Dehnela rok chrystusowy.

Jak już gdzieś pisałem, trzy dzienniki pisarzy komentowano u schyłku poprzedniego roku, otóż: Siemiona, Twardocha i Dehnela, znęcając się generalnie nad ich autorami, najmniej nad Siemionem, bo może mniej znany, najbardziej nad Twardochem, bo najbogatszy. Twardocha zaliczyłem, Siemiona odpuściłem, Dehnela czytam teraz.

Pomysłem na dziennik, Dehnel zrobił fakt wejścia w tzw. rok chrystusowy, czyli trzydziesty trzeci rok życia. Nieustannie porównuje się do znanych osób i wylicza kim byli i co zrobili do czasu wejścia w ten czas, pierwszych podsumowań, zastanowień co dalej i poszukiwania pierwszych objawów starości. Startujemy z Dehnelem o północy 1 maja 2013 roku, oglądając „Lśnienie” Kubricka, z demonicznym Jackiem Nicholsonem, a kończymy rozmową z matką, gdzie jej sarkazm zderza się z rzeczywistością, w której syn się starzeje.

Studio_20160306_181259_resized

Kiedy sympatyzujemy z autorem, czytanie takich zapisków jest odkrywaniem prywatności oraz skrawków intymności, o których nie mieliśmy pojęcia, a które zawsze chcieliśmy poznać. Co on jada ten Dehnel – teraz już wiemy, ze wykwintnie – gdzie mieszka – w starej, remontowanej kamienicy – na kogo głosuje – to akurat rozumie się samo przez się – oraz jak upływają mu dni – tutaj jest wszystko to, czego mogliśmy się spodziewać.

Jacek Dehnel napisał jak spędził swój rok chrystusowy i nie zawahał się tego wydać, umieszczając na okładce swój autoportret w futrze, wzorując się na słynnym „Autoportrecie”  Durera, namalowanym w wieku 28 lat, gdzie artysta upodabnia się do średniowiecznych wizerunków Chrystusa, patrzącego na wprost widza. Dehnel na swoim autoportrecie umieścił łacińską metodą napisany wiek oraz inicjały. Palce nie zdołały wygiąć się w sposób duererowski, ale okładka jest oryginalnie zajmująca.

Dehnel dużo podróżuje, a to Islandia, a to Praga, Stalowa Wola i Katowice, nawet Indie. Podróże pociągiem to obrazki rodzajowe, bo przecież  Pan Jacek jest jak ja niecierpliwy, nie znosi takiej siermiężnej gburowatości Polaków, ale z tego się wyrasta, powoli ograniczając kontakt z pospólstwem. Charakterystyka kłótliwych babonów, prukw czy jak je tam nazywa, przytaczana jest bez wstrzemięźliwości i też jestem za tym, żeby o tym pisać i pokazywać jak bardzo przytłacza nas ten narodowy zwyczaj narzekania, marudzenia, obrzydzania świata. Pojawia się sam Twardoch, jako przedstawiciel tego prawicowego sortu, który podsumowując przeszłość, narzuca nam wizję, w której większość społeczeństwa czuje się „wyruchana”, bo podobno jest im gorzej. Dehnel kpi z tego słownictwa, które czerpiąc z terminologii seksualnej, używa słów, które zamiast kojarzyć się z miłością, przynoszą opresję i zniewolenie.

Bez subtelności rozprawia się z najnowszą książką Myśliwskiego, co sprawiło mi niesamowitą przyjemność, gdyż sam od tej książki odrzucony, ganiłem swój już zapewne zniszczony przez czytane licznie kryminały, gust literacki. A więc nie schamiałem, bo Myśliwski i Dehnela nie zachwyca, choć wszystkich zachwyca. Ale może ci wszyscy nie czytali? Wierzę w dobry gust Dehnela, choć nie w jego książki., ale nie o tym piszę.

Autor dziennika osiągnął pewien status, jest rozpoznawalny, nie tylko z racji wyglądu czy orientacji, raczej dzięki dorobkowi, już docenionemu, więc nie jest dziwne, że się go zaprasza na przeróżne wieczory poetyckie czy spotkania z pisarzem, bo jest na to przeznaczony fundusz i można dać literatowi zarobić. A przy tym smutna frekwencja i podły hotel, uciążliwa podróż – pisarzowi w Polsce nie jest znowu tak dobrze, choć w przypadku Dehnela, wspiął już się on na taki poziom, że mógł swój dziennik dopieszczać na dwumiesięcznym stypendium w Wiedniu.

Spędzony z Dehnelem rok obfitował w podróże, spotkania, nawet bieganie po nocnej stolicy. Jeśli tylko można, przywalić, to dostawało się Kościołowi – to boląca pięta autora, żeby walić w ten zaściankowy i głupi obiekt. Jak bardzo poznałem Jacka Dehnela po lekturze tego dziennika? –  nie wiem, wydaje mi się, że to nie są jego bebechy, ślina i krew, a raczej wyselekcjonowane odpryski, dzięki którym jednakże przebija sylwetka człowieka, wydostającego się z młodzieńczej skorupy i żeglującego w stronę niepokojącą każdego dojrzałego osobnika w wieku post chrystusowym.  Kolejny dziennik powinien ukazać się już po śmierci autora, gdzie dokładniej poznalibyśmy przyczyny nękającego go szczękościsku czy brązowych plamek na zębach. Bo teraz te objawy, to jedynie hipochondryczne lęki mężczyzny, który młodość ma już za sobą, a wariactwa wieku dojrzałego przed.