Obok Julii.

Nowa książka Rylskiego ukaże się 3 kwietnia. Niepokoi mnie troche rekomendacja Nogasia Marcina, który, jak informuje Trójka, zrobił juz 12 stron notatek o książce; 
http://www.polskieradio.pl/9/399/Artykul/812881,Eustachy-Rylski-potwierdza-…klase-Nowa-ksiazka-Obok-Julii
. Po blamażu z Cabre nie wierze Nogasiowi jak psu, jak suce nawet. Założe się, ze wkrótce na antenie zacznie się niezdrowo podniecać na jej tamat i zapeszy, zapeszy mi, zagwazdroli, zabije – całą przyjemność czytania Rylskiego, którego cenię od dawna, od tak dawna, że Nogasia jeszcze chyba wowczas bociany szukały w kapuście. Mam nadzieję, że autor nie da sie zaprosić do programu Nogasiowego, że spokojnie bede mógł czytać o książce w gazetach, zamiast słuchac 12 stron notatek dziennikarza o książce. No to dosyć zlosliwości na dziś – oczywiscie doceniam programy o ksiązkach w Trójce i zawsze słucham ich z przyjemnoscią – ale wpadki z Cabre długo nie zapomnę, bo jestem z natury mściwy i złosliwy.
Przy okazji kupowania ksiażki Rylskiego,  zdolałem zaoszczędzić 10 zl czystą gotówką. Nie opłaca się dziś kupować książek w księgarniach. Gdybym udal się 3 kwietnia do Empiku, zaplaciłbym 39,90; gdybym zamówił przez empik,com, cena byłaby o 3,50 niższa. W Matrasie książka ma kosztować 39,90, ale już zakup na stronie, pozwala zaoszczędzić 9,97 zł. Pełen wachlarz cen oferuje skapiec.pl, który przy okazji demaskuje portal taniaksiazka.pl, który Rylskiego chce nam wcisnać za 33,92 zł.
Jak przeczytam nie omieszkam napisać – z pewnością bedzie to szybka reakcja.

Chciałem zakomunikować, że ostatecznie zrezygnowałem, po 246 stronach odpuściłem, zarzucilem, odłozylem na półkę, książkę, która miała byc arcydziełem, a okazała się gniotem, bełkotliwą, rozgadaną pulpą, nie wnosząca do literatury nic nowego, a nawet nic starego, grubym tomem bezładnych wynurzeń, splątanych wariacji na temat: jak zanudzić czytelnika slowotokiem, pseudoeksperymentem, humbugiem i blagą. Nic się w tej książce nie broni, oprócz okładki.

Ostrzegam więc, żebyscie nie dali się nabrać na widoczki, kolorowe miazmaty, posepną zółtość kartek i obiecującą grubość tomu. „Wyznaję” to oszustwo, w którym nie mozna odnaleźć celu, sensu, powodu, żeby to czytać, to książka udająca nową jakość literatury, dająca poczucie pływania w mętnej wodzie, odzierająca z radości czytania z przyjemności uczestniczenia w historii, to zakała zniechęcająca do czytania. Chrońcie przed nią dzieci, bo nie będą chciały więcej czytać, po zetknięciu się z tym nadmuchanym balonem.

A kto ma inne zdanie, niech se tam, niech se …

Obfitość.

Za dużo. Zdecydowanie za
dużo książek. Nieświadomie stajemy się ofiarami rynku, pogrąża nas ciekawość, literacka nadzieja, marketing wydawców. Nauczyłem się już nie wierzyć tekstom na
obwolutach, pseudorecenzjom na portalach czy entuzjastycznym wywodom  blogowym, a jednak podstępne macki literackich
sądów kłują mnie równie mocno jak uwiera za ciasny but do biegania. Początek
roku to jakiś niezwykły wysyp pozycji trafionych w moje poczucie chęci
posiadania i przeczytania, w moje przekonanie, że oto mamy do czynienia z
literaturą lotów ponaddźwiękowych. Nie zdążycie tego wszystkiego przeczytać, choćbyście
nie jedli i nie pili, nie zdążycie i powiem wam, to bardzo dobrze, że nie dacie
rady, bo w sumie nie warto się napinać.

Ja mam jednak o tyle
lepiej, że książek także słucham intensywnie, około pięciu godzin tygodniowo -
spokojnie sobie zaliczyłem w ostatnim czasie W stronę Swanna, Wojnę i
pokój
, Czarodziejską Górę, Doktora
Faustusa
. Słuchałem po raz pierwszy ale czytałem dawno temu a wróciłem,
żeby sobie przypomnieć, żeby klasykę zestawić z dniem dzisiejszym. I o ile
potrafię czepiać się Tołstoja za wywody filozoficzne, Prousta za
zdania wielokrotnie złożone a Manna za mentorstwo, to jednak zadaję sobie pytanie, czy ci wszyscy, którzy czytają dziś
Cabre albo Bolano, przebrnęli wcześniej przez Zamek, posmakowali pierwszych stron Obrony Łużyna albo choć Transatlantyk
im się przyśnił. Bo my przecież mieliśmy kiedyś mnóstwo czasu, przelewał nam się
jak w obrazie Dalego (a nigdy Dahlego), trwonił się bezmyślnie ale jednak
wystarczał do tego, żeby posmakować tego wszystkiego, co najlepsze.

Za dużo książek, za mało
czasu. A może to kwestia organizacji? Bliski byłem zarzucenia myśli o zakupie Zmyślonego życia Sergieja Nabokova, ale
nazwisko mnie kusi, bo to przecież jedna z moich niewielu fascynacji: Wladimir,
brat bohatera książki i jego losy. Dołożyłem Cortazara, bo ten w krótkich formach jest niedościgniony, jest
prawdziwą ucztą literacką. Nie ma dziś ze mną najnowszego Mankella, choć nie odmawiam mu wstępu, nie zamykam drzwi, ale boje
się buntu tych wszystkich oczekujących grzecznie na półce na swoją kolej.

Dziś usłyszałem, że
czytanie powinno być też przyjemnością – smakowanie Zaproszenia na egzekucję ma
w sobie coś perwersyjnego, demoniczna rozmowa Adriana z diabłem olśniewa
erudycją – spróbujcie podsunąć mi coś równie ekstatycznego, coś, co
wywindowaliście na piedestał, kiedy jeszcze nie potknęliście się o Mistrza i Małgorzatę lub choćby o 622 Upadki Bunga.

Dobry Przygodzki.

Się nachodziłem za tą(ę) książką, jakbym nie mógł sobie kupić. W końcu zdobyłem taki egzemplarz, mam nadzieję, że za bardzo nie odbiega od oryginału. Wciągnąłem się łatwo – jakbym chciał dokopac Grzegorzewskiej, to bym napisał, że sie nie umywa jej Grób, ale nie napiszę; napisze za to, że powyrywam nogi z dupy Nogasiowej, że mnie nakręcił na tego Cabre, bo czytam i jakoś sie nie mogę przekonać do tej prozy a dobił mnie dziś fragment programu w Trójce, w którym Nogaś znowu seplenił o jakimś arcydziele i ze dawno czegoś takiego nie czytał. Na szczęście nie dosłyszałem tytułu …

David Bowie wydaje nową płytę.

Wreszcie z ulgą
dobrnęliśmy z Trumanem do niechybnego końca, jego oczywiście i nawet nie wiem,
czy nie należałoby napisać, że koniec ów był raczej niechlubny. To był koniec
smutny, żeby nie powiedzieć żałosny. Capote wykończył się, lekko przekroczywszy
60-tkę, a czytanie o tym upadku przypominało pocieranie styropianem o szkło.
Ale są i tacy co to lubią. Na szczęście w przeddzień ukazania się najbardziej
oczekiwanej płyty tego roku, Capote skonał na własne życzenie i mogliśmy rozpocząć
rozglądanie się za czymś nowym, odświeżającym i mniej traumatycznym.


Na wadze decyzji, na tych
szalach możliwości kładę więc Jaume Cabre – ten ma swój ciężar, bo i okładka
twardawa, stron prawie 800 a i kartki szorstkie poślednią klasą papieru – szala
przechyla się niebezpiecznie, ale zanim książka zacznie się na dobre, musimy
przebrnąć przez 14 stron z uwagami tłumaczki, spisem treści, spisem nagród dla
autora, dedykacji i mott bez liku. Pilch, a może i inni wierzą w syndrom
pierwszego zdania – ja jakoś nie potrafię mu ulec, prędzej przeczytam całą
stronę, dalej jestem nieufny i węszę wokół, bojąc się, że podstępnie wdam się w
niczym nie uzasadniony układ z literaturą, na którą ostatecznie nie będę miał
ochoty. Mimo wszystko zerknijmy: „Dopiero wczoraj wieczorem, idąc zmoczonymi
deszczem ulicami Vallcarki, zrozumiałem, że przyjście na świat w tej rodzinie
było niewybaczalnym błędem”. To nie jest mistrzostwo świata, to raczej tania
sztuczka z tym „niewybaczalnym błędem”, zagrywka drugorzędnego wyrobnika,
efekciarstwo mające wywołać uśmieszek, zmrużenie oka, jakby do nas Jaume mówił:
dalej też będzie śmiesznie, zabierzcie mnie ze sobą. Nie dałbym się w to
wszystko wrobić, jednakże kapitał oczekiwań oraz zbudowana podświadomie
misterna siatka promocyjna trzymają mnie za pysk niczym szara wilczyca swoje
szczenięta. Tak więc Cabre wchodzi na scenę i oby nie okazał się jakimś tam
marnym naśladowcą katalońskiej dumy, jaką niewątpliwie jest drużyna piłkarska z
miasta opisywanego przez autora.


Nie ukrywajmy, że kolejny
autor cieszy się specjalnymi względami z dosyć prozaicznych powodów i że do
niego podchodzę wyjątkowo bezceremonialnie – będziemy mieć tylko jedną próbę,
jedno podejście, które pozwoli coś uchwycić, albo spadnie w nicość. Sandor
Marai jest Węgrem i nie przypominam sobie żadnego pisarza z tamtych stron, tym
bardziej piszącego pewnie w takiej manierze środkowoeuropejskiej, która
przypomina rozwlekle smutną grudę ziemi, spod której usiłuje się przebić styl,
zagmatwany los, niedołężna historia i przypominający cienie bohaterowie.


I o ile nic nie jest w
stanie odwieść mnie w poniedziałek od zakupu, najzupełniej legalnie, najnowszej
płyty Davida Bowie, to tak samo nie oderwiecie mnie od kryminału Wrońskiego, bo
czyta się to smacznie, z nutką żalu, że pewnie na kolejną przygodę
Maciejewskiego trzeba będzie czekać ze dwa lata, to jednak zawsze mam w
obwodzie jeszcze dwie nieprzeczytane pozycje Nesbo.