Komedowa.

Zofia Tittenbrun rozpoczyna opowieść o swoim życiu w książce zatytułowanej „Nietakty. Mój czas, mój jazz”, od pałacu w Dryszczowie. Ta część biografii to historia, której mało kto się spodziewał, po kobiecie, kojarzonej z Krzysztofem Komedą, oraz początkami jazzu w Polsce.

A więc zostajemy zabrani na przejażdżkę po majątku ziemskim, koligacjach rodzinnych, rytuałach, świętach żydowskich, dożynkach i tym wszystkim, co kilkuletnia dziewczynka zdołała zapamiętać. A potem wybuchła wojna z całym swoim zamieszaniem, charakterystycznym dla rubieży Rzeczypospolitej. Zośka pisze swoje życie barwnie i ze swadą – kiedy kończy się wojna trafia do Krakowa i wychodzi za mąż, jeszcze przed maturą, za Ludwika Lacha, który był … dżolerem. Jak definiuje go Komedowa, był to facet, który zawsze miał pieniądze, wszędzie bywał i stać go było na ekstrawagancje. Małżeństwo nie przetrwało, ale urodził się syn, a piękna Zosia zatrudniła się jako dekoratorka bombek choinkowych. Powoli zbliżamy się do sedna tego życia, do jazzu, jego początków oraz środowiska, w którym się odnalazła i mężczyzny, z którym przeżyła najbardziej szalony okres w swoim życiu.

Studio_20151208_202709_resized

Rozpędzamy się tak mocno, jak rozszalało się wszystko dookoła Tittenbrunowej. Wymienianie nazwisk, które przewinęły się obok niej, przypomina spis artystów zasłużonych na wszelakich polach artystycznych, od muzyki po film.

… i poznałam Komedę”, jak pisze Zofia, było to wczesnym popołudniem 8 czerwca 1956 roku. Legendarny Krzysztof Komeda Trzciński związał się z Zosią na dobre i na złe – co ciekawe, ich ślub odbył się jednocześnie ze ślubem Andrzeja Trzaskowskiego. Od tej chwili jest już Komedową, najbliższą muzykowi kobietą, jego menadżerem, fryzjerem, sekretarką i krawcową. Czytamy o tym życiu z pewną fascynacją, o tej intensywności, barwności, niezwykłości, ale jak zawsze Zofia podkreśla, było to wszystko oparte na dobrym smaku i nigdy nie przekraczało (za bardzo) granic przyzwoitości. Szaleństwa lat sześćdziesiątych przykuwają uwagę swoistą atmosferą, czarnymi, wąskimi garniturami, muzyką jazzową, czarno-białym filmem i niezwykłymi osobowościami. Komeda był taką postacią, wokół której gromadziły się tacy ludzie, jak np. Roman Polański, ale nie każdy wie, że jazzowe grania odbywały się także w teatrze Tadeusza Kantora w Krzysztoforach. Anegdota, przytoczona w książce mówi, że Kantor, jak to on potrafił, zawsze wściekał się na myśl wynajęcia jego sali na granie jazzu. Rzucał popielniczkami, kopał krzesła, wymyślał na dziką i barbarzyńską muzykę, a następnie wyrażał zgodę. Zawsze.

W książce roi się od smaczków i smaków, historii niezapomnianych przez bohaterkę i nie znanych pokątnym, jak ta, że w Piwnicy pod Baranami, gdzie oczywiście grano jazz, bywał również Karol Wojtyła, a w 1959 słuchał na żywo Komedę. I Zosia rysuje nam ten obrazek, kreśli delikatnie scenę – można ją sobie wyobrazić w zwolnionym tempie – jak po zagranym koncercie do stolika, gdzie siedzi Wojtyła ze Skrzyneckim, podchodzi lekko zgrzany, uśmiechnięty Krzysztof Komeda, siada, i panowie zaczynają rozmawiać. A wokół dym z papierosów, lampki wina i sącząca się muzyka…

Jerzy Skolimowski potraktowany jest humorystycznie, Jerzy Andrzejewski obrywa za „Niewinnych czarodziejów” (że dialogi sztuczne i nieprawdziwe: „nigdy nie mówiliśmy takim językiem”), Roman Polański nie jest aniołem, a Wojtek Frykowski to karierowicz za wszelką cenę. A przecież są też wielcy jazzmani, jak Dexter Gordon, którego uwielbiam, a który w czasie opisywanym przez Zofię, był mocno uzależniony od narkotyków, od których później się uwolnił i w klubie w Kopenhadze, gdzie grał Krzysztof, spał w pokoiku na poddaszu, a w ciągu dnia zmywał w kuchni talerze…

To świetna podróż w tamte czasy i niezwykłe życie, które przygotował do druku, na podstawie licznych materiałów, opracowanych przez autorkę, zmarłą w 2009 roku, jej syn Tomasz. Wspomnienia doprowadzone są do śmierci Komedy, ale potem następuje posłowie, dopisek od syna, o jej losach, życiu po odejściu Krzysztofa, epizodzie bieszczadzkim, o którym zresztą nakręcono film.

Dawno nie czytałem tak dobrze napisanej biografii: bez zbędnych słów, nudnych fragmentów i bezpłciowych wypełniaczy. Polecam zajrzeć na stronę wydawnictwa, gdzie szereg materiałów dotyczących bohaterki, wywiady z Tomaszem Lachem, czyli synem Zofii, pierwsze recenzje oraz oczywiście muzyka Komedy.

Opowieści bielsze niż śnieg.

Paradoksalnie w okresie przedświątecznym poleca nam się książki wspomnieniowe, biograficzne,  gdzie opisuje się celebrację spotkań rodzinnych – wszystko w atmosferze ciepła i dobroci. Doskonale wiemy, że święta dla większości to udręka – z różnych powodów i nie miejsce tutaj na analizę przyczyny takiego stanu rzeczy czy udowadnianie, dlaczego tak nie jest, albo i jest. Napisałem paradoksalnie, ponieważ jak już pielęgnujemy tradycję, to okres świąteczny jest czasem spotkań, głównie przy stole, zazwyczaj z telewizorem a na książki nikt nawet nie spojrzy, chyba że z wyrzutem rozpakowując prezent, co notorycznie przydarza się dzieciom, obdarowywanym przez staroświeckich rodziców. Tak więc wszyscy miłośnicy czytania, którym przypadkiem wpadnie pod choinkę taki prezent, jak książka, muszą swoja niecierpliwość powściągnąć i poczekać na spokojny wieczór, kiedy sięgną po odłożoną książkę i jeśli nie zasną po pierwszej stronie, będą się cieszyć z lektury.

20151219_124841_resized

Mnie wpadła w ręce, nie przypadkiem, książka przygotowana przez Ewę Gil-Kołakowską, pod lekko pretensjonalnym tytułem „Opowieści bielsze niż śnieg”. Na twardej okładce twarze i już wiemy, że będzie sentymentalnie, prosto, czasem śmiesznie a czasem smutno. Na początek sięgamy do spisu treści, bo przecież nie będę czytał wspomnień świątecznych osób, których nie lubię, albo o zgrozo, których nie znam. No ale ten ostatni przypadek zdarzyć się nie powinien, bo grupa wybrana jest starannie i nie ma tam przypadkowych postaci.

Zabawę rozpoczyna, któż by inny, rozsławiony przez Trójkę pieśniarz i satyryk Artur Andrus – kto lubi ręka do góry, reszta leci dalej. Następna w kolejce jest Maria Czubaszek – no tu jest fajnie, wszyscy kochają Panią Marię, za te papierosy pewnie i specyficzne poczucie humoru. Pani Czubaszek jak cos palnie, to zaraz z grubej rury: że nie lubi w ogóle świąt ( a kto lubi?), już jako dziecko nie lubiła, a jedyne co lubiła to czas po świętach. Raz nawet zapomniała, że Wigilia, a w domu same parówki. No i dobrze, nie bardzo… Opowieści Marii Czubaszek bardzo lubię, więc żeby nie psuć zabawy potencjalnym czytelnikom tej książki, a zwłaszcza mojej mamie, która w Wigilię odpakuje ją i zamyśli się nad celowością tego prezentu, nie kontynuuję anegdot z części poświęconej słynnej autorce tekstów, choć korci mnie wspomnienie choćby o tym, że Czubaszek w sumie nie lubi ani słodyczy, ani zup, ani pieczywa, nawet owoców nie lubi, a jedynie co lubi to palić. A Karolak, jej mąż to … Dość. Kupcie sobie i przeczytajcie.

Kogo tam mamy dalej, oprócz Czubaszek Marii (Pani Mario, dziękuje za autograf dla mojej mamy również Marii)? Andrzej Grabowski, proszę bardzo, aktor o twarzy, na której po słynnej roli Goebbelsa w Pitbullu, pozostała cała ta udręka policyjnego psa i ciężko teraz Pana Andrzeja oddzielić od tego bohatera, a przecież to doskonały dowcipów opowiadacz jest. Grabowski jest z Alwerni i tam nas prowadzi, jednocześnie ukazując swoje sentymentalne zamiłowanie do filmu „Amarcord” Felliniego.

Maciej Maleńczuk rozpoczyna opowieść z grubej rury, ale największe wrażenie robią zdjęcia małego Macieja; Marek Siudym opowiada o koniach, Izabela Trojanowska o zabawkach pod choinkę, Magda Umer o tym, że nie znosi zimna i narzucania świętowania, a dalej Zamachowski, Grażyna Wolszczak, Krystian Wieczorek … zaraz, zaraz kto to jest Krystian Wieczorek? Podobno aktor. Pewnie wszyscy wiedzą, tylko nie ja.

Wydawca podpowiada: Opowieści bielsze niż śnieg”, to historie o najpiękniejszym dniu w roku, o rodzinnych tradycjach, choince, kolędach i królu Herodzie, o świętym Mikołaju, Aniołku i Dziadku Mrozie, o pierwszej gwiazdce i Gwieździe Wieczornej, czarnych dziurach i mlecznej drodze, o niegdysiejszych zimach – śnieżnych i mroźnych, o Jerozolimie, Betlejem i o Jezusku spod Nowego Targu… To nostalgiczne opowieści o dzieciństwie, dorastaniu i przemijaniu, o wielkiej Tajemnicy i poszukiwaniu Boga, niezachwianej wierze i zwątpieniu, o strachu, cierpieniu i smutku, o tęsknocie, nadziei i miłości, o wybaczaniu… to wyznania bielsze niż śnieg!

Mam tę książkę z trzema autografami, Andrusa, Czubaszek i Umer, więc jakby wzbogaconą – to mój prezent dla mamy. Jeśli nie wiesz co włożyć pod choinkę, to już wiesz, a jeśli nie obchodzisz świąt, a dostaniesz ją w prezencie urodzinowym, to przynajmniej będziesz miał czas na czytanie, bo w święta nie chodzimy do pracy. A nocny stróż nie ma nic do roboty, więc też może sobie poczytać.

Schulza narzeczona.

Nie czytałem książek Agaty Tuszyńskiej – o Singerze, dziś jakoś zapomnianym, Irenie Krzywickiej, Tyrmandach, czy też tej skandalizującej, o Wierze Gran. To trochę podobnie jak z książkami Joanny Siedleckiej, która z kolei zajęła się Witkacym, Gombrowiczem, Herbertem albo Jerzym Kosińskim. Więc dlaczego nie czytałem, choć to postaci z mojej ulubionej bajki, zarówno Gombrowicz, niewątpliwie Kosiński, nie mówiąc o Witkacym? Mnie ta proza trąci taką lekką powierzchownością literatury popularnej, która wykorzysta każdy szczegół, oklepany i od dawna znany, do rozwinięcia historii, z bohaterem, o którym nie dowiem się niczego więcej, poza utrwaleniem faktów z biografii, które dla każdego fana twórczości np. Witkacego, są jak codzienny pacierz dla młodego księdza.

Oczywiście popularyzatorska rola takich książek i wysokie nakłady, zapewniają prestiż i pieniądze autorkom oraz uznanie czytelników – pisanie polega tutaj na zbieraniu faktów, łączenie ich w spójną całość, pomyśle konstrukcyjnym, choć te książki nie są analizą, może jakimś podsumowaniem, a co najważniejsze powinny być po prostu rzetelne.

Do tych dwóch pań powoli dołącza Mariusz Urbanek, z biografiami Brzechwy, Tuwima czy naszych słynnych matematyków, zbierając równie pochlebne opinie, tak jakby każdy biograf od razu ustawiał się w pozycji zwycięzcy, bo cóż można spieprzyć w życiu kogoś znanego, poza tym, że się pomiesza fakty?

Książka o Schulzu, pod znamiennym tytułem „Narzeczona Schulza”, ma w sobie te wszystkie wady powielanych schematów i faktów na temat Bruna, opakowanych zręcznie wydobytą z nicości bohaterką życia artysty, o której szerzej nie wiedzieliśmy, ale która przecież była znana tym, którzy o Schulzu pisali. Autorka pomaga sobie, umieszczając w tytule słowo „apokryf”, a więc mamy do czynienia z podróbką, tekstem nieprawdziwym, udającym oryginał – zabieg wygodny, pozwalający dowolnie interpretować fakty, naginać rzeczywistość, która nie zaprzeczy, obracać się wokół postaci, ale na swój własny, wymyślony sposób – Tuszyńska Schulza chciała wymyśleć od nowa, podać go nam na tacy takiego, jakiego mogła sobie wyobrazić tytułowa narzeczona. Bo przecież z ową narzeczoną, czyli Józefiną Szelińską, zwaną Juną, autorka nie spędziła wieczorów przy herbatce, poznając jej losy. Józefina wychynęła na światło dzienne tylko pod bacznym okiem autorki i zachowywała się tak, jak pisarka chciała, żeby się zachowywała.

Studio_20151030_181327_resized

Kobiety uwielbiają takie książki, takie pisanie przez żeńskość, uczuciowe, natchnione, ocierające się o pretensjonalność. Natura kobiecości wylewa się z tych stron niczym zanieczyszczenia w królewskim Krakowie, mami nas i oblewa zimnym potem menopauzy. I to wcale nie musi być zarzut przeciwko tej prozie, raczej ustawia nas w określonej pozycji, której kobiety zrozumieć nie chcą, a faceci wyczuwają na odległość.

Mamy tu Schulza z całą swoją oryginalnością, ubranego w znaną wszystkim uległość, gdzie nawet garnitur wisiał na nim jakby w przepraszającym geście, Schulza przemykającego się blisko murów i ścian w rodzinnym Drohobyczu, chadzającego własnymi ścieżkami. Zakochała się w jego talencie, odnalazła siebie w umiłowaniu Rilkego, Kafki, Manna, bo przecież ta silna, wysoka, władcza kobieta, doskonale wykształcona, nie szukała w nim prawdziwego mężczyzny, którego tam nie było. Był za to masochistyczny, drobny, wstydliwy miłośnik pań sprzedajnych, służących, pomiatających nim kobiet. Juna robi wszystko, żeby z nim być, mieszkają w Warszawie, ale oddzielnie, starają się o pozwolenie na ślub, Schulz zdobywa się nawet na deklarację wystąpienia z wyznania mojżeszowego. Jako bezwyznaniowiec musi zdobyć pozwolenie na poślubienie katoliczki – jakże dziwny to był kraj, ta Polska przedwojenna, tak mitologizowana przez niektórych.

Ona tłumaczy „Proces” Kafki, a on się pod tym podpisuje – dzielą się sprawiedliwie: on czterysta złotych, a ona sześćset. Każe na siebie mówić Kobold, karzeł, gnom przebiegły i złośliwy. Ona nie rozumie tego samobiczowania się.

Rozstanie jest nieuniknione – nie będą nigdy razem, choć ona do końca życia uważała się za narzeczoną. Tuszyńska opowiada to raz jako zewnętrzny komentator, a raz jak wspomnienia Szelińskiej – czujemy jej oddech, strach, napięcia. Cudownie ocalała dzięki umiejętności pływania (rodzice zostali zamordowani, podczas kiedy ona pływała w jeziorze) ucieka do Warszawy, korespondują. W dzień, kiedy Schulz miał uciec z Drohobycza dopada go gestapowiec Günther. Ucieka ale szans nie ma – „odwróć się”, mówi Niemiec i strzela mu w tył głowy. Dwa razy. Żeby mógł potem powiedzieć Landauowi, dla którego Schulz pracował: „Zabiłem twojego Żyda”. Dwa dni leży na ulicy, bez marynarki i butów, w białej koszuli w prążki, z krwią w ustach…

Okrucieństwo i horror jakby to powiedział pułkownik Kurtz i nie tylko w tych fragmentach, opisujących śmierć Schulza, ale np. w opisanym pogromie więźniów, dokonanym przez bolszewicką bezpiekę – proszę sobie przeczytać na stronie 152, co działo się w czerwcu 1942 roku w Drohobyczu.

Wreszcie wypływamy na bezpieczny ląd – wojna się kończy, Juna przeżyła, jej ukochany nie. Opowiadanie wkracza na ciekawszy, bo zupełnie dziewiczy teren; poznajemy dalsze losy narzeczonej, aż do samobójczej śmierci 11 lipca 1991 roku, w przeddzień 99 urodzin Bruna. Pojawiają się i Ficowski i Sandauer – tego ostatniego czytałem i kupowałem kiedy jeszcze był wydawany i dzięki niemu znam Schulza lepiej.

Schulz raczej by nas wyśmiał, gdybyśmy mu wieszczyli taką sławę, o jakiej może pomarzyć każdy polski pisarz i nie tylko pisarz, ale również rysownik. Schulz to nasze narodowe dobro obok Witkacego i Gombrowicza, a przecież nikt się tego nie spodziewał. Tuszyńska zaserwowała nam apokryficzne losy kobiety, która do końca nie chciała, żeby prawda o niej, jako narzeczonej artysty wyszła na jaw. Otrzymaliśmy niezwykłą historię, łatwo wciągającą, w pierwszej części zbyt egzaltowaną, ale w końcu rozjaśniającą nam los niezwykłego pisarza i artysty, poprzez osobę, która znała go jak nikt inny. Tak więc poprzez Junę, mamy Schulza i jest to Schulz Juny, a właściwie Tuszyńskiej Schulz ukazał się przefiltrowany przez Szelińską. Jeśli to zbyt skomplikowane, to polecam sięgnąć po tę opowieść – każda kobieta zakocha się w Junie (zwłaszcza te, które lubią cierpieć), każdy inny przeczyta książkę z ciekawości. A czy później sięgnie po „Sklepy cynamonowe”, to już zupełnie inna historia.

Książka do nabycia tutaj.

TK_male (1)

Dzienniki japońskie

Pojechałem do Tokio w październiku, zaopatrzony w ogromną ciekawość oraz trzy książki: opowiadania Murakamiego, eseje Joanny Bator, oraz „Dzienniki japońskie. Zapiski z roku Królika i roku Konia Piotra Milewskiego. Nie wiem co czytał autor tej ostatniej pozycji w Japonii – zapewne nie była to literatura piękna, która jak wiemy, samą swoją objętością wyklucza się z obecności w plecaku podróżnika. W moim przypadku fascynacja Japonią była tak duża, że wolałem obserwować niż czytać, dlatego książkę Milewskiego dokończyłem dopiero w Polsce.

Studio_20151209_222310_resized

      Milewski pojechał do Japonii w roku 1999, roku Królika, który, według kalendarza chińskiego, był też rokiem, w którym się urodził, a powrócił do tego kraju w roku Konia, trzy lata później. Jego książka przypomina wydaną wcześniej „Transsyberyjską. Drogą żelazną przez Rosję i dalej”, którą również czytałem, podróżując po miejscach, przez autora opisanych, najwięcej w pociągu do Irkucka. Chronologicznie podróż do Japonii wydarzyła się Milewskiemu wcześniej, niż przygoda z koleją transsyberyjską, ale widać zachęcony sukcesem pierwszej książki, postanowił wrócić do zapisków japońskich.

Sposób podróżowania Milewskiego to rodzaj improwizacji, popartej jednakże znajomościami, które procentują. Poznany w Monachium Ryu, zapewnia mu doskonałe lokum w Tokio, w dzielnicy Ebara-machi. Opisując tę dzielnicę i zwyczaje tam panujące, autor daje nam to, co potrafi najlepiej – spokojną refleksję nad miejscem, świat przesycony własną przygodą i siebie w tym małym wszechświecie.

W czerwcu w Japonii panuje tsuyu – pora deszczowa, określana piątą porą roku, albo śliwkowym deszczem. W takim właśnie czasie autor przybywa do Tokio, zaopatrzony w pięćdziesiąt tysięcy jenów, na trzy miesiące przemierzania Kraju Kwitnącej Wiśni. Pieniądze pomogły Milewskiemu przetrwać, ale to niezwykła gościnność, zwana omotenashi, której zaznał w Osace, pozwalała mu zasmakować japońskiego rytuału,  zakładającego, że każde spotkanie jest niepowtarzalne i wymaga od gospodarzy cierpliwości w odgadywaniu potrzeb gościa. Taka gościnność, to również wyzwanie dla gościa, ponieważ powinien on domyślić się, kiedy należy odjechać, ażeby radość spotkania nie przekształciła się w przykry obowiązek.

Podziwiam wytrwałość Milewskiego w upartym przemierzaniu Tokio na własnych nogach. Doskonale skomunikowana stolica Japonii, zapewnia dojazd metrem lub koleją w każde, wymarzone miejsce – Milewski poznawał trzydziestomilionowe miasto pieszo, a kolej służyła mu jedynie za drogowskaz. Słynna linia Yamanote, okrążająca centrum Tokio, stanowiła doskonały punkt orientacyjny – tory kolejowe lub hałas przejeżdżającego pociągu, to świetna wskazówka i punkt orientacyjny dla zgubionego podróżnika. A w Tokio zgubić jest się bardzo łatwo – wysokie budynki, ścieśnione na małej powierzchni, nie dają oddechu wzrokowi, który gubi się, oślepiony feerią reklamowych świateł.

Przemierzanie Japonii pieszo i autostopem, sypianie w parkach lub u dobrych ludzi, korzystanie ze słynnej, japońskiej gościnności – wszystkie te elementy składają się na dosyć ekscentryczny sposób poznawania odmiennej kultury. Pomimo tej intensywnej bliskości z wieloma Japończykami, nie udaje się pisarzowi przeniknąć przez złożoność japońskiego ducha, czy charakteru – o wiele więcej dowiemy się o tym z książek np. Bator. Milewski funduje nam raczej przygodę, rodzaj ekstremalnej wyprawy, na którą nie każdy potrafiłby się zdobyć, choć świat skurczył się ostatnio tak radykalnie, że nawet bilet lotniczy do Tokio, kosztuje mniej, niż tydzień w zatłoczonym kurorcie w Egipcie.

Książka Milewskiego jest odpowiedzią na pytanie, o prawdziwość motta Nicolasa Bouviera, że daleka podróż ma to do siebie, że przywozi się z niej coś innego, niż to, po co się pojechało. Docierając do ostatniej strony przekonujemy się, czego autora nauczyła  podróż i dlaczego to nie pamiątki, a nawet nie wspomnienia są esencją, dla której przemierza się świat.

Aleksander „Wielki” Doba

Biografia Aleksandra Doby „Na oceanie nie ma ciszy” rozpoczyna się wstępem, w którym Piotr Chmieliński, słynny z tego, że przepłynął kajakiem kanion Colca oraz Amazonkę, od źródeł do ujścia, opisuje jak pomagał naszemu bohaterowi w krytycznym momencie, gdy w okolicach Bermudów uszkodził ster w swoim kajaku. To oczywiście pewna nobilitacja, zaangażowanie  Chmielińskiego, który ma ugruntowaną pozycję w świecie kajakarzy, ale głównie chodziło o to, żeby zorganizować Polakowi pobyt na Bermudach oraz znaleźć sponsorów, gotowych sfinansować powrót Doby i jego kajaka na ocean po usunięciu awarii. Chmieliński nie ukrywa dumy ze swojego rodaka i komentuje jego sukces zarówno po przepłynięciu Atlantyku jak i po zdobyciu tytułu Podróżnika Roku.

Studio_20151119_190706_resized

Po wstępie mamy prolog, już autora tej biografii Dominika Szczepańskiego i znowu przeżywamy zmartwienia, bo czytamy jak żona podróżnika musi sobie radzić w trudnych momentach, kiedy małżonek pływa po oceanach; do tego otrzymujemy reminiscencje z wcześniejszych wypraw Pana Aleksandra.

Co trzeba zrobić, żeby bez strachu wyprawić się na ocean? Otóż: przepłynąć Nysę Łużycką,  Cieśninę Piławską, Wisłę, dookoła Bałtyk ewentualnie z Polic do Narwiku. Atlantyk można pokonać np. płynąc  z Afryki do Brazylii, co Doba uczynił na przełomie 2010 i 2011 roku, ale można też przepłynąć w najszerszym miejscu tego akwenu, z Lizbony na Florydę. A to już nie przelewki.

Kiedy Doba po raz pierwszy przepłynął Atlantyk wiadomo było, że to nie wszystko, że ten człowiek będzie sobie stawiał kolejne wyzwania, choć przecież latał na szybowcach, skakał ze spadochronem, jeździł na rowerze, miał patent sternika morskiego a do tego ponad 60 lat i szaloną brodę. Czy to jest bezpieczne tak pływać kajakiem po rzekach, morzach, oceanach? Kiedy płynął Amazonką, nie uniknął spotkań z bandytami, którzy rabowali go bezlitośnie – to człowiek może być większym zagrożeniem dla podróżnika, a nie natura.

W kolejnych rozdziałach śledzimy losy Aleksandra Doby, przeplatane relacją z największego wyzwania , jakim było przepłynięcie Atlantyku w najszerszym jego miejscu. Kto był w Lizbonie na pewno pamięta słynny Pomnik Odkrywców w Belem, usytuowany przy nadbrzeżu, zawsze pełnym turystów – stamtąd Doba rozpoczął swoją wyprawę.

Jakie cechy charakteru powinny cechować śmiałka, który waży się na szaleńczy krok, przepłynięcia oceanu dzięki sile własnych mięśni – czy umiejętność bycia „złotą rączką” jest tą cechą najważniejszą?  Książka z dużą ilością zdjęć i z niezwykłym charakterem podróżnika, który zyskał już sobie pewien status celebrycki, a książka opisujące jego życie była koniecznością, bo szkoda, żeby takie losy, taka wytrwałość, odwaga i prostolinijność zostały zapomniane.

Doba z pewnością jeszcze gdzieś popłynie. Na szczęście nie udało mu się zdobyć mandatu w wyborach do sejmiku, dzięki temu może już planować wyjazd: z Nowego Jorku popłynie do Portugalii, czyli w drugą stronę swojej najsłynniejszej podróży. Start w maju przyszłego roku. Trzymamy kciuki.