Kuchnia Deptuły.

 

        Niepokojące jest dotknięcie okładki; ma w sobie coś lepkiego, gruba i „mięsista”, choć to ostatnie słowo ma własną rezerwację; okładka i format mnie, kapryśnego, niepokoi na tyle, że boję się wziąć książkę do ręki. Koszmarny rysunek na sam początek spotkania zastanawia – esteci mają dylemat, czy w ogóle się zapoznać, inni mijają bez słowa i myśli a wielbiciele kulinarnych podskoków być może się zastanowią, czy Deptuła gotował już w TVN-ie.

         Dość zrzędzenia – „Literatura od kuchni” jest jak nieogolony Oliwer Janiak, tfu, wręcz odwrotnie, źle opakowana, smakuje dopiero w użyciu. W nagłym zwrocie akcji kupowania sobie prezentu na urodziny, które? nie pamiętam (czy są na pokładzie językoznawcy? czy pisząc to zdanie, po „które” dając znak zapytania, dalej ruszamy z dużej litery? ale to ciąg dalszy zdania, zatrzymujemy się w połowie myśli, więc należy chyba kontynuować myśl bez rozdzielania się dużą literą – pewnie trzeba zajrzeć do Prousta, jak on sobie z tym radził), więc w desperacji zażądałem Deptuły, nie licząc na nic więcej ponad ciekawostkę.

           Przyznaję – po tym mętnym początku mam o książce tylko bardzo dobre zdanie, powiem więcej, czytanie tych kawałków sprawia mi rozkosz, bo pozwala smakować literaturę. Przepisy jedzeniowe są pretekstem, żeby sobie popisać o książkach – krótkie eseje o ulubionych pozycjach, skondensowane artykuliki niby wokół potraw, ale gdyby żarcia nie było, smakowałoby podobnie. Nasuwa mi się porównanie do Bieńczyka, który pisze z jeszcze większą erudycją, ale jakoś mnie nuży i zniechęca, jakby nie potrafił chwycić i uwieść, gdy tymczasem Deptuła mi dogadza – może mamy podobną percepcję?

            Literatura sczezła, zeszła do podziemia, mam wrażenie, że wszyscy, łącznie ze mną, czytają tylko kryminały, bezpłciowe fantasy, albo erotyczne wynurzenia grafomanek. Miałem szczęście, że wszystko  co potrzeba, przeczytałem w młodości, kiedy Internet się nie śnił a TV kłamała.  Ale może tylko mi się wydaje i jakieś zmysłowe dziewczyny czytają teraz z wypiekami Musila, Kafkę czy daj Boże Faulknera.

             Mam w komputerze „Pogardę” Moravii, czasem sobie podczytuję tę prozę niewysublimowaną; piszę: podczytuję, bo co to za czytanie z komputera, ja mogę tak przelecieć Grzegorzewską, ale Alberto nabiera smaku w dłuższych wymianach – nie ważne, nie o tym chciałem, nie o tym… otóż Pogarda idzie na ogień pierwszy w tomie kuchennym, przepis na majonez jest na końcu, ale smaczny to jest tu tekścik, bo Deptuła posiłkuje się naszym znajomym Beigbederem i podsuwa nam wyjaśnienie konfliktu bohaterów. Przyznam się, że jako miłośnik filmu Godarda, za każdym razem zadawałem sobie pytanie dlaczego Emilia tak upokarza Riccarda – Biegbeder twierdzi, że inteligentny pisarz stał się ofiarą własnej miłości, przeświadczony, że ochroni go ona przed wszystkimi przeciwnościami losu, ale tak naprawdę, przez tę swoją miłość był zbyt słaby, bo miłość odsłoniła go, wydając na pastwę codzienności: „Panowie nie słuchajcie swoich żon, jeśli chcecie, żeby was podziwiały” – pewnie coś w tym jest.

              Jeśli na początek dostaję jeden z ważniejszych dylematów literackich do przeczytania, a dalej Gepard zwany wcześniej Lampartem, Proust i cała menażeria od Czechowa do Simenona, to ja to kupuję – lubię czytać niezbyt długie kawałki analiz literackich, a właściwie małe smaczki, dobrze sklejone, mądrze podane, chwytające sedno i w tej samej tonacji w jakiej ja o nich myślę.

          Szkoda, że nie można było zainwestować w te teksty, wcześniej umieszczane w Internecie, że nie można było dać im oddechu i oprawy, niekoniecznie kulinarnej. Trudno. Najważniejsze, że można  sobie czasem poczytać kawałki o ulubionych książkach, a kto chce coś ugotować, to niech se ta warzy, na zdrowie.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.