Księga życia.

„Księga życia”, to niezdarnie skonstruowana historia żydowskiego Austriaka, który przypadkowo dostaje w swoje ręce księgę, pozwalającą przenosić się w czasie. A jak wiadomo, pomysł wędrówek w czasie, niezwykle pobudza wyobraźnię oraz kusi do wymyślania niestworzonych alternatyw dla światów, które autor może dowolnie modyfikować.

Studio_20150921_195148

Doświadczony przez wojnę potomek żydowskiej rodziny, Elias Ein, kupuje stary dom w Braunau, mieście, gdzie Hitler spędził pierwsze lata swojego życia. Znaleziona w tym domu księga, daje mu możliwość przenoszenia się w czasie, oraz kusi do wpłynięcia na straszną historię XX wieku. Oczywiście domyślamy się, że stary Elias zapragnie wykończyć największego zbrodniarza tych czasów i odwrócić bieg dziejów.

W swojej wydanej w 2011 roku książce „Dallas 63”, Stephen King, rozpisał nam doskonale, jak należy zabrać się za temat – jego powieść czyta się z zapartym tchem, czego nie można powiedzieć o książce Samaka. Wydaje się ona uczniowską wprawką, szkicem, prześlizgnięciem się amatora po możliwościach.

Chciałoby się przeczytać ze smakiem  te rozdziały, w których  bohater spotyka się ze stojącym na progu kariery Hitlerem, wejść w tę faszystowską mgłę Niemiec lat trzydziestych. Powieść zyskałaby na tym stukrotnie, ale to wymagałoby dokładnych opracowań i zagłębienia się w szczegóły. Autor chciał napisać prostą historię, opartą jedynie na pomyśle podróży w czasie. Zabrakło umiejętności, choć przecież swoich czytelników dopadł, ponieważ książka, początkowo opublikowana w wersji elektronicznej na Amazonie, zyskała rozgłos i sprzedała się wyjątkowo dobrze. Wersja książkowa rozpoczęła wędrówkę po księgarniach kilkunastu krajów. A więc sukces.

Dla kogo jest ta książka? Dla żądnych niezwykłych historii nastolatków, czy znudzonych podróżą nabywców, którzy kupią ją w dworcowej księgarni? Być może jestem wybredny, pochłaniając „Księgę życia” błyskawicznie, oczekując więcej smaku, być może metafizyki, zawirowań związanych z podróżą w przeszłość? Powieść ma jeszcze poboczny wątek miłosny, łzawą i schematyczną historię biednego chłopca i bogatej dziewczynki. Doprawdy nie powinniśmy się już więcej znęcać nad dyletantyzmem Samaka, ale naprawdę można było to opowiedzieć lepiej.

Koniec rozpływa się w przestrodze, w powrocie do punktu wyjścia. Jest ostrzeżeniem przed faszyzmem naszych czasów – autor mówi nam, że nazizm tak czy inaczej jest wpisany w los tego świata, że nawet zabicie Hitlera niczego by nie zmieniło. Czy jednak autor ma racje? Czy tylko chce nas ostrzec? Czy zabrakło mu weny, żeby zakończenie jeszcze bardziej wyostrzyć? Diagnoza Samaka dotycząca rzeczywistości wydaje się jedyną mocną przesłanką, żeby sobie tę książkę kupić i przeczytać. Jeśli jednak marzycie o podróżach w czasie, seria filmów „Powrót do przyszłości” da Wam więcej przyjemności, a nastoletni Marty McFly, wykazuje się większym sprytem, niż zmęczony życiem Elias Ein

 

Zabójstwo Pitagorasa

Książka  „Zabójstwo Pitagorasa” ukazała się we wrześniu, kiedy wakacje dobiegają końca, a przecież to doskonała lektura na nudne, plażowe wylegiwanie się na piasku, na bezwład wakacyjny, tę słoneczną magmę, skwar, lepkość umysłu i niechęć do jakiegokolwiek czynu heroicznego, podobnie jak przy leżeniu w chorobie, w lekkiej malignie i bezruchu.

Siedemset stron klimatycznego kryminału zaczyna się irytująco dłużyć już po pierwszych stu stronach, ale mówią tak jedynie niecierpliwi zwolennicy szybkich zbrodni i gwałtownych zwrotów akcji. Jak już zanurzymy się w tym amalgamacie śródziemnomorskim, jak posmakujemy helleńskich zapachów i wgryziemy w starożytność, której odległość przyprawia nas o zawrót głowy, wówczas rozsmakujemy się w historii o proweniencji matematyczno-filozoficznej.

CSC_0848

Tytuł lekko mylący, bo spodziewamy się tytułowej śmierci, która w końcu nie nastąpi na kartach powieści, choć przecież ona następuje zawsze, prędzej czy później, a w przypadku naszego bohatera, przekazy bywają sprzeczne – te najbardziej ekscytujące mówią, że Pitagoras dożył lat 104, a te bardziej realistyczne, że skończył w wieku lat 80.

Marcos Chicot zabiera nas w przeszłość odległą o dwa i pół tysiąca lat, rozciągając akcję między marcem a sierpniem 510 roku, ale nie naszej ery. Poznajemy rzutkiego i przystojnego Egipcjanina Akenona, który za pieniądze obrzydliwego sybaryty, odkrywa wiarołomność jego kochanka, co jakby nie patrzeć, powinno nas od niego odstręczyć, ale czego się nie robi dla kasy. Uczestniczymy też w zebraniu wspólnoty pitagorejczyków pod wodzą samego przywódcy, który przewidując swoją rychłą śmierć, szuka następcy, godnego kontynuatora swoich nauk. I już na dwudziestej stronie książki, mamy pierwszego trupa – otruty mandragorą pada Kleomenides, idealny kandydat na następcę Mistrza.

No i coś trzeba z tym fantem zrobić, zwłaszcza, że będą umierać kolejni kandydaci, a zdeterminowany przeciwnik nie przebiera w środkach. Jeśli mamy przystojnego Akenona, to trzeba mu znaleźć piękną dziewczynę i najlepszą partią byłaby dla niego mądra córka Pitagorasa, choć niektórzy twierdzą, że miał jedynie dwóch synów, a wszyscy historycy zgadzają się tylko, że żona filozofa nosiła imię Teano. Chicot w zakończeniu podaje, że córką Pitagorasa była Damo. W naszym kryminale córką staje się piękną i, a jakże, inteligentna Ariadna.

No i dobrze, nie bardzo, jak mawiał Sabała. Akcja zaczyna przyspieszać, dzieją się rzeczy smaczne kryminalnie, krew się leje, okrutny olbrzym Boreasz, chce zgwałcić piękną Ariadnę, ale ta rzecz jasna musi z tego wyjść cało, przy okazji przewiercając jego mały móżdżek na wylot, co można odczytać jako przewrotną konkluzję, że nie mięśnie decydują o sile, a głowa.

Książka bogata w zalety nie stroni niestety od wad, ale co tam, czyta się to wakacyjnie, opuszczając jednak te matematyczne wtręty autora, który z lubością chwali się swoimi arytmetycznymi i geometrycznymi zdolnościami. Może obeznani z matematyką pasjonaci znajdą tam swoje smaczki, ale nas bardziej fascynuje krwawa rozgrywka w kręgu krotońskiej władzy, najazd obrzydliwych Sybarytów, miłosne przygody Akenona i Ariadny oraz historyczne tło rozświetlone słońcem starożytnej Grecji.

„Dziwny, dziwny, dziwny” czyli Tomek Lipiński

Po rozmowach Rafała Księżyka z Robertem Brylewskim pt. „Kryzys w Babilonie”, przyszła kolej na Tomka Lipińskiego, założyciela Brygady Kryzys i Tiltu, żeby opisać, a właściwie opowiedzieć swoją historię, historię legendarnych składów z początków punk rocka w Polsce. Brylewski miał szczęście, że trafił na Księżyka, Lipiński trochę mniej wybierając Bratkowskiego, a może to Bratkowski wybrał Tomka?

Biografia Brylewskiego to monumentalne, obszerne tomisko, gdzie Robert Brylewski przybliża ze szczegółami losy raczkujących, polskich muzyków niezależnych, zbuntowanych młodzieńców, którymi zachłysnęliśmy się w latach pierwszej Solidarności. W przypadku Tomka Lipińskiego, który był o pięć lat starszy od Brylewskiego, zaledwie ślizgamy się po historii, ograniczeni zapewne czasem, a może możliwościami wydawnictwa. Książka „Dziwny, dziwny, dziwny” to rozmowy wspomnianego Bratkowskiego z Tomkiem Lipińskim, napisana z okazji wydania solowej płyty artysty, zbliżającego się do sześćdziesiątki, który wreszcie, po okresie ponad 35 lat, postanowił uporządkować swoją działalność muzyczną i firmować wszystkie projekty własnym imieniem i nazwiskiem.

20150910_192921

Brylewski dokładnie opisuje spotkania z Tomkiem, wspomina o tej chemii między muzykami, o tym jak Lipiński opowiadał mu o LSD,  jego autorytecie jako starszego kolegi, który zdążył się załapać na dobre czasy hippisów, miał pojęcie o Dylanie czy Lou Reedzie. Relacja Lipińskiego nie jest tak obszerna, Bratkowski nie drąży, nie wydobywa smaczków, raczej, co czasem denerwuje, próbuje wtrącać własne przeżycia, historie, jakby podczepiał się pod losy pokolenia czego nikt mu  nie odmawia, jednakże wydaje się, że dziennikarz w tym przypadku powinien trzymać się z boku, a nie eksponować własne przygody.

Książka Bratkowskiego i Lipińskiego to opowieść o niezwykłych czasach, w których dorastałem. Na początku lat 80-tych dotarły do nas pierwsze nagrania punk rockowe i nagle okazało się, że i u nas jest kilka kapel, które usiłują grać zupełnie inną muzykę, od tej dotąd słyszanej w radiu. Pamiętam pierwsze zdjęcie Kryzysu w gazecie Non Stop, pierwsze ich surowe, garażowe brzmienia oraz swoją wyprawę na koncert do Sopotu, gdzie Kryzys miał wystąpić. Zespół stał się kultowy zanim na dobre zaistniał a po dołączeniu do składu Lipińskiego, powstała Brygada Kryzys, kilkakrotnie reaktywowana, której płyty emanują tą niezwykłą, szorstką aurą.

W książce „Dziwny, dziwny, dziwny”,  Tomek Lipiński opowiada o rodzicach, swoim znanym ojcu Eryku Lipińskim, o kobietach swojego życia, córkach, a nade wszystko o ludziach, których spotkał i z którymi grał. Chciałoby się posłuchać go dokładniej, pozwolić mu się wygadać, posiedzieć z nim aż otworzy się do końca.  A jednak musimy się ślizgać po tym jak by nie patrzeć fascynującym życiu – miałem nieustające wrażenie, że muzyk nie mówi wszystkiego do końca, co jest oczywiście jego prawem, że mógłby trochę bardziej refleksyjnie ocenić swoje życie, sięgnąć do tej mrocznej sfery, o której zresztą obszernie mówi, ale to tylko krótki rozdział.  Lipiński od lat zmaga się z depresją, opisuje moment, kiedy po raz pierwszy powiedział o tym publicznie, a jednak ta choroba napiętnowała jego życie w sposób szczególny.

Piosenki Tiltu weszły na zawsze do kanonu ulubionych kawałków dzisiejszych pięćdziesięciolatków, a muzyk ma łatwość pisania chwytliwych przebojów. Pojawiają się w „Psach 2” Pasikowskiego czy w filmie „Słodko gorzki”. Słuchaliśmy ich jeszcze na japońskich walkmanach z kaset i nikt tak nie brzmiał w Polsce jak Tilt. Zastanawiające jest, i sam Tomek się nad tym zastanawia, dlaczego nie potrafił dotąd uporządkować tej swojej muzyki, stworzyć stabilnego składu, okrzepnąć i stać się ikoną, jak podziwiany przez niego Lech Janerka. Może jeszcze wszystko przed nim, bo przecież wystarczy spojrzeć na twarz tego charyzmatycznego człowieka, pobrużdżoną zmarszczkami twarz, przez którą nadal prześwituje młodzieńcza pasja.

Książka jest lekturą obowiązkową dla  wszystkich podstarzałych miłośników dobrej muzyki, ponieważ przypomina te szalone czasy narodzin naszych gustów muzycznych,  a bez Tomka Lipińskiego, polska scena muzyczna byłaby niczym brytyjski rock bez Rolling Stonesów.

Książkę przeczytałem dzięki księgarni internetowej Tania Książka

TK_male (1)

Uległość

Czytanie Houellebecqa przypomina smakowanie ulubionej potrawy i nie są to ziemniaki ze śmietaną – raczej ostre leczo z kiełbasą ze świniobicia. „Uległość”, którą można było zamówić jeszcze przed oficjalną premierą, nie jest książką grubą, to jedynie 285 stron, z krótkimi rozdziałami, jakby Michel z premedytacją pociął ją na kawałki, zlepiając fragmenty polityczno-publicystyczne, z historią życia inteligenta nad przepaścią.

Nie warto przypominać wszystkich zawirowań wokół książki, zamachu na Charlie Hebdo, okładki czasopisma i późniejszego dystansowania się autora oraz przyznanej mu ochrony policyjnej i odwołaniu promocji książki we Francji. Doskonale to rozumiemy, zwłaszcza po obejrzeniu świetnego „Porwania Michela Houellebecqa”, gdzie w rolę porywaczy wcielili się nasi rodacy, skąd inąd sympatyczni.

O co chodzi w książce, wszyscy, którzy w świecie literatury się obracają, dobrze wiedzą – Francja dostaje się pod rządy Bractwa Muzułmańskiego, ale nie jest to przecież krwawy terror, a raczej sielanka, gdzie wszyscy, może oprócz kobiet, które zawsze są poszkodowane, zaczynają dostrzegać korzyści, jakie z tej zmiany politycznej wynikają. Polityczna diagnoza Houellebecqa zdaje się być literacką utopią, która jednakże jest tylko prowokacją, mającą zwrócić uwagę na zupełnie coś innego. Ta dystopia, łagodnie wprowadzająca nas w nową rzeczywistość, nigdy się nie ziści, a przedstawiona przez autora przyszłość, gdzie pod patronatem islamu powstanie jakaś nowa wersja Cesarstwa Rzymskiego, pod wodzą muzułmańskiego cezara, prezydenta Ben Abbesa, jest równie prawdopodobna, jak utworzenie w Polsce państwa wyznaniowego pod wodzą ojca Rydzyka.

Houellebecq pokazuje raczej degrengoladę społeczeństwa zachodniego, dla którego wygoda i konsumpcja, są ważniejsze od światopoglądu, a tym bardziej wyznania. Religia jest jedyną możliwością, scalającą społeczeństwa, a kiedy się jej pozbędziemy, albo ją zmarginalizujemy, pozostaną drobne radości dnia codziennego, a sens i cel życia, każdy wybiera sobie indywidualnie i jedni się tutaj sprawdzają, a inni, jak bohater „Uległości”, stają w pewnym momencie w takim punkcie, gdzie nic już nie jest w stanie ich porwać.

W świetnej wymianie listów, między autorem „Cząstek elementarnych” a Bernardem-Henri Levym, opublikowanej pod tytułem „Wrogowie publiczni”, Michel tak pisze o religii w swoim życiu: „ … w jakimkolwiek kierunku bym się obrócił, w mojej własnej rodzinie, nieważne, jak daleko sięgając wzrokiem, nie dostrzegam niczego, co łączyłoby się z tradycją religijną. Taka wiara, nie wykarmiona bliskim związkiem z tekstami jest krucha. I u mego ojca, zniknęła w mgnieniu oka, skoro tylko się wzbogacił i znalazł się poza klasą. W mojej osobie mamy dziś do czynienia z drugim już pokoleniem ateistów absolutnych – nie tylko religijnych ale i politycznych”. Pisana z tej pozycji „Uległość”, pozbawia nas dylematów żarliwych katolików na ekspansję obcej im religii. Zauważalne w tej książce, jest to obojętne spojrzenie człowieka niezaangażowanego w wypadki islamizującej się Europy. Bierność społeczeństwa jest tym, co gubi powieść, stawiając ją w szeregu powieści z pogranicza science fiction albo raczej political fiction.

20150912_164418 Ten bohater, poprzez którego widzimy samego Michela, wybrał życie w samotności, bo tylko sam ze sobą czuje się dobrze, woli płacić za miłość niż o nią walczyć, gardzi mniej inteligentnymi od siebie, z rodzicami nie utrzymuje żadnych stosunków, praca z mało rozgarniętymi studentami go nudzi, a codziennymi wyborami są dla niego wahania, czy zjeść mintaja w sosie z trybuli czy musake po berberyjsku – obie zresztą w formie mrożonek.

A jednak lubimy tego abnegata, współczujemy mu, odnajdujemy w nim siebie, rozumiemy te dylematy i jakiś dramat tego życia. On jest za mądry na współczesność, za dużo wie, za dużo myśli – zapewne nie ogląda telewizji, poza programami wyborczymi i prognozą pogody. Na pewnym etapie życia, świat staje się nudny i przewidywalny – Francois nie ma na czym się oprzeć, a czysty hedonizm jakoś nie daje mu radości. Spodziewałem się oczywiście, że zostanie wystawiony na pokusy nowej rzeczywistości, oferującej mnóstwo pieniędzy za przejście na islam oraz kilka żon. Perwersyjna oferta islamistów była tak oczywista, że ze spokojem czekałem, aż bohater ją odrzuci. Szczęście nie jest stanem, w którym czuje się dobrze, upadek jest wpisany w jego genom niczym młot i sierp we flagę ZSRR, ale doprawdy, zawód jaki mi sprawił bohater, mogę porównać jedynie do tego, jaki byłby po zaprzepaszczeniu awansu na Mistrzostwa Europy, przez nasza piłkarską reprezentację.

Mamy też rzecz jasna w „Uległości” liczne smaczki, jakby osobiste refleksje autora na tematy męsko damskie, w stylu porównania konwersacji mężczyzn i kobiet, kiedy to faceci, odwrotnie niż niewiasty, nigdy nie opowiadają o swoim życiu intymnym innym mężczyznom, albo kiedy pisze o tym, że muzułmańskie kobiety w dzień owinięte w nieprzepuszczające wzroku burki, wieczorem przebierają się w ażurowe gorsety, stringi ozdobione drogocennymi kamieniami i staniki, inaczej niż kobiety zachodu, w dzień eleganckie, a w domu marzące jedynie o wygodnych ciuchach. A dalej dostajemy dowcipny fragment o różnicy między człowiekiem pierwotnym, który polował na mamuty a człowiekiem współczesnym, który musi wybrać między Auchan a Lecrelkiem.

Fragmenty dywagacji politycznych przeplatane są „złotymi myślami” samego autora i co tu dużo gadać, jego egzystencja i los, obchodzą nas bardziej, niż postępująca islamizacja Francji, zwłaszcza że doskonale zdajemy sobie sprawę, że u nas by to nigdy nie przeszło.

„Przeszłość zawsze jest piękna, przyszłość zresztą również, tylko teraźniejszość zadaje ból, który nam towarzyszy jak ropiejący wrzód, między dwiema nieskończonościami beztroskiego szczęścia” albo „ Z wiekiem sam coraz bardziej zbliżałem się do Nietschego, czego zapewne nie da się uniknąć, jeśli człowiek ma problemy z instalacjami hydraulicznymi”

„Uległość” wpisuje się doskonale w dzisiejszą rzeczywistość, ale bierze ją z zupełnie innej strony. Kiedy dziś islam wlewa się do Europy pod postacią uchodźców, każdy zadaje sobie pytanie, czy to zagraża naszej cywilizacji. Pytanie, które zadaje Houellebecq brzmi trochę inaczej: czy jesteśmy gotowi przetrwać w naszych eleganckich apartamentach, kosztem wyrzeczenia się uniwersalnych wartości, od wieków jednoczących Europę. Odpowiedź autora nie daje nam żadnych nadziei, ale nikt się nie będzie nas pytał, czy chcemy tego czy nie.

Millennium – kontynuacja

Właśnie skończyłem kontynuację Millennium Larssona, z obłożoną lodem stopą, Telemannem oraz Syryjczykami w TV, którzy wyrzucają na tory ofiarowywaną im przez węgierskie służby wodę. Czy te wszystkie fakty da się połączyć ze sobą – do końca nie wiem, ale przeczytanie Lagercrantza słabo wyjaśnia nam rzeczywistość, w której żyjemy, odwrotnie niż czytana równolegle „UległośćHouellebecqa. Ale o tym potem…

Fascynację Trylogią Larssona mamy już za sobą. Od wydania przez Czarną Owcę pierwszego tomu, „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet” minęło 6 lat, filmy w dwóch wersjach, szwedzkiej i hollywoodzkiej potraktowaliśmy jak ciekawostki, a z życiorysu „Mężczyzny, który odszedł za wcześnie”, pamiętamy jedynie mozolną wspinaczkę przepalonego papierosami autora schodami, które doprowadziły go do raju.

CSC_0856

Tymczasem trwała walka o prawa do pieniędzy, które książki zarobiły, z wiadomym skutkiem, choć jak to się mówi, pieniądze, to nie wszystko, a rękopis kontynuacji Trylogii, naszkicowany przez Larssona, pozostał we władaniu jego partnerki życiowej Evy Gabrielsson. Ojciec i brat Stiega Larssona, Erland i Joakim postanowili zaspokoić oczekiwania fanów Larssona i zlecili napisanie dalszego ciągu Lagercrantzowi, a zyski przekazać na rzecz założonego przez Larssona magazynu „Expo”.

Czytelnik  „Co nas nie zabije…” czuje się trochę zdezorientowany swoim podejściem do tej książki – z jednej strony legenda pierwowzorów, każe nam jak najszybciej książkę zdobyć, stąd szalony nakład rozszedł się błyskawicznie, a rzesza tramwajowych czytelników z perwersyjną ostentacją, rozkładała na kolanach czwarty tom, ale „on the other hand”, liczba recenzji i omówień, po tygodniu od premiery nie oszałamia. Oprócz namiętnych czytelników, pozwalających sobie zarywać noce, ilość osób, które mogą pochwalić się przeczytaniem całości, jakoś nie imponuje.

Moje zmagania z książką Lagercrantza trwały tydzień, ponieważ, nie potrafiłem się wciągnąć w aurę i klimat, że przeżywałem rozczarowania, że nie ciągnęło mnie tak bardzo, żeby poznać zakończenie, być może dlatego, że było przewidywalne jak wynik dzisiejszego referendum. Książka zaczyna się zachęcająco, od historii Fransa Baldera, geniusza informatycznego, który wiedziony nagłym impulsem, postanawia odzyskać syna. Zostajemy wciągnięci w historię niespiesznymi wydarzeniami, kibicujemy ojcu i jego autystycznemu synowi, a potem odnajdujemy zarówno Mikaela Blomkvista jak i naszą ulubienicę Lisbeth. Niestety oboje zdają się być stworzeni od nowa, pomimo całego asortymentu przypomnień z poprzednich tomów, odstają od pierwowzorów jak wyrób czekoladopodobny od oryginalnej Milki z toffi.

Mikael przebrzmiewa jak jego legenda, ponieważ nowe pokolenie żąda już zupełnie innych atrakcji, a sprzedaż czasopism poza Internetem, interesuje coraz mniejszą rzeszę starzejących się weteranów. Kłopoty Millennium nie powinny dziwić, czeka to wszystkie nośniki tradycyjne, a wymóg tabloidyzacji gazet, zmieni rynek prasowy, podobnie jak to się stało z nieszczęsną telewizją, z jej serialami, kabaretami i programami o tańczących i śpiewających celebrytach.

Większość rozdziałów, rozpoczyna się imieniem i nazwiskiem opisywanych w nim osób, co jest dobrym pomysłem, ponieważ można się zagubić w kojarzeniu tych nazwisk i przypisanych im stanowisk – jest ich jakby trochę za dużo, choć każda otrzymuje od autora dogłębne dossier. Kiedy powoli zaczynamy się wciągać w akcję, nagle łapiemy się na tym, że akcja uwięzła w jakimś bagnie rozmów wspomnieniowych, gdzie usiłuje nam się wtłoczyć do głowy motywy i pobudki bohaterów. No ja to rozumiem, ale czytam kryminał a nie relacje opowiadane w mniej lub bardziej wyszukany sposób – rozmawiają ze sobą przez dziesięć stron, wałkują ten sam temat, zalewa nas milion słów, które coś mają wyjaśnić a tak naprawdę są po to, żeby autor dobił do magicznej liczby pięciuset napisanych stron, bo tak zapewne umówił się z wydawcą.

Nagle dociera do mnie, że cała ta zabawa kryminalna rozbija się o dwie rzeczy: rysunek sawanta, który demaskuje mordercę oraz powrót bliźniaczki Salander, obdarzonej tutaj jakąś niewyobrażalną aurą. Poznajemy łzawą historyjkę o tym, jak piękna Camilla zadręczała Lisbeth, opowiedzianą przez żyjącego wciąż Holgera Palmgrena w niewiarygodnie ciągnącym się rozdziale. Pod koniec zaczyna się przeskakiwanie przez coraz nudniejsze fragmenty, akcja nie grzeszy dynamiką, a jeśli już coś ma się wydarzyć, to ciągnie się to ślamazarnie z zupełnie niepotrzebnymi wtrętami – powiedzmy sobie szczerze, autor biografii Zlatana Ibrahimovica, nie jest wówczas w swoim żywiole.

Problem sztucznej inteligencji oraz machlojek przeróżnych instytucji państwowych, miał być myślą przewodnią książki, ale wolimy widzieć przed oczami jak Lisbeth załatwia kolejnych mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet, a łatwość z jaką udaje jej się to robić, przebija wszystkie dotychczasowe przygody, nie tylko Jamesa Bonda, ale nawet Hansa Klossa. Do tego rzecz jasna potrafi włamać się wszędzie i pobić każdego. Niestety, jak już wspominałem, Lisbeth w tej książce pożegnała się raczej ze swoja mroczną aurą, której przydał jej Larsson, a zyskała piętno herosa z komiksu. O Blomkviście lepiej nie napiszę …

Rzecz jasna na koniec uderza w nas to nieuchronne wrażenie, podbudowane nawracającą weną autora, kiedy musimy się żegnać, z jakby nie patrzeć, swoimi ulubieńcami, ale przecież dostajemy wyraźny sygnał, że siostry jeszcze ze sobą powalczą w kolejnych częściach, prawdopodobnie coraz słabszych. Bo przecież w całym tym tomie, chodziło o to, żeby Lisbeth rozliczyła się z siostrzyczką, a ta druga wreszcie ją załatwiła.

Na koniec właścicielka wytatuowanego na plecach smoka (a gdzie jest Jagan panie Vincencie?) prześpi się z Mikaelem, bo przecież warto czasem uderzyć w sentymentalny ton.

Stawka większa niż kłamstwo

Maciej Replewicz, autor wydanej kilka lat temu biografii kultowego reżysera Stanisława Barei, tym razem zmierzył się z mitem najpopularniejszego serialu w dziejach Polski, nie tylko ludowej, (obok rzecz jasna „Czterech pancernych”), czyli „Stawką większą niż życie”. Już z okładki wnioskujemy, że będzie ostro, niekonwencjonalnie, że sięgniemy tam, gdzie nikt inny nie zajrzał, że uporządkujemy wszystko, co wokół Klossa się nagromadziło, co było inspiracją a co zmyśleniem.

„Brunner istniał naprawdę!. Kulisy powstania serialu. Prawdziwe historie bohaterów. Odtajnione dokumenty.” Okładka rzeczywiście zapowiada lekturę ciekawostek, które miłośnicy serialu z pewnością chcieliby poznać. Już na wstępie czytamy słowa scenarzysty Zbigniewa Safjana: „Chyba bardzo często podkreślaliśmy, ze przygody Klossa są bajką, że są one nieprawdopodobne, a tymczasem to wszystko co widzimy w poszczególnych odcinkach, jest oparte na elementach autentycznych”. Replewicz skleja nasze wyobrażenia o prawdzie przedstawionej w filmie z autentycznymi historiami, wygrzebanymi z archiwów. Powstaje jakiś irracjonalny związek z faktami, które się wydarzyły, a tym wszystkim, co beztrosko śledziliśmy na ekranie.

Czy warto tak bardzo angażować się w wyjaśnienia, co kierowało autorami scenariusza, jak dochodzili do portretu Hansa, jak kreowali Brunnera, Geibela czy Staedke? Pospolity oglądacz filmu chce w tym przypadku rozrywki i cieszą go raczej smaczki w rodzaju fantastycznej sceny popijawy, w czasie której agent Wolf, chciałby zdemaskować Klossa przed Brunnerem, ale dostaje w mordę, co wywołuje słynną refleksję Brunnera, że nie lubi jak biją, no chyba że sam to robi. Albo te powiedzonka typu „zdradziła Trzecią Rzeszę” lub „odłóż tę pukawkę durniu”.

Autor książki zabiera nas w zupełnie inne rejony. Dostajemy szczegółową opowieść o pierwowzorach Klossa, poczynając od oberlejtnanta Heinricha von Goldringa z powieści Jurija Dold-Mychajłyka, z której to powieści wyciągnięto szereg smaczków wykorzystanych podczas pisania scenariusza, poczynając od motywu cygar, które uwielbiał palić Brunner. Pierwowzorem Klossa był Nikołaj Iwanowicz Kuzniecow, przystojny blondyn, informator działający początkowo jako agent wśród … tancerzy baletu moskiewskiego. W 1941 rozpoczął szkolenie kandydata do działań dywersyjnych na tyłach wroga i wkrótce jako Paul Siebert trafił do Równego, gdzie wykonywał akcje dywersyjne. Sowiecka propaganda zbudował wokół Kuzniecowa legendę, żeby stworzyć mit superszpiega. Zdjęcie, przedstawiające Kuzniecowa, znajdujemy w książce i niestety nie przypomina on przystojnego Hansa i całe szczęście.

Niebagatelną rolę w kreowaniu superszpiega odegrały pierwsze filmy o Jamesie Bondzie, które scenarzyści oglądali, oczywiście nie w naszej telewizji. Bond, zakazany agent bez możliwości wstępu do naszej siermiężnej rzeczywistości, był zapewne oglądany z wypiekami na twarzy przez ludzi, którym udało się w tamtych czasach wyjechać Zachód.

Ciekawostką jest historia człowieka, który uporczywie twierdził, że jest pierwowzorem Hansa Klossa. Artur Albert Ritter, a po wojnie generał brygady Artur Jastrzębski opublikował nawet swoje wspomnienia w zbiorze „Życie na krawędzi”, a Krzysztof Kąkolewski pisał o nim, że jest jedynym godnym człowiekiem, żeby zostać pierwowzorem najbardziej lansowanej przez komunistów postaci.

Książka Replewicza to zbiór faktów, ciekawostek i przypuszczeń. Rozdział trzeci skupia się na poszczególnych odcinkach serialu, analizuje niektóre sceny pod względem ich prawdopodobieństwa i realiów tamtych czasów. Polecam czytać te opisy jednocześnie oglądając serial – nagle otrzymujemy kompletnie inne spojrzenie na historie rozgrywające się na ekranie, zaczynamy zwracać uwagę na szczegóły, o których nie mieliśmy dotąd pojęcia.

Dla wielu słowo „kolaudacja” jest słowem bez określonego znaczenia – dla filmowców, często stanowiło przekleństwo. Jak kolaudowano odcinki Stawki możemy przeczytać w kolejnym rozdziale, gdzie opublikowano stenogram z oceny odcinka „Kuzynka Edyta”. To również doskonała lekcja historii i wgląd w mentalność ludzi, decydujących o rzeczywistości PRL-u.

W książce nie mogło zabraknąć oczywiście medialnego szumu wokół serialu, jego wpływu na całe pokolenia Polaków, mitu oglądanego najpierw z przyjemną fascynacją a potem jako produktu kultowego, o którym słynny Kisiel pisał: „bzdur historycznych jest tam całe masy, nieprawdopodobieństw otchłanie, ale rzecz chwyta ogromnie, cała Polska to ogląda …”

Mój syn nie znosi Stawki, ale ma 18 lat i obejrzanych setki innych odcinków, o niebo lepiej napisanych i zrealizowanych filmów o przygodach, strzelaniu i ucieczkach. Jedyne co go przyciąga, oczywiście bez śledzenia całego odcinka, bo nie jest w stanie na nim wysiedzieć do końca, są powiedzonka bohaterów i absurdalność niektórych scen, które kojarzą się raczej z Monty Pythonem. Książka Replewicza dodaje do tych absurdów drugie dno, co przecież nie przekreśla naszych wspomnień, gdy na czarno-białym ekranie Kloss palił papierosa a Brunner cudownie się krzywił.