Skłócona z życiem MM.

MM to legenda i cokolwiek by o niej  napisać, rzesza fanatycznych wielbicieli będzie wciąż rosła. A pisze się o niej dużo – aktorka żyje w świadomości pop kultury intensywnie, a ukazujące się o niej książki cieszą się ogromna popularnością.

CSC_0059

Jeśli obejrzę się dookoła, to tak naprawdę Marylin wokół mnie krąży niczym nocna ćma wokół świecy. Jej zdjęcie na wyświetlaczu telefonu, plakat na drzwiach w pracy, unikalna kolekcja zdjęć w mieście zamieszkania czeka na ekspozycję, kalendarz z jej zdjęciami wykorzystany  jako prezent świąteczny i do tego przesyłka od wydawnictwa Pascal z jej najnowszą biografią, autorstwa Lois Banner.

Skłóceni z życiem” to ostatni film MM, ale nie tylko jej. Clark Gable nie doczekał nawet premiery, a Montgomery Clift umarł 5 lat potem. Scenariusz napisał Arthur Miller, jeszcze przed rozwodem ze swoją pierwszą żoną, podobno specjalnie dla MM, którą wkrótce poślubił. Biografia Banner nawiązuje do filmu, a dopisek „intymna”, powinna przyciągnąć fanatyków.

CSC_0063

Życie MM potraktowane jest tutaj niezmiernie szczegółowo, zwłaszcza na pierwszych stronach, opisujących dzieciństwo i młodość aktorki. Wgłębiamy się w historię jej rodziny, ze strony matki, gdzie schizofrenia i choroba dwubiegunowa nadawała rytm życia. Matka podrzucała córkę coraz w to nowe miejsca, dziewczynka się jąkała, ponieważ podobno została wykorzystana seksualnie; zresztą jak sama opowiedziała Millerowi, swoje ciało uważała za własność mężczyzn, a seks jako coś, czym ich obdarowuje. „Czasami miałam wrażenie, że jestem uzależniona od seksu” – wyznała.

Autorka intymnej biografii MM, opisując jej życie, sięga często po kontekst obyczajowy oraz kreśli nam całą otoczkę towarzyszącą życiu w połowie XX wieku w USA. Być może ten bogaty zapis mentalności tamtych czasów może zniechęcać, ale dla pasjonatów, to ważne szczegóły. Poznajemy MM zwłaszcza w warstwie psychologicznej i często jest to wiedza przerażająca – zdaje nam się, że jej życie to ciągła walka nieśmiałej dziewczynki o akceptację. Jednocześnie w opinii innych, tak bolesna szkoła życia na samym początku, wyrobiła w MM pewien spryt i umiejętność manipulowania innymi. Młodość nauczyła ją samodzielności, asertywności i samoobrony, ale także arogancji, którą uważano za twardość charakteru.

Książka prowadzi nas przez to życie z jakimś bolesnym wyrzutem, nie brak w niej prawd i stwierdzeń trudnych do potwierdzenia, ale z drugiej strony autorka przekopała się przez naprawdę imponująca bibliografię. Oczywiście mamy też zdjęcia, choć w tym przypadku, każdy, nawet początkujący fanatyk talentu MM, zna już je na pamięć.

Ostatnio czytałem wynurzenia jakiegoś dziennikarza, które z miejsca podchwyciły portale, opisującego jaka to MM była w sumie brzydka, jak nie dbała o higienę, jak często śmierdziała (wyobraźcie sobie ten tytuł: Marylin Monroe śmierdziała!”), nie nosiła majtek i jak koszmarnie wyglądała po śmierci, bez makijażu. Każda sensacyjna rewelacja, zawsze pachnących hien dziennikarskich, zyskuje swoich czytelników, ale nie zdają sobie oni sprawy, że ludzie to czytają tylko dlatego, że mogą się czegoś dowiedzieć o swojej ulubionej aktorce, a nie dlatego, żeby ją sobie obrzydzić.

Nowakowski nowy jak Fronda Lux

W stosunku do Marka Nowakowskiego zawsze odczuwałem jakiś żal i niespełnienie. Od momentu pierwszego zetknięcia się z jego prozą aż do jego śmierci, przez ten cały długi czas, czyli około trzydziestu lat, obiecywałem sobie Marka Nowakowskiego czytać szerzej i skrupulatniej, kupować jego książki, ustawiać na półkach, mieć i nawet o nich pisać. Tymczasem stało się niestety tak, że jak oniemiałem po przeczytaniu tomu opowiadań „Książę nocy”, tak wróciłem do autora w rok po jego śmierci.

Ten tomik „Książę nocy” miałem chyba przez jakiś dziwny przypadek, choć pod koniec lat osiemdziesiątych kupowało się książki nałogowo, a ja wtedy raczej wydawałem pieniądze na magazyn komiksowy Relaks albo Alfę. Dziś na Allegro „Książę nocy”,  i to pierwsze wydanie, można sobie nabyć za jedyne 5 zł.

Dlatego ucieszyłem się niezmiernie, kiedy otrzymałem przesyłkę z najnowszym magazynem Fronda Lux, a tam nieznane opowiadanie Marka Nowakowskiego, zatytułowane „Nic mnie to nie obchodzi”. A jeśli jeszcze mam sobie poczytać o Łukaszu Orbitowskim, to wspaniale jest, powiem Wam, zupełnie nieźle nawet.

Z tymi magazynami literackimi to temat na oddzielne wspomnienia, bo przecież kiedyś to było święto, jak się kupowało np. „Literaturę” Putramenta (prawie wszystkie roczniki mam na pawlaczu, a tam przecież niesamowite dzienniki z okopów pierwszej wojny Sartra – czy to w ogóle wyszło u nas w formie książkowej?), Pismo Literacko-artystyczne (genialne), Odrę czy Zeszyty Literackie. Ale nie o tym miałem, nie o tym …

Tekst wydaje się być nieskończonym, jakby pisarz chciał jeszcze nad nim popracować, udoskonalić, odłożonym na później, ale jest w nim ta siła przewrotna, która sprawia, że zdaje się małą perłą wydobytą przez przypadek. Świat klasycznego przedmieścia, ze swoimi tradycjami, przyzwyczajeniami i regułami zostaje brutalnie zaatakowany przez napierające chamstwo, pospolitość i wulgarność. Intruz o mentalności wypranej z wszelkich zasad wdziera się w życie poukładane, oparte na harmonii i sentymentalnej uczuciowości. Obrzydzenie bohaterki, zirytowanej obecnością kogoś pretensjonalnie prostackiego przeradza się w fascynację. Dosyć przejrzysta reguła fabularna opisana jest spokojnym, reporterskim językiem Nowakowskiego, a finał przywodzi  na myśl scenę z filmu „Dzikość serca”, kiedy to w seksualność Laury Dern wkracza diaboliczny Johny Peru, wywołując w niej uczucia, których później przyjdzie się jej wstydzić. „Hańba, taka hańba. Dno poniżenia” – myśli doktorowa, zakochana w prozie Virginii Wolff, do tego ruda – z pewnością skończy tragicznie, ale tego Pan Marek już nie dopowiedział.

Czytając Nowakowskiego docieram do tej głębi prozatorskiej, która opisując banalną historię, czyni ją pretekstem do pokazania jak bardzo nie chcemy burzenia tego, co przez lata kanonizowane i przyjazne, na rzecz sparszywiałego „nowego”, które tak czy siak do nas przyjdzie, niszcząc i plugawiąc wszystko dookoła, jak kabarety w telewizji zabierając czas na powtórki filmów Hitchcocka.

Dwa opowiadania dedykowane pisarzowi napisali z kolei Łukasz Orbitowski i Piotr Gociek. Ten pierwszy mówi również o prawdziwie męskiej literaturze, o plugawym życiu i psotach Tomka Sawyera. Świeżej prozy dostarczyli także Wacław Holewiński i Jarosław Jakubowski. Marek Kochan przybiegł z dramatem.

Fronda Lux 75 wyprawia się także do Afryki, zarówno tej czarnej, która zafascynowała europejskich malarzy, jak i tej, o której dzisiejszy świat chciałby zapomnieć – Afryce prześladowanych Koptów. A wszystko to zaprawione najprawdziwszą grypserą więzienną.

Nieistotność Kundery.

Kundera jest jak mit. Już dawno stał się pomnikiem, co ciekawsze jest to pomnik niepokorny, złośliwy i pamiętliwy. Z racji swoich 86 lat wyczynia co wyczynia, dając osobliwą okazję do promocji swoich książek, bo przecież nic się tak dobrze nie sprzedaje, jak niekonwencjonalność.

CSC_0067 (2)

Po czterech latach od esejów (albo eseju) „Spotkanie” i trzynastu po „Niewiedzy”, wydał, co ciekawe, najpierw we Włoszech, a dopiero potem we Francji, gdzie mieszka, cieniutką książeczkę, którą przeczytałem w drodze między kuchnią, łazienką a tapczanem, zdziwiony że to już, zaskoczony, że zapłaciłem za nią prawie 30 zł ( co i tak jest taniej niż w księgarni tradycyjnej).

Streszczenia nie ma co tutaj robić – wydawcy dają zawsze standardowy opis wydarzeń, że czterech przyjaciół, jeden ogląda pępki kobiet i przez to wysnuwa dziwaczne wnioski, drugi mówi w wymyślonym przez siebie języku pakistańskim, a trzeci chce się wybrać na wystawę Chagalla, ale nie chce mu się stać w kolejce. A co wymyślił Kundera dla czwartego, wybaczcie, nie zapamiętałem.

Czytałem gdzieś recenzję, czy coś w tym rodzaju, napisaną przez tłumacza książki, czyli Marka Bieńczyka, i jak się domyślacie, tłumacz znalazł tam szereg ciekawych wątków, problemów i innych takich – śmiem napisać, że tekst Bieńczyka na temat „Święta nieistotności”, był lepszy od samej książki Kundery, ale to daleko idąca złośliwość. Zresztą chciałbym, żeby Kundera napisał książkę zatytułowaną „ Księga złośliwości”, bo przecież na tym zna się doskonale. Przykłady? Zakaz publikacji swoich książek w formie e-booków, jakaś awersja do języka czeskiego, gdyż podobno zabrania publikacji swoich książek w tym języku (czy to prawda? Ktoś wie?). A na koniec zakaz ekranizacji swoich książek, ponieważ „Nieznośna lekkość bytu” go rozczarowała. Powiedziałbym, że nic tak nie przysporzyło mu sławy, jak właśnie ten film, ale może w głowie pisarza, obrazy z książki naprawdę nie pokrywały się z tymi co wymyślił Kaufman, więc mógł dostać szału.

W książce podoba mi się wątek Stalina opowiadającego anegdotę o swoim polowaniu na kuropatwy i ten niuans, mówiący o poczuciu humoru dyktatora i tępocie Chruszczowa. Wymyślanie zdarzeń, które na pewno nie miały miejsca oraz dodawanie do tego filozofii, finezji i trzeciego słowa na „f” czyli fantazji, to najpotężniejszy grzech pisarza, który nie chce być Czechem (niech se tak ma, ja też nie lubię Czechów). Historia z kuropatwami Stalina jest esencją narracji, podobnie jak ten jego żart, żeby na cześć  nie trzymającego moczu Kalinina, nazwać miasto, w którym całe życie spędził nie kto inny, tylko sam Kant.

Podsumowując to wszystko, bo przecież nie warto pisać o zdarzeniach znajdowanych w książce, bo tam się naprawdę nic nie dzieje, a wyłowienie z tego filozoficznej prawdy o randze „nieistotności” przekracza moje zdolności intelektualne, więc podsumowując też „żart”, te kpinę czy marudzenie starca o niczym, musze napisać, że pomarańczowa okładka doskonale przyciąga wzrok i można się spodziewać dobrej sprzedaży. Czy żałuję, że wydałem pieniądze? Nie powiem – niech każdy przekona się sam, bo dla każdego, święto nieistotności odgrywa się na własnym poziomie –  oczytania.

W labiryncie uczuć.

Wgryzanie się w powieść Sigge Eklunda nie jest rzeczą prostą. Autor znalazł pretekst, żeby opisać cztery charaktery, dwa związki uczuciowe oraz relacje rodzicielskie. Posłużył się symbolem labiryntu, żeby udowodnić, że psychologiczne poplątanie potrafi wykreować najdziwaczniejsze sytuacje. Czytamy o małżeństwie Martina i Asy, jak o rozkładającym się układzie, który tak doskonale do siebie przystawał na początku, a rozlatywać się zaczął w momencie, gdy przestali się sobie zwierzać, a ich relacja sprowadziła się do powierzchownych otarć. Do tego galimatiasu z jakimś dziwacznym chłodem emocjonalnym Martina, dokładamy traumy z dzieciństwa i w ten sposób labirynt plącze się w supły, które wydają się łatwe do rozwiązania, a tak naprawdę musza doprowadzić do tragedii.

CSC_0063

Wspomniany na początku pretekst tej powieści psychologicznej, kreowanej jako kryminał, choć nie uświadczysz tam zabójcy, a ofiara jest z góry naznaczona, więc tym pretekstem, jest zniknięcie córki Martina i Asy, jedenastoletniej Magdy, której losy tak naprawdę poznajemy fragmentarycznie, jakby autor użył jej tylko jako środka do wywabienia wszystkich traum rodziców. Magda jest dzieckiem wymarzonym na ofiarę, a jej zaginięcie owiane tajemnicą, choć na końcu Eklund podaje rozwiązanie zagadki, łatwe do przeoczenia przez nieuważnych czytelników.

W losy małżeńskiej tragedii angażują się również Tom i Katja, oboje jakoś naznaczeni, zaplątani w dramat przypadkowo, ale to oni decydują o wypadkach, podobnie jak przyjaciółka Martina Christina, a jednocześnie pacjentka Asy. Tom jest pracownikiem Martina, a Katja higienistką w szkole Magdy i kochanką, kolejną, Martina. Jakby tak wszystko podsumować, to siłą sprawczą dramatu jest właśnie Martin, obciążony śmiercią ukochanego brata, zaniedbujący córkę, zdradzający żonę.

Galimatias powiązań, labirynt uczuć, mroczne tajemnice, wszystko co zamierzacie ukryć pracuje przeciwko wam. Emocjonalne tłamszenie, unikanie rozmowy, brak otwarcia się na drugą, najbliższą osobę, zawsze wciąga w labirynt gorzkich niedomówień i nieporozumień. To nie brak dobrej woli psuje relacje, ale przypadkowe, fałszywe ruchy, które w końcu doprowadzają do ześlizgnięcia się z prostej drogi do szczęścia.

Autor tej psychologicznej rozprawki, którą zaczyna się czytać z nieufnością a kończy w napięciu, to szwedzki celebryta Sigvard Viggo „Sigge” Eklund. Ze skrzydełek okładki patrzy na nas brodaty przystojniak, którego podcasty ogląda co tydzień pół miliona Szwedów. Sam ma dwoje synów i córkę, stad zapewne łatwiej mu było opisać relacje z dzieckiem. Jest synem słynnego szwedzkiego ekonomisty Klasa Eklunda i nawet napisał książkę o swoim dzieciństwie i dorastaniu w cieniu znanego ojca, czego ślady znajdziemy również w naszym kryminale.

Nie dziwię się, że książka wywindowała Eklunda na szczyty i że zaraz przetłumaczono ją na kilkanaście języków – to solidna porcja doskonale przemyślanej psychologii.  Nazywanie takich książek kryminałami pozwala jedynie zwiększyć sprzedaż – przecież jeśli ginie dziecko, nie zawsze musi chodzić o morderstwo, choć zawsze wiąże się to z rodzicami.

Te chwile

Uwaga wszystkie panie – to zapewne książka dla Was. A ponieważ kobiety na ogół czytają więcej niż faceci (z oczywistymi wyjątkami, kochanie), stąd ta informacja wydawnicza o jutrzejszej premierze.

Ja książkę może przeczytam, ale Wy Panie, przeczytacie na pewno

Bezwzględna, okrutnie szczera, głęboko przemyślana i doskonale napisana – „Te  chwile”, najnowsza powieść Herbjørg Wassmo już 3 czerwca ukaże się w polskich księgarniach. Na kartach autobiograficznej książki norweska mistrzyni słowa – autorka „Księgi Diny” i „Stulecia” – kontynuuje rozrachunek z własną rodziną.

Ta książka to całe „jej” życie. „Ona”, bezimienna bohaterka „Tych chwil”, odsłania przed czytelnikami kolejne etapy żmudnej podróży przez swoją intymną historię – od dziewczynki, która dorastała w biedzie w Vesterålen aż do pisarki u szczytu sławy, odnoszącej sukcesy członkini artystycznej elity. Życie „jej” ulepione jest z chwil, a motorem działań i najskuteczniejszym mechanizmem obronnym jest permanentna złość. Na kartach „Tych chwil” marzenia i fantazje nastolatki, zderzają się ze strachem przed molestującym ojcem. Lęki młodej matki, widmo przemocy i zdrady kontrastują z momentami małżeńskiej sielanki, a potrzeba bycia akceptowaną z walką o uwolnienie się od cudzych oczekiwań i ciągłego poczucia wstydu.

O wszystkim Wassmo pisze bez ogródek, z właściwą sobie siłą i szczerością. Pozostaje przy tym subtelna i pełna wrażliwości, co pozwala jej w niezwykle kobiecy sposób oddać dramaturgię najbardziej nieprzyjemnych zdarzeń oraz nakreślić intrygujące portrety bohaterów. Autentyzm z jakim autorka snuje swoją opowieść nie pozostawia złudzeń – „ona” to właśnie Herbjørg Wassmo. Kobieta wrażliwa, silna, diabelnie utalentowana, czasami nieznośna. Dźwigająca przytłaczający bagaż doświadczeń i urazów, pełna sprzecznych emocji – miłości i radości, wściekłości i bólu.

„Te chwile” to wybitne dzieło Norweżki. Z jednej strony powieść-strumień świadomości. Z drugiej zaś, wyjątkowo intensywny portret rodziny żyjącej na dalekiej Północy i pisarki, która „w zaduchu niewykonanych prac domowych, z ołówkiem w ręce, składa słowa”. To poruszająca autobiografia, której początki z łatwością odnajdziemy we wcześniejszych powieściach autorki, m.in. w „Stuleciu” (Smak Słowa, 2014). „Te chwile”, wydane w oryginale w 2013 roku, są dowodem na to, że do Herbjørg Wassmo należy najgłośniejszy i najbardziej wyrazisty z kobiecych głosów w skandynawskiej literaturze.