Żyd hermafrodyta i wisielec w najnowszym kryminale Wrońskiego.

Z Marcinem Wrońskim znam się od dawna, rzecz jasna nie osobiście, nie na wyciągnięcie ręki, choć takie też było spotkanie, ale przecież co to za znajomość, kiedy jeden pamięta uścisk a  drugi od uścisków dłoni ma już odciski; tak więc Marcina Wrońskiego znam, bo przeczytałem wszystkie kryminały z komisarzem Maciejewskim, i nie tylko przeczytałem, ale i postawiłem na półce. Komisarz Maciejewski bliższy mi jest znacznie bardziej, niż terytorialnie zadomowiony obok, Eberhard Mock, którego rychłe pojawienie się w nowej odsłonie, zapowiada kwiecistym stylem sam autor. Maciejewski wywodzi się z Mocka i tu trzeba przyznać pierwszeństwo Markowi Krajewskiemu, w kreowaniu postaci charakterystycznej, no ale jakby  tak analizować, kto się czym i kim inspirował, to możemy dojść w naszych dywagacjach, aż do komisarza Maigreta.

W najnowszej książce Wrońskiego „Portret wisielca”, otrzymujemy po raz kolejny historię przedwojenną, usadowioną w realiach tak przekonywujących, jakby autor zgłębiając dzieje swojego miasta, poznał już wszystkie jego zakamarki. Poruszamy się po Lublinie z lat trzydziestych ubiegłego wieku, podążając śladem komisarza Zygi, który chcąc rozwikłać przyczyny samobójczych śmierci dwóch młodzieńców, biega od jesziwy do KUL-u. Dzięki temu wkraczamy w rzeczywistość stosunków religijnych, ale i narodowych, tego całego zagmatwania przedwojennego, gdzie panuje rasizm, antysemityzm i nacjonalizm.

20160827_124457_resized

Jeden trup w żydowskiej szkole a drugi w katolickiej – Maciejewskiemu coś w tym wszystkim śmierdzi, zwłaszcza że zarówno utopiony jak i powieszony mieli ze sobą do czynienia. W swój charakterystyczny sposób Wroński wrzuca nas w świat zaginiony, jak zawsze sprawnie i z klasą, bo każdy dialog aż skrzy się od dowcipu i dwuznaczności. Sama intryga jest lekko na wyrost skrojona, łatwo dać się wyprowadzić na manowce, sedno sprawy leży nie wiadomo gdzie i sam przyznam, że pod koniec się pogubiłem, nie dlatego, że nie zgadłem kto zabił i czy w ogóle zabił, ale raczej szukałem motywów. A one niby są na wierzchu jak złamany nos Maciejewskiego, ale z drugiej strony ciężko je uzasadnić.

Nie wiem, czy  bohaterowie Wrońskiego, oczywiście ci drugiego planu, są postaciami historycznymi, czy rektor Kuszyński rzeczywiście rządził uczelnią, a cadyk Ajzer istniał naprawdę i był tak bezwzględnym wyzyskiwaczem. Proponuję przeczytać z uwagą co sam autor o tym pisze na końcu kryminału, wyjaśniając swoje podejście do opisywanych wydarzeń. Wspomina tam Wroński o rektorze Józefie Kruszyńskim, więc podobieństwo nazwisk jest zapewne nieprzypadkowe.

Tak więc mamy tu raczej konflikt społeczny, narodowy, polityczny – zawirowanie ideologiczne, a do tego jeszcze próby splątania Kabały z Biblią. Tradycyjnie u Wrońskiego najlepiej wypadają historie opowiedziane niejako przy okazji głównego konfliktu, kiedy to pokazuje się nam świat zaginiony, świat zamordowany, który do wojny stanowił o kolorycie życia w przedwojennym Lublinie, gdzie Cwajgowa wynajmowała pokoje a prostytutki usługiwały zapracowanym studentom jesziwy przez dziurę w płocie. Do tego wspaniały motyw przodownika Fałniewicza, który jeśli tylko pojawia się na stronach książki, śmierdzi mu z ust odorem nie do zniesienia – kuracja, jakiej się podjął polega na piciu specjalnego wywaru, a w jakim celu zamęcza otoczenie to już drogi czytelnik przeczyta pod koniec, ale dla domyślnych nie jest to żadna zagadka.

Przyjemność obcowania z ósmą już powieścią z Maciejewskim jako głównodowodzącym jest jak zawsze dogłębna. W kreowaniu scenek rodzajowych, dialogach, dowcipach, Marcin Wroński doszedł do perfekcji. Trochę gmatwa się przy wyjaśnianiu intrygi, jakby zakończenie rozpływało się, bo wyobrażamy sobie, że zaraz zagadka śmierci zostanie wyjaśniona, a tymczasem sprawy komplikują się, bo my nie śledzimy tylko afery samobójców, ale wplątano nas w rozgrywki na kilku płaszczyznach: policyjnej, narodowościowej, religijnej, obyczajowej i politycznej. Ten tygiel daje nam wspaniały sos, którym autor przyprawia mięso, a tam same smaczne kawałki, łącznie z hermafrodytą, którego to wątek dwupłciowości autor zarzucił, odstępując od drążenia tematu, może i słusznie, a może nie, bo o ile temat wydawałby się smaczny, to jednak odbiór mógłby razić przeciętnego czytelnika, niczym ohydny zapach, wydobywający się z ust przodownika Fałniewicza.

Książkę, lub audiobook, a nawet Ebook dostaniecie tutaj

A po kolejne pozycje Marcina Wrońskiego zapraszam do Taniej Książki

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.