Stryjeńska.

Zaczyna się niczym powieść obyczajowa z przełomu wieków. Wyprawa Zosi z ojcem na poranny spacer z zakupami, kreśli obraz krakowskiego życia, harmidru przekupek, ludowych przebrań, egzotycznych scen. Dla nas ten świat starego rozgardiaszu stanowi fascynację historyczną, niczym żydowski Kazimierz, od lat nęcący swoją dziwnością; Kraków sprzed wojen wychyla się z kolejnych książek niczym porcja nieznanej wcześniej przyprawy.

A dalej już podróż z Zośką, niezwykłą osobowością, fascynującą artystką. Rysuje od dzieciństwa, chłonie ludowość, folklor, słowiańską mitologię, co zaowocuje najoryginalniejszym talentem malarskim, jaki zdarzył się nam w XX wieku. Ale droga wiedzie niestety przez mękę, a talent nie starcza na bułki. Kolejna artystka, której nie dane było zaczerpnąć z siły, którą wyzwalała. Cokolwiek namaluje staje się sensacją, cokolwiek wystawi w konkursach, wygrywa. A jednak wciąż w długach, ucieczkach przed wierzycielami, wciąż zamartwiana brakiem środków do życia, jakby ono składało się z ciągłych pożyczek i konieczności zwracania, oddawania, upokorzeń i próśb o pieniądze.

Studio_20160131_180724_resized

      I gromadzi wszystko i opisuje wszystko – w pamiętnikach, które nawet się ukazały drukiem jako” „Chleb prawie że powszedni”, własnym językiem opisuje swoje życie – a jest to język niezwykły, bogaty, ironiczny, z polszczyzną ubraną we wszystkie możliwości obrazowania, język pięknie wyeksponowany a jednocześnie jakże przesycony jej własnym, niezwykłym poczuciem humoru.  Cztery tysiące stron zapisków – nie do dostania obecnie nigdzie. Gdzieś tam po 200 zł było sprzedawane, ale kto, komu, gdzie? Jakby kto miał to chętnie odkupię, bo przytaczane w książce fragmenty zapraszają do lektury z niezwykłym wdziękiem.

Studiuje w Akademii Sztuk Pięknych w Monachium jako chłopak, bo kobiet tam nie przyjmowano wówczas, ale po roku zdemaskowana musi uciekać. Zakochuje się na amen w Karolu Stryjeńskim, ale to małżeństwo przyniesie jej więcej zgryzot niż radości, bo Zośka jak kocha, to całą sobą. Zachowuje się jak wariatka, więc mąż podstępnie zamyka ją w domu obłąkanych – która z was wybaczyłaby taki numer swojemu ukochanemu? Upokarza się przed nim, drze swoje prace (to darcie swoich prac przekłada się czasem na darcie biletów podróżnych, kiedy nie może zdecydować: jechać, czy nie jechać?), rzuca na kolana i błaga męża o miłość. Rodzi mu dzieci: najpierw niechcianą Magdę („rodzi się córka. Jestem wściekła. … karmię z niechęcią dziecko.”) wreszcie upragnionych chłopaków – bliźniaków. A Karolek zdradza żonę. Zapewne przez to, że jakoby Witkacy rozpowiadał o nim różne plotki, wyzywa go na pojedynek, do którego jednak nie dochodzi. Rozwodzą się w końcu, a Stryjeńska zapoluje na niejakiego Sochę, aktora, dla którego zmieniła nawet wyznanie, żeby wziąć ślub, a ten, niewdzięcznik, nie dość, że ją zdradzał, to jeszcze zaraził chorobą weneryczną. Koszmarnego pecha ma ta dziewczyna.

I tak jedziemy przez to życie potargane, roztrzęsione, jak jej charakter, jej osobowość, pewnie nieskoordynowana, zaburzona, ale jakże twórcza. Pogoń za pieniędzmi, nieudane interesy, przenosiny z miejsca na miejsce, jak gdzieś jedzie to nagle zawraca z drogi, potem znowu trzeba bilety, jedzie, ale wysiada, bo zmieniła zdanie, ale przez przypadek złapała lepszą okazję, więc znów jedzie – aż się modlimy, żeby w końcu dojechała, bo tego nie da się wytrzymać.

Koszmarne sceny po śmierci syna Jacka, kiedy nie chce uwierzyć, że umarł, wzywa policję, doktorów, żeby zbadali ciało, a w dniu pogrzebu jeszcze jeden doktor wezwany, żeby uratował dziecko, ale trumna już zamknięta, już kondukt idzie, nic nie da się zrobić. Całe życie bała się samotności, a przecież wciąż sama, wciąż w walce z życiem, a przy tym maluje tak niezwykle i oryginalnie. Już stara boi się duchów, śpi w wannie dniami, nocami chodzi na dworzec kolejowy, żeby być wśród ludzi. Dla wnuków jest trochę czarownicą a trochę wróżką, nie znosi dzieci, nie chce z nimi rozmawiać, irytują ją. Umiera w lutym 1976 roku w Genewie.

Autorka miała ułatwione zadanie – wystarczyło przedrzeć się przez pamiętniki Zofii; na początku Kuźniak jeszcze się starała, ale potem jakoś opadła z sił i już jechała niemal dosłownie pamiętnikiem. Może i tak było trzeba, może inaczej zrobiło by się z tego coś nużącego, mętnego, ale przecież pamiętnik jako szkielet można opakować sprawnie, czego dowodem świetny, pierwszy tom biografii Iwaszkiewicza, skrojony przez Radosława Romaniuka (no właśnie, a kiedy kolejny tom?).

Stryjeńska dotąd dla mnie jedynie migotliwy refleks, bo przypominam sobie kolorowe znaczki z jej rysunkami tańców, bo Witkacy i Karol Stryjeński, drobiazgi nie warte uwagi – a teraz widzę, jak świetną postacią była, jak wbiła się w rzeczywistość malarską kraju, ze aż lata po śmierci, dostała się na monety, szkoda tylko, że ta kolekcjonerska partia pieniędzy, przedstawia jej wizerunek jako kobiety leciwej, dostojnej, a przecież cała prawda o Zośce, sprowadza się do szalonych lat przed wojną, kiedy ta piękna dziewczyna, mogła świat mieć u stóp. Dlaczego się nie udało?

„Co do mej spuścizny artystycznej, jest ona ogromna i gdzieś po ludziach na świecie całym zgubiona. Byłby wór złota i Chwała Narodu, gdyby się tym kto kiedy zajął. Zofia Stryjeńska. Amen.”

Witkacy w Rosji.

Podchodziłem do tej książki z rezerwą, wyobrażając sobie, że jest jakąś satyryczną opowiastką o legendarnym i mało spenetrowanym okresie życia Witkacego, do czego dodatkowo przekonywał mnie podtytuł: „Wojna Witkacego, czyli kumboł w galifetach”. Na obwolucie mało znany autoportret Witkacego z samowarem.

Autor po krótkim wstępie atakuje nas odbitkami dokumentów wojskowych powiązanych z Witkacym i robi to bezceremonialnie, gromadząc je na raz, wszystkie obok siebie, przeplatając je jedynie dwoma autoportretami malarza w mundurze oraz zdjęciem ostatniego dowódcy Witkacego,  Andrieja Potockiego. I oczywiście dostajemy ten najbardziej charakterystyczny fragment z „Niemytych dusz”, gdzie autor pisze o swoim pobycie w Pawłowskim Pułku Lejb Gwardii i czwartej rocie zapasowego batalionu tego pułku, która jakoby rewolucję rosyjska rozpoczęła.

Studio_20160124_153513_resized

Przez cały okres mojej fascynacji Witkacym, ten epizod rosyjski, to była niewyjaśniona plama, czas, o którym się czytało, opowieść o tym jak trafił do Rosji z Australii, o samobójstwie Janczewskiej, Malinowskim, który go z Polski wywiózł i decyzji o wstąpieniu do rosyjskiej armii, na wieść o wybuchu wojny. A potem tylko króciutkie wzmianki w różnych pismach, listach, dramatach czy powieściach, gdzie zapewne korzystał ze swoich przeżyć wojskowych, choć bezpośrednio się o nich nie wypowiadał. Zastanawiające jest, dlaczego tak robił, dlaczego nie rozwodził się szerzej na temat tego najbardziej szalonego okresu w swoim życiu?  Przyczyn zapewne jest kilka, a jedną z nich może być sam wybór Rosji jako miejsca służby, Rosji w kraju znienawidzonej, Rosji carskiej, wysyłającej powstańców na Sybir.

Dubiński odtworzył wszystko w miarę dostępności dokumentów, własnej przenikliwości, wiedzy wojskowej, doskonałej orientacji w organizacji rosyjskiej armii. Rozwija się ta książka jak fascynujący kobierzec historii i w pewnym momencie Witkacy schodzi na drugi plan, bo dostajemy zwięzły, prosty schemat wybuchu rewolucji. A tylko gdzieś tam pomiędzy wypadkami w Petersburgu plącze się nasz Stasiu.

Witkacy podkreślał swój udział w jednej z najbardziej krwawych bitew pierwszej wojny – pod Witonieżem przeżył traumę, która mogła spowodować późniejsze milczenie na temat swojego udziału w wojnie. Sam opis Dubińskiego jest mocno przerażający, kiedy czytamy o beztroskim wysyłaniu tysięcy żołnierzy na pewną śmierć, o trupim odorze towarzyszącym walczącym, o ataku kompanii podporucznika Witkiewicza, który przerodził się w walkę na bagnety. Witkacy prowadził swoich żołnierzy do ataku, a więc pewnie musiał zabijać, patrzeć na mordowanie, bronić się i do tego dawać przykłady męstwa.

Według Dubińskiego Witkacy ranny nie był, a jedynie kontuzjowany, a mówiąc wprost, udało mu się przeżyć, choć wstrząs psychiczny był tak wielki, że uznano go za niezdolnego do dalszej walki i odesłano do Petersburga na leczenie. Lekarze rosyjscy zdiagnozowali u Witkiewicza cyklofrenię, albo inaczej chorobę afektywną jedno lub dwubiegunową. Podobno to choroba osób wybitnych, ale także ich przekleństwo – kto oglądał serial Homeland, ten wie na co cierpi Carrie Mathison. Huśtawka nastrojów towarzyszyła Witkacemu do końca życia, a samobójczy koniec, upodabnia go do chorej na to samo Wirginii Woolf.

Śledzimy z coraz większym zapałem ślady Witkiewicza w Rosji, sprawnie nas wiedzie przez ten los autor książki, a jednocześnie dostajemy świetny opis wydarzeń, które zmieniły losy świata. Witkacy pojawia się niejako w domysłach, w dedukcyjnym transie Dubiński pokazuje nam co wtedy malarz robił, jak mógł się zachować, zastanawia się, czy prowadził swoją rotę na demonstrację, czy akurat był na zwolnieniu lekarskim – te papiery chorobowe zachowały się w archiwach i nagle wyłania się nam oficer Witkiewicz, który wówczas musiał maszerować ulicami Petersburga, ochraniać magazyny na ulicy Mochowej oraz składy spirytusowe, co w konsekwencji skończyło się wylaniem ogromnej ilości wina na posadzkę piwnic.

Książka wyjaśnia wiele legend, słów samego Witkiewicza, błędnie rozumianych, przekręcanych, bo bez znajomości kontekstów i terminologii wojskowej. Czy Witkacy został wybrany przez swoich żołnierzy komisarzem ludowym? Bzdura, która ciągnie się za nim od lat, tutaj fachowo zostaje wyjaśniona. A przy okazji tego pobytu, rodzi się przecież nowy artysta, który przywiezie z Rosji niezły arsenał rysunków, obrazów, dziełko filozoficzne oraz weneryczną chorobę.

A cóż to jest tytułowy kumboł? Galifety to specjalne spodnie, podobne do bryczesów, zwężane poniżej kolan, żeby łatwiej było włożyć oficerki. Kumboła proponuję sprawdzić osobiście – dla leniwych podpowiem, że znajduje się on na stronie 106, w podrozdziale „Oficerskie gry i zabawy”.

Książka do łatwego kupienia tutaj

TK_male (1)

Kobro. Skok w przestrzeń.

Mam sentyment do niezwykłych kobiet, potarganych przez walec historii, rozjechanych przez okoliczności, sprzężenie przyczynowo-skutkowe, ślepy traf lub niewłaściwy wybór. Mężczyznom jest zawsze łatwiej, nawet jak zdychają pod płotem, nie jest to tak mocno sentymentalne, jak los samotnych, niekochanych, żyjących w skrajnej nędzy kobiet. Przypomnijmy Stanisławę Przybyszewską, której „Listy” pokazują udrękę codzienności artystki genialnej, albo życie Mariny Cwietajewej, która powiesiła się, nie mogąc znieść nędzy i załamania związanego z synem. Gdzie teraz ich groby, gdzie kości? Miejsca pochówku nieznane, ale przetrwała sztuka – postawione przed wyborem, sława czy chleb, na co by postawiły, dziś uznane i wielkie, wtedy w kloace rzeczywistości, zdychające z biedy i upokorzenia.

Studio_20160109_170446_resized

          Katarzyna von Kobro, powiela los nieszczęśliwych w życiu, genialnych artystek, które, gdyby wydostać je z tej maligny historycznej, którą najczęściej jest wojna mężczyzn, to mielibyśmy dziś nieskończenie więcej wierszy, dramatów czy rzeźb. Książka o Katarzynie musi być również o Strzemińskim, tym wyrytym nazwisku na grobie Kobro, jej inspiratorze, miłości i przekleństwie, bijącym ją swoimi szczudłami, przed czym podobno się nawet nie uchylała, jak głosi legenda, która przywarła do ich związku, jak ta, o paleniu swoimi pracami w piecu, żeby córce zagrzać kaszkę i udowodnić mężowi, że jednak jest dobrą matką.

Pochłanianie „Kobro. Skok w przestrzeń” to jazda przez dwie wojny z zatrzymaniem się 21 lutego 1951 roku, w mieście ziemi obiecanej, gdzie zmarła, wyprzedzając męża o półtora roku, jakby ich los nie mógł się toczyć oddzielnie w dwóch światach, jakby musieli nawet Tam, toczyć swoją nierówną wojenkę. Kobro umierała na raka, a Strzemiński na gruźlicę – zapewne warunki  i tryb życia, przyspieszyły ich koniec – nie poskąpiono im upokorzeń na samym finiszu, choć Kobro umierała w przytułku, zupełnie opuszczona, a jej mąż, jak to bywa z mężczyznami, do tego przystojnymi, choć beż ręki, nogi i oka, zgromadził przy swoim łóżku szpitalnym młodzież, zafascynowaną jego twórczością, a może inteligencją.

Ale dość o Strzemińskim, tym zawziętym sukinsynie, oskarżającym swoją Kasię, o zdradę ojczyzny, o to, że czerpała przywileje w czasie wojny z bycia Rosjanką, że ochrzciła ich córkę w kościele prawosławnym, o co jeszcze? Rozpad tej miłości jest fascynującą zagadką, nastąpił nagle, jakby inteligencja i wielkość Strzemińskiego wybuchła jakąś negatywną obsesją w stosunku do żony. Gdzie był ten moment przełamania, co spowodowało, że dwoje bliskich sobie, zarówno w życiu jaki sztuce ludzi, nagle dostaje amoku nienawiści. A obok tej dramatycznej miłości przesuwa się niezwykła historia współczesnej sztuki nowoczesnej – genialni oboje, choć znów on na planie pierwszym, ale oddajmy mu honor, zawsze doceniający ją za to co stworzyła, nawet wówczas, kiedy ją chorobliwie nazywał hitlerówką i lał pogrzebaczem.

W 1920 roku biorą ślub w Smoleńsku. Ich pokoje nie przypominają mieszkań zwykłych ludzi: skrzynki, blachy, trociny, szkło – z tego powstaje konstruktywizm i oni w tym się babrzą, tworząc, a nie mieszkając. Codzienność potrafiła Kobra naginać do swoich oczekiwań – kiedyś myjąc talerze stwierdziła, że szkoda jej życia na mycie garów i cisnęła brudne talerze przez okno. Rzeźby Kobro są niesamowite i eksponują przestrzeń – trafią do muzeum i na wysypisko, skąd Katarzyna je wygrzebie i przywróci do życia. Oglądam je dziś, pieczołowicie odrestaurowane i wszystkim polecam, żeby się im choć przyjrzeć, jakże są niezwykłe. ”Rzeźbię z natury, tak jak się idzie do kina, żeby lepiej wypocząć” – pisze, żeby się usprawiedliwić z aktów rzeźbionych od niechcenia, tym oddechu od intensywnej pracy nad rzeźbą otwartą.

Życie toczy się i toczy Kobro. Rodzi się córka i Katarzyna przez dwa lata usiłuje uspokoić jej płacz, tańcząc w rytm piosenek – heroiczna opieka nad dzieckiem, w czasie ciąży trute papierosami, które palili nałogowo z mężem całe życie. A potem oboje wykorzystują Nikę do walki na słowa, przekazując sobie inwektywy za pośrednictwem dziecka. Kto jest bardziej zawzięty w tym chaosie torturowania się wzajemnego, kto chciał wybaczyć, a kto by tylko bił, bił, bił?

W legendzie o tym małżeństwie jest jeszcze historia niebieskich kwiatków, które Władysław chciał położyć na grobie żony, ale nikt mu nie powiedział o jej śmierci, ponieważ sama Kobro zaznaczyła, że nie chce go na swoim pogrzebie i jej wolę wykonano. W ostatniej drodze towarzyszyło jej tylko kilka osób. Te niebieskie kwiatki to tajemnica, być może związana z szaro-niebieskimi oczami Katarzyny, lub chabrowymi Władysława – nigdy nie dowiemy się jak niebieskie kwiatki połączyły tę parę, czy kryje się za tym najpiękniejszy dzień ich miłości, powidok, o którym pisał Strzemiński, że powstaje na skutek mocno zaciśniętych powiek podczas patrzenia w słońce?

Andrzej Wajda kręci film o Strzemińskim, więc tez o Kobro. Wolałbym, żeby powstał film o Katarzynie Kobro i niekoniecznie musiałaby to nakręcić Agnieszka Holland.

Kobro. Skok w przestrzeń” Małgorzata Czyńska –  do nabycia tutaj

TK_male (1)

Książka roku. Miłosz w Krakowie.

Nie zawsze tak jest, że książka roku się zdarza, nie zawsze wyłania się z taką jasnością, przekonaniem, że to ona, zwyciężczyni plebiscytu subiektywnego. Udało się rok temu, spokojny byłem o rok 2015. Mój spokój trwał już od sierpnia, ponieważ „Miłosz w Krakowie” wdzierał się we mnie niezwykle intensywnie od samego początku lektury i nawet „Uległość” Huellebecqa, nie przebiła świadomości, że najwięcej rozkoszy, daje mi codzienna porcja wiadomości o odchodzeniu Miłosza. Początek roku również miałem z Miloszem, za sprawą Franaszka i można skonstatować, że Miłosz ma większe szczęście do biografów, niż np. Szymborska, choć może to kwestia burzliwszego życia, a na pewno sedno kryje się w obfitości.

CSC_0091

Miłosz w Krakowie” jest dziennikiem, prowadzonym skrupulatnie przez sekretarkę noblisty, Agnieszkę Kosińską. Określenie „sekretarka”,  nie do końca przystaje do roli, jaką pani Agnieszka, wypełniała przez wiele lat w domu przy ulicy Bogusławskiego 6, w mieszkaniu 6A, w Krakowie. W książce jest zdjęcie Miłosza, na balkonie tego mieszkania na pierwszym piętrze, wśród kwitnących roślin. Kiedy byliśmy pod tym balkonem niedawno, zastanawiałem się, które okna należą do mieszkania pisarza i bezbłędnie wskazałem  te środkowe, na pierwszym piętrze.

Książka o Miłoszu towarzyszyła mi bardzo długo, ponieważ czytałem ją tylko wczesnymi porankami, w dni powszednie, przed śniadaniem. Po kilka stron dziennie, systematycznie, majestatycznie, z namaszczeniem. Pod koniec niecierpliwiłem się w oczekiwaniu na śmierci – najpierw umierała Carol, a na stronie 618, o godzinie 11:20 umarł Miłosz. Skąd to zniecierpliwienie – sam nie wiem. Zapewne takie wydarzenia jak śmierć, generują nadzwyczajne wypadki, nieoczekiwane zwroty życiowe, a jednocześnie śmierć Miłosza wymuszała zakończenie książki, do której się już bardzo przywiązałem.

Smakowałem sobie powoli kolejne dni Agnieszki Kosińskiej na Bogusławskiego, a przecież autorka często tylko kronikarsko oznaczała koleje wizyty, wymieniała nazwiska odwiedzających, kreśliła powszedni dzień pracy, bo co niesłychane, pisarz pracował niemal do końca, z jakimś uporem kontynuował swoje dzieło, co wymagało niemałego wysiłku, a ciało odmawiało posłuszeństwa, zmysły przytępione, a jedynie mózg, jak ten nieodgadniony kontroler, trzymał wszystko w ryzach.  I mózg noblisty by nie dal rady, bez Kosińskiej.

Agnieszka Kosińska znalazła się w komfortowej i jednocześnie nieznośnej sytuacji – komfort wynikał z uczestnictwa w życiu pisarza gigantycznego, a więc było nobilitacją móc patrzeć na to życie twórcze i w nie ingerować; z drugiej strony wyczuwa się nieznośność sytuacji, wynikającej z obcości Kosińskiej, a jednak wrzuconej w tygiel życia codziennego, rodzinnego Miłosza, z wszystkimi tego konsekwencjami. Sekretarka nie miała określonych ram dla swojego funkcjonowania i tak naprawdę zajmowała się wszystkim. W opisach czasem przebija jakaś gorycz, ale Kosińska jest na tyle mądrą kobietą, że wie, iż takie sytuacje były nie do uniknięcia i nie roztkliwia się małostkowo nad sobą.

Kiedy umarł Miłosz, dziennik autorki wcale się nie skończył – otrzymujemy kolejne relacje z pracy nad tym wszystkim, co zostało niedokończone, ale wstrząsające wrażenie robią szczegóły „porządkowe” – Kosińska sprząta systematycznie mieszkanie Miłoszów, za każdym razem coś trzeba wyrzucić, pozbyć się z pamięci szpargałów, ubrań: „wyrzucam filcowe kapcie, wysokie nad kostkę, na zamek, kupione przez panią Władzię, na Grzegórzkach, kiedy CM było już zimno w stopy.”

19 czerwca 1997 roku Miłosz był we Wrocławiu i o godzinie 17-tej, miał spotkanie z czytelnikami w Auli Leopoldina, co skrupulatnie odnotowuje autorka, ku mojej uciesze, ponieważ na tym spotkaniu byłem i doskonale je pamiętam. Przez jakiś czas miałem nawet nagranie video z relacji lokalnej telewizji, gdzie widać, jak oklaskuję wchodzącego do auli Miłosza, ubranego w sztruksową marynarkę.

Kosińska wzięła sobie Miłosza jak garb i doskonale wie, jak trudno jest się go teraz pozbyć. Mówi o tym w wywiadzie, w grudniowych Książkach, przytaczając analogiczną historię sekretarza Goethego. Szczęście jakie wyniosła z kontaktu z Miłoszem przerasta z pewnością gorycz, jakiej czasem doświadczała – z kart dziennika widać, że Miłosz ją lubił, z wzajemnością, choć jak pisze, nie należał on do jej ulubionych autorów (skąd ja to znam?).

Ta kronika jest wielowątkowa i arcybogata, choć jakoś najbardziej lubię kuchnię, czyli codzienność tej pary, ich rozmowy, przekomarzania się, lubieżność Miłosza, jego żarty, komentarze Kosińskiej, podpowiedzi, również te okropne chwile zniechęcenia, te upokarzające momenty, kiedy starość przytłacza swoim zapachem, klęską i smutkiem. To pamiętnik Kosińskiej, gdzie nie brak jej własnych refleksji, spostrzeżeń, ocen tego co widzi w literaturze, ale i w życiu, jak ten fragment, gdy dzięki jej dodatkowej pracy i staraniom, udało się wykupić sąsiednie mieszkanie, żeby powiększyć życiową przestrzeń pisarza, a już po dokonaniu transakcji, napotyka jakąś nieuzasadnioną niechęć do siebie, jakby ponosiła winę za to, że trzeba było wydać pieniądze. Autorka z pewnością powstrzymała się przed opisywaniem wielu podobnych scen, co świadczy o jej takcie i klasie – nietrudno byłoby stworzyć z tego pamiętnika plotkarską książkę sensacyjną, w sam raz na użytek wielotysięcznych nakładów oraz zysków. Tymczasem „Miłosz w Krakowie” promocję miał skromniutką, jeśli w ogóle miał, a to przecież niezwykłe świadectwo ostatnich lat życia literackiego giganta, a jednocześnie kronika literacka jego poglądów i fobii.

Rozstanie z Miłoszem, tym zwyczajnym, przekornym, złośliwym ale jakże wyrozumiałym, rozstanie z Miłoszem z książki Kosińskiej, jest jak zamknięcie pewnego etapu; rozstanie z przyzwyczajeniem, a w końcu również rozstanie z rokiem 2015, który mogę na swój własny użytek, nazwać rokiem Miłosza.