Idź, postaw wartownika.

Harper Lee sławę przyniosła powieść „Zabić drozda”, a książkę zekranizowano z dobrym skutkiem, bo film pod tym tytułem dostał trzy Oscary. Gregory Peck, jako niezłomny adwokat ratuje, od stryczka czarnoskórego, posądzonego o gwałt. Kto nie widział może sobie darować – nigdy nie mogłem tego filmu obejrzeć do końca, ale być może to moje uprzedzenie. Autorka „Zabić drozda” pojawia się za to w biografii mojego ulubieńca Trumana Capote – to z nią spędził dzieciństwo na zabawach w Monroeville w stanie Alabama, czyli na głębokim południu USA. Rodzina Lee uchodziła tam za elitę intelektualną – pan Lee był prawnikiem i członkiem stanowego senatu, za to pani Lee, godzinami przesiadywała na werandzie rozwiązując krzyżówki. Niestety była niezrównoważona psychicznie i często spacerowała po okolicy opowiadając przypadkowym przechodniom dziwne historie. Dwukrotnie usiłowała utopić w wannie Harper, czyli Nelle, jak ją wtedy nazywano. Życie Harper za każdym razem ratowała któraś z jej starszych sióstr, co Capote kwitował słowami: „Groteskowe dziwactwa południowców, to nie są żarty!”

Studio_20150928_185907

Akcja „Idź, postaw wartownika” rozgrywa się dwadzieścia lat po wydarzeniach opisanych w „Zabić drozda”. Podobno została napisana wcześniej, ale wydawca jej nie przyjął, sugerując napisanie czegoś prostszego. Mamy tam również krótki opis sprawy gwałtu i niezłomną postawę Atticusa, pierwowzoru ojca Lee. Zastanawianie się, czy rzeczywiście te książki mogły powstać jednocześnie, nie wydaje się zasadne – wolimy wierzyć legendzie.

Jean Louise Finch zwana Skautem, przyjeżdża z Nowego Jorku do rodzinnego Maycomb, na dwutygodniowy urlop. Pierwsza część powieści to słodkie wspomnienia z dzieciństwa Jean, trochę nużące opowieści choć sprawnie i dowcipnie podane. Przełom następuje w momencie, kiedy Jean odkrywa, że jej ojciec, wyrozumiały, sprawiedliwy, idealny i ponadczasowy Atticus, bierze aktywny udział w spotkaniach Rady Obywateli, gdzie rasistowskie poglądy wylewają się niczym gnojówka z przepełnionego szamba. Córka dostaje obuchem nie tylko w głowę ale i w żołądek – rzyga poznając prawdę.

Jedyna ludzka istota, której ufała bezgranicznie, całym sercem, zawiodła ją. Jedyny mężczyzna, na którego zawsze mogła wskazać i powiedzieć z pełnym przekonaniem: oto dżentelmen, dżentelmen z głębi duszy i serca, właśnie ją zdradził – publicznie, ohydnie, bezwstydnie”.

Lata 50-te to w USA czas przełomowy w walce z segregacją rasową; poglądy dojrzałych południowców, gotowych pogodzić się z równouprawnieniem Czarnych, nie wytrzymują ich arogancji, nie są w stanie uznać ich praw do walki o sprawiedliwą ocenę, z trudem tolerują ich w szkołach, autobusach i restauracjach, nadal uważając za podludzi. Takiej mentalności jak siostra Atticusa, Aleksandra, nie da się wyplenić nigdy – to pokolenie musiało umrzeć, żeby można było wybrać Obamę na prezydenta.

Tytuł książki jest cytatem z Księgi Izajasza:

Bo tak powiedział do mnie Pan:

Idź, postaw wartownika,

iżby doniósł, co zobaczy.

Pisanie, że rasizm Atticusa jest szokiem dla czytelników wydaje się być mocno przesadzone – ten typowy południowiec nie mógł być tolerancyjnym obywatelem świata – za dużo widział i jeszcze więcej wyssał z mlekiem matki. Był prawy, uczciwy i sprawiedliwy ale jednocześnie rasizm miał wszczepiony od pokoleń.

Harper Lee skończyła 89 lat. Od wydania „Zabić drozda” minęło ich ponad czterdzieści – marketingowo, wydanie teraz kontynuacji było posunięciem doskonałym. Książka wszędzie sprzedała się wyśmienicie, a u nas ukaże się na początku listopada.

What if?

Przyznam się, że z pewną rezerwą podchodziłem do tej książki, kiedy otrzymałem propozycję napisania recenzji pozycji, nie będącej literaturą piękną, kryminalną, podróżniczą czy reporterską. Wszystko, byle nie fizyka, chemia i matematyka, wszystko byle nie naukowe teorie, wzory i równania, wymądrzanie się umysłów ścisłych i wprawianie mnie w konsternację, bo nie rozumiem co się do mnie pisze.

A jednak, tknięty jakimś impulsem, pomyślałem sobie, ze to może będzie typowo amerykański sposób na pokazanie wiedzy niedostępnej takim matołom matematycznym jak ja i może w panice po pierwszych rozdziałach, oddam tę książkę synowi, którego, jak na fana Gwiezdnych wojen przystało, na pewno zainteresuje rozdział: „Jak dużą Moc może wygenerować Yoda’”

Studio_20151017_141120_resized

Oczywiście na początku autor profilaktycznie nas ostrzega, żebyśmy nie próbowali opisywanych eksperymentów wykonywać w domu, czy gdziekolwiek, ale tak naprawdę, czy ktoś przy zdrowych zmysłach chciałby sprawdzić, co się stanie, jeśli się wykąpie w basenie z wypalonym paliwem jądrowym. Przy okazji dowiemy się, że owszem, gdybyśmy zbyt głęboko nie nurkowali, nic by nam się nie stało, ale puenta tego rozdziału jest taka, że osobnik chcący się wykąpać w takim basenie, zginąłby natomiast – od ran postrzałowych.

Książka zawiera szereg absurdalnych, głupich i bezsensownych pytań, na które autor cierpliwie odpowiada, wysilając swój umysł i wyobraźnię, ale przede wszystkim korzystając ze swojej wiedzy, faceta, który studiował fizykę i pracował w NASA. Oprócz odpowiedzi na pytania dziwne i dziwaczne, absurdalne oraz fascynujące swoją niemożliwością odpowiedzi, którą jednak autor stara się wydobyć, przytacza również pytania, zadawane mu przez internautów, którzy doprowadzają go do szewskiej pasji, wymyślając pytania typu: „Czy możemy tak długo płakać, aż się odwodnimy?” albo „Jak najłatwiej byłoby zwiększyć liczbę domów, które każdego roku spalają się w USA”? Przy tym ostatnim pytaniu Munroe zastanawia się, czy nie zawiadomić policji.

Randall Munroe jest autorem kultowych komiksów i jego rysunki również ilustrują książkę – to nie są jakieś wymyślne rysunki, raczej niezdarne kreski, ale nie o to tutaj chodzi, liczą się komentarze, dopowiedzenia, którymi te rysunki są.

Czytanie tej książki wciąga jak piaskowe bagno Indianę Jonesa w Królestwie Kryształowej Czaszki – rozdziały są krótkie, dowcipnie puentowane i nie rażą niepotrzebną wiedzą, godną bezfantyzyjnego belfra, spełniającego się w klasie mat-fiz. Amerykanie zawsze mają skłonność do przesady, więc Munroe trafił ze swoją pozycją na pierwsze miejsca list najlepiej sprzedawanych książek. Nie wiem czy słusznie, czy bardziej nie ucieszyłbym się z faktu, że jest tam np. książka jego imienniczki Alice, ale to zupełnie inna bajka. Tutaj chcemy się naprawdę zabawić, a zabawa to odprężenie, zajmowanie się kompletnie nieprzydatną do życia wiedzą, dla samej przyjemności roztrząsania bzdurnych kwestii.

Czy macie pojęcie co by się stało, gdyby jakiś super gracz, wyrzucił piłkę do baseballa z prędkością prawie równą prędkości światła? Wiadomo, że to durne pytanie i nigdy się nie przekonamy praktycznie, co wówczas by się stało, ale Munroe potrafi nam pokazać, że w efekcie wszystko w promieniu półtora kilometra zostałoby zrównane z ziemią, boisko zamieniłoby się w krater a okolica spłonęłaby żywym ogniem. I to wszystko jedną, małą piłką. Albo co by się stało, gdyby nagle wszystkie pioruny, uderzające w ziemię w ciągu jednego dnia, w danej chwili skumulować w jednym miejscu?

Teraz już wiecie o co w tym wszystkim chodzi. Czy da się z tego wyciągnąć jakąś korzyść? Czegoś nauczyć? Zapewne w odpowiedziach na najbardziej absurdalne pytania, kryją się też podstawowe zasady funkcjonowania naszego świata i analizując poszczególne przypadki, można co nieco łyknąć wiedzy teoretycznej, ale ja przedkładam nad tę wiedzę, doskonałą możliwość zabawienia się w nieustannie zdziwionego i zafascynowanego ignoranta, który przy każdej okazji czerpie przyjemność z poznawania faktów, o których nigdy nie miał pojęcia. 

Arena szczurów.

Czy gdyby Marek Krajewski zadebiutował „Areną szczurów” odniósłby spektakularny sukces? Rynek polskich kryminałów wypluwa systematycznie książki lepsze i gorsze, ale na szczycie zadomowili się już ci, którzy zaczęli pisać dekadę wcześniej i w tym gronie Krajewski znalazł miejsce klasyka, którego debiutanckie powieści doskonale trafiły w oczekiwania czytelników. Nisza, którą zajął jako pierwszy, wywindowała go z miejsca na listy bestsellerów – pisząc jedną książkę rocznie może liczyć, samą siłą rozpędu, na satysfakcjonującą sprzedaż. Kupuje się Krajewskiego licząc na sentymentalny powrót do wrażeń z pierwszych lektur o przygodach Eberharda Mocka. Niestety, ten posmak oryginalności dawno tu zaginął, a i zbrodnie są banalne w wyrazie, i choć autor stara się epatować perwersyjnymi szczegółami, to całość utraciła już tę aurę niezwykłości.

20151017_140635

Krajewski jest autorem, który odniósł spektakularny sukces, dzięki oryginalnemu pomysłowi retro kryminału. Konsekwentnie się tego trzyma, choć ostatnio często schemat opowiadania przenosi nas w czasie, również do współczesności – w tym przypadku mamy do czynienia z próbami rekonstrukcji wydarzeń, które komisarz Popielski opisał w swoim dzienniku. Jesteśmy w Darłowie w roku 1948, a także 65 lat później. Syn Popielskiego czyta dziennik komisarza opisujący wydarzenia, w których główne role odgrywają okrutni Rosjanie, szczury oraz zniewolone Niemki. I wbrew wszystkiemu, te współczesne wtręty, zdają się przewyższać o klasę, relacjonowane wydarzenia powojenne.

Siadając do pisania założyłem, że nie będę okrutny wobec tej książki, że już od dawna znam wady i przywary autora, jego chropowaty styl, nieumiejętność budowania napięcia, ślizganie się po wątkach, powtarzalność, niezdecydowanie, w którą stronę pójdzie akcja i jak rozłożą się napięcia. Wszystko to jest w „Arenie szczurów” – widać, jak autor pisząc, nie wiedział jak to ma się wszystko skończyć, że improwizował, kluczył, wymyślał na bieżąco kolejne sceny. Ten chaos jest denerwujący, brak mu żelaznej logiki, jakby Krajewski nie wierzył w moc zbudowanego przez siebie świata, wciąż przestawiając bohaterów na szalach uczuć, namiętności, poglądów – oni wszyscy są tak nieludzko niekonsekwentni w swoich postawach, że wydają się być jedynie fantomami, figurami szachowymi. Zdziwienie przychodzi do nas wówczas, kiedy z pospolitego pionka, nagle wydobywa się siła królewskiego gestu.

Niemki, zniewolone do katorżniczej pracy w podziemiach, zaginione dla świata, raz zdają się być bezwolnymi wrakami, a następnie okazują się zorganizowaną kliką rozszalałych zwierząt. Pomysł z wysadzeniem murów prowadzi nas do rysunków i schematów podziemi i już wyobrażam sobie, jak spektakularnie Popielski wydostanie się z niewoli, a tymczasem autor wszystko zarzuca w jednej scenie, budując jakąś irracjonalną sytuację ocalającą komisarza. A przecież pomysł z grasującym potworem, który zagryza swoje ofiary, zapowiadał mroczną  przygodę, z której można było zrobić mrożącą krew w żyłach opowieść, bez tych wszystkich zawirowań akcji, prowadzących tak naprawdę do nikąd.

Krytykując i wytykając wady „Areny szczurów”, gubi się to wszystko, dzięki czemu tysiące czytelników wiernie towarzyszy Markowi Krajewskiemu, pochłaniając jego książki z jakąś masochistyczną przyjemnością. Co tam jest takiego, co każe mi za każdym razem cieszyć się z obcowania z jego bohaterami – jakaś złudna nadzieja, że tym razem odnajdę znów klimat mrocznego, niemieckiego Breslau?

Marek Krajewski kończąc przygody Polpielskiego i Mocka, zamierza pisać powieści historyczne. Na szczęście historia jest bardziej uporządkowana niż pomysły autora i choć można tu improwizować, to ramy rzetelności utrzymają zapewne w szyku zapędy bohaterów, do niekonsekwentnych działań i nieprzemyślanych decyzji.

A jednak polecam tę książkę, jak będę polecał zawsze tego autora, bo czai się w niej jakiś wdzięk, jakaś przyzywająca głosem syrenim aura, dzięki której chce się czytać tę prozę dla samej przyjemności obcowania – pal licho zasady narracji i wydumaną akcję – Pan Marek Krajewski zawsze będzie stał na mojej półce i to w pierwszym rzędzie.

Książka dotarła do mnie dzięki uprzejmości księgarni internetowej Tania książka i można ją nabyć tutaj

TK_male (1)

Malanowska we mgle.

Skończyłem „Mgłę” A ilu zaczęło i się potknęło? Ilu z Was dobrnęło do 695 strony, gdzie, co staje się powoli koszmarną normą, autorka dziękuje wszystkim, którzy jej pomogli. Autor czeka na ten moment, kiedy książka już skończona i może wreszcie podziękować, napisać te kilka stron z westchnieniem ulgi, że już ma to za sobą, że było ciężko, ale dali radę. Co mnie to w sumie obchodzi, skoro to nie ja pomagałem?

Kaja Malanowska stała się sławna nie dzięki nominacji do Nike za książkę „Patrz na mnie Klaro”, ale dlatego, że dostała mało pieniędzy i ja to rozumiem. Czasem się coś palnie i sława. Dzięki temu rozpaczliwemu zdaniu o marnej kasie za wydaną książkę, pokazała jak mało ceni się w tym kraju pisarzy, oczywiście oprócz Michała Witkowskiego, który ma forsy jak lodu, ale on z kolei zrobił coś równie spektakularnego, co niejako usunęło go w niebyt.

20150909_175815

Mgła” nie trzyma w napięciu, nie fascynuje wypadkami mrożącymi krew w żyłach, nie ekscytuje spektakularnymi zwłokami i krwią. Trzyma nas przy sobie bohaterami, którzy sytuują się na dwóch biegunach – dwie osobowości, które los zetknął przypadkowo, bo muszą współpracować. Komisarz Marcin Sawicki jest tworem niespójnym, balansującym pomiędzy silną męskością, charakteryzująca się niechlujstwem, egoizmem i jakąś nieokreślonością charakteru – tak wygląda męski świat oczami kobiety. Ada Rochniewicz jest typem, o jakim marzą kobiety, jak sobie siebie wyobrażają w innym życiu, które nigdy nie będzie im dane. Ada jest silna, sukowata, mądra i samotna (kobiety marzą, żeby być samotne i umieć sobie z tym radzić). Jakby na drugim biegunie refleksji o kobiecości, jest siostra Ady, którą z kolei żadna czytelniczka za żadne skarby być by nie chciała, ale obecność takich charakterów w marzeniach kobiet jest jak od zawsze planowana podróż do Indii, której nigdy nie zrealizują.

Zbrodnia wymaga uzasadnienia a policja powinna znaleźć sprawcę. Krąg podejrzanych jest wąski – chciałoby się podpowiedzieć naszym detektywom, żeby zebrali wszystkich podejrzanych i po kolei torturami wymusili zeznania. Zabita młotkiem Zofia trafiła na słabego emocjonalnie mężczyznę, który dał się oplątać sekciarskim katolicyzmem, w osobach dwóch manipulatorów pod szyldem Ruchu Dzieci Niepokalanych. Tego rodzaju stowarzyszenia istnieją od wielu lat w kościele katolickim: Ruch Dzieci Maryi gromadzi dziewczęta i chłopców, którzy chcą żyć duchem maryjnym i szerzyć cześć Najświętszej Maryi Panny Niepokalanej, Dziecięca Krucjata Niepokalanej, to stowarzyszenie, gdzie dzieci zobowiązują się także do wstrzemięźliwości i skromności. Te dwie wartości są konkretną formą realizacji ofiary. Można by mnożyć tego rodzaju opisy i łatwo sobie możemy wyobrazić patologie wyrosłe na tym gruncie, z najbardziej modną ostatnio pedofilią.

Malanowska uderza nie tylko w ten kościelny dzwon – mamy tu przemoc wobec kobiet, gwałt, głupiego prokuratora karierowicza, absurdy policyjnej roboty i małżeńskie problemy– tylko tytułowej mgły jakoś mi mało. Pojawia się jako urozmaicenie opisów przyrody czy miasta, które to opisy stają się w końcu zbyt nachalne, ale zapewne autorce chodziło o inny rodzaj mgły. Patrząc na to z tej mgielnej perspektywy, nie dotarło do mnie w jaki sposób interpretować tytuł. Szkoda, że winnych nie udało się Malanowskiej ukarać – wyszła z przeświadczenia, że funkcjonuje utarty schemat, w którym pociągający za sznurki potrafią zawsze się wyłgać, a cierpią ci słabi i podatni na manipulację.

I niech Malanowska napisze ciąg dalszy, niczym Rowling pociągnie przygody Sawickiego i Ady, bo przecież po mało udanym „Wołaniu kukułki” z przygodami Cormorana Strike’a i jego przypadkowej sekretarki, przyszedł już o niebo lepszy „Jedwabik”. Czytając „Mgłę” nasuwały mi się skojarzenia z kryminałami Rowling pisanymi pod pseudonimem Robert Galbraith.

Debiut kryminalny Malanowskiej wpisuje się w schemat modnych ostatnio powieści, gdzie zabójstwo staje się tylko pretekstem do opisania charakterów zanurzonych w życiowej mgle codzienności. Zbrodnia wydobywa tło, w którym jesteśmy zanurzeni i kiedy schodzi na margines, ukazuje wszystko to, w czym się poruszamy na co dzień.

Książka do kupienia w księgarni internetowej Tania książka

TK_male (1)