Londyn w czasach Sherlocka Holmesa.

Ta książka wzbudza zaufanie już samym swoim wyglądem – twarda oprawa, świetna fotografia na okładce, dobry papier i bogate w zdjęcia wnętrze. W Londynie żyje już tylu Polaków, że autorka książki, Krystyna Kaplan, postanowiła dać im kompendium o tym mieście, skupiając się jednak na okresie przełomu wieków, XIX I XX.

Londyn za panowania królowej Wiktorii był stolicą Imperium Brytyjskiego, mocarstwa, które obejmowało 23% lądowej powierzchni świata. I ta pozycja warunkowała rozwój miasta, które dzięki postępowi technicznemu i licznym wynalazkom, rozkwitło i przeobraziło się z zamglonego koszmaru w stolicę na miarę potęgi Imperium.

Studio_20160816_174745_resized

Podróż przez Londyn zaczynamy, jakże by inaczej, od monarchii. Na pierwszy plan wysuwa się tutaj królowa Wiktoria – śledzimy jej losy od urodzenia w 1819, aż do śmierci na początku wieku XX. Nie każdy Polak, (bo chyba nie Anglik) wie, że pierwsze imię królowej brzmiało Aleksandryna. 20 czerwca 1838, o szóstej rano, poinformowano ją, że została królową imperium. Wiktoria prowadziła dziennik, w którym zapisywała wszystkie wydarzenia – ciekawe, czy ktoś to kiedyś wydał? No i dalej poznajemy jej niemieckiego kuzyna Alberta, który został mężem młodej królowej, a ta zakochana, zanotowała w dzienniku, że w noc poślubną nie spała zbyt wiele. Albert zmarł niespodziewanie po wizycie u swojego niemoralnie prowadzącego się syna, przyszłego króla Edwarda VII. Oszalała z rozpaczy królowa zamknęła się w pałacu i odsunęła nawet od swoich obowiązków, tak że któregoś dnia, ktoś wywiesił na bramie pałacu Buckingham tabliczkę, że rezydencja jest do wynajęcia, gdyż właściciel  wycofał się z interesu.

Książka pełna jest podanych lekko ciekawostek z życia miasta, choć te najciekawsze zapewne nie są czymś nowym dla rodowitego Brytyjczyka, który zapewne wie, skąd wzięła się nazwa słynnej Royal Albert Hall i czyj pomnik stoi przed pałacem Buckingham, wie doskonale ile kochanek miał król Edward VII, i która z nich została dopuszczona do łoża śmierci króla, albo z czym, oprócz szlafroka męża, została pochowana Wiktoria.

Jeśli już przebrniemy przez tę część królewską, dostajemy się do fragmentów opisujących techniczny postęp, który miasto wywindował do miana światowej metropolii.  A więc metro: w 1853 roku parlament uchwalił ustawę o budowie pierwszej na świecie kolei podziemnej; a więc kanalizacja: w połowie wieku XIX, odór zanieczyszczonej Tamizy był tak wielki, że parlament musiał przerywać obrady, a kiedy po zderzeniu dwóch statków, większość ludzi zginęła, bo zatruła się wodą, postanowiono Londyn skanalizować.

Ciekawostki i życiorysy wypełniają dalszą część książki – nie brakuje informacji o Polakach, którzy w swoim życiu zahaczyli o to miasto: Norwid, Chopin, Conrad, Skłodowska i wielu, wielu innych, mają też swoje miejsce w życiu Londynu.

Autorka wprowadza nas we wszystkie niemal aspekty życia miasta – dostajemy solidną porcję obyczajowości, także tej ciemnej strony metropolii, z Kubą Rozpruwaczem na czele. Nie zabraknie również tytułowego Sherlocka Holmesa i perypetii Conan Doyle’a z uśmierconym już słynnym detektywem.

Książkę można zabrać na wycieczkę do Londynu, choć jej wielkość, zapewne znacznie powiększy wagę naszego bagażu podręcznego, w jakiejś taniej linii lotniczej. Wrzućmy ją jednak do bagażu głównego, ponieważ czytanie jej na miejscu, zrekompensuje z pewnością konieczność dźwigania jej w czasie spacerów po mieście.

Żyd hermafrodyta i wisielec w najnowszym kryminale Wrońskiego.

Z Marcinem Wrońskim znam się od dawna, rzecz jasna nie osobiście, nie na wyciągnięcie ręki, choć takie też było spotkanie, ale przecież co to za znajomość, kiedy jeden pamięta uścisk a  drugi od uścisków dłoni ma już odciski; tak więc Marcina Wrońskiego znam, bo przeczytałem wszystkie kryminały z komisarzem Maciejewskim, i nie tylko przeczytałem, ale i postawiłem na półce. Komisarz Maciejewski bliższy mi jest znacznie bardziej, niż terytorialnie zadomowiony obok, Eberhard Mock, którego rychłe pojawienie się w nowej odsłonie, zapowiada kwiecistym stylem sam autor. Maciejewski wywodzi się z Mocka i tu trzeba przyznać pierwszeństwo Markowi Krajewskiemu, w kreowaniu postaci charakterystycznej, no ale jakby  tak analizować, kto się czym i kim inspirował, to możemy dojść w naszych dywagacjach, aż do komisarza Maigreta.

W najnowszej książce Wrońskiego „Portret wisielca”, otrzymujemy po raz kolejny historię przedwojenną, usadowioną w realiach tak przekonywujących, jakby autor zgłębiając dzieje swojego miasta, poznał już wszystkie jego zakamarki. Poruszamy się po Lublinie z lat trzydziestych ubiegłego wieku, podążając śladem komisarza Zygi, który chcąc rozwikłać przyczyny samobójczych śmierci dwóch młodzieńców, biega od jesziwy do KUL-u. Dzięki temu wkraczamy w rzeczywistość stosunków religijnych, ale i narodowych, tego całego zagmatwania przedwojennego, gdzie panuje rasizm, antysemityzm i nacjonalizm.

20160827_124457_resized

Jeden trup w żydowskiej szkole a drugi w katolickiej – Maciejewskiemu coś w tym wszystkim śmierdzi, zwłaszcza że zarówno utopiony jak i powieszony mieli ze sobą do czynienia. W swój charakterystyczny sposób Wroński wrzuca nas w świat zaginiony, jak zawsze sprawnie i z klasą, bo każdy dialog aż skrzy się od dowcipu i dwuznaczności. Sama intryga jest lekko na wyrost skrojona, łatwo dać się wyprowadzić na manowce, sedno sprawy leży nie wiadomo gdzie i sam przyznam, że pod koniec się pogubiłem, nie dlatego, że nie zgadłem kto zabił i czy w ogóle zabił, ale raczej szukałem motywów. A one niby są na wierzchu jak złamany nos Maciejewskiego, ale z drugiej strony ciężko je uzasadnić.

Nie wiem, czy  bohaterowie Wrońskiego, oczywiście ci drugiego planu, są postaciami historycznymi, czy rektor Kuszyński rzeczywiście rządził uczelnią, a cadyk Ajzer istniał naprawdę i był tak bezwzględnym wyzyskiwaczem. Proponuję przeczytać z uwagą co sam autor o tym pisze na końcu kryminału, wyjaśniając swoje podejście do opisywanych wydarzeń. Wspomina tam Wroński o rektorze Józefie Kruszyńskim, więc podobieństwo nazwisk jest zapewne nieprzypadkowe.

Tak więc mamy tu raczej konflikt społeczny, narodowy, polityczny – zawirowanie ideologiczne, a do tego jeszcze próby splątania Kabały z Biblią. Tradycyjnie u Wrońskiego najlepiej wypadają historie opowiedziane niejako przy okazji głównego konfliktu, kiedy to pokazuje się nam świat zaginiony, świat zamordowany, który do wojny stanowił o kolorycie życia w przedwojennym Lublinie, gdzie Cwajgowa wynajmowała pokoje a prostytutki usługiwały zapracowanym studentom jesziwy przez dziurę w płocie. Do tego wspaniały motyw przodownika Fałniewicza, który jeśli tylko pojawia się na stronach książki, śmierdzi mu z ust odorem nie do zniesienia – kuracja, jakiej się podjął polega na piciu specjalnego wywaru, a w jakim celu zamęcza otoczenie to już drogi czytelnik przeczyta pod koniec, ale dla domyślnych nie jest to żadna zagadka.

Przyjemność obcowania z ósmą już powieścią z Maciejewskim jako głównodowodzącym jest jak zawsze dogłębna. W kreowaniu scenek rodzajowych, dialogach, dowcipach, Marcin Wroński doszedł do perfekcji. Trochę gmatwa się przy wyjaśnianiu intrygi, jakby zakończenie rozpływało się, bo wyobrażamy sobie, że zaraz zagadka śmierci zostanie wyjaśniona, a tymczasem sprawy komplikują się, bo my nie śledzimy tylko afery samobójców, ale wplątano nas w rozgrywki na kilku płaszczyznach: policyjnej, narodowościowej, religijnej, obyczajowej i politycznej. Ten tygiel daje nam wspaniały sos, którym autor przyprawia mięso, a tam same smaczne kawałki, łącznie z hermafrodytą, którego to wątek dwupłciowości autor zarzucił, odstępując od drążenia tematu, może i słusznie, a może nie, bo o ile temat wydawałby się smaczny, to jednak odbiór mógłby razić przeciętnego czytelnika, niczym ohydny zapach, wydobywający się z ust przodownika Fałniewicza.

Książkę, lub audiobook, a nawet Ebook dostaniecie tutaj

A po kolejne pozycje Marcina Wrońskiego zapraszam do Taniej Książki

Oona i Salinger

Beigbeder jest z pewnością w gronie kilku pisarzy, których książki będę kupował w ciemno, niezależnie od tego co piszą krytycy, blogerzy od durnych stosików, czy inni mądrale. Większość z tych wyjątkowych autorów, odznacza się  specyficznym stylem, mieszanką egotyzmu, ironii oraz sarkastycznego podejścia do świata. Na pewno do tej grupy nie zaliczę Salingera.

Oona i Salinger” jest wyznaniem miłości. Napisana dla Lary Micheli, którą Beigbeder poślubił w 2014 roku, a której podobieństwo do tytułowej Oony O’Neill jest uderzające, miesza współczesność, z odległą o siedemdziesiąt lat historyjką romansu młodego Salingera z nieletnią celebrytką. Zamiast czytania od początku, sugeruję rozpocząć przygodę z Ooną i Salingerem, od rozdziału ostatniego, kiedy to podstarzały lowelas, czyli brodaty Frederic, poznaje młodziutką Larę ( cóż za piękne imię, wyjęte z Doktora Żywago, niczym błyszczące, czerwone jabłko z koszyka Czerwonego Kapturka). W życiu zdarzają się niezmiernie rzadko, a niektórym niestety wcale, takie chwile olśnienia, kiedy splot okoliczności, sytuacje, timing, zapachy, muzyka, towarzystwo, pogoda – wszystko to zgrywa się razem w magiczną chwilę, która może trwać sekundę, a jeśli przeniesie się płynnie w kilka godzin, czasem jeden dzień (nigdy dłużej), to zostaje w pamięci do samego końca. Tak właśnie B. poznał Larę a Salinger Oonę.

20160813_130159_resized

Autor wymyślił okoliczności romansu, wymyślił listy pisane przez oboje, choć one istnieją w archiwach Chaplinów (Oona została żoną Charliego i urodziła mu ośmioro dzieci). Te autentyczne listy i tak nie mogłyby zostać wydrukowane, gdyż istnieje całkowity zakaz publikacji czegokolwiek, co ma związek z Salingerem – oczywiście oprócz tego, co ukazało się za jego życia, ale B. nie dostał zgody nawet na zapoznanie się z nimi. Więc je sobie wymyślił i skonstruował przewrotną książkę, gdzie fakty mieszają się z fikcją (co ma już swoją nazwę: faction; albo posiłkując się Trumanem Capote i jego „Z zimną krwią” można coś takiego nazwać: non-fiction).

Romans pięknej, nieletniej Oony i dryblasa Jerrego nie trwał długo. Salinger zafascynowany jej urodą i wdziękiem, umawiał się z nią na randki, które Frederic opisuje sugestywnie, łącznie z nieskonsumowanymi nocami. Ta historia krótkiego romansu, błysku, który na oboje miał jakiś wpływ, choć na Salingera zapewne większy, co niektórzy znajdują w „Buszującym w zbożu”, więc ta historia rozlewa się potem na opisywaną przez B. wojenną udrękę Jerrego, która ukształtowała go ostatecznie, ale przecież i okaleczyła. Francuz Beigbeder raczy nas faktami i opisami z lądowania w Normandii, nie szczędzi szczegółów, ale Oona jest już w rękach starego Chaplina – ożeni się z nią kiedy tylko dziewczynka ukończy osiemnaście lat.

Beigbeder potrafi mnie rozśmieszyć, potrafi też celnie uderzyć. Lubię jego dygresje oraz liczne smaczki, kiedy np. pisze: „nagle zacząłem się wysławiać jak Patrick Modiano”, albo „Amerykanie zawsze krzyczą, zwłaszcza gdy im dolać wody do burbona z lodem”, a o dyrektorze Stork Clubu, gdzie balowała piętnastoletnia Oona wspomina, że „był snobem jak bidet w hotelu Waldorf Astoria”. Jednocześnie ten snob i znawca literatury potrafi drwić z siebie, bywa autoironiczny i sarkastyczny. Ten zblazowany koneser, rozprawia się ze współczesnością, której chce dorównać i którą tak pogardza, pisząc o „baranach, które nie chcą być baranami, lecz mimo wszystko skubią trawę, śniąc, że nie należą do stada, krótko mówiąc klienci Freuda, Buddy, Fashion TV i Facebooka.”

Właściwie najbardziej fascynujące są w tej książce początek i koniec: na początku pojawia się Truman Capote a na końcu Lara. Dostajemy też garść ciekawostek, zawsze łakomi plotek i sensacyjek, kto z kim i gdzie; a więc proszę, wybrałem tę, gdzie występuję mój ulubiony malarz oraz piosenkarz: „W następnym roku malarz Balthus zaprosił Oonę do Rossiniere, by przedstawić jej Davida Bowiego, który nagrywał płytę w Montreux.”

B. jako klasyczny amant, uwodziciel a przy tym inteligentny przyjaciel Houellebecqa, napisał książkę o miłości niespełnionej, która zainspirowała miłość jego życia. Czyli generalnie zawsze chodzi o miłość, o czym niektórzy zapominają i w ten sposób zaprzepaszczają swoje życie. Oona była dla Salingera niespełnionym marzeniem, choć znając jego charakter, gdyby się z nią ożenił, nie byłoby pretekstu do napisania ani tej książki, ani nawet „Buszującego w zbożu”. Więc może niespełniona miłość jest lepsza?

Tajemnice Kaplicy Sykstyńskiej

Dzięki wydawnictwu Rebis, zostałem właścicielem grubego tomu, którego już sam skomplikowany tytuł: „Tajemnice Kaplicy Sykstyńskiej. Utajone przesłanie Michała Anioła w sercu Watykanu”, może wywołać dreszcze zaciekawienia. Książka, oprócz twardej oprawy, posiada oryginalną obwolutę, gdzie przedstawiono malowidło dla tych, którzy chcieliby się przyjrzeć szczegółom namalowanym przez Michała Anioła. A jest co oglądać – ci wszyscy, którzy mieli okazję zwiedzić wnętrze kaplicy pamiętają, jak frustrująca jest to wizyta. Przytłoczeni malowidłem, stajemy na środku pomieszczenia w tłumie turystów, zadzierając głowę do góry i przemierzając wzrokiem kolejne sceny, bez zastanowienia, bez pomysłu, a do tego bez koniecznej wiedzy. Gdyby zresztą wpuszczono nas tam w pojedynkę, również czulibyśmy się zagubieni, próbując rozszyfrować sens namalowanych scen.

Dlatego kupujemy albumy i książki, które w spokoju pozwalają nam kontemplować dzieło i zachwycać się szczegółami. W przypadku książki Benjamina Blecha i Roya Dolinera, otrzymujemy znacznie więcej, niż tylko możliwość podziwiania szczegółów – od pierwszych stron zostajemy uwikłani w tajemnicę. Jestem pewny, że książka zyska sobie ogromną rzeszę sympatyków – prezentowane w niej prawdy i stwierdzenia, spokojnie można zaliczyć do spiskowych teorii dziejów, choć wszystko jest tam doskonale udokumentowane, wyjaśnione i udowodnione.

20160806_192633_resized

Jak wiadomo, freski w Kaplicy Sykstyńskiej, autorstwa Michała Anioła, przez lata pokryte kurzem i brudem, zdawały się być specjalnie tak rozmazane i niewyraźne, jakoby intencją malarza było pokazanie malowideł, odzwierciedlających jego ponury charakter. Dopiero po renowacji, pod koniec XX wieku, okazało się, jak kolorowe i nasycone są to przedstawienia, przywracając dyskusję nad tym, dlaczego Michał Anioł namalował sceny ze Starego Testamentu, choć Juliusz II, wcale o tym nie myślał.

Czytanie tej książki to fascynująca opowieść o szczegółach, o których nie mieliśmy pojęcia zwiedzając kaplicę, to opowieść udokumentowana faktami i przykładami, wywołującymi nierzadko uśmiech zdziwienia i niedowierzania, a jednak nie mamy argumentów, które by mogły z tymi teoriami polemizować. Proponuję poddać się wywodom autorów i wyruszyć w tę fascynującą podróż.

Autorzy wiodą nas przez historię, a my czujemy się jak ślepcy prowadzeni przez przewodników. Zaczynamy od zbudowania kaplicy i od razu zostajemy przytłoczeni niezbitymi dowodami na to, że nowa Kaplica Palatyńska, miała zastąpić starożytną Świątynię żydowską w Nowym Jeruzalem, jakim stał się Rzym. Jej wymiary to dokładnie tyle, ile miał hechal, czyli sanktuarium Pierwszej Świątyni króla Salomona, zbudowanej w roku 930 p.n.e. I dalej w podobnym stylu, jakby autorzy chcieli udowodnić, że za wszystkim jak zawsze, stoją Żydzi. I nawet kontrowersyjne teorie, jak ta, mówiąca o tym, że genialny artysta tylko wtedy tworzy największe działa, kiedy posługuje się utajonym znaczeniem, wysnuwane przez autorów, nie przesłaniają sensacyjności prawd zawartych w książce.

Rozdział „Kody w sztuce” wprowadza nas w dywagacje na temat sztuki, ukrywającej znaczenia, o jakiej nie śnili nawet sami autorzy swoich dzieł. Ale to jest przywilej badacza – znaleźć ukryte prawdy nawet tam, gdzie się tego nikt nie spodziewa. Malarze odrodzenia bardzo często nie mieli prawa podpisywania swoich dzieł, więc rozpowszechnił się zwyczaj „podpisywania” obrazu własną twarzą, umiejscowioną w malowanej postaci. A jak „podpisywał” swoje obrazy Leonardo da Vinci i jaki ma to związek z pomnikiem Lincolna w Waszyngtonie? Przeczytajcie sami – wszystko jest udowodnione i udokumentowane.

Teorie autorów, nierzadko zaskakujące, ale zawsze rzetelnie dokumentowane i naukowo wyjaśniane, mogą nas prowokować do zastanawiania się nad tym, czy warto w to wszystko wierzyć, czy warto poddać się sugestiom. Osobiście traktowałem opisywane w książce przykłady z pewnym zmrużeniem oka, ale lubiłem tez poddać się teoriom spiskowym, co zawsze, a zwłaszcza w okresie wakacyjnym, dobrze robi na szare komórki i odświeża lekko spojrzenie na sztukę, świat, religię itp.

Ta książka to świetnie napisana lektura dla pasjonatów sztuki, z której dowiedziałem się tyle ciekawych rzeczy, że przysłoniły mi one wyraźną funkcję sensacyjną, którą autorzy postanowili zaszokować świat, a przecież od tych  faktów nie zniknęło piękno i niepowtarzalność Kaplicy Sykstyńskiej i uwiecznionych w niej malowideł Michała Anioła.

Książka od wydawnictwa Rebis i można ją kupić tutaj

Pirania na kolacje

Książka ma podtytuł „1405 dni w podróży dookoła świata” i ten szmat dni został upchnięty na 430 stronach, licząc również spis treści. Zdolni matematycy mogą sobie przeliczyć, że na jedną stronę opowieści, wypadają trzy dni podróży, ale skaczemy z autorką chaotycznie, czasem zatrzymując się dłużej w jakimś rejonie świata, czasem zbywając niektóre miejsca kilkoma zdaniami, więc nie ma co przeliczać i wyciągać średnią.

Zaglądam na bloga www.z2strony.pl już po przeczytaniu książki Magdy Bogusz, żeby się dowiedzieć jak wygląda powrót do „normalności” po kilkuletniej podróży. Niestety blog umarł, a odżył jedynie z okazji wydania książki. Zresztą trudno się dziwić że umarł, skoro autorzy wrócili i niejako zamknęli jakiś etap w swoim życiu – przecież nie będą opisywać zwyczajności, z którą każdy z nas obcuje bez sentymentów. Codzienność – to mnie zawsze interesowało w literaturze podróżniczej – wywrócenie jej do góry nogami i zmierzenie się z innością, chaotyczne łapanie własnych reakcji na nowe sytuacje. Ale o tym później …

Studio_20160806_123516_resized

Piranie na kolacje” to relacja z podróży młodego małżeństwa, którą rozpoczęli 14 lipca 2010 roku i zakończyli w Nepalu 26 maja 2014. Jako niepoprawny i pedantyczny maruda, zadałbym podróżnikom zaskakujące pytanie: „a dlaczego nie poczekaliście z powrotem jeszcze półtora miesiąca, żeby klasycznie i dokładnie zamknąć się w doskonałym cyklu okrągło rocznym”? Wiem, że to głupie pytanie, ale korci. Takich pytań nie zadaje się prawdziwym podróżnikom, którzy jak wiadomo, do końca nie wiedzą dokąd jadą, oraz nie wiedzą kiedy wrócą, jeśli kiedykolwiek wrócą. Turysta już pierwszego dnia od wyjazdu, myśli o tym jak wróci, a podróżnik nie zaprząta siebie głowy tym problemem.

Początek książki Magdy Bogusz jest jak każda podróż – ciężko odciąć się od świata pozostawionego, wciąż się tkwi w dawnej rzeczywistości i czuje zapachy własnej kuchni. Trzeba opisać okoliczności, motywy, kłopoty, pomysły, całą tę otoczkę, która daje kopniaka w nieznane. I dlatego rozpędzanie się przygody wydaje się takie nużące – już byśmy chcieli, żeby coś się działo. Tomasz w tej opowieści jest ideałem partnera nie tylko życiowego: zaradny, zdolny, mądry i w ogóle. Ona musi to opisać, skrzętnie skrywając wszelkie zgrzyty i nieporozumienia. I tutaj się rozczarowałem, bo sielanka partnerska mnie mierzi a konflikty ekscytują. Rozciągnięta w długim czasie drogi relacja małżonków wydaje się bardziej interesująca niż opisywanie kolejnych cudowności świata ujrzanego. Reporterskie zdania z kolejnych widzianych miejsc przemykają niczym słupki na autostradzie; czasem zatrzymujemy się na dłużej w Antigui, gdzie wierzą w komunizm, czasem przeżywamy burzę na oceanie. Posuwamy się uparcie do przodu, dookoła świata – Magda ma w sobie cały ogrom rzeczywistości – my tylko to, co udało jej się wydestylować i opisać, wyławiając smaczne kąski, ale nigdy nie dopuszczając nas do sedna życia, które jak pisał Milan Kundera, ”jest gdzie indziej”.

A więc skok przez ocean, autostop do Chicago, perypetie z samochodem, którym samodzielnie podróżowali przez trzy miesiące – ten amerykański sen przemyka nam przed oczami bardzo szybko, jakby oddalenie przygody amerykańskiej, od czasu jej opisywania, wyrzuciło z pamięci większość chwil tam przeżytych, a przecież niejeden uczyniłby tę podróż ze wschodu na zachód, źródłem zajmującej książki. W Meksyku siedzą trzy miesiące, w Gwatemali dwa miesiące uczą się hiszpańskiego – matko święta, ile to jest czasu, to jest już życie, to normalne funkcjonowanie w obcym terenie, który szybko staje się domem – siedząc w meksykańskim Tulum przez dwa tygodnie, wydawało mi się, że jestem zadomowiony i oswojony – gdybym tam został miesiąc dłużej, czułbym się jak u siebie w domu. A oni jadą dalej; Ameryka Południowa motorem – odważnie. Pacyfik przemierzony jachtostopem daje posmak czym jest podróż – niekończącym się pasmem zapachów, udręki, niewygody, kulinarnych eksperymentów, bólów brzucha nie mówiąc o głowie itd. itd. Osiem miesięcy pod żaglami to nie tylko oczarowanie – Bogusz sugestywnie opisuje co trzeba znieść, żeby się zachwycić. W Australii pracują żeby zarobić na ciąg dalszy – znowu monotonia ośmiomiesięcznej pracy, skondensowana na kilku stronach – a przecież tyle się tam działo, prawda Pani Magdo? Nie da się przecież wszystkiego opisać. Azja na rowerach i ta końcówka trochę napisana ku pamięci przyjaciela Tomasa ze Słowacji, który zaginął w Himalajach.

Na tylnej okładce wielkimi literami takie zdanie: „czy po tak długiej podróży „normalne” życie jest w ogóle możliwe?” Chciałoby się napisać, że po takiej podróży, nie ma już „normalnego” życia – jest życie napiętnowane przeszłością zostawioną w podróży i obrazami, które zostaną do końca życia. A przecież podróżuje się tylko po to, żeby w końcu wrócić, Bo ci, którzy nie wracają nigdy, przestają być podróżnikami. Stają się emigrantami.

Książka Magdy Bogusz to relacja z przygody życia, na którą pozwolą sobie nieliczni, ale przeczytać mogą wszyscy, bo pozwala posmakować świata, który kurczy się na naszych oczach i przedostanie się na drugi koniec globu, nie jest już nawet kosztowne. Wciągająca relacja może zainspirować głodnych wrażeń, ale przede wszystkim ofiaruje odległe krajobrazy tym wszystkim, którzy pozostaną w domu. Na zawsze.