Czas nielegałów.

Ta książka przeleżała się na mojej półce dwa miesiące –niesłusznie, ponieważ jest świetnie napisana i dla zainteresowanych pracą wywiadów, a przecież tych nie brakuje, w kraju położonym między dwoma silnymi decydentami polityki światowej, a do tego kraju o określonej historii, więc dla tych wszystkich pasjonatów, „Czas nielegałów”, czyli krótki kurs kontrwywiadu dla amatorów, jest niezwykle przystępną lekturą, odsłaniającą kulisy funkcjonowania służb specjalnych.

Piotr Wroński zadedykował swoją książkę tym, „którzy codziennie walczą o nasze bezpieczeństwo, znosząc cierpliwie polityków i biurokratów”. Zawsze dziwiło mnie piętnowanie służb specjalnych oraz osób, które zdecydowały się pracować dla wywiadu własnego kraju – współpraca taka postrzegana jest jako coś haniebnego i wstydliwego, i fakt ten zawsze wywlekany jest w celu skompromitowania delikwenta – być może rzutuje tu fakt, że kiedyś praca dla PRL- owskiego aparatu, to było niejako podporządkowanie się wschodniemu interesowi. Lubimy czytać sensacyjne książki z agentami w tle, ale nie chcemy mieć z nimi nic wspólnego.

20160904_141214_resized

Książka poprzedzona jest wstępem Witolda Bagieńskiego, historyka IPN-u, znawcy tematu konfidentów oraz pracy wywiadu PRL. Bagiński wskazuje na cel powstania tego wydawnictwa, nie będącego opracowaniem historycznym, a jedynie popularyzatorskim – jeśli oczywiście tego typu tematykę można tak określić. We wstępie sam autor przyznaje się do swojej niewiedzy, w co można powątpiewać, domyślając się, że nie wszystko da się i można tutaj powiedzieć, oraz że czuje się niczym Stanisław Lem piszący o książkach, które nigdy nie powstały. Nikt nie jest w stanie napisać książki o kontrwywiadzie, jeśli ni dysponuje określonymi dokumentami – a tych po prostu nie ma.

Nie chciałbym się tutaj silić na przytaczanie konkretnych problemów opisanych przez Wrońskiego – każdy zainteresowany na pewno sięgnie po tę książkę – wydawać by się mogło, że otrzymamy zawiłą i poplątaną historię polskiego wywiadu, a tymczasem jest to niezwykle sprawnie i przystępnie napisana wyprawka, która jedynie przybliża nam, czyli amatorom, kulisy pracy tzw. nielegałów oraz agentów w krajach byłego bloku wschodniego. Jak dowiadujemy się od wydawcy: „Kierownictwo sowieckie zobowiązało KGB do zatrudniania na stanowiskach kierowniczych odpowiednio przeszkolonych oficerów we wszystkich swoich przedsiębiorstwach działających w branży surowców strategicznych (ropa, gaz, metale ziem rzadkich). W całej historii  realnego socjalizmu to w Polsce było najwięcej niepokojów społecznych. Rosjanie nigdy nie interweniowali zbrojnie. Wszystko „załatwiali” naszymi rękami, a właściwie rękami ludzi, których wybrali lub stworzyli. W pracy operacyjnej, szczególnie w tak skomplikowanej materii, jaką jest ujawnianie działań nielegałów i agentury wpływu, należy stawiać wszelkie, nawet z pozoru nieprawdopodobne hipotezy, i wszystkie rozpatrywać równorzędnie, póki którejś nie obalimy niezaprzeczalnym dowodem. Tu nie ma dowodów za, ale również nie ma dowodów przeciw. Są wyłącznie przesłanki.”

Autor odpiera też zarzut, że ujawnia tajemnice wywiadu, gdyż o wszystkim o czym pisze, od dawna już wiadomo. O metodach pracy kontrwywiadu napisano już stosy książek, jedne lepsze inne gorsze. Ale dla amatora warte są przypomnienia takie pojęcia jak „wtórnik” czy „matrioszka. Osobiście ten temat zajmuje mnie jakąś siłą inercji – dawno temu brałem udział w szkoleniach wojskowych, które miały nas, żołnierzy rezerwy, wprowadzić w tematykę kontrwywiadowczą. Spędziłem nawet kilka tygodni w zamkniętej jednostce pod Warszawą, ale nie wiem czy mogę o tym pisać, choć zapewne nie ma to dla nikogo już żadnego znaczenia.

Książka wciąga czytelnika niczym najlepszy film o Bondzie i choć nie odsłania żadnych szczególnych przypadków i nie jest sensacyjną powieścią awanturniczą (pewnie znając  przeszłość autora mogłaby taką się okazać), to jednak czyta się ją jednym tchem. Styl jest jasny a wywody przekonujące. Oto na początku mamy wykład o położeniu Polski i jej znaczeniu wywiadowczym dla Niemców i Rosjan. Pięknie napisane i choć większość faktów znamy z historii, to jednak warto sobie to wszystko uzmysłowić przy okazji zastanawiania się nad rolą naszego nadwiślańskiego kraju dla wszelkiego rodzaju służb. Wroński pisze jak postrzegają nas Rosjanie: „dla Rosjan jesteśmy małym krajem, przejezdnym w ciągu niecałej doby. Takim „kapitanem: wśród państw świata. Kapitan to najciekawszy stopień w armii. Najwięcej gwiazdek. Za dużo żeby musztrować, a za mało żeby się kłaniać w pas.”

Autorem książki jest Piotr Wroński, pułkownik Agencji Wywiadu w stanie spoczynku. W służbach specjalnych pracował od 1982 roku, w 1989 przeszedł pozytywnie weryfikację i rozpoczął służbę w Urzędzie Ochrony Państwa. Od 2002 roku był oficerem Agencji Wywiadu. Przez 6 lat przebywał na placówce w Londynie, w 2011 roku odszedł ze służby. Specjalizuje się w kontrwywiadowczej charakterystyce terenu.

Zwracam uwagę na okładkę książki: czapka czekisty z wetkniętym pawim piórem. Interpretację pozostawiam wszystkim zainteresowanym, którzy wysnują z tego przekazu szereg niesamowitych analogii.

Wódczany raj Teofila Olkiewicza.

Śliski interes” czekał na podręcznej półce, ciesząc perspektywą nieuniknionego czytania – był jak deser po Bondzie i skwarki na ciemnym chlebie „Mocka”. Z góry wiedziałem, że przygoda z Ćwirlejem będzie jazdą wesołą, rozrywkowo-wspomnieniową, będzie przyjemnością, którą warto sobie dawkować. A do tego w zapasie mam dwie książki, które Ćwirlej napisał niejako obok głównego nurtu przygód milicjantów z Poznania i Piły, czyli „Jedyne wyjście” i „Tam ci będzie lepiej”, gdyż wcześniejsze sześć kryminałów milicyjnych Ćwirleja przeczytałem i nie pożyczam.

W „Śliskim interesie” znajdziemy szereg nawiązań do ostatnich śledztw i losów bohaterów, zaprezentowanych nam w: „Śmiertelnie poważnej sprawie” z 2013 roku, oraz wydanej rok później „Błyskawicznej wypłacie”, ale nie przeszkadza to czytelnikowi w dobrej zabawie. Czytelnicy polubili przystojniaka Brodziaka i jego kumpla Grubego Rycha, Freda Marcinkowskiego, który tym razem pojawia się epizodycznie, oraz Teofila Olkiewicza, nagle wyniesionego na gwiazdę ekipy kryminalnej, której zadaniem ma być rozwiązanie problemu chrzczonej wódki oraz dziwnych przypadków bezczeszczenia zwłok, zwłaszcza, że są to trupy przywiezione ze zgniłego zachodu.

Studio_20161016_192903_resized

Olkiewicz prezentuje się tutaj nad wyraz okazale, a wymienianie jego sukcesów i triumfów śledczych, przysporzyłoby z pewnością rumieńców wstydu współczesnym policjantom z Archiwum X. Jeśli chodzi o wódę, to Teoś pije, ale powiedzenie, że Teofil pije, nie oddaje wcale charakteru jego picia – on pije na okrągło, nie je a pije, a pije wszystko, choć oczywiście najbardziej lubi czystą wódkę polską, od której na przykład lubi rozpocząć dzień. Teofil pije, ale nie bywa pijany – przeciętny pijak nie ma szans w starciu z chorążym, powiem więcej: żaden przestępca nie przechytrzy naszego Dyla Sowizdrzała, tego Szwejka na miarę swoich czasów. Teofil Olkiewicz jest idiotą, wałkoniem, leniem i cała jego egzystencja sprowadza się do tego, żeby gdziekolwiek skieruje go rozkaz przełożonego, mieć pod ręką zapas wódki. Sprawa rozwadniania przedświątecznego alkoholu  jest stworzona dla takiego ochlapusa jak Olkiewicz – zresztą rozwiązuje ją w sposób absolutnie perfekcyjny, przy okazji wzbogacając się o zapas wódy, który przeciętnemu Polakowi starczyłby do końca życia, a Teofilowi może starczyć na góra miesiąc.

Rozwiązanie wódczanych machlojek nie jest jedynym sukcesem policjantów z Poznania. W tle toczy się walka cinkciarzy o wpływy, a jak wiadomo przyjaciel porucznika Brodziaka, Rychu, jest przestępcą, którego z dolarowego biznesu, wyrzucają popierani przez SB kryminaliści. Służba Bezpieczeństwa, obecna we wszystkich książkach milicyjnych Ćwirleja,  jest rzeczywistą władzą w PRL-u, a jej agenci swoimi machlojkami i przekrętami prześcigają najgorszych bandytów. W powieści trup ścieli się gęsto i nie ma tu zlituj się nad sympatycznym bohaterem – zabić może każdy, nawet ciapowaty debil Olkiewicz.

Akcja toczy się w roku 1983, a kto pamięta tamte czasy, to wie, że niedługo po stanie wojennym, nikt nie wierzył, że dożyje  jakiejkolwiek demokracji. Jednocześnie to był taki dziwny czas, kiedy zdobycie pomarańczy czy papieru toaletowego zakrawało na sukces, porównywalny dzisiaj do obejrzenia Wiadomości bez grymasu zniesmaczenia.

Teofil, wezwany do trupa zakopanego w śnieżnej pryzmie, rozpocznie mozolne śledztwo, przy wtórze towarzyszącej mu wciąż piosenki, hitu tamtego czasu, a mianowicie: „Zacznij od Bacha” Zbigniewa Wodeckiego. Dywagacje Olkiewicza na temat tekstu piosenki, należą do najśmieszniejszych – finalna konkluzja, odpowiada charakterowi milicjanta – nie powinno być „zacznij od Bacha”, ale „zacznij od flachy” – oczywiście nie wspomnę o tym, że oburzony chorąży poprawia autora piosenki, sugerując, że prawidłowo, jak już, powinno się śpiewać „Zacznij od Bachy”.

Wspominając tu żeńskie imię, musimy napomknąć nieśmiało, o niesamowitym wręcz powodzeniu u młodych kobiet, tego grubawego, niechlujnego, w średnim wieku milicjanta, z zaczeską na głowie, które to kobiety zdobywa od niechcenia, wykorzystuje popisując się niespożytą energią seksualną.  Tu jakby Olkiewicz wymknął się Panu Ćwirlejowi z objęć, ale co tam, przecież lubimy tego obiboka, farciarza, prostego obywatela tamtych czasów. ,

Przestrzeń lat, od roku 1981 do 1989, a nawet dalej, jest jeszcze do zapełnienia milicyjnymi opowieściami Ryszard Ćwirleja. Chorąży Olkiewicz powinien umrzeć na marskość wątroby pod koniec trwania naszej socjalistycznej ojczyzny, ale nie odmówiłbym sobie przyjemności przeczytania o losach Teosia po upadku komuny. To dopiero byłby wstrząs dla zweryfikowanego policjanta – zlikwidowanie kartek na wódkę! No nie – tego ten sympatyczny pijak by nie zniósł. A zresztą kto wie, co nam zaserwuje mistrz Ćwirlej w kolejnej powieści?

Kochanka Stalina

Dzieje rękopisu wspomnień Orłowej są znacznie ciekawsze, niż jej wynurzenia na temat geniuszu wielkiego Wodza. Miłość opisana w książce „Kochałam Stalina”, ma bałwochwalczą manierę i irytuje bezkompromisowym oddaniem. A jednak ten dziennik prowadzony od stycznia 1935 do listopada 1940 roku odsłania, choć bardzo fragmentarycznie, życie najpopularniejszej aktorki w dziejach sowieckiej Rosji. Kim była Lubow Orłowa? Z książki dowiemy się, że na pewno wierną i oddaną miłośniczką nowego ustroju, oburzającą się szczerze na knowania imperialistów. Pomińmy milczeniem te jej zachwyty nad mądrością, sprawiedliwością i wielkością Stalina – lepiej skonfrontować to, co Lubow pisała, z tym, co teraz o niej wiemy.

fomkbejhpafjehik

Orłowa urodziła się w roku 1902, w arystokratycznej rodzinie, której przodkowie trzęśli carskim dworem za czasów Katarzyny Wielkiej, a jej krewnym był sam Lew Tołstoj. Urodzenie w radzieckiej Rosji miało wielkie znaczenie, więc aktorka zręcznie ukrywała swoje pochodzenie, zaznaczając w biogramach, że wychowała się w rodzinie służących. Zachowywała się jednak jak arystokratka, była zimna i wyniosła, a znajomość ze Stalinem, który uwielbiał filmy z jej udziałem, jeszcze bardziej podkreślała jej wyjątkową pozycję.  Dbała o swój wizerunek – jako pierwsza kobieta radziecka poddała się operacji plastycznej; ukrywała również swój rzeczywisty wiek. Jej pierwszego męża zesłano do gułagu, a drugi, Grigorij Aleksandrow, reżyser jej najsłynniejszych filmów: „Świat się śmieje” czy „Cyrk”, znany był z tego, że potrafił donieść do władz na kolegów – sama Lubow obawiała się jego wpływów. Związek ten, wyreżyserowany przez aktorkę, był raczej komercyjny niż uczuciowy. W książce nie ma wzmianki o tym, czy mąż wiedział o romansie Orłowej ze Stalinem i co o tym myślał. Zresztą czy to ważne w tamtych czasach?  Bunt mógł go kosztować zsyłkę lub kulkę w łeb, ale z pewnością potrafił docenić opatrzność, która dała mu tak wpływowego opiekuna.

Przyglądając się zdjęciom Orłowej z czasów romansu ze Stalinem, nie jesteśmy w stanie docenić jej urody – osobiście nie uznałbym jej za piękność. Ma szeroką, przedwcześnie postarzałą twarz. Podobno filmowano ją, jeszcze przed trzydziestką, kamerą z nałożoną pończochą, żeby ukryć zmarszczki. Aktorka była bardzo niska, a do tego ubierano ją w żakiety z szerokimi ramionami – zgodnie z ówczesną modą. A jednak w latach trzydziestych miała status radzieckiej seks bomby a mężczyźni widząc ją na ulicy, zdejmowali czapki.

Książka ma formę krótkich refleksji aktorki na temat życia w Związku Radzieckim, oczywiście z pozycji super gwiazdy. Jej wpływy u Stalina były zapewne ograniczone, choć na przykład usiłuje opisać swoje wstawiennictwo za Bułhakowem, którego podobno ceniła. Stalin jest opisany jako mąż stanu kompletnie pozbawiony wad. Nie znajdziemy tu żadnych pikantnych szczegółów, żadnych nawet wzmianek o tym, co tak naprawdę ich łączyło, poza tym, że co jakiś czas przysyłał po nią samochód, że jedli obiad, no i oczywiście prowadzili poważne rozmowy. Orłowa pisze o Stalinie z miłością, z oddaniem i bezkrytycznie, jakby pod publiczkę sowiecką, tworząc propagandowy panegiryk na cześć Wodza.

Zapiski Lubow Orłowej nie mogły ukazać się drukiem z wiadomych powodów. Kiedy w 1974 roku dowiedziała się o swojej śmiertelnej chorobie, przekazała zapiski chińskiemu dyplomacie z prośbą o publikację. Uniwersytet Pekiński zgodził się je wydrukować i tak ukazały się w nakładzie 1200 egzemplarzy, ale tylko do użytku wewnętrznego. Rękopisy zniszczono – w tym czasie można było przechowywać jedynie zapiski Mao. Wypożyczona przez jednego z chińskich profesorów książka nie została oddana do biblioteki – profesor zmarł tego samego dnia co Mao Zedong, a jego gabinet przetrwał w nienaruszonym stanie do roku 2013, kiedy to w czasie przeprowadzki, znaleziono pożółkłą książeczkę. I tak wspomnienia Orłowej trafiły w szeroki świat.

Ta książka to ciekawostka – zachwyciła moją mamę, która dorastała w czasach, kiedy film „Świat się śmieje” królował na ekranach naszych kin, choć nakręcony w roku 1934, popularność w Polsce zdobył dopiero po wojnie. Czarno białe zdjęcia Orłowej, przeplatane są fotografiami Wielkiego Wodza – włącznie z tym na katafalku. Szkoda, że ta wielka aktorka nie posunęła się dalej, że nie odsłoniła Stalina „od kuchni”, że nie dała nam czegoś pikantnego, czegoś bardziej ludzkiego, mniej pomnikowego. No ale to były inne czasy, gdzie tajemnice alkowy nie wywlekano publicznie. Zresztą czytając te teksty zakochanej kobiety, uświadomiłem sobie nagle, że oni przecież mogli wcale nie iść do łóżka. Wyobrażacie sobie Stalina w objęciach kobiety? Chyba z fajką i w mundurze.

Mock.

Mock powrócił do Breslau i chwała Markowi Krajewskiemu za to. Odetchnęliśmy wszyscy z ulgą, bo Eberhard wrócił w dobrej formie, choć młodszy. Tylko wydawnictwo Znak zmieniło szatę graficzną serii retro kryminałów Krajewskiego, stąd moja estetycznie ułożona partia książek Krajewskiego, załamała się stylistycznie po raz drugi, gdyż pierwszy wyłom zrobiło wyjście autora z WAB, gdzie wydawał swoje pierwsze kryminały. A ja lubię długie ciągi książek stojących na półkach w jednolitych barwach, w uszeregowaniu tematycznym, czy też według autorów.  A tu co rusz, coś mi się łamie, a to Pilch jak raz był niebieski, to teraz już biały, a to Ćwirlej pięknie przez Zysk i S-kę pokazywany, nagle mi się zjawił w Muzie inny, obcy, choć przecież z tym samym pijakiem Teosiem Olkiewiczem.

Ale wróćmy do Mocka, bo kryminał ten z przyjemnością przeczytałem, w jakimś  szybkim odruchu, nie to, żebym oderwać się od niego nie mógł, ale wracałem do czytania z ochotą i radością. W Hali Stulecia, a kiedyś Ludowej spędziłem przez ponad trzydzieści już lat bytności w Breslau, wiele godzin, na meczach, koncertach czy targach, imprezach, spacerach i bóg jeden wie czym jeszcze. Znam dobrze ten betonowy gmach, choć wolę jego otoczenie, od zimnych i ponurych wnętrz – zresztą wszystkie hale posiadają tę swoistą aurę przestrzeni zbyt dużej i obcej, by czuć się w nich komfortowo – tym bardziej, że konstrukcyjnie Hala Stulecia przytłacza swoją formą, tymi filarami, łukami, kopułą.

Studio_20161008_173659_resized

Zaczynamy w maju 1912 roku od morderstwa – ale hala wówczas jeszcze nie jest gotowa – utopiony w betonie stróż Kempsky z Lubania, zapowiada całą historię i od razu czuć, że będzie smacznie. Łaskawie trzeba tu pominąć w naszych dywagacjach nieszczęsny prolog, który jakoś ma wprowadzać nas w intrygę, ale jest jedynie łącznikiem, między historiami, które dzieli trochę lat. Osobiście nie znoszę tej ostatnio modnej maniery, kiedy początek powieści nie przystaje do opowieści, albo usiłuje coś sugerować, a zawsze jest jak wrzód na zdrowym ciele.

Jak wyjaśnia Krajewski na końcu, historyczne dywagacje, czy cesarz Wilhelm II przyjedzie na otwarcie hali czy też nie, są jedynie fikcją i wymysłem – od początku było wiadomo, że na uroczystość przyjedzie jego syn. A właśnie zamach na cesarza stanowi tu oś intrygi, a pośrednio i na Stalina, ale to już inna historia, związana z prologiem. Mock jest wachmistrzem, choć już z dobrą renomą w półświatku wrocławskich dziwek i złodziei. Kiedy w świeżo zbudowanej hali ktoś urządza krwawy mord na czterech uczniakach oraz zawieszonym pod kopułą tajemniczym Ikarem, to właśnie Mock dostrzega szansę awansu i przepędzenia raz na zawsze strachu przed powrotem do rodzinnego Wałbrzycha.

Marek Krajewski nie byłby sobą, gdyby nam nie serwował co rusz łacińskich sentencji, żebyśmy mogli kiedyś tam zabłysnąć erudycją w towarzystwie mniej wyrobionym, popisując się znajomością klasycznych powiedzonek. Do tego masońskie symbole, Nietsche i jego dzieła, kruczki prawne czy filozoficzne traktaty – nie na darmo autor jest filologiem klasycznym ze specjalizacją języka łacińskiego. Wrocław w powieści targany jest podskórną rywalizacją Związku Wszechniemieckiego z masońską kliką o wpływy w mieście. Morderstwa mają skierować uwagę policji na konkretną organizację, a następnie skompromitować jej członków. Oczywiście mamy tutaj świat rządzony przez bogatych i wpływowych obywateli, którym się wydaje, że odpowiednio spreparowana insynuacja wyniesie ich do władzy. Mock ze swoim śledztwem musi zręcznie lawirować pomiędzy zwaśnionymi partiami i choć jego dążenie do prawdy i bezkompromisowość wydają się być niezachwianymi, to jednak i on musi ulec bardziej wyrafinowanym możnowładcom, zwłaszcza, że jest dodatkowo manipulowany przez piękną kobietę.

Pociągowa historia kryminalna Krajewskiego to zręcznie skonstruowana opowiastka, osadzona w cudownym, przedwojennym Wrocławiu, gdzie drzewa rosły symetrycznie wzdłuż szerokich alei, gdzie architekci mieli dużo do powiedzenia, a ich kamienice, pałacyki, rezydencje przydawały temu miastu splendoru, który na szczęście gdzieniegdzie pozostał do dziś. Szkoda, że ten potencjał i klimat nie znajduje uznania wśród autorów scenariuszy i reżyserów, a właściwie producentów, którzy zamiast klecić niezręczne opowiastki serialowe typu „Komisja morderstw”, której akcja rozgrywa się we Wrocławiu, nie sięgnęli po cykl z Eberhardem Mockiem w roli głównej, co z pewnością odbiłoby się na oglądalności upadającej telewizji publicznej, nad czym jakoś nie płaczę.

Nie wyobrażam sobie teraz powrotu do Popielskiego, kiedy już Mock wrócił -  do tego ten młody Mock, oprócz lęku wysokości posiada prawie same zalety, zwłaszcza te, dzięki którym kochają go wszystkie okoliczne dziwki. Jak wiemy z dalszych jego losów,  jego miłość do dziwek nie przeminie, choć w ostatnim zdaniu, które zamyka intrygę, pułkownik Walter Nicolai, zwraca się do Mocka: „Tacy ludzie jak ty Mock, są mi teraz potrzebni. Dość spisywania dziwek! Ty powinieneś działać w królestwach naszych wrogów, nie w królestwie syfilisu!”

„Mock” kosztuje tylko 23,99 w Taniej Książce.

Bonda płonąca.

Nieubłagany czas dopadł nas z trzecią Bondą. A jeszcze  nie tak dawno krzywiłem się nad „Pochłaniaczem”, a potem podziwiałem „Okularnika”. I miało być jeszcze lepiej podczas czytania „Lampionów”, gdy tymczasem zapachniało porażką. A może to jedynie porażka subiektywna? Ogromna machina promocyjna wykreuje „Lampiony” skutecznie, blogowi potakiwacze dołożą swoje trzy grosze westchnień i pustych frazesów, a książka sprzeda się oszałamiająco. Czy naprawdę o to chodzi, żeby się sprzedawało, a atrakcyjna blondynka jadała w najdroższych restauracjach? Nie jestem przekonany, że taki cel obrała królowa kryminału z kraju majonezu kieleckiego. Katarzyna Bonda z pewnością chce pisać coraz lepsze książki, ale presja czasu zapewne zdusiła w niej talent, pracowitą dociekliwość i pomysłowość.

To miała być książka o Łodzi, mieście niepokornym, dumnym i wykreowanym na siedlisko przestępców honorowych, meneli z charakterem i raperów z talentem. Ileż to wywiadów, ileż artykułów o pani pisarz zgłębiającej tajniki miasta włókienniczek i prządek,  spływało przed premierą, ileż smaczków zapowiadano. To mogło się udać lepiej niż promocja filmu o Strzemińskim Wajdy, w wykonaniu  Bogusława Lindy, który meneli łódzkich obraził, gdy tymczasem nasza autorka podeszła do tematu pokornie, podłożyła się społeczności łódzkiej samymi komplementami, zauroczyła się miastem na siłę kreowanym na miejsce magiczne.

Studio_20161001_183849_resized

Książka obarczona jest wadami, które tak irytują podczas czytania pierwszych powieści Bondy, z Hubertem Meyerem w roli głównej, o których nie da się powiedzieć inaczej, niż tylko to, że są za długie i irytująco przegadane.  Ponad sześćset stron „Lampionów” to o trzysta stron za dużo – czytając, nieustannie zerkałem, ile jeszcze zostało mi do końca i chyba jedynie z obowiązku i sympatii dla pisarki, nie zarzuciłem lektury.

Rzecz dzieje się w Łodzi, dokąd trafia Sasza Załuska, profilerka, której wyczyny opisane w „Okularniku” doceniono, choć sama zainteresowana spodziewała się raczej zwolnienia. Czytam sobie Prolog, a potem usiłuję uzasadnić jego obecność – zresztą, co tam się dzieje, pojąć ciężko, jakaś akcja, prowokacja, test? Dalej czytamy, jak Sasza w Sopocie snuje refleksje z pozycji zagubionej w nowych technologiach trzydziestolatki – to wszystko, co nas zdumiewa w życiu pokolenia fcb, snapa i instagrama, podsumowuje z przytupem, celnie wywleka nasze niepokoje pokoleniowe i w tym jest naprawdę dobra, jest jak Dorota Masłowska w najlepszej formie. Ale jestem dopiero na 29 stronie i chcę, żeby wreszcie coś zaczęło się dziać. Tymczasem pojawiają się bohaterowie łódzkiej układanki, menele, czyściciele kamienic, podejrzane typy, mafiozi, taksówkarz, artyści, nastoletni podpalacz, islamiści, i inni, których coraz trudniej ogarnąć, zwłaszcza, że występują coraz to pod innymi imionami, nazwiskami,  pseudonimami. Zaczynam się gubić, a nie zrobiłem niestety listy, która jest konieczna, żeby się nie zaplątać w gąszczu postaci. Nawarstwia się to wszystko, napiera, aż do momentu, kiedy tracę kompletnie orientację i jest mi już obojętne kto jest kim i dlaczego tak postępuje. Przestaję rozumieć motywy, nie widzę głównego wątku, rozsadza mnie nadmiar, nie wiem które dialogi są kluczowe, a które jedynie przygrywką, momenty zwrotne umykają, a znikąd pomocy, nikt mi nie stara się podsumować dotychczasowych ustaleń, kto jest dobry, a kto może zły?

Ten hołd dla łódzkich meneli razi stronniczością – teoria, że są oni bardziej „klasowi” od np. meneli wrocławskich, zdaje mi się naciągany, a to, że wolą cytrynówkę i orzechówkę od piwa podnosi ich rangę, ale nie wydaje się prawdopodobnym. Zagubionym w akcji polecam skupić się na smaczkach, które Bonda potrafi wydobywać sprawnie, ale to przystoi autorce, która ma za sobą tysiące zadrukowanych stron. Przestańmy pędzić za nieskoordynowaną, łódzką historią o poszukiwaczach diamentów, które zresztą pojawią się nagle na końcu, niczym wyciągnięty z kapelusza królik, a skupmy się na refleksach, odbiciach, z którymi Bonda od czasu do czasu wychodzi do znudzonego czytelnika – te kawałki niczym z Tyrmanda, przesycone „Złym” do szpiku, urzekają, i nie razi nawet ten sztuczny czasem rys prozy knajackiej.

Płonąca Łódź to wyzwanie dla miejscowej policji, potraktowanej surowo w swojej nieudolności, którą grzeszy również profilerka -  czy to ona na pewno rozwiązuje zagadkę, czy też zagadka gwałtownych pożarów rozwiązuje się sama, jakąś siłą rozpędu? To, co miało w cyklu o żywiołach intrygować najbardziej, czyli osobiste losy Saszy Załuskiej, potraktowane zostało po macoszemu: romans z Duchem, tajemniczy Łukasz, ojciec jej córki, gubią się w meandrach – jeden, przerysowany rozdział życia rodzinnego, pozostawia niedosyt, niczym głosowania w sejmie nad ustawą aborcyjną.

„Lampiony” zawodzą miłośników talentu Bondy – są napisane za szybko i bez wsparcia redakcyjnego. Podpowiedzią dla autorki może być jedynie wskazówka, żeby nie spieszyła się z pisaniem ostatniej części tetralogii. Zanurzyć się mamy w wodzie i mam nadzieję, że nie będzie to nurkowanie w odmętach, a odżywcze napojenie nas tym wszystkim, co tak bardzo w autorce podziwiamy, czyli determinacji i uporze w tym co robi, bo przecież to królowa, a królowej wybaczyć można wszystko, poza tym, że zechce nas zanudzić.