Z Pilchem rozmowa.

Trudno zapamiętać, a jeszcze trudniej zrozumieć tytuł rozmów Eweliny Pietrowiak z Jerzym Pilchem. Jest to w jakimś sensie zwrócenie nam uwagi, że niebezpiecznie jest używać słowa nigdy: „nigdy już cię nie zobaczę”, „nigdy ci nie wybaczę”, „nigdy cię nie kochałem”. Sam Pilch odpowiada tym zwrotem, zapytany czy zawsze tak dobrze mu szło z kobietami. „Zawsze nie ma nigdy” to rozmowa Eweliny, której zdjęcie z Pilchem znajdziemy na 251 stronie książki, i warto się mu przyjrzeć, bo obrazuje w jakiś sposób zależności między tą parą: Pilch beztrosko i lekko obok, zaciąga się papierosem, a Ewelina spogląda na niego trochę pobłażliwie, choć widać, że jej zadaniem jest być z nim a jednocześnie być jego. Bo parą byli, o czym Pilch szeroko w drugim dzienniku pisał, przez ponad cztery lata dobrze się znali, a do tego, jeśli dzięki takiej kobiecie wychodzi się z nałogu, co można potem opisać w „Pod Mocnym Aniołem”, to zostaje taki związek  na życie całe czymś wyjątkowym. Zresztą nawet Julia Kijowska grająca w filmie Smarzowskiego, dziewczynę bohatera poznaną pod bankomatem, fizycznie podobna jest do Eweliny.

Studio_20160211_154238_resized

Wywiady z Pilchem zawsze dobrze smakują, ponieważ nie sili się on na wielkie słowa, woląc anegdotą podsumować niż sarkazmem obrzucić. Mam pod ręką kolorowe karteczki, do zaznaczania co lepszych kawałków lektur, ale w „Zawsze nie ma nigdy” nic nie udało mi się podkreślić, bo musiałbym chyba wszystko zalepić i pokolorować. Varga w Wyborczej napisał, że rok 2016 powinniśmy obwołać rokiem Pilcha, ponieważ nie dość, że dostajemy ten wywiad książkowy i już to nam uprzyjemniło początek, to w dalszej perspektywie będzie biografia, napisana przez Katarzynę Kubisiowską, też jakoś przez to, że Pilch jest ojcem chrzestnym jej dziecka, z pisarzem związaną. To może być nawet mocniejsze uderzenie niż Pietrowiak, bo jak powiedział Pilch do Kubisiowskiej: „Tobie zostawiam kobiety i chlanie, sam się skupię na dzieciństwie w Wiśle”, czym przypomniał wszystkim, że sam pisze własną autobiografię, ale podobno utknął na sali porodowej.

Ten wywiad kobiety z byłym kochankiem pozbawiony jest tarć i przekomarzań, płynie szerokim nurtem, niczym łagodna gawęda o życiu i literaturze, a przecież nie pozbawiony jest miejsc szalonych, anegdot pikantnych i smacznych, jak np. ta o liście od księdza Tischnera z 5 czerwca 1996 roku: „Wy mi się – kalwinie czy lutrze – coraz bardziej, kurwa, podobacie w tych felietonach. Dostajemy w książce również zdjęcia bohatera, zwłaszcza  te z dzieciństwa, wczesnej młodości, o której dowiadujemy się też sporo – wychodzi nam szczególnie ojciec Pilcha, osobnik niezwykle na osobowość Jurka wpływający, ale wychodzą również wszyscy Wiślanie, kalwini, wujkowie, dziadkowie, słynna przecież już od dawna babka Czyżowa: „wielka narratorka, która całe życie czytała dwie książki: Biblię i samochodowy atlas świata, bo akurat był w domu”.

Pilch zgodził się na rozmowę, jakby nie miał nic do ukrycia, pozwala sobie zadawać pytania szkolne, podstawowe, ale właśnie dzięki temu otrzymujemy portret mężczyzny, który nie kryguje się na filozofa, choć mógłby, nie wygłasza sądów kategorycznych, choć mógłby, za to dzieli się z nami swoimi przeżyciami na meczach Cracovii, historiami z życia Tygodnika Powszechnego, gdzie pracował, dostajemy też trochę jego obsesji, mani porządkowania, zatemperowanych ołówków czy czarnych koszul na zapas.

Po operacji Pilch musiał dużo mówić, żeby wrócić do dawnej formy. Rozmowy z Pietrowiak pomogły mu się odbudować, choć w wielu wypowiedziach czuć tę gorycz starości, bezradności, nostalgii za czasami, kiedy miało się życie przed sobą. Wspominki o zupkach w proszku u Szymborskiej, roztargnieniu Woźniakowskiego, czy okrzyku Holoubka na meczu, wracają nas do czasów, kiedy nie warto się było zastanawiać nad przyszłością, bo jej Pilch sobie nie wyobrażał, szczególnie, że może być taka samotna, a do tego, że ta samotność będzie mu czasem dosyć mocno ciążyć. Być może to mogłoby być jakieś przesłanie tej książki, nauczka dla tych, którzy odkładają decyzje na później, nie wiedząc, że później, to może być też nigdy. Bo „zawsze nie ma nigdy”.

TK_male (1)

Książka do kupienia na portalu Tania Książka, a konkretnie tutaj za jedyne 29,93 zł.

„Żniwa zła” Robert Galbraith

Rowling, w podziękowaniach zamieszczonych na końcu książki zaznacza, że podczas pisania „Żniw zła, miała niespotykaną dotąd frajdę, co nie może dziwić, jeśli wcześniej musiała spędzić wiele lat, na produkowaniu tysięcy stron o czarodziejach. Seria kryminalnych przygód kulawego weterana z Afganistanu oraz rudej ofiary gwałtu, dała jej wreszcie możliwość powrotu do realności.

Dla tych, którzy nie pamiętają i dla tych, którzy nie czytali, przypomnę, ze w pierwszym, inauguracyjnym spotkaniu z Cormoranem Strikem, rozszyfrował on sprawę morderstwa pięknej modelki, a podczas drugiego, zdemaskował mordercę pisarza.  Rowling w każdej części stara się opisać konkretną rzeczywistość, czy to będzie świat mody i celebrytów, czy kręgi pisarzy i ich wydawców. W przypadku „Żniw zła”, skupiła się głównie na prześladowaniu kobiet, bitych i okaleczanych przez sadystycznych partnerów, pedofilów, wyszukujących samotne matki z dorastającymi dziećmi, czy na kobietach – ćmach, jak matka Cormorana, która związała się z sadystycznym typem, posądzanym później o jej śmierć.

9788327154552

Oryginalny tytuł książki, to: „Career of Evil” i pochodzi z piosenki zapomnianego raczej zespołu Blue Oyster Cult,  do której słowa wymyśliła legendarna Patti Smith – jej biografię: „Poniedziałkowe dzieci”, wydało Czarne w ubiegłym roku. Każdy rozdział książki, Rowling poprzedza cytatem z twórczości Blue Oyster Cult, jakby miłość do tego zespołu, kierowała  jej piórem, kreślącym przygody jednonogiego detektywa. Ten świetny zespół może teraz radykalnie zwiększyć ilość odsłon na You Tube swoich piosenek, i naprawdę warto tego posłuchać. Metallica nagrała ich kawałek „Astronomy”, ale polecam odsłuchać oryginał – jest zdecydowanie ciekawszy.

Entuzjastyczne recenzje niektórych egzaltowanych blogerek zaciemniają rzeczywistą wartość tej nierównej książki. Rowling, bawiąc się losami Cormorana, nie sili się na konstruowaniu zawiłych akcji – w tym przypadku mamy trzy tropy, nieudolną policję i rozwiązanie, którego domyśliłem się samodzielnie pod koniec książki. Cormoran miał mniej szczęścia –  kiedy zrozumiał, że wie, kto morduje i okalecza dziewczyny, wpadł w przedziwny stupor, zastanawiając się jak uaktywnić nielubiącego go policjanta i aresztować złoczyńcę. Przedziwny szpagat, którego dokonuje, żeby samodzielnie schwytać mordercę, jest jednym z niewielu momentów, kiedy akcja rusza do przodu.

Przez większość scen opisanych w „Żniwach zła’ przewija się los niezłomnego Cormorana, zmagającego się z różnymi zaszłościami, przez które narobił sobie wrogów, a teraz musi myśleć, któż to postanowił się zemścić, przesyłając mu kawałki mordowanych kobiet.

Najciekawiej czyta się fragmenty, w których przejawia się patologiczny charakter mordercy – autorce udało się uchwycić przerażającą manię zabijania, opisać myśli chorego i zdeterminowanego w swojej zemście człowieka, choć prawdę mówiąc, Rowling brakło pomysłu, jak uatrakcyjnić chęć zaszlachtowania rudowłosej Robin – nie baliśmy się o jej losy ani przez chwilę, raczej przewidywaliśmy, że mordercy uda się ją schwytać, a dzielny Cormoran będzie musiał ją uwolnić. Nic z tego – zamach na Robin, który od początku powieści wisi na włosku, kończy się jak ujawnianie kwitów na Bolka – zamachowiec zostaje obryzgany ciężko zmywalną substancją.

Nie zdradzając dalszych szczegółów akcji mogę jedynie napisać, że Cormoran przeżyje objawienie i wpadnie na pomysł kto jest mordercą, dzięki swojej botanicznej wiedzy, a szczególnie dzięki znajomości wegetacji, spotykanego również u nas, mikołajka nadmorskiego. Tak wiec ta rzadka roślina z rodziny selerowatych, naprowadziła detektywa na trop swojego prześladowcy, choć w tym przypadku, skończyło się jedynie na usiłowaniu prześladowania, czego nie można powiedzieć o kobietach, które szaleniec zabił a następnie poodcinał im niektóre części ciała, a to nos, a to piersi, wreszcie nogę, którą przesłał do Cormorana Strikea, rozpoczynając zabawę, która jak wiadomo, doprowadziła go za kratki.

Pomimo wielu mankamentów, polubiłem przygody detektywa bez nogi, te zmagania, żeby nie przespać się ze swoją partnerką w pracy, odsłaniane z tomu na tom dzieje Cormorana i wahania rudowłosej Robin, w kwestii małżeństwa. Demoniczny przyjaciel detektywa, niejaki Shanker, wnosi do powieści perwersyjny powiew londyńskiego półświatka, a ostatnia scena na ślubie Robin, wynagradza wszystkie niedostatki powieści. Na pewno będę czekał na kolejny tom przygód zamężnej już i zapewne nieszczęśliwej Robin oraz łamacza niewieścich serc, jednonogiego Cormorana. Zwłaszcza, że detektyw wylał ją z pracy…

TK_male (1)

 

Książka do kupienia za jedyne 29,93 tutaj

Samotne miłości.

        Eshkol Nevo wydał niedawno u nas powieść „Neuland”, z charakterystyczną niebieską okładką i obdarzony niezłymi recenzjami, ruszył na podbój Polski z kolejna książką, a przy okazji przyjechał tutaj, żeby pomóc w jej sprzedaży. Izraelskie powieści to nie jest literatura powszechna w naszym pszenno-buraczanym kraju – spodziewamy się tam znaleźć cadyków, groby, nazizm przeklęty oraz Boga okrutnego, bo starotestamentowego. I w przypadku powieści Nevo to się dokładnie sprawdza.

Ben Cuk, początkowo przedstawiany jako nieśmiały, niezgrabny i trochę wycofany osobnik, spotyka miłość swojego życia, starszą od siebie i w dodatku mężatkę Ajelet. A jest to oś główna tej powieści, ta miłość właśnie, przemożna, największa, oszałamiająca, którą niszczy, jak to zawsze bywa  w słabych serialach, głupia decyzja, splot zdarzeń, strach, niezdecydowanie i zapewne głupota autora, który postanowił rozerwać więź, żeby stworzyć dramat. Przesadziłem, że dramat, a może nie, ponieważ decyzja dziewczyny, poprzedzona brakiem decyzji chłopaka, wyrzuca ich poza możliwość spełnienia się w byciu razem – a o cóż do diabła chodzi w życiu tak naprawdę? Otóż, żeby być z osobą, którą się odnalazło,( a nie jest to proste ), z którą wiemy, że chcemy spędzać czas. Ben Cuk traci kobietę, ale wciąż o niej myśli, wciąż czuje jej zapach, wciąż ma nadzieję, że ją znowu spotka.

20160125_193627_resized

Wokół tej miłości, przegranej w jednej chwili, kręci się reszta: bogaty Żyd chce upamiętnić swoją żonę budując rytualna łaźnię, czyli mykwę. Decyzją niezbyt fortunną, wyznacza się jej budowę, w dzielnicy zamieszkałej przez rosyjskich emigrantów, którzy z rytuałami nie mają nic wspólnego, woląc na przykład grę w szachy. Wśród Rosjan jest też miłość, skoncentrowana raczej wokół problemów z erekcją, która się pojawia nagminnie w nowej mykwie, dokąd ciągną staruszkowie całymi rodzinami, żeby zaznać rozkoszy.

Jest jeszcze arabski budowlaniec, niesłusznie oskarżony o szpiegostwo, który także znajdzie swoją połowę, wywożąc ją aż na Kostarykę, gdzie dostajemy trochę realizmu magicznego. Ten Arab, Naim, jest domorosłym ornitologiem, stąd przez książkę od czasu do czasu, przemyka motyw z ptakami, i ich zwyczajami, a szczególnie z jakimś dziwnym przypadkiem zabłądzenia gatunku, który w danym miejscu występować nie powinien – jakby analogia do ludzi, wrzuconych nagle w obcy sobie świat, nie mogących się odnaleźć.

W książce dzieje się dużo i po początkowym, lekkim zniecierpliwieniu, ruszamy w podróż przez życie w tym dziwnym kraju, pełnym grobów cadyków, modlitw, rytuałów, podejrzeń i miłości, bo wygląda na to, że choć w tytule mamy „samotne”, to jednak każdy w końcu gdzieś znajduje przystań – w przypadku głównego bohatera nie jest to spełnienie, ale pogodzenie się i kompromis. Spotkana po latach miłość, odgrzana jak kotlet pożarski, po raz drugi okaże się niemożliwą – nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.

Gdzie tkwią błędy które nagminnie popełniamy i dlaczego nie wszystkim się udaje? Co robi Bóg? Czy tylko z otchłani człowiek woła do Boga? Przełożona na polski izraelska proza sięga zapewne głębiej niż nam się wydaje – można ją potraktować jak typowe czytadło, bo trochę się dzieje, obrazy nakładają nam się łagodnie i przejrzyście, ale z drugiej strony, jest tam pewien mistycyzm, fatum, przeznaczenie, kara boska i rytuał.

Nevo prowadzi w Izraelu szkołę pisania kreatywnego. Pewnie też wciąż sam pisze. Książka ukaże się 10 lutego i jeśli ktoś zamierza spędzić w nieogrzewanym pociągu kilka godzin na nudnym patrzeniu się na współpasażerów, albo bezmyślnie gapić się w okno, to niech sobie zafunduje tę tanią książeczkę, z niestety głupią okładką, bo wskazującą, że będzie wesoło, a jednak wesoło nie jest. Z miłością żartów nie ma i jak coś zepsujecie, to już lawina zdarzeń, albo co gorsza, lawina czasu, zepchnie was w otchłań, z której wyjścia nie ma i nigdy nie będzie.