Dziedzictwo Orchana (Pamuka)

Wiosną, snując się po irańskim Isfahanie, trafiłem do ormiańskiej dzielnicy Dżulfa, gdzie widać było dostatek i zamożność mieszkańców, chrześcijan, który osiedlili się tu w XVII wieku. Zwiedzając katedrę Vank z niezwykłymi malowidłami, wyszedłem na niewielki dziedziniec i trafiłem do skromnego muzeum, gdzie oprócz pamiątek, dokumentujących pobyt Ormian na tej ziemi, przedstawiono również dowody ludobójstwa, dokonanego na tej ludności przez Turków w latach 1915 -17. W kwietniu 1915 roku, rząd turecki wydał rozporządzenie, nakazujące aresztowanie ormiańskiej inteligencji, a następnie deportację zamieszkujących Anatolię Ormian do Syrii i Mezopotamii, gdzie ginęli z głodu i wycieńczenia. Ludobójstwo Ormian jest drugim po Holocauście najlepiej udokumentowanym i opisanym ludobójstwem, dokonanym przez władze państwowe na grupie etnicznej w czasach nowożytnych.

Książka Aline Ohanesian dotyka tematu ludobójstwa, przez historię rodziny tureckich mieszkańców wioski, do której przyjeżdża główny bohater, w związku ze śmiercią jego dziadka Kemala, znalezionego w beczce z niebieskim barwnikiem. To czasy współczesne, które otwierają powieść, ale zaraz cofamy się do pamiętnego roku 1915, do czasów młodości Kemala, który jest rodowitym Anatolczykiem i pracuje w rodzinnej firmie. Oczywiście do wszystkiego jest przypisany wątek miłosny, który zawsze nadaje powieści romantyczny wydźwięk – nic tak nie wzmaga poczucia krzywdy i tragedii, jak nieszczęśliwa miłość.

Autorka wprowadza nas w świat tradycji i zwyczajów drzemiących do dzisiaj w tureckich wioskach, takich jak Karod, leżących w prowincji Sivas – to środkowa Anatolia, gdzie pasterze wypasają długowłose kozy, a wieśniaczki noszą na plecach chrust. To zakątek świata gdzie: „czas i postęp są dwoma krewniakami, którzy dawno utracili ze sobą kontakt i tylko sporadycznie przesyłają sobie okolicznościowe życzenia.”

20160904_140712_resized

Aline Ohanesian urodziła się w Kuwejcie, ale w wieku trzech lat wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszka do dzisiaj. To jej pierwsza książka, ale napisana niezwykle dojrzałym stylem, jakby autorka zajmowała się literaturą od lat, choć z wykształcenia jest historykiem. Czytając prozę Ohanesian przypomina mi się klimat powieści Orhana Pamuka (proszę zwrócić uwagę, że w tytule też mamy Orchana, choć pisanego przez „ch” –  oryginalny tytuł powieści to ”Orhan’s Inheritance”, więc jaki był zamysł tłumacza, że zmiękczył nam to imię w przekładzie?). Pamuk ukazał nam Turcję jakiej nie znaliśmy, stworzył literacki klimat o określonym smaku – właśnie ten specyficzny koloryt, lekko prowincjonalną aurę, odtwarza nam również Aline Ohanesian, więc kto zaczytywał się autorem „Śniegu”, znajdzie w tej prozie godnego naśladowcę.

Tytułowy Orchan będzie musiał zmierzyć się z rodzinną zagadką – wyrwany z tradycyjnej wioski, żyje z dala od zwyczajów, pielęgnowanych przez surowego ojca. Spadek po dziadku zmusi go do podróży w poszukiwaniu 87- letniej dziedziczki rodzinnego domu. Seda, przebywająca w domu opieki w Los Angeles, wyjawi mu tajemnicę jego pochodzenia, wydobędzie historie z odległych czasów, o których nasz bohater nie miał dotąd pojęcia.

Mądra i świetnie napisana książka – kobiety uwielbiają takie opowieści, ale zagłębianie się w świat tradycji, zwyczajów, folkloru, o którym nie mamy  pojęcia, wylegując się na plażach Alanyi, dostarczy też rozkoszy miłośnikom fascynujących dramatów rodzinnych oraz pozwoli przypomnieć o ludobójstwie, o którym Turcy nie chcą pamiętać i do którego nie chcą się przyznać, jakby nie wiedzieli o tym, że nawet najbardziej skrywana zbrodnia, w końcu znajdzie swojego pisarza.

Podróżnicy, którzy odkrywali świat

Znalazłem w Internecie zestawienie dziesięciu największych, polskich podróżników, i o ile nie dziwi mnie tam obecność Arkadego Fiedlera lub Tony Halika, to umieszczenie w spisie tak medialnych postaci jak Cejrowski czy Pawlikowska wydaje się troszkę dziwne. W tej przypadkowej dziesiątce nie ma niestety postaci legendarnie wybitnych,  osób, które zapisały się w historii, podróżników z prawdziwego zdarzenia. Być może zbyt mały okres czasu dzieli nas od dokonań tych współczesnych, być może następne pokolenia zaliczą Jacka Pałkiewicza do grona wielkich odkrywców – ja jednak wolę tych z przeszłości, owianych już mgiełką czynów, o których mówi się i pisze od wielu lat.

Książka Marii i Przemysława PilichówWielcy polscy podróżnicy, którzy odkrywali świat” to druga w tym roku pozycja opisująca dokonania naszych rodaków, w penetrowaniu egzotycznych obszarów naszego globu. Wcześniej pisałem tutaj o książce Joanny Łenyk-Barszcz oraz Przemysława Barszcza pt. „Poza horyzont. Polscy podróżnicy”, gdzie również w chronologiczny sposób opisane są losy Polaków, którzy zapisali karty w podręcznikach geografii.

20160904_140919_resized

Książka, którą obecnie wydaje Muza, ma podtytuł „33 polarników, antropologów, badaczy Syberii, naukowców …” i jest znacznie obszerniejszym kompendium wiedzy o tych ludziach. O ile książka Barszczów była niejako zabawą w fabularyzowanie losów odkrywców, co niekiedy drażniło narzucającą się wizją ich przygód, to w tym przypadku mamy rzetelnie opisane dzieje, przypominające rozszerzone biogramy takich gigantów, jak obecni też u poprzedników Benedykt Polak, Krzysztof Arciszewski czy Maurycy Beniowski.

Autorzy, którzy zawodowo zajmują się turystyką, pracując jako przewodnicy i piloci wycieczek, zadbali o wzbogacenie swojej książki o zdjęcia, których czerń i biel nadaje tekstom powagi i podręcznikowego sznytu. To ma być pozycja nie tylko dla pasjonatów podróżowania, ale może służyć też jako podręcznik dla żądnego wiedzy studenta. Oprócz tych największych postaci, takich jak: Paweł Edmund Strzelecki, Jan Czerski, Mariusz Zaruski, Benedykt Dybowski, znajdziemy również opisy zmagań Czesława Centkiewicza, Włodzimierza Puchalskiego, Stanisława Siedleckiego czy zamykającego książkę Ryszarda Wiktora Schramma. Jednak moim osobistym wyborem, jest los, kiedyś zupełnie zapomnianego, a dziś na szczęście przywróconego naszej pamięci, Kazimierza Nowaka. Przewędrował w latach 1931 -36 całą Afrykę, z północy na południe,  a potem inną trasą przebył drogę powrotną. Nowak jechał na rowerze, a czytanie o jego losach, to brnięcie przez piaski i bezdroża, oraz podziwianie samozaparcia i niezłomnej woli dokonania czegoś wielkiego.

A czy my, amatorzy prostych i samolotowych wycieczek, bo przecież nie wypraw w nieznane, wiemy kim byli Konstanty Jelski czy Hieronim Stebnicki? Ciekawostką jest fakt przytoczony we wstępie do książki, że znakomita większość opisywanych tutaj podróżników pochodziła z Kresów Wschodnich. Przeglądając kierunki ich wypraw można zauważyć, że większość z nich wędrowała na Syberię lub w Kaukaz, a to dlatego, że byli to głównie zesłańcy lub polscy żołnierze wcieleni do rosyjskiego wojska.

Podróżnikiem jest ktoś, kto wyjeżdżając nie wie kiedy wróci i czy kiedykolwiek wróci. W obecnym świecie podróże stały się jednym z wielu hobby, przyjemnością ubezpieczoną na wszelakie sposoby – tym bardziej powinniśmy doceniać wyczyny naszych rodaków, dla których wyjazd był często podróżą w nieznane i niebezpieczną koniecznością. Książka o wielkich, polskich podróżnikach, to przykład upomnienia się o wyczyny tych ludzi i nie warto nawet silić się na porównywanie ich losów z komercyjnymi wyprawami dzisiejszych celebrytów.

Wielkie żarcie.

Co jedliście dzisiaj na obiad? Czy był to schabowy z kapustą? A może kurczę pieczone? Nie zadaję tego pytania tłumom w galeriach handlowych, raczącym się glutaminianem sodu w popularnych fast foodach. Właśnie – glutaminian sodu, wzmacniacz smaku, dodawany do niemal wszystkich gotowych potraw. Kikunae Ikeda wyizolował go z glonów na początku XX wieku, a używali go początkowo jedynie Azjaci, do potraw z ryb i mięsa. Obecnie trudno sobie wyobrazić jedzenie bez tego składnika, który podobno przyspiesza trawienie. Ci ciekawe, glutaminian nie trafia wcale do kubków smakowych, ale bezpośrednio z krwi do mózgu, gdzie zachowuje się jak neuroprzekaźnik, który panierowane odpady z kurczaka prezentuje jako wyśmienite danie, a w rzeczywistości raczymy się smażonymi w głębokim tłuszczu resztkami. Wywołuje to u niektórych ludzi słynny syndrom chińskiej restauracji, czyli kołatanie serca, migreny, a nawet nudności, nie wspominając o cukrzycy i otyłości.

Tom Hillenbrand nawiązał do tego polepszacza smaków, serwując nam opowieść o czynniku nieporównywalnie skuteczniejszym od glutaminianu, produkowanym przez Solanum catvanum, wymyśloną przez autora roślinę z rodziny psiankowatych, do której należą również ziemniaki czy pomidory. Tego typu rośliny, namiętnie poszukiwane przez mistrzów kuchni i restauratorów, chcących przyciągnąć do swoich przybytków zmanierowaną publikę, mogą osiągać zawrotne ceny, a firmy, które zechcą wprowadzić je na rynek, zarobią miliony.

Studio_20160908_172300_resized

Nasza opowieść koncentruje się na skromnym, choć zdolnym właścicielu restauracji w Luksemburgu, dokąd trafia znudzony krytyk kulinarny, a następnie pada tam trupem. Rozwiązując zagadkę jego śmierci, Xavier Kieffer cudem uniknie śmierci, pozna właścicielkę słynnej firmy oceniającej restauracje, wzorowanej na serwującym gwiazdki restauracjom, przewodniku Michelin, wielokrotnie wybierze się w podróż, zniszczy parę ubrań i zje szereg pyszności, zazwyczaj samodzielnie przyrządzonych.

Wracając do pytania postawionego na początku, to z „Diabelskiego owocu” dowiemy się nie tylko jak wygląda Luksemburg i siedziba europejskich banków, ale głównie poznamy czym raczą się bogaci europejczycy: zawijany pasztet z faszerowanego bażanta z owocami jałowca, kaczka w sosie z gorzkich pomarańczy, stek z koniny z szalotkami, wędzona karkówka z bobem, królik w sosie musztardowym, suflet pomarańczowy z bezą, kaszanka po luksembursku. Wystarczy, żeby wam schabowy nie stanął w gardle.

Bohater potrafi wyśmienicie gotować, ale jest przeciwieństwem swojego kolegi ze szkoły, który wzorem licznych telewizyjnych celebrytów, z gotowania uczynił cyrk, polegający na zarabianiu pieniędzy, gdzie używa się tanich zamienników, a im więcej udziwnień, tym lepszy efekt, nie zawsze smaczny, nie mówiąc o zdrowiu.

Książka oparta jest na prostym schemacie myślowym: to co naturalne i skromne, musi być niezrównanie lepsze od masowej produkcji pod publiczkę. Ta oczywista prawda nie zawsze dociera do współczesnych miłośników dobrego jedzenia, szukających raczej wyzwań i dziwności, niż prostych i sprawdzonych dań. Hillenbrand świetnie podaje nam też rzeczywistość kuchni „od kuchni”, a więc całej organizacji wielkich restauracji, gdzie praca polega nie tylko na sprawnym krojeniu i smażeniu, ale potrzebuje również niesamowitej logistyki, zwłaszcza, kiedy ma się gotować dla kilkuset osób na raz. Reumatyzm, choroby kręgosłupa i kolan, ciągły ból w stopach, oparzenia i poprzecinane ścięgna – to tylko niektóre choroby zawodowe kucharzy, a przecież do tego dochodzi stres związany z ciągłym ocenianiem ich umiejętności, choćby poprzez te słynne gwiazdki Michelina.

Autor – zapalony kucharz, ale także pracownik struktur europejskich wysmażył intrygę, gdzie przemyca kilka prawd, dotyczących konsumpcyjnej Europy. Ta sprawnie napisana książka przysporzy wszystkim smakoszom przyjemności, związanej nie tylko z przygotowywaniem potraw, choć nie ma tam wcale przepisów, ale będzie trzymać w napięciu, bo śledząc losy sympatycznego Xaviera, poznamy kulisy rynku kulinarnego, o których nie mieliśmy nawet pojęcia.

Nie wiem ile jest prawdy w stwierdzeniach bohaterów książki, że ilość podstawowych produktów oferowanych europejczykom gwałtownie się kurczy, że zaczyna powoli brakować parmezanu, dorszów czy szparagów, stąd szaleńcze poszukiwania zamienników, które będą smakować podobnie, a nawet lepiej, ale gwałtownie bogacące się państwa azjatyckie wymuszają na gospodarce europejskiej zwielokrotnienie produkcji. Chińczycy gotowi są zapłacić za trufle tysiące dolarów i właśnie to im poświęcony jest finał  książki. Na pewno do niego dobrniecie, bo czyta się to lekko i z przyjemnością, nie tylko dlatego, że się tam smacznie gotuje.

Już w październiku ma ukazać się druga część serii pt. „Czerwone złoto”; w której przeczytamy o zakazanych romansach, polityce, pieniądzach i prestiżu, o miłości i intrygach na salonach. Jeśli ma być tak samo smacznie, to nie odmówię sobie lektury, choć po przeczytaniu „Diabelskiego owocu”, wolałem sam ugotować zupę, zamiast wyprawy do Pizza Hut.

„Szumowiny” Horsta

„Bunnfall” czyli „Szumowiny”, to szósta książka o przygodach komisarza Williama Wistinga. Do tej pory w Polsce ukazały się cztery tomy serii Horsta, te napisane w latach 2011 – 2015. „Szumowiny” cofają nas do roku 2010, a więc nie jesteśmy chronologicznie usadowieniu w życiu bohatera, raczej skaczemy po jego życiu niczym pchła po psie. Kiedy otrzymuję propozycję napisania o losach komisarza Wistinga, nie odmawiam, ponieważ wiem, że dostanę porcję rzetelnej intrygi, skomplikowanej i mięsistej, która dostatecznie mocno wciągnie mnie w swój wir. A więc poczynając od „Jaskiniowca”, przez „Poza sezonem” i „Ślepy tor”, Horst towarzyszy mi co roku. Do kompletu brakuje mi jedynie „Psów gończych”, ale może kiedyś uzupełnię bibliotekę i o tę pozycję.

„Szumowiny” wydają się jedną z lepszych książek Horsta, choć pokazują żmudne śledztwo podobnie do poprzednich. W każdym tomie Horst stara się poruszyć ważną kwestię związaną z bezpieczeństwem obywateli: w „Jaskiniowcu” zwracał uwagę na izolację mieszkańców i ich wyobcowanie, pozwalające obcym podszywać się pod przypadkowych obywateli; w „Poza sezonem” mamy złodziejski gang z Litwy, czyli problem biednych sąsiadów, którzy kradną w bogatej Norwegii, a w „Ślepym torze” mamy do czynienia z odziedziczonymi pieniędzmi pochodzącymi z nielegalnych interesów.

Zmęczony pracą komisarz, po wizycie u lekarza, który rzecz jasna będzie kazał mu się zdrowo odżywiać, co było jak pamiętamy standardowym motywem prozy Mankella,  podobnie jak Wisting żywiącego się w fast foodach, więc nasz pracoholik musi zmierzyć się z wyrzucanymi na brzeg morza odciętymi, lewymi stopami w sportowych butach. Ten zagadkowy fakt jest motorem napędowym intrygi, ponieważ śledczy nie potrafią wyjaśnić, dlaczego ktoś te nogi odcina, dlaczego są to akurat lewe stopy, bez towarzyszącym im ciał. W uporządkowanym, norweskim społeczeństwie szybko udaje się ustalić osoby, które zaginęły, a rolą policji jest powiązanie faktów” wynikających z przesłuchań otoczenia oraz następujących po sobie wydarzeń. Szybko dostajemy wyjaśnienie, co łączyło ze sobą zaginionych, a zagadka odciętych stóp okazuje się wcale nie taka skomplikowana.

Studio_20160830_183725_resized

W każdym kryminale Horsta towarzyszy nam córka komisarza, Line, wplątana przez swoją dziennikarską pasję w śledztwo ojca. Tym razem pisze artykuł o roli więzienia w życiu skazanego, który zostaje wypuszczony na wolność. Horst stawia pytania, jak system penitencjarny resocjalizuje i wnioski wydają się oczywiste, o czym przekonują się nie tylko bogaci Norwegowie – wystarczy porównać statystyki związane z recydywistami w Polsce.

Rzecz jasna można się zagubić w norweskich nazwiskach, nie zawsze udawało mi się zapamiętać kto jest kim, ale dla bystrzejszych czytelników, nie będzie to trudna sztuka, zwłaszcza, że w tego typu kryminale tak naprawdę nie chodzi o to, żebyśmy sami odnaleźli sprawcę. Kolejne fakty przedstawiane przez autora prowadzą nas powoli do rozwiązania, jakby przestępcy nie mieli żadnych szans już na starcie.

Line wraz z ojcem stoczą na koniec morderczą walkę z zabójcą. Ponownie prawdopodobieństwo sceny finałowej stawia pod znakiem zapytania umiejętności konstruowania scen dramatycznych przez skandynawskich mistrzów kryminału, choć zdaje się, że nie o to tak naprawdę w tym wszystkim chodzi, że ważniejsza jest intryga i atmosfera, niż dynamika wydarzeń. Nesbo zapewne uśmierciłby jakiegoś policjanta, dobrze, żeby to był przyjaciel Harrego Hole, albo ktoś z jego rodziny. U Horsta morderca jest ślamazarny choć wcześniej zabijał bez skrupułów.

Horst lubi przytaczać statystyki – pisze o karze śmierci, podaje przykłady z USA: ilość zabitych przez system posiłkujący się karą śmierci to tysiąc egzekucji w czasie trzydziestu lat,  gdy tymczasem skazani w Norwegii, po odsiedzeniu wyroku wychodzili na wolność. Czy chce nam w ten sposób o czymś powiedzieć, zwłaszcza w kontekście morderców recydywistów?

Autorowi spodobał się slogan „Just do it” promujący firmę Nike, a właściwie historia Gary’ego Gilmore’a, który przed czekającym go rozstrzelaniem za podwójne morderstwo i po sutym posiłku, zakończonym alkoholem, po prostu wstał i powiedział „Zróbmy to” – Just do it stało się wezwaniem do czynu, choć ten kontekst zdaje się tutaj przytoczony na siłę.

Lubię kiedy Horst ociera się o metafizykę, kiedy Wisting z córką analizują   przypadkowe spotkania, wtedy książka nabiera innego wyrazu i paradoksalnie, im mniej w niej sensacji. tym jest lepsza. Podobnie jak w życiu Wallandera, Wisting szuka oparcia w kobietach, ale nie potrafi ułożyć sobie życia, poświęcając się w całości pracy.

Starzejący się komisarz zaczyna wzbudzać w nas przekonanie, że jego życie, skoncentrowane na wyniszczającej pracy, nie przyniesie mu szczęścia, że ten typ osobowości skazany jest na porażkę, ale doskonale wiemy, że jest to porażka honorowa, naznaczona sukcesami w zwalczaniu przestępczości. Staromodny Wisting kontynuuje los Wallandera, a podobieństwo bohaterów pozwala nam cieszyć się kolejnymi książkami, mając nadzieję, że wydawnictwo nie zrezygnuje z serwowania nam dawniejszych i tych przyszłych przygód coraz bardziej lubianego dowódcy Wydziału Śledczego w Larvik.

„Chciwość” Marty Guzowskiej

Najważniejsze jest ogólne wrażenie. I to, czy dam się wciągnąć od początku w akcję książki w taki sposób, żeby do niej z przyjemnością wracać; albo żeby dowiedzieć się kto zabił. W przypadku najnowszej książki Marty Guzowskiej, nie zostałem zauroczony, ale też nie odrzuciłem jej ze wstrętem, z pewną przyjemnością doczytałem do końca, i z miejsca domyśliłem się kto jest szubrawcem – w tego typu kryminałach autorzy nie silą się na oryginalność, albo wydaje im się, że przypadkowy czytelnik da się nabrać na numer z najlepszym przyjacielem, ale już wytrawny czytelnik Christi, Nesbo czy Lemaitre, wyczuje ten smród zwodniczej sztuczki, żeby zaskoczyć i zadziwić. Marta Guzowska jeszcze nie jest mistrzynią, prawdopodobnie nigdy nią nie zostanie, bo z tym talentem urodzić się trzeba. Co nie znaczy, że Guzowska nie usadowi się na rynku wydawniczym dosyć solidnie – to rzemieślnik literatury masowej, wypełniacz nudnych podróży dla średnio zaawansowanych, towarzysz plażowych parawanowiczów, którzy aspirują do miana czytelników i chcą obnosić się z książką, bo to wygląda snobistycznie. Książka spodoba się licznym blogerkom książkowym, które napiszą, że oderwać się od tej „literatury” nie potrafiły. I że to najlepsza książka, jaką w tym roku przeczytały (trudno się dziwić obserwując co czytają).

Studio_20160905_185754_resized

Wracając do ogólnego wrażenia, to jestem przyjemnie zaskoczony. Książka mi się podobała i nosiłem ją w tą i z powrotem przez kilka dni, a kiedy doczytałem do przewidywalnego końca – chyba nie sądziliście, że główna bohaterka zginie – pomyślałem, że następną opowieść o Simonie wrzucę sobie na eBooka. Czekam też na przecenione egzemplarze przedostatniej książki autorki „Wszyscy ludzie przez cały czas”, ponieważ tego typu literatura ma w sobie coś wciągającego i choć mankamentów jest tam tyle, że chciałoby się je dosadnie wypunktować, to jednak tłumaczę sobie, że nie chodzi o to, żeby było prawdopodobnie – chodzi o to, żeby się wciągnąć w opowiadaną historię.

Simona Brenner jest archeologiem i złodziejem, i choć nie wiemy co do tej pory ukradła, to podobno jest najlepsza na świecie. Nie wiemy też jakiej jest narodowości, a to z pewnością dodałoby kolorytu tej postaci i podbudowało naszą narodową dumę, gdyby okazała się mieć polskie korzenie. Potrafi błyskawicznie otwierać spinką do włosów wszystkie zamki, wydostawać się z zamkniętych pomieszczeń, nawet jeśli jest to muzeum Puszkina. Kradzież słynnego diademu Heleny ze skarbu Schliemanna przychodzi jej tak samo łatwo jak odnalezienie w zatęchłej piwniczce pozostałych skarbów z pałacu Priama. Te ciągi nieprawdopodobnych przypadków towarzyszą nam co krok – trudno uwierzyć, żeby tajemniczy mocodawca nie potrafił sobie poradzić bez jej usług – być może tylko ona potrafi w ostatniej chwili zdobyć informację o zbiorach zalegających zapomnianą piwnicę z winem i tylko w jej obecności można otwierać tajemnicze skrzynie ze skorupami.

Simona jest wkurzająca, pyskata, niecierpliwa, zadufana w sobie – podobno jest najlepsza, ale nie wiadomo dlaczego. Autorka stara się wykorzystać swoją archeologiczną wiedzę, ale czyni to za bardzo akademicko, wtłacza nam wiedzę niby przy okazji, zbyt encyklopedycznie, co z pewnością przyda się laikom w poszerzeniu swojej wiedzy  np. o Troi, ale brzmi sztucznie w opowiadaniu.

Chciałby się punktować niedociągnięcia w nieskończoność, wytknąć szczeliny w fabule, rozłażący się koniec, wkurzającą postać Konstantinosa z tym jego „moja droga”, ale jest w tej powieści urok, coś, za czym tęsknimy, magia greckich wysp, przygody, skarbów ukrytych i odnalezionych, złych ludzi i niewinnych ofiar. Tylko tej chciwości mi brak. Czy Simona jest chciwa? Może chciwy jest jej kochanek, może Konstantinos, albo tajemniczy zleceniodawca? Chciwość jako pasja, namiętność w książce prawie nie występuje, ponieważ Guzowska nie koncentruje się na osobowościach a jedynie na akcji, która ma być dynamiczna i szalona, kosztem prawdopodobieństwa. A to w ludziach trzeba szukać uczuć i o ile na początku Simona jest wyrazista, ratując z opresji byłego kochanka, choć irytuje ją sama jego obecność, to potem zaczynają padać trupy, czasem kompletnie bez sensu. I cały czas nurtowało mnie pytanie: jeśli Simona miała odnaleźć diadem, przywieźć go Konstantinosowi, dostać za to dużo pieniędzy, to dlaczego nie mogła domyślić się, że ten zechce ją zabić? Zresztą po co ten Grek miałby tak mordować bez powodu?

Ale po co ja sobie zadaje te pytania? A już wiem: nie zadawałbym tylu pytań, gdyby książka mnie nie wciągnęła. Można napisać zgryźliwą recenzję książki, która w ogólnym rozrachunku się podobała. I niech już tak zostanie.

Książka dostępna za jedyne 26,18 tutaj

Psychologia.

Szacuje się, że ponad 70% obszarów badawczych w psychologii, to zasługa nauki amerykańskiej. Podręcznik Ciccarelli i White’a, wydany przez wydawnictwo Rebis, to bardzo akademicka forma prezentacji nauczania psychologii, napisana przez dwoje doświadczonych profesorów. Charakteryzuje się nie tylko wszechstronnym podejściem do wielu zagadnień, ale również skrupulatnym wyjaśnianiem pojęć, które niekoniecznie są naukowe, a czasem wydają się oczywiste.

W najbliższym czasie zapewne przyjdzie mi zmierzyć się z niektórymi pojęciami prezentowanymi w podręczniku, stąd postanowiłem odświeżyć swoją wiedzę psychologiczną, której okruchy zbierałem często przez lata nie tylko nauki ale i pracy.

Od początku jesteśmy wprowadzani w system krok po kroku, prowadzeni za rękę przez autorów, dbających o to, żebyśmy nie pogubili się w gąszczu informacji. Autorzy wyjaśniają jak się uczyć i czujemy się lekko nieswojo, kiedy mówi się czytelnikowi o celach edukacyjnych podręcznika. Imponująco wygląda też lista wykładowców, z których usług korzystano, konstruując ten opsły podręcznik.

Studio_20160904_121516_resized

Zaletą „Psychologii” Ciccarelli i White’a, jest właśnie ta łopatologiczna wręcz przejrzystość i jasność – jeśli zostaniemy uważni, damy się ponieść doświadczeniu autorów, wiedza będzie się systematyzować logicznie. Pamiętajmy jednak o ogromie informacji i zagadnień – czasem musimy prześlizgnąć się tylko np. po teorii Freuda, ale przecież to nie jedyny podręcznik, z którego korzysta student psychologii – czasem warto sięgnąć do źródeł.

We wprowadzeniu mamy psychologię w praktyce, czyli tajniki przetrwania studiów i poprawianie swoich ocen. Bezradny amerykański student dostanie tutaj wskazówki jak czytać podręczniki, dowie się o metodach uczenia, dostanie dokładne przykłady jak sporządzać notatki, czy jak przygotować się do egzaminów. Nie wiem czy polski student, nie uśmiechnie się czytając ten rozdział, ale czy kiedykolwiek komuś zaszkodziło usystematyzowanie metodologii pracy, przypomnienie o najważniejszych zasadach, które warto zachować, żeby wchłonąć jak najwięcej i nie dać się zaskoczyć na egzaminie? A jeszcze dostajemy wskazówki jak poprawić pamięć, więc warto spróbować przebrnąć przez pierwsze rozdziały. Oczywiście na końcu znajdziemy podsumowanie, piękne wypunktowane,  dodatkowo jeszcze rozrysowane w schematach. Dla każdego coś miłego i skutecznego – te powtórki naprawdę pomagają.

Kolejne rozdziały to już podróż przez psychologię: psychologia jako nauka, podejście biologiczne, czucie i spostrzeganie, świadomość, sen, marzenia senne, hipnoza a do tego narkotyki. Uczenie się, pamięć, poznanie, myślenie, inteligencja, język, rozwój, motywacje, seksualność, stres, teorie osobowości, zaburzenia, terapie.

Wszystko podane bardzo jasno, do tego zdjęcia i rysunki, bardzo dobry papier, co daje przyjemność obcowania z przyjemnym przedmiotem. To nowocześnie wydana książka, której daleko do ciężkich i nudnych podręczników. Podręcznik był testowany na studentach amerykańskich – wiadomo, że tamten system trochę odbiega od naszych metod nauczania, ale ponieważ świat idzie do przodu, zapewne niedługo przejmiemy metody, o których piszą Ciccarelli i White.

Podręcznik jest jak wielki, gruby stek – samo mięso, żadnych wypełniaczy” – to obrazowe porównanie, wymyślone przez autorów, powinno dać nam gwarancje, że książka przysłuży się przyszłym psychologom. Co prawda dalej autorzy dodają, że jak każdy stek, żeby nie zaszkodził na żołądek, wymaga dobrego pogryzienia, ale tym wszystkim, którzy zastosują się do metod pokazanych w książce, można zagwarantować, że wiedzę psychologiczną, otrzymają doskonale przyrządzoną i skondensowaną, w sposób pozwalający na dalsze, dokładniejsze już studia wybranych zagadnień.

Książka do kupienia tutaj