Milcz nawet po śmierci.

       Recepta na napisanie dobrego kryminału jest identyczna jak na dobrą literaturę: po prostu trzeba umieć pisać. Zagmatwanie intrygi nie świadczy o talencie opowiadacza – czytelnik nie znosi gubić się w zawiłościach akcji, mylić postaci, tracić wątek – chcemy czytelnej drogi od siekiery do stryczka. James Craig wymyślił schemat banalnie prosty: oto zły Chilijczyk Matias Gori usuwa z tego najlepszego ze światów osoby zajmujące się jego przeszłością w siłach specjalnych, zamieszanych w morderstwa roku 1973 oraz wynajmowanych jako najemników w misjach irackich, odpowiedzialnych za masakry ludności cywilnej. I już, to jest oś kryminału, zabójstwa kobiet i kręcący się wokół tego policjant Carlyle, znany już tym wszystkim, którzy przeczytali pierwszą książkę Craiga przetłumaczoną na polski, czyli „Londyn we krwi”. O ile motywy działania mordercy zdają się lekko naciągane, bo uśmiercanie kobiet w Londynie jest raczej ryzykowne a zagrożenie ze strony mało znanej organizacji przesadzone, to reszta rozgrywająca się wokół codziennej pracy inspektora budzi zaufanie. Przede wszystkim sama postać Carlyle’a zanurzona w codzienności z jego namiętnościami, sympatiami, rodziną, poglądami narysowana jest z ujmującą prostotą a sprawy, którymi się zajmuje niejako obok głównej akcji, uwiarygodniają te postać.

        To się dobrze czyta. Zaczynamy od dziwnego morderstwa starszej kobiety a jej mąż z łatwością daje się wrobić w schemat mówiący, że pierwszym podejrzanym zawsze jest ktoś z najbliższego otoczenia – policja rutynowo nie chce zauważyć niczego ponad narzucające się wnioski, nie interesują jej motywy – nie łudźcie się – jeśli zabijecie kochankę, zawsze to was najpierw wsadzą do ciupy. Policja to nie są inspektorzy z seriali, to udręczony nie zjedzonym śniadaniem człowiek, który jak najszybciej chce wrócić do domu albo napić się piwa z kumplami.

       Craig jest Szkotem jak Sean Connery, mieszka w Covent Garden w Londynie i z przyjemnością opisuje miejsca, w których bywa. Miewa erekcje i usiłuje swój zawód wykonywać porządnie – mamy w książce szereg obrazków z codzienności miasta, rozpędzone ciężarówki, żebraków, handlarzy narkotyków a w tle wielką politykę i tych wszystkich zdeprawowanych władzą prominentów, którym nigdy nic nie się nie stanie, nawet jeśli sympatyczny policjant wie o nich więcej, niż oni by chcieli.

         Stawiam Craiga w kolejce obok Mankella, za Nesbo przed Cegielskim, dwa kroki za Wrońskim. To nie jest labirynt, nie fascynuje złożonością, to zgrabnie podana rzeczywistość do której chce się wracać, przeczytać szybko i ze smakiem, bardziej żeby poznać perypetie rodzinne inspektora, momenty kiedy nie jest w pracy, kiedy je na śniadanie swoje ulubione ciastka albo kiedy pożąda żony. Właśnie tak – słabości policjanta są łagodne jak opinie Zbigniewa Bońka o Fornaliku; aż czekam na kolejne odsłony londyńskich dziejów Carlyle’a, żeby wreszcie choć trochę się zeszmacił, choć wiem, że bohaterom książkowym to nie służy i zawsze powinni wygrać z pokusami tego świata, ale nie wiem czy przyjaźń z mafijnym bossem narkotykowym, choć takim z zasadami i jakoś tam ujmującym swoją szlachetnością, nie naciąga się tutaj zbyt zgrzytliwie, bo inspektor stąpając po tej czerwonej linie albo się na tym przejechać musi albo jego przejadą.

             Książka ukazuje się w środę, jutro autor przyjeżdża do Polski, miejmy nadzieję, że będzie witany jak snajper reprezentacji San Marino na stadionie Polonii Warszawa.

 

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.