Murakami znowu.

Czego brakuje Harukiemu, żeby zostać dobrym pisarzem?  No dobrze, on jest dobrym  pisarzem, z wyrazistym stylem, rozpoznawalnym i czytanym, pewnie u nas szczególnie intensywnie. A jednak ja wciąż się czepiam, jednocześnie nie odmawiam, kiedy mogę o nim napisać. „Słuchaj pieśni wiatru” oraz „Flipper roku 1973” to debiut, odłożony pewnie na bok, z racji niezdecydowania tej prozy, jakby wprawek warsztatowych, z których później wyłoniły się klasyczne utwory pisarza, dzięki którym stał się znanym. Co ciekawe, jesteśmy pierwszym krajem w Europie, który te wprawki przetłumaczył i wydał.

Właściwie mamy już tutaj wszystko, co charakteryzuje Murakamiego, wszystko co denerwujące w tej prozie i wszystko co do niej przyciąga. To szybka lektura, załatwiamy się z tym raz, dwa, trzy, w kilku doskokach, nawet układ tych krótkich mini powieści sprzyja szybkiemu czytaniu, ponieważ składają się z małych rozdzialików, przez które przeskakujemy bez wysiłku, a jeśli są dłuższe fragmenty, można umiejętnie prześlizgnąć się przez tekst, bez uszczerbku, bez utraty kontroli nad akcją, bo jej prawie nie ma; jak wiemy, dzisiejsze powieści Murakamiego, przypominają cukrową watę, w którą poupychano trochę kolorowych cukierków – umiejętność łowienia tych smakołyków nie jest wielką sztuką, trzeba mieć jedynie praktykę.

Tu się przyznam, że debiutanckie wprawki Murakamiego perwersyjnie mi się spodobały. Świat jest prosty i wyraziście uporządkowany, bohater to przezroczysty fantom, żyjący na uboczu, nie realny, wymyślony jak Godzilla albo mechaniczny robot kuchenny. I nie ma znaczenia, czy czytam o Szczurze czy bezimiennym narratorze – obaj są wydestylowani z życia. Narrator to fascynujący przykład kogoś, kim sam chciałbym być, doskonale wpasowany w świat, który jednak sam go omija szerokim lukiem, podsuwając jedynie wygodne rozwiązania – urządzenie i mechanizm świata, przygotowano pod bohatera; muzyka i jedzenie, kobiety i praca: wszystko to rozkłada przed bohaterem nogi w cudownym, wypranym z głębszych uczuć schemacie. Bohater ma jedynie myśleć, zastanawiać się nad kompletnie zbędnymi problemami, ma trwać w jakimś marazmie, zanurzony w tej wspomnianej wacie jak mucha w pajęczynie.

Rozbrajają mnie natomiast takie teksty, w których sugeruje się, co autor chciał wyrazić, np. „zapisując wiele liczb cyframi, zamiast słownie. … podobno zastosował ten zabieg, by pokazać dążenie bohatera do zrozumienia i zdefiniowania otaczającej go rzeczywistości…” No wybaczcie, ale większych bzdur dawno nie czytałem; to jest ta tajemnica dla czytelników: dajemy wam coś, czego i tak nie zrozumiecie, ale to jest tak trudne, że sami się gubimy, jednak pamiętajcie, w tym cos jest, na pewno jest to głębokie i nieosiągalne dla większości, ale może tobie się uda coś zrozumieć.

Murakami jest mistrzem w budowaniu krótkich scenek, dialogów, sytuacji: do baru wchodzi kobieta, zaczyna się interakcja miedzy bohaterem a kobietą, rozmawiają, zachowują się nieracjonalnie albo zwyczajnie, opis jest drobiazgowo doskonały, w krótkich zdaniach widzimy wszystko jak na dłoni, scenka się kończy i rozpływa w niebycie, nie wiadomo po co się zdarzyła, ale przecież takie jest życie, że nie wiemy po co jest i dlaczego tak krótko. Rozmawiają dowcipnie, erudycja narratora zadziwia, on doskonale wie jak chce to opowiedzieć, czasem zabłądzi ale czyta się to z przyjemnością, jak zjedzenie loda pistacjowego, choć po zjedzeniu zapominamy co jedliśmy, a smak pozostaje trochę dłużej. Bohater czy tez Szczur stoją przed jakimś wyborem życiowym, coś się zaraz stanie, choć nie wiemy co i po co, ich życie się zmieni choć wydaje się, że tylko lekko przekręci, że oni zostaną tak czy inaczej w tej swojej malignie, w tym doskonale wypranym, białym podkoszulku i jakąś kobietą w pobliżu.

Czytanie Murakamiego to przyjemność estetyczna, a opisywany los nie chce skręcić w jakiś mięsisty obszar, tylko ślizga się na powierzchni, jak podskakujący na wodzie płaski kamień, rzucony nie wiadomo przez kogo i dlaczego.

Z tą prozą jest właśnie tak: „Lecz kiedy spojrzałem w ciemność, w której tu przyszliśmy, zdawało mi się, że wszystko w niej także należało, do niepewnej kategorii „być może”. Bo wyraźnie możemy jedynie postrzegać dany moment teraźniejszości, a i on jedynie przez nas przemyka” Takich fragmentów znajdziemy tutaj wiele, sprawiają, że zaczynamy czuć się dziwnie, zastanawiając, czy to metafizyka czy oszustwo. I do końca nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy robi się nas w konia, czy też powinniśmy się nad tym zastanowić głębiej. Ja próbowałem, tylko chyba mi nie wyszło. Zawsze jednak pozostanie obraz narratora, który kładzie się do łóżka, pomiędzy głęboko śpiące bliźniaczki bez imion, rozróżniane jedynie po bluzach i swetrach, kładzie się spać, jakby oddawał pod opiekę uczuć, które i tak w końcu go opuszczą bez przyczyny.

(niestety nię będzie już zdjęć, bo podobno wypełniłem limit; dobrze, że są mojeksiążki-nowe)

Tylko kryminały.

Wczoraj widziałem jak Marcin Świetlicki pokazywał swoje książki. Może bardziej fascynowało jego bezładne łóżko przykryte kocem, ale równie zaskakująca była półka z kryminałami. Wszyscy czytają kryminały, nawet Kaja Malanowska wzięła się za ich pisanie, pewnie zrozumiała, że to teraz najbardziej dochodowa forma pisarstwa. Podobno gdzieś tam zachwycają się polskimi kryminałami, jakby w przeciwwadze do tych skandynawskich. Niepostrzeżenie kryminałami zaczynamy się zaczytywać, nie zawsze słusznie, nie zawsze dobrymi, nie zawsze potrzebnie. W ramach protestu nie kupiłem (jeszcze) najnowszej produkcji Mariusza Czubaja, bo stwierdziłem, że to już przesada. Kryminał jako odskocznia, proszę bardzo, ale kryminał jako wyłączność – nie dajmy się zwariować.

Długi weekend majowy sprzyjał oddaniu się nałogowi czytelniczemu i choć niektórzy przysypiali przy „Śmiesznych miłościach”, reszta mogła podczas długich podróży autobusem przeczytać co nieco. Zebrał się niepostrzeżenie zestaw kryminalny, zaliczony niemal jednocześnie, co daje możliwość porównań i gwarancję subiektywności. Wyliczmy więc  po kolei”

  1. Jo Nesbo „Łowcy głów”
  2. Marcin Wroński „Haiti”
  3. Nadia Schulz „ Kroniki Klary Schulz. Zniknięcie Sary”
  4. James Craig „Zło czai się w cieniu”

CSC_0564

Nie ma co pisać o Nesbo. Wiadomo, jak mówisz, moja droga, wiadomo. Pamiętam film nakręcony na podstawie Łowców – dobry film, obejrzany przed lekturą. Może to i dobra kolejność w tym przypadku, bo potem czytając, widziałem postaci filmowe, a nawet wiedziałem co się wydarzy, co wbrew pozorom podkreślało jeszcze napięcie. A więc zostawmy Nesbo w spokoju, czekając na kolejnego Harrego Hole, który już niebawem.

Najsłabsze są „Kroniki”. Znać tu debiutantkę, widać szwy, ślizganie się typowe dla braków warsztatowych, słabe wypełnianie wszystkiego co nie jest dialogiem. Trochę broni się intryga, ładnie wypada Wrocław sprzed 100 lat, dobrym pomysłem są stare zdjęcia, ale Nadia z demonicznego zdjęcia na obwolucie jest dopiero na drodze, choć przecież nie jest to droga skazana na miałkość, o ile autorka będzie konsekwentna, a jeśli nawet spocznie w tej wypracowanej konwencji, to kolejne książki o młodej mężatce-detektywie, jej ojcu i mężu, którzy w Bresalu rozwiązują zagadki, nawet bardziej karkołomne niż w powieściach Marka Krajewskiego, więc o ile autorka zatrzyma się i nie pójdzie dalej, to i tak zyska grupę wiernych czytelników, bo  pisać potrafi.

Finalistami dzisiejszego odcinka są Wroński i Craig. Jeśli miałbym wybierać lidera, potrzebowałbym postawić na szali walory każdej z tych książek i zważyć dowcip Craiga z poczuciem humoru Wrońskiego, sprawność i zwięzłość Szkota z elokwencją Marcina. I tak dalej, posuwalibyśmy się porównując rzeczy, których nie da się sprawdzić inaczej, niż przepuszczając je przez osobistą przyjemność.

Wydawca zmienił tytuł oryginalny Buckingham Palce Blues na „Zło czai się w cieniu” – jeden i drugi tytuł warte są siebie – oba beznadziejne. Wyobraźmy sobie autora myślącego trzy noce jaki tytuł powinna nosić jego świetna książka. Do tego wydawca podsuwa swoje durne pomysły i w końcu zamiast intrygującego mamy bełkotliwy tytuł. Z drugiej strony kto dziś ocenia książkę po tytule – dziś to wytwór marketingowy oparty na sławie autora i jego wcześniejszych dziełach, przemieszany z obrazkiem na okładce i kilku entuzjastycznych recenzjach, nie zawsze wiarygodnych. Wroński przynajmniej postawił na zwięzłość – tytuł jest imieniem konia, który przewija się przez karty a przecież i tak zostanie zmielony na mięso.

Craiga to już trzeci kryminał z inspektorem o trudnym do wymówienia nazwisku, facecie, którego lubimy jak komisarza Maciejewskiego, choć różni ich wszystko, poza sprytem, zawziętością i poczuciem sprawiedliwości, niekoniecznie dziejowej. Carlyle to outsider ale zazwyczaj zwycięski, ułożony, ustatkowany i rodzinny, czego Maciejewskiemu brak, bo nawet ukochana usiłuje go zdradzić, czemu się zresztą nie dziwię. Zalet Maciejewski ma   niewiele, a kończy marnie, przynajmniej w tym odcinku, choć i wcześniej nie było lepiej.

Nie warto porównywać tych świetnie napisanych książek – warto czytać je jednocześnie, co tez uczyniłem i nie żałuję, a ponieważ nie piszę o autorach tutaj po raz pierwszy, stąd chciałbym bardziej skupić się na wrażeniach a nie warsztacie. Dobre książki rozsiewają wokół siebie nostalgiczną mgiełkę a rozstanie z bohaterami jest lekko traumatyczne. Jeśli kryminał zastępuje dziś poważną literaturę, to niech to będzie dobrze skrojone i smaczne. W tych obu przypadkach mamy herbatę z ginger and honey, oczywiście jeśli ktoś lubi dobrą twinings a wszystkie inne sagi czy liptony proponuję zignorować. Bo herbata powinna być sypana a nie w torebkach, tak jak kryminał powinien niepokoić, jak pokryte niebieskim kocem lóżko Świetlickiego.