Karaluchy Nesbo – konkurs.

Harry Hole to mój ulubiony outsider XXI wieku. A takich gości lubimy, bo łatwo się z nimi identyfikować, kiedy nie wszystko w życiu nam wychodzi, sprawy się gmatwają i nie wiadomo co robić. Zawsze wtedy mamy kogoś, kto już tak zupełnie stoczył się na dno, że nasze problemy przy jego, wydają się mrzonką. Harry, niczym Philip Marlowe, jedyny sprawiedliwy w skorumpowanym świecie, nie może być szczęśliwy, bo szczęście zarezerwowane jest dla innych, a on nie potrafi w nim pływać. Zostawiłem go właśnie umierającego obok szczura, który za chwilę wgryzie się w jego ciało, ale moja wiara w tę śmierć, jest jak przekonanie o zamachu smoleńskim.

Harry wróci, jak zawsze na dnie, jeszcze dalej od swojej Rakel, a ja wracam do Karaluchów, przeczytanych jakiś czas temu, a teraz pojawiających się ponownie, dzięki audiotece.pl i Wydawnictwu Dolnośląskiemu, w postaci audiobooka. Otrzymałem 4 audiobooki Karaluchów do ściągnięcia ze strony
http://audioteka.pl/karaluchy,produkt.html
i oczywiście mogę się z Wami nimi podzielić. Ale żeby nie było za miło, postawię dwa warunki, których spełnienie da możliwość otrzymania audiobooka. Pierwszym będzie polubienie  strony Moje Książki na facebooku, a drugim udzielenie prawidłowej odpowiedzi na proste pytanie dotyczące audiobooka.

Reasumując: wygrają cztery pierwsze osoby, które udzielą prawidłowej odpowiedzi na pytanie i jednocześnie będą lubiły Moje Książki na facebooku.  A pytanie zostanie zadane właśnie na facebooku i tam należy szukać informacji kiedy to nastąpi – z pewnością będzie to w przyszłym tygodniu. Jedyny punkt regulaminu, który obowiązuje przy tym konkursie jest taki, że o wszystkim decyduje autor bloga mojeksiazki.blog.pl i w przypadku pojawienia się jakichkolwiek wątpliwości, ostateczne zdanie należy do niego, czyli do mnie.

Audiobook mam już ściągnięty – wrzucam go na mp3 i idę pobiegać. Swoje zdanie o tej produkcji oczywiście zamieszczę na blogu, mam nadzieję, że bardzo szybko.

poniedziałek: i co koteczki, chcecie to wygrać, czy nie bardzo?
https://www.facebook.com/?ref=tn_tnmn#!/pages/Moje-Ksi%C4%85%C5%BCki/192966477411826

wtorek: jak na razie zero szaleństwa na stronie facebookowej; codziennie pojawia się tam krótka informacja o Karaluchach; pytanie padnie pod koniec tygodnia, ale polubić możecie już teraz…

środa: muzyka Wojciech Mazolewski  – hipnotyczna. Mariusz Bonaszewski jako narrator jest beznamietny. Iza Kuna w roli łysej komisarz Liz Crumley.

Ćwirleja powieść neomilicyjna.

Siedząc na deptaku w Krynicy przychodzą ci do głowy mało odkrywcze myśli – niewątpliwie jest to wpływ gromad emerytów przemierzających utarte szlaki z dzbanuszkami z dzióbkiem. A myśli te dotyczą bogactwa. Już samo słowo „bogactwo” brzmi fatalnie, ale jeśli dodamy, że chodzi o bogactwo informacji, sprawa staje się lżejsza i nie nabiera cech merkantylnych. Można się na tym deptaku zadumać nad bogactwem, nad niezwykłą falą wszystkiego co można obecnie znaleźć w sieci, nad tym zalewem wiedzy, o którym już dawno pisał Lem, można też wrócić myślą do lat 80-tych, a niektórzy, ale to naprawdę mniejszość, nawet do lat 70-tych. I jak już jesteśmy w tej czasoprzestrzeni do tyłu przeniesieni, otwiera się cały świat, inna świadomość, inna rzeczywistość mentalna, świat nabiera przestrzeni, odzyskujemy oddech i widzimy, że wtedy byliśmy bardziej zaciekawieni, bardziej nam się chciało, a może nawet zależało.

Po cóż ten przydługi wstęp? Może po to, żeby nie zapomnieć tej chwili zamyślenia albo gładko przejść do książki Ryszarda Ćwirleja, otrzymanej w zestawie matrasowym, którą czytałem z niemałą przyjemnością. Miasta obrastają powoli własnymi kryminałami: Wrocław ma Krajewskiego, Lublin Wrońskiego, Warszawa Konatkowskiego czy Czubaja, Kraków piękną Gaję lub nawet Świetlickiego, Sandomierz – nie, nie Ojca Mateusza lecz Miłoszewskiego, a Oslo, żeby sięgnąć dalej Nesbo. No a Poznań ma Ćwirleja. I nie ma się czego wstydzić – Ćwirlej jest nawet zbyt dobry na Poznań, ale to może ja za słabo znam Poznań.

Przyznaję, że kilka razy miałem w ręku ‘Mocne uderzenie”, przedostatnią książkę Ćwirleja – zaciekawiła mnie szata graficzna okładki, przerzucałem stronami ale tutaj potrzebny był boski impuls, iluminacja, drobiazg, który decyduje o naszym losie, guście a nawet reszcie życia. „Upiory spacerują nad Wartą” wpychają nas w objęcia słodkich lat 80-tych – kto wtedy miał 20 lat wie, o czym piszę – dziwny czas po stanie wojennym, „stracona dekada”, kurczliwe trzymanie się władzy przez odchodzących do lamusa aparatczyków –  aż się wierzyć nie chce, że rządzili nami ci ponurzy idioci, gomułkowsko-gierkowscy aparatczycy. Kryminał Ćwirleja daje nam powspominać  Peweksy, kolejki, ZOMO, partyjnych możnowładców a szczególnie Milicję Obywatelską, zwaną w skrócie MO. Jeśli chcecie sobie przypomnieć dowcipy z tamtych lat, kartki na mięso, bony PKO zastępujące dolary, mechanizmy i konstrukcje zaopatrzenia, towar spod lady albo pokazy wideo w klubach studenckich, to weźcie się za książki Ćwirleja czym prędzej. Zawsze bardzo zwracam uwagę na styl, przejrzystość narracji, konstrukcję zdań – w tym przypadku wszystko jest niemal idealne i czyta się doskonale. Akcja umiejscowiona jest dokładnie, krótkie rozdziały przeskakują sprawnie, bez zbędnych dywagacji i choć historia nie jest zagmatwana to smaczki odnajdujemy  w realiach. Dopisuję Ćwirleja do ulubionych bezzwłocznie i z miejsca zabieram się za najnowszy kryminał wydany równie charakterystycznie, z komiksową okładką: „Śmiertelnie poważna sprawa”.

Matras daje i odbiera.

Modne jest na swoim blogusiu „literackim” zamieszczać zdjęcia tzw. stosików, więc ja też, wiedziony owczym pędem, sobie taki stosik przygotowałem – właściwie to przygotował  ten zestaw organizator konkursu na recenzję, czyli księgarnie Matras.

Z Matrasem to ja mam porachunki niezałatwione, gdyż w swoim czasie zagrał mi na instynkcie niskim, na mojej żądzy posiadania, na żądzy załapania się na „darmochę”, wykorzystał mój, ale chyba nie tylko mój, jak sądzę, mechanizm wewnętrzny, że jak można cos wyrwać bezkosztowo, to ja w to wchodzę. A kapryśny byłem tylko o tyle, że zachciało mi się trzeciego tomu Listów Witkacego do żony, które to listy przegapiłem, bo i tak bym kupił, bo i tak się do nich przymierzałem, nawet je na allegro znalazłem. Więc, żeby nie przedłużać, miałem na blogu zamieścić baner, że z okazji Dnia książki, księgarnie Matras oferują jakiś tam rabat; ja z wydawnictwami mam doświadczenie bardzo dobre, zawsze co obiecały to dotrzymały, ale tym razem pewnie się naciąłem, bo wymieniając maile z panią, która mi to zaproponowała, widzę, że są nikłe szanse na Witkacego, że pomimo usługi wykonanej, zapłata nie nadejdzie. Ja generalnie współczuję tej pani co to teraz musi się tłumaczyć przede mną, bo pewnie ktoś jej w  Matrasie obiecał a ona dała się zmanipulować i teraz jej głupio i milczy.

Więc jak widzicie, mój pierwszy kontakt z Matrasem, zawodowy, że tak napiszę, okazał się ściemą, ale za to drugi, już mniej. Wysłałem recenzję książki Rylskiego, tę z bloga oczywiście, na konkurs, gdzie do wygrania był tenże stosik i zapomniałem o tym szybko. No ale wygrałem, co mnie lekko zadziwiło, ale lekko tylko, bo gdybym ja był w jury tez bym się nagrodził. (ach, ten „brak wiary w siebie”)

„Cóż za brak wiary w siebie :), gratuluję recenzji – czytanie jej było przyjemnością (wiem co piszę – byłem w jury, a recenzji było prawie 2 tysiące)! Proszę przesłać dane adresowe do wysyłki nagrody na maila: wspolpraca@matras.pl” – takiego maila dostałem.

Odwalić dwa tysiące konkurentów – nie powiem, łechce, ale czytając niektóre blogi i pomijając milczeniem wybór lektur, przekonany jestem, że tylko takie chce mi się czytać, które odchodzą od stereotypowych wynurzeń, sztampowych zdań i  wyświechtanych zwrotów. Bo dobra recenzja, bo dobry tekst o książce pisze się z siebie, pisze się przez siebie, dla siebie i przede wszystkim o sobie. I tego wszystkim blogowiczom życzę, a książki rozdam, bo i tak mam za dużo. (Może na facebooku – czytajcie tam również: Moje książki.)