Jarosław Iwaszkiewicz Dzienniki 1956 – 1963

Iwaszkiewicz niespodziewanie stał się autorytetem – ten pogardzany przez lata działacz, niedoceniany wciąż autor, usadowił się nagle w mojej bibliotece, poczynając od kupowanych w latach 80-tych, przypadkowo, (ale wówczas brało się wszystko, co przypominało choćby literaturę), więc od białych tomów Jego dzieł zebranych Czytelnika, ze złotą maską na okładce, przez kupione z lekką niechęcią „Listy” Anny i Jarosława, aż do nagłego pragnienia przeczytania Sławy i chwały, do czego nie doszło. A teraz mam jeszcze trzy tomy Dzienników, w charakterystycznej, niebieskiej okładce, pierwszy tom rewelacyjnej biografii autorstwa Radosława Romaniuka (kiedy wreszcie będzie tom drugi?), oraz cienką korespondencje Jarosława z Andrzejem Wajdą. Można powiedzieć, że Iwaszkiewicz wdziera się w świadomość literacką naturalnie, stopniowo tracąc ten partyjno-socjalistyczny sztafaż, na rzecz czystej literatury.

DSC_2281

Niestety, ja miłośnikiem pióra Iwaszkiewicza nigdy nie zostałem, wiersze jego nie przemawiają do mnie a opowiadania wolę sfilmowane – natomiast jego biografia, losy, historia i wszystko to, co się dookoła niego działo, stanowią fascynującą przygodę, zwłaszcza, jeśli czytamy o tym w Dziennikach.

Pierwszy tom, obejmujący lata 1911 – 1955, wyszedł w roku 2007. Drugi, otrzymany dzięki bdkultura.pl, ukazał się trzy lata później. Ostatni tom można było kupić w 2011 roku – wszystkie w twardej okładce, porządnie opracowane, z doskonałym wstępem Andrzeja Gronczewskiego.

Czytanie Dzienników Iwaszkiewicza to przygoda szczególna. Zagłębiałem się w czasie świąt w tom drugi, obejmujący lata 1956 – 1963, a więc można powiedzieć najbardziej aktywny okres w życiu pisarza. A jednocześnie autora dopada już starość, choć przecież my to wiemy, dożyje roku 1980. Doskonale uzupełnia ten jego stan ducha, przypomniany przez telewizję film Wajdy „Panny z Wilka”, gdzie grany przez Daniela Olbrychskiego Wiktor, wchodzi w zmierzch życia, zdając sobie sprawę, że to co najlepsze, już się zdarzyło, a największym grzechem, byłoby nie dostrzec własnego szczęścia.

Iwaszkiewicz jeździ po świecie, bierze udział w konferencjach, występuje, peroruje, reprezentuje, animuje, przewodniczy –  jako zaufany pisarz władzy ludowej, a jednocześnie szuka swojego szczęścia, zachłannie i drapieżnie. Nie brak mu megalomanii, kiedy pisze jaki jest wielki i jak brakuje mu konkurencji, jak narzeka na prowincjonalizm kultury, w której musi egzystować, jak wiele czerpie z częstych podróży do Rzymu czy Wenecji, gdzie ogląda swoje ulubione obrazy.

Można również śledzić wątki erotyczne, miłosne historie pisarza, skomplikowane stosunki z żoną Anną, lecz najbardziej wstrząsające są chyba notatki o śmierci Jurka Błeszyńskiego, miłości Jarosława, która dała mu tyle szczęścia, a jednocześnie pokazała cały absurd, pozornego bycia razem, fikcji kochania w tamtych czasach, wspólnoty a jednocześnie rozbieżności. „Kocha się nie erotyzmem, nie marną pieszczotą, ale jakąś ludzką jednością, wspólnotą cierpienia i śmierci. Myślę, że tak może kochać tylko mężczyzna mężczyznę, i że w tym tai się nagroda dla nas – okaleczonych – za wszelkie rozpacze miłości jednopłciowej.”

Iwaszkiewicz uwielbiał pławić się w blasku władzy, ściskał ręce Chruszczowa, Cyrankiewicza, Gomułki, reprezentował tę zaściankową, buraczaną krainę, dowodzoną przez tępych głupców, a jednocześnie jako prezes Związku Literatów potrafił kierować najlepszym pismem literackim w Europie, czyli Twórczością. Czytanie Dzienników to fascynująca podróż w przeszłość, historyczny melanż, a jednocześnie literatura najwyższych lotów. Wszyscy ci, którzy nienawidzą polityki, znajdą choćby zachwyty nad obrazami Caravaggia. 9 lutego 1961 roku, Jarosław odwiedza kościół Santa Maria del Popolo: „Oczywiście niespodzianka – koń w obrazie św. Pawła stoi w przeciwnym kierunku, niż sobie zawsze wyobrażałem. I w ogóle we wspomnieniach widzę zupełnie inny obraz!”

Ja mam stamtąd pocztówkę, więc zaraz sprawdzę co z tym koniem …

Wszystkie trzy tomy Dzienników dostępne są na www.bdkultura.pl

Levi Henriksen „Śnieg przykryje śnieg”.

„Śnieg przykryje śnieg” to lekko przewrotny tytuł książki – w języku norweskim brzmi to lepiej: „Snø vill falle over snø som har fal”. W tej zagadkowej frazie ciężko odnaleźć odniesienie do treści, (jeszcze bardziej zagadkowo brzmi tłumaczenie z norweskiego: śnieg, spadnie na śnieg, który spadł), ale doskonale wwierca nam w głowę krajobraz, wzmocniony rzecz jasna okładką.

DSC_2276

Skandynawowie szturmują nasz rynek wydawniczy, przekonani, że taka dobra passa nie może trwać wiecznie. Póki co, podsuwają nam pod czytelniczy nos już nie tylko klasyczne kryminały, ale i książki, które zdobyły w tych skutych nieustającą zimą krainach rozgłos, sławę bądź inne laury.

Levi Henriksen wykuwał swą sławę powoli, bo urodził się pięćdziesiąt lat temu i do tego czasu nagrał kilka płyt jako basista rockowy. Zadebiutował w roku 2002, a już w 2004 napisał książkę, za którą otrzymał trochę nagród oraz sławę, pozwalającą mu otrzymać pieniądze za tłumaczenie „Śnieg przykryje śnieg” na język polski. To jego pierwsza książka wydana u nas i jeśli się spodoba, zapewne otrzymamy kolejne, rozgrywające się w tej zmyślonej przez autora wiosce Skogli, która tak naprawdę nie istnieje, a autor opisuje życie w Granli, wsi położonej kilka kilometrów od miasta Kongsvinger, gdzie pisarz mieszka.

14 stycznia Henriksen trafi do polskich księgarń i należałoby wszystkich uprzedzić, że stawianie książki na półkach z kryminałami jest nie do końca odpowiednim wyborem. Nie dostajemy klasycznej intrygi, a śmierć dopada jedynie złych ludzi. Ale co to za śmierć – przypadkowa i nieprzewidziana, forsująca dobre zakończenie, którego i tak oczekiwaliśmy. Streszczając powieść nie ustrzeżemy się schematów: skazany na dwa lata odsiadki, za przemyt narkotyków, Dan Kaspersen wraca do rodzinnej wioski i musi się zmierzyć ze stratą brata, nieufnością policji oraz bandą nikczemników, którzy na swój prosty sposób, starają się go sprowokować i wplątać w niezawinione grzechy. Nie smućcie się, jest też kobieta, jak zwykle cierpliwa, wyrozumiała, piękna – taka, jakiej wszyscy oczekujemy, śniąc i marząc, że wyciągnie nas zawsze z najciemniejszego lasu upokorzeń.

Jeśli pojawia się kobieta idealna, to wiemy już na pewno, że wszystko dobrze się skończy. Nasz bohater wraca do czasów dzieciństwa, przetrawia swoje życie, stając na rozdrożu, zastanawiając się, który wariant losu wybrać, a wszystko to na tle norweskiego folkloru, czyli nieustającej zimy, śniegów, mrozów i pękających rur. Jakby na to nie patrzeć, wolimy słoneczne łąki i zapach lasu na wiosnę, a jednak ciągnie nas do czytania o tym, jak ludzie marzną albo gubią rękawiczki w śniegu. Zapewne jest to perwersyjna przyjemność ze świadomości, że inni mają gorzej.

Dla miłośników motoryzacji ważną rolę w powieści odgrywa kultowy ponoć volvo Amazon, a dla fanów słynnych skórzanych kurtek, jest uwielbienie dla grupy Ramones.

To szybka lektura dla miłośników skandynawskich klimatów, dobrze napisana i wciągająca – kłopoty bohatera lekko nas irytują, jakby sam chciał sprowokować los do wymierzenia sobie kary za zmarnowanie życie, ale jak to bywa w tego typu książkach – nie lękajcie się – sprawiedliwość zawsze triumfuje, choćby temperatura spadała poniżej  minus 25 stopni.

Drach.

Nie mogę się za Dracha zabrać od rana – to brzmi jak początek discopolowego przeboju, który można usłyszeć na antenie popularnego u większości wrocławskich taksówkarzy, radia Vox FM. Jak by na to nie patrzeć, Drach nie może się doczekać. Od porannej audycji profesora Mirosława Perza wiem, że dziś ma być Drach opisany, zakonserwowany tutaj i zaliczony, wpisany na listę, odłożony na półkę. A tymczasem nikt mnie nie uprzedził, że serial „The Fall” z Gillian Anderson może skutecznie od Dracha odciągnąć. Poza tym czuję się tak, jakby nikt poza mną serialu „The Fall” nie oglądał – jeśli się mylę proszę podnieść rękę.

DSC_2226 (2)

Założyłem sobie, że czytając codziennie 50 stron Dracha, skończę go we wtorek – książka ma niecałe 400 stron, więc dla umiejących liczyć, zaliczenie jej zająć mi powinno dni osiem. Ale Drach wciąga, lekko narkotycznie zasysa, zwłaszcza, że można go czytać względnie szybko, przelatując niezrozumiałe fragmenty, rozwleczone powtórzenia i niemieckie dialogi. Dlatego najnowszą książkę Twardocha skończę już dziś, przed terminem. Historia zawarta w Drachu stężała jest, zarośnięta, wciśnięta w mały kawałek śląskiej ziemi; przemielone w niej losy rodziny, wypluwane są systematycznie przez Twardocha, choć nie chronologicznie.

Czytając recenzje natykamy się na zdania, jakoby dawne pokolenia serwowały sobie życie bardziej namiętne, złożone poprzez wojny, ciężką harówkę i proste zasady. Przeciwstawiają się nam losy Josefa, bohatera, którego lubimy od samego początku, z losem Nikodema, który zdaje się nam niesympatycznym i chwiejnym w swych wyborach. Josef to mężczyzna reagujący instynktownie, którego wiatr historii niesie, ubezwłasnowolniony koniecznością odpowiadania na uderzenia losu, mordujący, kopulujący, wariujący, niezależnie od siebie. Nikodem, jego kolejne, współczesne wcielenie, to wyrachowany architekt, biorący z życia to co najlepsze, lekko zmanierowany, pokazany przez autora lekko mdławo, jakby Twardoch z miejsca chciał nam podpowiedzieć, kto tu jest lepszy, kim z tych dwóch chciałby zostać.

I taka tam historia ziemi i ludzi, głównie umierających, bo każdego nam Twardoch podaje od początku do końca, a na okładkach do tego narysował nam mapę z Rybnikiem, Zabrzem i Gliwicami oraz tym co pomiędzy, gdzie ludzie się rodzą, mordują i kopulują. Mnie to akurat historia Górnego Śląska mało obchodzi, te sagi rodzinne, modre kapusty i żury ze słoniną, ale dla kilku milionów tam żyjących może to być przeżycie i oni z pewnością zrozumieją niemieckie zdania i śląską gwarę.

Co sprawia, że Drach jest jakoś lepszy od Morfiny? – nie wiem. Pewnie coś w narracji, zagłębianiu się w losy, kibicowaniu bohaterom, okrucieństwu wojny, które zawsze nęci, erotycznym zapasom i jakiemuś rozmachowi, zwłaszcza w przytaczaniu szczegółów uzbrojenia, technicznych aspektów użytych czołgów, pistoletów czy armat. A gdyby tak uporządkować narrację i napisać to wszystko po kolei i z zachowaniem chronologii? Czy nie otrzymalibyśmy dzieła przejrzystego i zjadliwego? Twardoch jakby chciał zawrzeć pełną syntezę opisywanego kawałka Śląska i nie waha się cofnąć aż do wojen husyckich, nie waha się nawet wplatać w opowiadanie losów saren, zamieszkujących okoliczne lasy. No i dobrze, nie bardzo, jak by powiedział Sabała.

Na okładce znowu mamy twarz, podobnie jak w Morfinie. Początkowo myślałem że to  Leszek Miller dał się uwiecznić, ale jak rozłożyć okładkę, powiększyć ją o skrzydełka, to jak nic wyłania się twarz Wojtka Waglewskiego Dwóch Wojtków Waglewskich.

Twardoch ostatnio pojawia się na zdjęciach w swoim nowym domu, zbudowanym z pieniędzy, które zarobił na Morfinie. Jak tak dalej pójdzie, to za Dracha pewnie kupi sobie las, z tymi sarnami w dziesiątym pokoleniu, które opisał. Nie ma czego zazdrościć – zapewne pan Szczepan ma do siebie jakiś tam dystans, który chciałby również okazywać nam, czytelnikom, choćby w wyjaśnianiu co znaczy tytułowy Drach. Mówią, że smok, że demiurg jakiś, ziemia –duch, chuj wie co. Jak się to czyta, to człowieka denerwuje ten ton wywyższania się narratora, ta jego wszechwiedza, powtarzanie, że nic nie jest ważne, ze nawet czas nie ma znaczenia. Bo przecież drach to latawiec – nie żaden smok, duch czy bóg wie co. I do tego kwadratowy.

Bez ustanku. Autobiografia Paula Bowlesa.

Paul Bowles zajął należne mu miejsce w rzędzie pisarzy ulubionych, których książki nie zgubię, nie pożyczę i nie sprzedam na Allegro, dopiero w roku 2014 i to za sprawą wydawnictwa Świat Książki, które w atrakcyjnej oprawie graficznej, daje mi regularnie Bowlesa po kawałku. A przecież z łatwością przypominam sobie tego starego człowieka, siedzącego w kawiarni na afrykańskim wybrzeżu i jego głos komentujący losy bohaterów „Pod osłoną nieba” w filmie Bertolucciego, jakby zapowiadając moją nim fascynację w przyszłości.

DSC_2223

Po przeczytaniu pierwszej książki Bowlesa, zachwyt nie był stanem, który miałby mi towarzyszyć w momencie dzielenia się wrażeniami z kimś zainteresowanym – było to raczej uczucie, które nas ogarnia w momencie zwiedzania wymarzonego miejsca w odległym zakątku świata, którego wyobrażenie nosiliśmy od czasów dzieciństwa, a teraz dostaliśmy to wreszcie do skonsumowania. Proza Bowlesa to nie fajerwerki stylistyczne – przecież był kompozytorem, ale dziś nie z tego jest znany– napisał kilka powieści i szereg tekstów podróżniczych. W „Autobiografii” potrafił opisać swoje życie w sposób fascynujący, choć może lepiej napisać, że ponieważ miał tak bogate życie, udało mu się zainteresować nim publiczność. Urodził się na początku wieku a umarł po 89 latach, więc miał o czym pisać, zwłaszcza, że spotkał niezliczoną ilość osób i zwiedził jeszcze więcej krajów.

Dzieciństwo Bowlesa to ciąg świetnych historii, pokazujących osobowość przyszłego pisarza, zanurzonych w tej przejmującej rzeczywistości sprzed stu lat, kiedy nie dość, że nie było Internetu to jeszcze nikt nie myślał o telewizji. Z doświadczenia oraz historii wiemy, że jeśli ktoś ma zostać pisarzem, powinien zacząć we wczesnym dzieciństwie, pomagając sobie wyobraźnią oraz tym, co dostrzeże w otoczeniu, roić historie, przelewać je na papier, dawać do oceny i nie przejmować się opiniami dorosłych. Młody Paul wychowany w zamożnej rodzinie, pretensje mógł mieć jedynie do swojego ojca, który według relacji babki Paula, zamierzał go uśmiercić w wieku niemowlęcym, z powodu zazdrości, że matka poświęca mu aż tyle czasu. Nie dowiemy się już, na ile prawdziwa jest ta historia z wiklinowym koszyczkiem i przyszłym kompozytorem, wystawionymi na mróz przez okrutnego ojca, chyba, że zainteresowane osoby porozumiały się jakoś w zaświatach, ale stosunek nienawiści do ojca, pojawiający się na początku autobiografii, zanika od momentu usamodzielnienia się pisarza, co nastąpiło gwałtownie i niespodziewanie, gdyż 19 letni Paul postanowił pojechać do Paryża, nie informując o tym rodziców.

Podobnie jest z jego homoseksualizmem – nie dostajemy żadnych wskazówek co do tego faktu, choć dokładnie opisuje bliskich mu mężczyzn, ale nie wiemy do końca, z którymi wylądował w łóżku – jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Tak więc nie jest to sentymentalno-uczuciowa autobiografia natchnionego artysty a raczej w sposób zwięzły ale bardzo ciekawy, przekazanie nam kilku przygód bogatego życia, ułożenie sobie z tego mniej więcej całości, natomiast w żadnym wypadku nie dowiemy się, czy Paul kochał swoją żonę Jane, czy raczej tolerował. Zapewne też lubił z nią przebywać, tak jak ona lubiła kobiety.

Bowles spotkał w swoim życiu całą tę śmietankę towarzyską zaludniającą Paryż, Nowy Jork i inne tego typu miejsca, w okresie przed i po wojennym; bardzo często widywał się z nimi zanim jeszcze zostali sławni – Dali i Gala, Sartre, Capote, Tennessee Williams, Strawiński, Gertrude Stein, a nawet Marlon Brando, choć telefonicznie. A nade wszystko Maroko, czyli to miejsce na ziemi, które ukochał najmocniej. Dla miłośników podróży serwuje szczątkowe relacje z licznych wypraw po Meksyku, Cejlonie, Indiach czy Afryce, zapewne jedynie naszkicowane z braku miejsca a dokładnie opisane w pismach podróżniczych, które oczywiście mam, ale z rozmysłem nie czytam, czekając na odpowiedni moment, bo smakować będą wyjątkowo tylko wówczas, kiedy będę je czytał w trzęsącym się na wybojach marokańskich, autobusie.