowo i szukał tej czwartej sylwetki na zdjęciach.

Książka szczęśliwie przetrwała lot do Madrytu i z powrotem – ukończyłem ją tuż przed lądowaniem w Polsce. Pozostawia pewien niedosyt z racji swojej chaotyczności, ale może to wynik relacji, która jest połączeniem trzech „tenorów”, gdzie każdy interpretuje zdarzenia po swojemu. Na końcu ma się wrażenie, że jeśli zechcemy, jesteśmy w stanie również to zrobić – nic bardziej mylnego. Wczytując się w te relacje napotkamy dramaty wytrawnych biegaczy, historie udręki ale i ekstazy, bólu i krwi wylanej na trasie. Biegnie się na własną odpowiedzialność i nic nie uchroni tych słabszych od tragedii. Ludzie podejmują się ekstremalnych wyzwań nie dlatego, że są silni, ale po to, żeby pokonywać własne słabości. Dlatego właśnie historia Daniela jest tutaj sednem, przynajmniej dla mnie. Reszta to codzienność, choć nie dla wszystkich jednakowa.