Ślepy tor Horsta.

Horst wydaje się być następcą nieodżałowanego Henninga Mankella. Szwedzki pisarz osadził swojego Wallandera w prowincjonalnym Ystad, Norweg Horst śledzi losy Williama Wistinga w maleńkim Larvik. Obaj są zmęczonymi życiem samotnikami, jeden wdowcem, a drugi rozwodnikiem, co wychodzi na to samo; upartymi śledczymi, zajmującymi się raczej analizą myślową niż spektakularnymi wyczynami (choć Wallander od czasu do czasu podejmował heroiczny pościg za przestępcą, co zazwyczaj kończyło się dla niego  zgubieniem lub rozładowaniem telefonu). Do tego obaj mają córki, które czasem są zamieszane w główną akcję kryminału, obaj mają sercowe dylematy z rożnymi kobietami i obaj raczej mało o siebie dbają, co przejawia się np. w ich diecie, opartej głównie na fast foodach.

Ten schematyczny bohater Mankella zrobił wystarczającą  karierę i niepotrzebnie Horst usiłuje coś na tym ugrać. Mankell miał swój styl, tę ociężałość, zmęczenie, otoczony był fatalistyczną aurą, która udowadniała, że przestępczości nie da się tak łatwo wyplenić, że świat zmierza ku czemuś niepokojącemu, a decydenci nie wiedzą jak temu zapobiec. Samotny wilk Wallander miał jakiś urok, budowany przez lata, tajemnicę, głębię czy jak to nazwać – być może bohater Horsta także dorobi się w kolejnych tomach tej charyzmy szwedzkiego policjanta – na razie buduje swój wizerunek i chce, żeby go polubić.

20160416_101621_resized

Czwarty tom przygód Wistinga zbudowany jest na prostym schemacie, znanym czy to z „Jaskiniowca”, czy z „Poza sezonem”. To wciągająca proza, którą można zaliczyć nawet w jeden lub dwa wieczory. Czyta się łatwo, tak jak lubię, małymi kęsami, krótkimi rozdziałami, a akcja koncentruje się wokół córki Wistinga, będącej w dziewiątym miesiącu ciąży oraz jej szkolnej koleżanki, która odziedziczyła dom po dziadku. Tenże dziadek, niejaki Frank Mandt, zamieszany w nielegalny przemyt, rozboje itp., zakończył życie w swojej piwnicy, gdzie centralne miejsce zajmuje wielki sejf. Wisting za to utknął w poszukiwaniach zaginionego bez śladu taksówkarza, również zamieszanego w przemyt.

Przez całą lekturę nie opuszczało mnie wrażenie absurdalności sytuacji, którą wymyślił Horst. Kiedy córka Wistinga Line pomaga swojej koleżance Sophie rozwiązać zagadkę sejfu, gdzie znajdują i pieniądze z napadów, broń, dokumenty działalności zorganizowanej przestępczości, nagrania przestępców – w sumie pełne dossier bandyty, którym był Mandt, więc kiedy mają to przed sobą obie, przypomnę: wnuczka nienawidząca dziadka oraz córka policjanta, do tego dziennikarka, efekty przestępczej działalności, zachowują się jak wyjęte z powieści dla nierozgarniętych miłośników powieści o wampirach. Nie zdradzę za dużo, ale nie odmówię sobie dokopania pomysłowości autora – kobiety decydują pieniądze z napadu, naznaczone specjalnym barwnikiem, przesłać w darze jakiejś instytucji dobroczynnej w anonimowej paczce. Oczywiście takie pieniądze, pochodzące z napadu nie mogą być potem wykorzystane. Dwie, zapewne blondynki, wpadają na genialny pomysł, żeby znalezioną broń oddać ojcu Line, a ten nie wnika za bardzo skąd ta broń, choć potem okazuje się, ze zabito z niej człowieka. I przez całą książkę widzimy, że rozwiązaniem wielu zagadkowych historii jest ten nieszczęsny sejf, z którym nie wiadomo co zrobić. To znacz Horst nie wie, nie potrafi, na tym sejfie oparta jest cała akcja powieści – gdyby koleżanki zawiadomiły po prostu policję o swoim znalezisku, nie byłoby tej książki.

Drobnych wpadek, niedociągnięć, nie przemyślanych wątków znajdziemy tu kilka. Szkoda, że Horst nie pogłębił wątku osobistego Witstnga, jego relacji z Christine, zapewne nowej partnerki w przyszłych tomach – tutaj tylko nieznacznie coś się rodzi, jakieś wspólne kolacyjki, nieśmiałe sygnały…

A jednak polubiłem już ten styl, nie ciąży ta proza jak czasem opowieści Mankella, wszystko jest dobrze rozpisane, kulminacja przychodzi w ostatnich rozdziałach, jest nawet pewna mrożąca krew w żyłach scena, ale bez obaw, nikomu nic się nie stanie – to nie tragedia szekspirowska.

Horst będzie pisał dalej – to nie ulega wątpliwości – kolejne tomy być może skomplikują trochę sytuację 58-letniego policjanta. Jeśli autor nie będzie nam serwował prozy, w której odnajdziemy absurdalne wypadki i zdarzenia, na pewno znajdzie grupę wiernych czytelników w Polsce. Ja w każdym razie jestem gotowy na kolejny tom z Wistingiem w roli głównej – pewnie tradycyjnie w przyszłym roku.

Maroko w deszczu.

Let it come downe” mówi pierwszy morderca, rzucając się na Banca, w trzecim akcie Makbeta. Nieszczęsny przyjaciel mordercy króla, przed swoją gwałtowną śmiercią wypowiada zdanie, że wieczorem chyba będzie padać. Bowles umieścił tę krótką chwilę przed śmiercią Banca jako motto książki „No więc dobrze”, w której nasze wyobrażenie o afrykańskim słońcu zderza się z literackim obrazem nieustającego deszczu.

Bo tutaj wciąż leje deszcz. Kiedy Bowles w 1951 roku znalazł się w Tangerze także padało. Zamieszkał w pensjonacie, gdzie woda lała się strugami po ścianach i korytarzach. Pisarz spędzał więc całe dnie w łóżku, żeby nie brodzić w zimnej wodzie.

9788379435012

Specyficzna proza Paula Bowlesa to błądzenie oniryczne, wodzenie się za nos z losem, fatum i przeznaczenie, nieuchronność. Sam charakteryzuje swojego bohatera jako ofiarę, której osobowość, wyznaczona przez sytuacje, budzi współczucie tylko w tej mierze, w jakiej jest ofiarą. Zrozumieliście coś z tego zdania? Jeśli nie, to tym lepiej. Tak właśnie wciąga nas podstępnie Bowles w opisywane historie.

A przecież autor opisuje nam wydarzenia, które naprawdę się wydarzyły, a ja uwielbiam czytać te bowlesowskie wprowadzenia, będące przedłużeniem jego Dzienników. Zagmatwana historia nieuczciwego sekretarza pewnego Anglika, który zmył się z kradzionymi pieniędzmi, skończyła się w rzeczywistości po myśli złodzieja, o którym później słyszano, że przepuszczał forsę na wyścigach. Tutaj nic się nie może skończyć dobrze, podobnie jak we wszystkich powieściach Paula Bowlesa – przedziwne fatum dosięgnie każdego, wywracając życie na drugą stronę.  Jak zaznacza Bowles we wprowadzeniu do książki, musiał podretuszować lekko to wszystko co się wydarzyło naprawdę, ponieważ było to zbyt niewiarygodne, żebyśmy w to uwierzyli.

Ofiarą jest młodzieniec o nazwisku Dyar, który znudzony miałką egzystencją nowojorską, przybywa do Tangeru, żeby rozpocząć pracę u swojego dawnego kolegi. Od początku widzimy, że coś w tym wszystkim jest nie tak, że ani pracy nie ma, ani deszcz nie ustaje. Nasz bohater wplątuje się w dziwne układy, poznaje dekadencki światek miejscowej arystokracji, zakochuje się w młodziutkiej, arabskiej prostytutce, kuszony jest przez starszawą bogaczkę, ogląda pornograficzne filmy w zatęchłych spelunkach, wdycha świat miejscowych barów i daje się wciągnąć w finansowe machlojki i szpiegowskie przepychanki.

Zanurzając się w narkotyczny świat prozy Bowlesa trafiamy do rzeczywistości, która zniknęła raz na zawsze, jeszcze za życia pisarza. Nie ma już tego Maroka z jego książek, ale pozostał los, który potrafi uderzyć w każdego, kogo skusi ta mętna pajęczyna utkana z namiętności i pożądania. „A więc dobrze” jest świetnym materiałem na sensacyjny film. Ktoś pokroju Bertolucciego mógłby stworzyć przekonujący moralitet, obraz przesycony duszną atmosferą powojennej Afryki.

Nie zachwyciłem się tym najnowszym Bowlesem w takim stopniu, o jakim marzyłem – to nie jest „Pod osłoną nieba”, to nie jest nawet „Dom pająka”, ale to jest czysty Bowles, ten specyficznie mówiący do nas pisarz, rozdrapujący wnętrze tylko sobie znanymi środkami, niepodrabialny, oryginalny.

Czytając prozę Bowlesa co rusz natykamy się na fragmenty, niczym życiowe motta, prawdy o ludzkiej egzystencji zawarte w zdaniach prostych, uderzających jak obuchem.

„Życie bowiem nie jest ruchem ku czemuś czy od czegoś, nie jest nawet ruchem od przeszłości do przyszłości, z młodości w starość, od narodzin do śmierci. Całość życia nie równa się sumie jego części. Równa się każdej z nich: nie ma żadnej w ogóle sumy… Życie nie potrzebuje żadnych wyjaśnień ani usprawiedliwień. Z jakiegokolwiek punktu widzenia na nie spojrzeć, wynik zawsze jest ten sam: Zycie jest gwoli życia, jest faktem transcendującym żyjącą jednostką. A póki co- się jest”.

I taki właśnie jest Paul Bowles, dlatego uwielbiam go czytać – może po to, żeby zrozumieć czym jest życie?

Książka przeczytana dzięki uprzejmości księgarni internetowej Tania Książka;

można ją kupić tutaj

TK_male (1)

Ginekolodzy

Kiedy w naszym pszenno-buraczanym kraju ponownie rozgorzała dyskusja nad prawem kobiet do przerywania ciąży, ukazała się książka, którą powinni przeczytać wszyscy, którzy chcieliby mieć coś do powiedzenia w tej sprawie. „Ginekolodzy”Jurgena Thorwalda ma krwisto-czerwoną okładkę, a fakty w niej opisane obfitują w przelewaną krew, niczym epizody z wszystkich wojen światowych razem wziętych.

Studio_20160416_225424_resized

Wydawca informuje nas jak bardzo wyjątkowym jest polski czytelnik, ponieważ nigdzie indziej ta książka nie ukazała się w takiej postaci – zapewne przeważyły dwa czynniki: po pierwsze jest dosyć niechlujnie napisana, a po wtóre obfituje w słowa powszechnie uważane za obsceniczne, czyli: pochwa, macica, jajowody a może i antykoncepcja.

Zapewne z ta niechlujnością lekko przesadziłem, ale czytając, miałem wrażenie jakiegoś nieuporządkowania faktów, chaotyczności, jakby autor chciał nas zarzucić informacjami, nazwiskami, zebranymi do kupy i wtłaczanymi nam do umysłów już mocno zarażonych przerażeniem. Przerażeniem tym, co musiały znosić kobiety jakieś sto lat temu i wcześniej. Wydaje się ogromnym szczęściem, że naszym praprababkom udało się przeżyć nie tylko porody, ale również, że uniknęły w cudowny sposób, śmiertelnych chorób związanych z funkcjonowaniem ich układów rozrodczych.

Opisywane w książce fakty, przede wszystkim nas przerażają, ale jesteśmy również  zdumieni, że coś takiego działo się jeszcze niedawno, bo zdawało nam się, przed lekturą tej książki, że rzeczywistość, w której kobiety funkcjonowały dawniej, zbliżona była w jakiś sposób do tego, z czym mamy do czynienia dziś, wyłączając oczywiście z tej spekulacji postęp medycyny. Nic z tego drodzy panowie – ówczesna sytuacja kobiet była po prostu nie do ogarnięcia przez dzisiejszego statystycznego czytelnika. A przecież i poprzez łzy zdumienia, trafiamy w „Ginekologach” na sytuacje tak kuriozalne, że zaczynamy się uśmiechać przez łzy. Oto lekarz domowy DeMoins, zmuszony jest  trzy razy w tygodniu pojawiać się w sypialni nowojorskiego biznesmena Williama Goddella, siadać u wezgłowia małżeńskiego łoża i podawać jego małżonce narkozę eterową, a następnie czekać odwrócony, aż pan domu spełni swój małżeński obowiązek. Pani Goddell cierpiała bez narkozy tak silne bóle w czasie zbliżenia, że tylko w taki sposób lekarz mógł jej pomóc. I działo się to raptem 150 lat temu.

Książka podaje nam sumiennie nazwiska i życiorysy lekarzy, którzy nie bacząc na ówczesne porządki, postanowili rewolucjonizować leczenie przypadłości kobiet, narażając się na kalumnie i wyzwiska, nie tylko ze strony zacofanego kleru, ale także „porządnego” mieszczaństwa. Dość powiedzieć, że zbadać kobietę można było jedynie wkładając dłonie pod ubranie lub pierzynę, a chcąc odebrać poród, lekarz musiał mieć zasłonięte oczy.

Wśród lekarzy kobiecych przypadłości nie brakowało rzeźników i sportowców, którzy prześcigali się nawzajem w ilości przeprowadzanych operacji, mało przejmując się statystyką zgonów. Niejaki doktor Edmond R. Peaslee, cieszył się dużą sławą ginekologiczną, ponieważ był tak uparty, a przy tym niestety powolny, że doprowadzał zabieg do końca nawet wtedy, gdy informowano go o śmierci pacjentki. A trup ścielił się gęsto – doprawdy drogie panie, jakże powinniście być radosne, że żyjecie w dzisiejszych czasach.

Chciałoby się przytaczać tutaj heroiczne zmagania lekarzy, którzy nie bacząc na tradycje, podejmowali się realizować pomysły na leczenie nieszczęsnych kobiet, ryzykując nie tylko życie pań (których w tej walce poległo tyle, że należałoby postawić im pomnik nie tylko na Krakowskim Przedmieściu), ale także własne.

Doktor Ephraim McDowell podjął się w roku 1809 czegoś niewyobrażalnego – postanowił usunąć ogromną torbiel na jajniku, rezygnując z nieskutecznego przebijania brzucha zaostrzoną rurką, a otwierając jamę brzuszną. Cierpiąca kobieta błagała go o to usilnie, nie mogąc już znieść ogromnego bólu, choć jak zaznaczał w swoim dziele jeden z autorytetów, niejaki doktor Bell: „kobieta jest w stanie wytrzymać tyle samo co zwierzęta podczas kastracji”. Tak więc nasz dzielny lekarz zdecydował się otworzyć brzuch, co ze strachem uczynił i wyjął z kobiety dziewięciokilogramowy guz, który był tak wielki, że wypchnął wnętrzności na zewnątrz. Przerażony doktor wepchnął trzewia do środka, ale musimy mu przyznać, że to nie strach o swoje umiejętności mroził mu krew w żyłach, ale odgłosy mocowania na pobliskim drzewie stryczka, na którym chciano go powiesić za morderstwo. Całe szczęście, że kobieta przeżyła, co świadczy nie tylko o zdolnościach lekarza, ale również o opatrzności boskiej, która nie pozwoliła na zakażenie, gdyż jak się niektórzy zdolniejsi czytelnicy mogą domyśleć, nie znano wówczas czegoś takiego jak antyseptyka i zdarzało się lekarzom operować tymi samymi narzędziami kolejne kobiety, nie mówiąc już o myciu rąk.( niejaki doktor Hegar w połowie XVIII wieku próbował walczyć z zakażeniami, ubierając do operacji ropienia specjalny brudny surdut, który po operacji wyrzucał za okno, żeby tam się wywietrzył na trawniku)

No cóż, zaznaczyłem sobie jeszcze kilka niezwykłych, a także być może anegdotycznych historyjek związanych np. z pierwszymi cesarskimi cięciami (doktor Richmond, dowiedziawszy się podczas nabożeństwa, że na drugim brzegu rzeki cierpi rodząca Murzynka, postanowił jej ulżyć, ale podczas przeprawy przez wodę, zgubił torbę z narzędziami, więc przeciął kobietę scyzorykiem), ale z książki dowiadujemy się o innych metodach ratowania kobiet i dzieci, kiedy główka noworodka ułożyła się nie tak jak należy. Wyobrażacie sobie na przykład metodę odbierania porodu, polegającą na przecinaniu spojenia łonowego? I była to metoda ratująca życie dziecka, ale okaleczająca matkę, która po tym zabiegu, często nie mogła już chodzić. Konkurent wynalazcy tej metody nazywał go mordercą, choć jego statystyki mogły porażać: na 31 porodów, miał 12 martwych i 19 okaleczonych matek oraz 13 martwych dzieci.

Ta książka to kopalnia wiedzy o czasach, które nie powrócą, o cierpieniu kobiet, pysze mężczyzn, odwadze lekarzy, współzawodnictwie, karierach, niepotrzebnych zgonach, hipokryzji i znieczulicy, wrażliwości i nieubłaganemu postępowi medycyny. Dowiemy się z niej, kto i po której stronie barykady oportunizmu stał, dlaczego Biblia każe kobietom cierpieć w czasie porodu, jakie były początki antykoncepcji i jak bawiono się radioaktywnością przy leczeniu raka macicy.

Thorwald zapisał się w mojej pamięci czytanymi z wypiekami na twarzy tomami „Stulecia chirurgów” czy „Stulecia detektywów”. Przeczytane w młodości dały porządną lekcje historii medycyny czy kryminalistyki. „Ginekolodzy” nie dorastają do najbardziej znanych pozycji autora pod względem literackim, natomiast oszałamiają wiedzą, o której nawet nie śniliśmy, wiedzą o chorobach kobiet i obyczajowości czasów, w których kobietom odmawiano wszystkiego, oprócz cierpienia.

Książka do nabycia tutaj

TK_male (1)

Pieśń harfy.

Trochę ponad rok temu pisałem o pierwszej na naszym rynku książce Levi Henriksona: „Śnieg przykryje śnieg” i nie było to przykre spotkanie z prozą byłego norweskiego basisty. Ten dwa lata młodszy ode mnie pisarz i dziennikarz ma już na swoim koncie sprzedaż do filmu książki ze śniegiem w tytule, a także próby literackie przeznaczone dla dzieci, również ekranizowane, co z pewnością pozwoli autorowi spokojnie pisać kolejne powieści. Czy dla polskiego czytelnika wydawanie Henriksona okaże się sukcesem? Sprzedaż książek to niepewny biznes, ale zdaje się, że nasz Norweg powoli zadomawia się w Polsce, o czym świadczą dobre opinie o jego najnowszej książce, w której wraca do swojej muzycznej pasji i wspomnień z funkcjonowania na muzycznym rynku.

Studio_20160307_202619_resized

A najnowsza, wypuszczona przez wydawnictwo „Smak Słowa” 16 marca, książka Henriksona, zaczyna się od anielskiego śpiewu, który w skacowanym umyśle Jima Gystada, wywołuje rewolucję. Nagle jego życie nabiera nowego sensu – kto przeżywa muzykę mając ciarki na plecach, wie o czym piszę i doskonale rozumie bohatera. Anielskie głosy, które wywołały przełom w duszy Jima, należą do  Śpiewającego Rodzeństwa Thorsen. Przepity producent muzyczny postanawia zrobić wszystko, żeby przywrócić światu muzykę dwóch braci i siostry. Okazuje się, że Thorsenowie przed laty nagrywali płyty i koncertowali, a sprzedaż singli sięgała setek tysięcy egzemplarzy, co nie powinno nikogo dziwić, skoro mieli tak fantastyczne glosy, a jednak wzbudzało zdumienie, kiedy się zerknie na tytuły ich piosenek: „To krzyż, który mam dźwigać” czy „Trzydzieści srebrników na Biblii naszego Ojca”.

I jak tu namówić takich oryginałów do powrotu na scenę, zwłaszcza, że mają po osiemdziesiąt lat? Droga bohatera, który się uparł, jest ciernista i okraszona niespodziankami, których nigdy by się nie spodziewał. Ta powieść to nie tylko zmagania Jima z niechęcią rodzeństwa do powrotu, ale przede wszystkim obraz mentalnych wyborów ludzi, którzy rozgoryczeni zawodami miłosnymi, postanowili utracić radość życia.

Mottem powieści są słowa Leonarda Cohena: „We are ugly, but we have the music”  z kawałka Chelsea Hotel#2 – gdzie przepełniony nostalgią Leonard śpiewał o dziewczynie, która zawsze wolała przystojnych, ale dla niego zrobiła wyjątek. Być może bohater jest też takim wyjątkiem, któremu na krótko udało się liznąć boskości, co zmieniło jego życie.

Recenzenci podkreślają, że to najlepsza książka Henriksona i można im przytaknąć. To pozycja dla czytelników, którzy chcą poznać meandry przemysłu muzycznego, ale pal licho przemysł – to książka głównie dla tych, którzy z empatią pozwolą się wchłonąć w świat namiętności targających ludźmi. A dla tych, których miłość  wystawiła do wiatru, będzie to czas powracających nadziei.

Śmierć frajerom.

Grzegorz Kalinowski jest rodowitym warszawiakiem – jak podkreśla, nielicznym rodowitym. Jego rodzina ma warszawskie korzenie od XIX wieku. Z miłości do miasta powstały dwa grube tomy, pod wspólnym tytułem „Śmierć frajerom”, co może nie kojarzy się zbyt elegancko, ale za to jest chwytliwe i widowiskowo prezentuje się na okładce. Grube tomy przygód w stylu „bahdajowskim”, przypominać mają umiłowanie autora do młodzieżowych powieści Alfreda Szklarskiego albo Edmunda Niziurskiego.

Nie wiem czy można porównać specyficzny styl Niziurskiego do prozy Kalinowskiego, a tym bardziej Tomka Wilmowskiego do Heńka Wcisły. Kalinowski z pewnością stworzył powieść awanturniczą, gdzie główny bohater skacze przez życie, smakując wszelkie jego przyjemności. I nie jest to bohater romantyczny, którego byśmy z miejsca polubili – lubimy jego przygody, potyczki, ekscesy, ale czy udaje nam się go pokochać jak bohaterów Bahdaja czy Niziurskiego? Wcisło przez mnogość i rozpiętość swoich awantur, jakoś mi się ślizga po namiętnościach, jakoś nie mogę się do niego za bardzo przywiązać. Zapewne jest to efekt tej panoramy zdarzeń, szybkości przemieszczania się w czasie i przestrzeni. Bo co my tu mamy? Walki o Kijów, Powstanie Śląskie, Piłsudskiego, Kraków i Białystok, wojny, potyczki, bitwy, tramwajowe szarże i setkę innych historii.

Studio_20160317_203751_resized

Kalinowski to niespełniony historyk, więc chciał sobie zrobić przyjemność i odkurzyć trochę wiedzy wyniesionej ze studiów. Praca w roli komentatora meczów piłkarskich nie wystarcza, dlatego autor postanowił zabawić się w upowszechnianie historii w nietypowy sposób, wymyślając bohatera prowadzonego przez dzieje Polski. Zresztą bohaterów mamy tu tak naprawdę kilku – w towarzystwie Heńka pojawiają się przecież i jego mentorzy z półświatka warszawskich złodziei, nawrócony carski oficer Nowicki, koledzy z wojska i Czerniakowa, a także postaci historyczne: młody Stefan Starzyński, Walery Sławek, trzykrotny premier i bliski człowiek Piłsudskiego, sam Marszałek, dowódca, pijak i poeta Broniewski, Szpicbródka a nawet Witkacy. Opisując wydarzenia z 24 września 1914 roku, autor przypomina, że w tym dniu urodził się Andrzej Panufnik. Wybitny kompozytor, przywołany lekko z głupia frant, pojawia się w kontrze do urodzonej w zupełnie innych warunkach Stefci Wcisło, jakby Kalinowski chciał opowiedzieć nam wszystko co wie, co wyszperał, albo co go podkusiło – dla czytelnika ta ciekawostka może stanowić dodatkowy balast.

Śmierć frajerom” to taka ballada łotrzykowska, lekko nasiąknięta być może Grzesiukiem, o rozciągniętych dialogach, obszerna w opisy, umocowana w realiach. Zachwyca początek, dając przedsmak wszystkiego, co spotkamy dalej – lecimy ogromnym sterowcem nad Warszawą, jakby autor chciał pokazać nam perspektywę, z której będzie obserwował to miasto, ale również sięgnie dalej. Również językowo, bo nie szczędzi nam Kalinowski rozmówek w gwarze knajackiej i równie pięknie odtwarza hebrajski zaśpiew w języku handlarzy żydowskich.

A jednak za dużo tego wszystkiego na nas spada, skaczemy za bohaterem jak pchła po nieuczesanym psie i trochę nas to niecierpliwi, choć rozumiemy autora, że chciał umieścić Heńka w miejscach, gdzie coś historycznego się dzieje. Jeszcze 30 lat temu dzieje Heńka można byłoby polecać nastolatkom, spragnionym przygód – dziś z zachwytem przeczytają te książki Warszawiacy, a przygotowujący się do matury z historii będą mogli utrwalić sobie przedwojenne daty i przyporządkować znane nazwiska do wydarzeń.

A jesienią tego roku ukaże się trzeci tom „sagi warszawskiej”, więc wszyscy, których wciągnął styl i maniera opowieści serwowanej przez Kalinowskiego, będą mieli frajdę i możliwość uzupełnienia  swojej wiedzy historycznej.