Szaleństwa Gai Grzegorzewskiej.

Nie potrafię ukryć swojej sympatii dla Grzegorzewskiej Gai, dlatego bez zmrużenia oka zamówiłem sobie w Taniej Książce „Kamienną noc”, najnowszy kryminał z Julią Dobrowolską i rzuciłem się do czytania niczym rozsierdzony pekińczyk na gumową zabawkę. Nie liczyłem na fajerwerki myślowe i roztrząsania egzystencjalnych zawiłości bohaterów – wiedziałem co mnie czeka: trupy, kazirodztwo, zabójstwa, przekleństwa, kurewstwo, czyli wszystko co najgorszego w literaturze może zaproponować eteryczna blondynka z Krakowa. Szkoda, że tego ukochanego Krakowa tam jak na lekarstwo, co jest trudno wybaczalne, bo przecież trupy w krakowskim smogu, poplątanym z mgłą nad Plantami, prezentują się wyśmienicie. Zamiast tego jeździmy po świecie z Julią Dobrowolską, a właśnie –  czy rzeczywiście z nią? W „Kamiennej nocy” wszystko na końcu tak się pokiełbasi, że czytelnikom radzę notować, na każdym etapie czytania, najważniejsze fakty i nazwiska, żeby się w efekcie końcowym nie pogubić za bardzo.

Studio_20160526_140555_resized

Nie przepadam za zasupływaniem akcji w korkociągi czasowe, nie znoszę retrospekcji – lubię jak się mnie prowadzi po równej ścieżce dobra i zła oraz podaje historię jak na łopacie, wprost do umęczonego majowymi upałami łba. Ale tu tak nie ma – jedna przygoda cofa się systematycznie i kazirodcze (?) kotłowania w pościeli, znanego z poprzedniej książki Grzegorzewskiej Profesora, z przypominającą autorkę Julią (ha ha Julią), serwuje się nam w odwrotnej kolejności czasowej, w rozdziałach, które sprytna Gaja oznacza minusami.

Jak zaczynałem czytać „Kamienną noc” to prawie zawyłem z satysfakcji, ponieważ Grzegorzewska tak bardzo okrzepła pisarsko, że już myślałem, że przegoniła Bondę, że wdarła się przed Guzowską, wyprzedziła Miłoszewskiego, że jak jeszcze trochę zaciśnie pasa, to złapie i  Czubaja.  Ale spokojnie, końcówką załatwiła się samobójczo i dobrze, nie bardzo…

Generalnie w książce tej chodzi o to, albo tak nam się przynajmniej wydaje, żeby opisać kazirodcze stosunki bohaterki ze swoim bratem, Profesorem. Julia i Łukasz uciekają przez morza i lądy, a ich przygody czyta się niczym bondowskie scenariusze z lat siedemdziesiątych, albo prędzej Miłoszewskiego książkę o skarbach rabowanych. W końcu trafiają na greckie wykopaliska w Patras, gdzie autorka z Martą Guzowską, archeolożką (i stwórczynią niesympatycznego bohatera o nazwisku Ybl) przebywała, żeby jak najbardziej wiarygodnie opisać didaskalia, a w podziękowaniu jedną z postaci nazwała Martą. No więc mamy te wykopaliska,  jakieś podchody się tam odbywają, nie bardzo załapałem co jest grane, a jednocześnie czytamy relację dziennikarki Florek, która chce o Julii napisać książkę. Ta Julia już jest w Krakowie, bo jak pisałem, Patras to retrospekcja, więc trudna znajomość Julii z Florek, owocuje przygodami krakowskimi, gdzie najbardziej niezrozumiałym dla mnie epizodem, jest zepchnięcie podrasowanego samochodu Julii do wody, na zatracenie. Opisywanie wszystkich wątków tej powieści przekracza moje zdolności i zapewne cierpliwość czytelnika, ale strasznie podobał mi się motyw postaci zwanej Likwidatorem, czyli człowiekiem, który za pieniądze gotów jest załatwić wszystko, łącznie z nową tożsamością. W filmie „Gorączka” Michaela Manna, taka postacią jest Nate, grany przez Jona Voighta, który organizuje Robertowi DeNiro ucieczkę. Likwidator Grzegorzewskiej jest równie doskonały – być może w kolejnym tomie przygód Dobrowolskiej, zaistnieje bardziej wyraźnie.

Z Gają Grzegorzewską problem jest taki, że ona chce być taka wystrzałowa, taka prężna w wymyślaniu akcji, ale jak się za bardzo rozpędzi, to mknie niczym pocisk, wracając do grzechów młodości, kiedy pisała takie książki jak np.”Noc z czwartku na niedzielę”, gdzie postaci wymyślone przez naszą autorkę wciąż tylko gadają, jakby przez to gadanie Gaja chciała posuwać akcję chybcikiem do przodu.

To co wydarzyło się na ostatnich stronach powieści Grzegorzewskiej, przerosło moje nierozgarnięcie – po prostu zaplątały się tam wszystkie wątki i przyznam się z miejsca, że się momentalnie pogubiłem. Już nie wiedziałem kto jest kto? Kim jest Julia, skąd nagle wziął się Wiktor, dlaczego Aron nic nie zrobił, skąd Sara a skąd Maria, czy Maria żyje, a Marcelina? Helenka zaduszona, Profesor zabity, a jednak żyje, złoto z wykopalisk i nasz Bazyliszek, dzieci w beczkach, bliźniaczki, Lena – kim jest Lena? Podobno Marią. Matko Bosko jak w tym wszystkim się odnaleźć, jak żyć, pani Gaju, jak żyć?

Kto  czytał „Betonowy pałac” odnajdzie też w książce Grzegorzewskiej znajome typki, wspominane, przemykające tylko, te pozaświatowe trupy rzeczywistości osiedlowej, wymyślone przez autorkę w postaciach Opiekuna, Nutki, Kakałka i innych. Nie nadążałem w swoich myślowych procesach, nie kojarzyłem już od  połowy książki, o co w tym wszystkim chodzi, czy znajdę jakieś przesłanie kazirodczej miłości, a może to jest o nikczemności pedofilskich zwyrodnialców, a może naplucie na kościół albo umiłowanie archeologicznych wykopalisk? Ja bym tylko chciał, żeby mi ktoś powoli wytłumaczył i rozrysował plan powieści i przedstawił schemat intrygi. Mam wrażenie, że gdyby Grzegorzewska od początku wiedziała o czym chce pisać, poszłoby jej zdecydowanie przystępniej – a tak siadała i pisała, a akcja wymykała się jej spod pióra i szalała jak bezpański pies albo raczej suka.

Ale przecież najbardziej ujęła mnie w „Kamiennej nocy” scena na weneckim cmentarzu, gdzie nasi bohaterowie spędzają noc przy grobie Brodskiego. Sam bym się chciał w tamtym miejscu znaleźć, u stóp ulubionego poety, a tu Profesor z Julią, na  grobach Pounda i Brodskiego biesiadują. Smacznego chciałoby się rzec, albo przysiądź Gaju chwilkę nad tymi grobami i zwolnij. Daj sobie pomyśleć, a potem dopiero pisz. Albo rób co chcesz.

A książka za niewiele ponad trzy dyszki tutaj

TK_male (1)

Zginę bez ciebie.

Bohater powieści kryminalnej Roberta Ostaszewskiego już na siedemnastej stronie wbija szpilę Mariuszowi Czubajowi, wyśmiewając jego nieznajomość policyjnej roboty. A to przecież Czubaj chwali ten kryminał słowami: Wciągająca intryga, stylowy policjant, skandal obyczajowy i brudna polityka w tle. „Zginę bez ciebie” to po prostu porządna, klasyczna szkoła kryminału. Korzystanie ze sprawdzonych wzorców, które dają oryginalny efekt”

Czubaj już dawno odrobił lekcje, natomiast Ostaszewski zdaje się wciąż tkwić w oślej ławce dla pierwszaków-debiutantów, choć przecież wydał już dwa kryminały (z Miziuro „Kogo kocham, kogo lubię” i Sajkiewicz „Sierpniowe kumaki”), ale może z dziewczynami to się nie liczy, może dziewczyny nie są w stanie dać porządnego kopa, uruchamiając tkwiący gdzieś w człowieku talent? Bonda by Ostaszewskiego kopnęła wystarczająco mocno, ale zajęta pisaniem „Lampionów”, nie jest w stanie wytłumaczyć, dlaczego „Zginę bez ciebie” to żenująca przygoda z literaturą kryminalną.

20160521_195131_resized

Mam wrażenie, że wszystko w tej książce jest złe: sposób opowiadania historii, dowcip bohatera, konstrukcja wydarzeń, motyw przestępcy. Ojciec dziewczyny, która popełniła samobójstwo, miejscowy włodarz, pragnie zatuszować osobisty dramat, żeby cała historia samobójczyń, nie odstraszyła inwestorów nowej fabryki kosmetyków. Ja rozumiem, że takie rzeczy na pewno zdarzają się w rzeczywistości, ale nie powinny pojawiać się w dobrych kryminałach. Ludzie bywają odrażający, ale w literaturze warto znaleźć lepszy motyw dla nieczułości, głupoty czy zwykłej chciwości.

Ostaszewski powinien się doskonale znać na tym, jak powinien wyglądać porządny kryminał – zajmuje się tą działką od lat. Oprócz doświadczenia z młodymi pisarkami, jest redaktorem Portalu Kryminalnego, opublikował całą masę artykułów w gazetach oraz prowadzi bloga o literaturze „Mania literatury”. A jeśli jeszcze autor uczy pisania kreatywnego na Uniwersytecie Jagiellońskim, to chyba mogę wymagać więcej, niż tylko głębokiego rozczarowania samodzielnie napisanym kryminałem.

Nic mi się w tej powieści nie układa. Bohater z miejsca zapada w sztampowość zblazowanego policjanta, obdarzonego typowymi cechami osobnika, którego spotykamy od lat w tego typu literaturze. Nie potrafi nas zaskoczyć, wyłamać się ze schematu mądrali z przeczuciami, a do tego szermuje dowcipami i zwrotami, które wspomniany Mariusz Czubaj mógł odrzucić w drodze selekcji pisząc „Piątego Beatlesa”. Nie wiem czy Ostaszewski chciał rozśmieszyć Czubaja, ale udało mu się rozśmieszyć piszącego te słowa, kiedy to zupełnie bez logicznego wytłumaczenia, wprowadza na karty swojej powieści Rudolfa Heinza, profilera, którym Czubaj tak bardzo się znudził, że zastąpił go Markiem Hłasko.

Policjant na własną rękę zajmuje się śmiercią nastolatki Jowity Dudek, pomimo nacisków władz, a nawet o zgrozo, rodziców, którzy chcą zatuszowania przyczyn tragedii. Śledztwo polega na przepytywaniu ludzi, którzy coś mogli wiedzieć o dziewczynie, prowadzi nas do innych samobójczyń, a na końcu i tak okazuje się, że potrzeba mankellowskiego zwrotu akcji, czyli niebezpiecznej sytuacji dla policjanta i jego najbliższych – w tym przypadku ucierpią króliki i niejaka Pauliina, która pomimo 19 lat pije i pali, a którą to dziewczynę, zblazowany Konrad na końcu zaliczy (przepraszam z góry za spojler, ale to nie ma żadnego znaczenia dla czytelnika, bo i tak domyślamy się tego od początku)

W powieści znajdujemy również „Zapiski depresjoholika”, czyli spisaną przez bohatera w zeszycie z czarnymi okładkami, dramatyczną historię miłosną. Ukochana żoną Konrada Rowickiego, wpada w depresję nie mogąc mieć dzieci. Do tego jego rodzice giną w wypadku samochodowym, a jedynym wsparciem dla policjanta jest babka Felicja (rzecz jasna musi być „fajna” i oryginalna), nałogowa palaczka. Brzmi nieźle, ale chaotycznie opowiedziane życie sfrustrowanego Konrada razi nieudolnością i kompletnie mnie nie porusza. Nie oczekuję talentu Tomasza Manna, opisującego śmierć małego Nepomuka w „Doktorze Faustusie”, ale w tej retrospektywie przydałoby się trochę więcej wiarygodności.

No i dobrze, nie bardzo, jak mawiał Sabała. Przygoda z kryminałem Ostaszewskiego przypomina historie z Bondą i Grzegorzewską, których początki irytowały równie intensywnie jak „Zginę bez ciebie”.  Książka ma być początkiem trylogii o Konradzie Rowickim, ale albo go wywalą wreszcie z pracy, przeniosą z Ciechanowa do Krakowa lub Heinz przygarnie go do siebie, albo ugrzęźnie w zaściankowym komisariacie, co nie przełoży się z pewności na inwencje twórczą Ostaszewskiego.

Akcja kryminału toczy się w dniach polsko-ukraińskiego Euro 2012, a ponieważ już niedługo czeka nas kolejna walka na boiskach, przypuszczam że Ostaszewski kończy właśnie tom drugi przygód Rowickiego, wplatając w jego przygody mecze naszych we Francji. Oby tom drugi był lepszy od pierwszego, jak kadra Nawałki jest lepsza od tej Smudy.

Połącz kropki.

Pozycja dla cierpliwych albo dla tych zbyt nerwowych, wracających do domu po stresującym dniu, żeby nie daj boże zabrać się za gotowanie obiadu albo prasowanie. Odłóżcie wszystko na bok – 50 000 kropek czeka na połączenie. Wiem, że początki są trudne i wydaje się, że żmudne szukanie kolejnych numerków, może przyprawić o ból głowy, ale właśnie o to chodzi, żeby zapomnieć i trochę się zmęczyć.

Polacz kropki

Widziałem gdzieś na lotniskach świata takie zeszyty z kropkami, ale na myśl by mi nie przyszło, że by zacząć się w to bawić. Tymczasem czerwony zeszyt leży przede mną i coś trzeba z tym fantem zrobić. Zatemperowany ołówek należy nabyć w dobrym sklepie papierniczym albo podprowadzić nastoletniemu synowi – i tak nie zauważy; zresztą dzieci nie potrafią teraz docenić uroku i zapachu świetnego, żółtego, najlepiej czeskiego ołówka.

Wydawca pisze i zachęca:

,,Połącz kropki. Niesamowite miejsca” to jedyny w swoim rodzaju przewodnik, zachęcający do poznania pięknych budowli i niezwykłych miejsc. Zaprasza do podróżowania po świecie, pobudza spostrzegawczość. Ta dająca impuls kreatywności książka dla dorosłych, pozwala jednocześnie wyciszyć się, odprężyć i czerpać przyjemność z odkrywania tego, co ukaże się po połączeniu tysięcy kropek odnalezionych w plątaninie liczb na każdej stronie.

Kolekcja niesamowitych obrazów zabierze najwytrwalszych na wycieczkę dookoła świata, podczas której czeka wiele interesujących przystanków. Każda strona kryje cud natury albo dzieło architektury. Wszystkie stopniowo nabiorą kształtu i ukażą się jako słynne miejsca, inspirujące krajobrazy lub budowle. Zarys niektórych obrazów wyłoni się z plątaniny kropek już po kilku ruchach ołówka, inne nabiorą kształtu znacznie później, będą dłużej kryły swą tożsamość, i zaprezentują się w całej okazałości dopiero po dołączeniu do reszty ostatniej kropki.

W książce znalazły się 42 niesamowite, godne uwagi cuda architektury i przyrody. Każdy obraz powstanie po połączeniu co najmniej 1200 ponumerowanych kropek. Trzeba to zrobić we właściwej kolejności, aby pokazało się to, co kryje się na poszczególnych stronach.

Wielkie cuda architektury, można odkrywać stopniowo, zgadując co kryje labirynt cyfr, ale można też zajrzeć na koniec i z pełną świadomością rysować jordańską  Petrę, tarasy ryżowe na Filipinach, Koloseum czy Statuę Wolności. Mount Everest jest banalny ale już londyński Parlament robi wrażenie. Rafa koralowa i puszcza amazońska jakby nie z tej bajki, ale liczy się sam proces łączenia.

Życzę miłej zabawy.