Demony Jerzego Pilcha.

A na tego Pilcha czekałem. Wyglądałem go. Bo może wreszcie ta proza mnie zachwyci, co ja piszę, ta proza już mnie zachwyca, momentami rzecz jasna, ale jednak – ma w sobie uderzenia zlepionych słów, formę i styl, które lubię, smaczki prawdziwe – a przecież zawsze te fragmenty nie potrafią zlepić mi się w całość, rozlatują się nie donoszone do końca, nie zazębiają mi się a jedynie migoczą, a wreszcie gubią stłoczone gdzieś tam, gdzie bledną na koniec fatalnie. Jakby urok rzucił ktoś, katolik pewnie na te kalwińską prozę.

Rozpędziłem w sobie tego Pilcha, szybkie 55 stron, już dotarłem do zniecierpliwienia, już spróbowałem ślizgnąć się po niejasnych meandrach, już pogoń Naczelnika za Zuzki ręką do pocałowania zdała się przesadzona, ale te nazwiska i imiona ( starzyka Schkryfaniego czy Rudka Odstertschila) albo ta historia, kiedy Fryc wilczura Frau Scherschennick uzdrowił, dają lubieżną wprost przyjemność. Bo i może Pilch sączy swoją opowieść godnie i snadnie, może i przynudza we frazach i gestach, ale jest tam sążnista pewność gatunkowego mięsa literackiego, jest pewność, że choć bólów brzucha czy żołądka nie da się tym odpędzić, to przecież czasu nie marnujemy a i uśmiać się uśmiejemy.

W stronę Julii.

Czas wreszcie dobrać się do Rylskiego, którego skończyłem w pociągu relacji Warszawa – Wrocław, a potężną jego dawkę przyjąłem w busie polskim jadąc w przeciwną stronę i wtedy właśnie uświadomiłem sobie, że „Obok Julii” można łatwo zaliczyć, przebiec się po niej szeleszcząc kartkami, (zastanowić czemu „obok”, może lepiej byłoby skorzystać z wujka Prousta i napisać „W stronę Julii”), że to może być jednorazowa przygoda i że zagubiłem w sobie gdzieś dawnego Rylskiego i powinienem cofnąć się aż do Stankiewicza, żeby zrozumieć.

W promocyjnych wywiadach autor wciąż mówił to samo, ale co niby miał mówić – marketing sprowadza się jak zawsze do obecności; należy zmusić pisarza, żeby wykorzystał każdą sposobność do zakomunikowania światu, że napisał książkę, sprzedać trochę siebie, poopowiadać o łące pod Drohiczynem, Hemingwayu i Hłasce, pojawić się we wszystkich możliwych programach literackich, których znowu nie jest tak dużo, a jak się uda, to wkręcić do Wojewódzkiego. No tu rzeczywiście przesadziłem, ale pieniądz nie śmierdzi i tez uważam, że należy promować coś więcej niż grafomańskie historie fantazy, którymi fascynują się autorzy blogów, zalewani przez wydawców książkami do zrecenzowania.

Jedyny interesujący wywiad z Rylskim przeczytałem w Gazecie Wyborczej, bo sięgnął jakoś tam do biografii pisarza, do jego dzieciństwa i młodości, do opowieści o tym, jak został wychowany bez matki, która zostawiła go a właściwie porzuciła, do śmierci bohaterskiej ojca, którego nie znał i o tym, że pretensji do matki nie ma, bo dzięki temu przeżył to co przeżył. Ciekawe byłoby teraz porozmawiać z matką, żyjącą jeszcze na emigracji o jej stosunek do znanego bądź co bądź syna – czy czytała jego książki i co o tym wszystkim sądzi, ale to już zbyt ekstrawaganckie założenie, na które pewnie nie stać naszych dziennikarzy.

„Obok Julii” jest jak powieść sensacyjna unurzana w psychologicznym sosie i ten sos niestety przeszkadza, bo przesolony. Oczywiście chciałbym wiedzieć dlaczego bohater postępuje tak a nie inaczej ale czasem gubię się w odcieniach patosu, nie rozumiem tej całej głębi, a właściwie to ją rozumiem, bo nie jest wcale tak wyzywająca, ale dostaje za dużo meandrycznych dywagacji, niecierpliwię się co dalej, chciałbym, żeby historia się zazębiła, żeby się sama napędziła, popchnęła, żeby nabrała soczystości. A ona się rozłazi, kluczy, potem przyspiesza, pogardliwie komentuje rzeczywistość, nasz macho naznaczony piękną Julią radzi sobie w życiu bardzo dobrze, ale nie potrafię zrozumieć, dlaczego uwiedziony przez cyniczną nauczycielkę, do końca życia jest pod jej wpływem. Jakby Julia była jedynie tęsknotą do cudownej młodości, jakby jego dalsze życie nie dało mu już nic ponad to, nic wartego poświęcenia.

Ten męski patos przeszkadza, choć jest też łagodzony przez ironiczne traktowanie, sam bohater wyrastając na lokalnego mafiosa, rozumie jak bardzo złudna jest jego sytuacja, mamy tu do czynienia z klasycznym, małomiasteczkowym układem władzy, potem bajkową pracą we Francji dla rosyjskiej mafii, miłosną perturbacją, mętnym uzasadnieniem wydarzeń i krwawą wendettą nad zabójcami Julii. I o ile pierwsza część książki, obfitująca w zmagania się bohatera z własnym ja potrafi oczarować choćby tym obrazem upalnego lata, to dalej już nie jest tak słodko, choć dzieje się więcej. U Rylskiego trzeba się wiele domyślać, pomimo analiz duszy bohatera, czasem nie wiedziałem o co w tym wszystkim chodzi i w czym tkwi problem. Ale czy Rylski za trudny, czy zbyt powierzchownie „przeleciany”, czy zaplątany we własne myśli nie potrafił „przemówić”, momentami udaje się wychwycić perełki stylu, jakby autor siedząc na tej swej łące pod Drohiczynem, doznawał olśnienia i jego proza przybierała na smaku i znaczeniu.

Stary Rylski sarkastycznie mówi o sobie, że już nic nie musi, ale ja za bardzo mu nie wierzę. On wydaje się zaplątany we własną sieć swoich książek a tak naprawdę musi być inny, jak wieloznaczni są bohaterowie rosyjskich klasyków – gdzieś tam widać tęsknotę do ukraińskich stepów, a nad wszystkim góruje wszechobecna melancholia.

Broniewski.

Jestem literacko rozszarpany, między nic nie znaczące dziwadła, zaległości odkładane oraz nowości, które wypada. Mieć, znać, zaliczyć. Niedobre to jest we mnie, nie lubię być zmuszany, a przecież półka z nowościami stoi z niemym wyrzutem na wysokości wzroku.
A tęsknię dziko za klasyką, za znajomymi momentami, za pociągnięciami pióra zapierającymi dech, za tymi kafkowskimi początkami, jak wówczas, kiedy K. przybył. Wróciłbym do Stendhala, do Flauberta a nawet Tyrmanda bym chciał. Tymczasem przebiegłem się z Czarodziejską Górą i jakby mimochodem z Doktorem Faustusem, nie powiem, że rozczarowany – raczej zdumiony, że tak wiele tam jałowych dywagacji, głównie o muzyce a tak niewiele tych niesamowitych, diabelsko perfekcyjnych fragmentów, które tylko Mann potrafił prokurować. No ale dobrze, nie bardzo…
Tak więc jedyną klasykę staram się mieć na uszach biegając – obecnie rozprawiam się z Conradowskim „W oczach Zachodu”, które kiedyś mnie zadziwiło, bo wydawało mi się, że rozczarowanie „Lordem Jimem” przeniesie się również na „innego”, nie morskiego Conrada, a jednak polubiłem tę prozę – no może dlatego, że miałem 25 lat.
Ale do sedna zmierzajmy, podążajmy w stronę zaplanowanej opowieści, nie zasypiajmy odliczając do trzech, weźmy się wreszcie za Broniewskiego.
Niezmiernie zaciekawiony podjąłem rzuconą rękawicę wydawcy, żeby się skusić i zaintrygować osobą poety, rewolucyjnego bądź co bądź i kojarzonego z wódą, emfazą oraz uległością władzy. To doskonały chwyt, żeby ten pierwszy, erotyczny fragment wystawić nam na wabia, żebyśmy pomyśleli, że to będzie sensacja, metafizyczna powieść nabrzmiała czymś, czymś … no właśnie, nawet nie wiedziałem czym.
„Stanęła naga… Stanęła naga pod kioskiem naprzeciwko Wiedeńskiego Dworca. Milczała. Przyprószone dżdżem wieczorne światło skłębiło się w mętnej aureoli. Ulica sprężyła się w spiesznym zbiegowisku. Otoczyli kołem, popychali się, tłoczyli. Pokazywali palcami: O! o!”
Czyż nie zapowiadało się dobrze? Czyż nawet nie lepiej, niż dobrze. Niestety „Stanęła naga”, Wydawnictwa Krytyki Politycznej, w cenie 34,90, w twardej oprawie, z palącym Władkiem na okładce ( jak on trzyma tego papierosa, pijak jeden), jest okropnym poligonem doświadczalnym dla próbującego swych sił poety, chcącego niemal całe swoje literackie życie, skomponować utwór prozą – bezskutecznie. Broniewski jedzie stylem ciężkostrawnym dziś, dopuszczalnym sto lat temu, ekscytuje się niuansami niczym młodopolski giermek, czasem daje się unieść językowi, tapla się w słowach niczym z telenoweli „Bezmiar namiętności” i zaprzęga swój poetycki talent, jakby pomieszały mu się techniki pisania wierszy z prozatorską orką. Bo weźmy to:
„Nie rozumiem twoich snów ani ich nie pragnę. Daj mi co noc inny, co noc twardszy nacisk piersi i kolan męskich. Daj mi pijaństwo wszystkich dni i nocy.” Czyż to nie jest nieodgadnione niczym „męskie kolana”?
Reasumując – przedarłem się przez tę prozę mozolnie albo raczej chaotycznie, bo to są kawałki jedynie, strzępy czegoś, co nigdy powstać nie mogło, co tylko ktoś usiłował połączyć w jedność tego tomu, a zaciekawi jedynie badaczy, filologów, pasjonatów poety – nie bierzcie się za to, o Wy prostaczkowie, nie ma sensu w tym się babrać, szkoda czasu i pieniędzy. Weźmy się lepiej za najnowszy numer Kontynentów – naprawdę warto.