Witkacy – urodziny.

Dziś urodziny Witkacego. 128 urodziny. Gdyby nie popełnił samobójstwa można przypuszczać, że umarłby około połowy lat pięćdziesiątych – raczej trudno sobie wyobrazić, że pociagnąłby jak Iwaszkiewicz, który zresztą był młodszy, do późnej starości. W biografii Iwaszkiewicza jest zdjęcie z Zakopanego, gdzie siedzą razem na jakimś tarasie. Od zawsze eksponuje się slynny obraz małżeństwa Iwaszkiewiczów, gdzie Anna namalowana jest konwencjonalnie a Jarosław ma twarz przedstawiającą całą złożoność jego natury. W każdym razie nasz solenizant początek miał obiecujący – może dlatego, że ochrzcił się w wieku pięciu lat – przynajmniej oficjalnie.

Celebrytka Gaja.

Przyznaję bez wstydu, że
rozprawić chciałem się z Grobem i całym tym wielkim szumem wokół Grzegorzewskiej
Gai, ale przecież nie do końca byłoby to sprawiedliwe, gdybym naskoczył jedynie
na autorkę i jej kryminał, bo on jednak trochę mi się broni, trochę, powtarzam,
ale jednak.

Ogłaszane po kątach
przeróżnych, że oto narodziła nam się królowa kryminału świadczy tylko o tych,
co tak wieszczą – zapraszanie urodziwej autorki do programów kulturalnych w
telewizji to niesłychana promocja i trudno się temu oprzeć, a okładka w
Wysokich Obcasach zyskała przez to, że blondynka zgodziła się ją firmować.

I wszystko to nam wygląda
ładnie, nie bardzo. (jak mawiał Sabała). Nie spotkałem się jeszcze z choć
jednym zdaniem krytycznym wobec Grobu, nawet szacowne grono skupione wokół
stołu Chacińskiego, potraktowało ją pobłażliwie, miłym słowem, uśmieszkiem pań,
spojrzeniem panów. Tymczasem cały ten Grób, to kryminał trzeciego sortu, na
poziomie zaledwie poprawnym w stylu, kiepskim dramaturgicznie i z typowymi
potknięciami grafomanów. Bohaterowie są sztampowi, do tego zmieniają się im
charaktery, usiłują silić się na oryginalność, epatować nas swoimi przymiotami,
ale to tylko pokrętna gra autorki, która narzuca im sztywne role: Julia jest
snobką ze szramą, do tego wywodzi się z najgorszych mętów miasta, ale wyszła na
ludzi – sprzedaje nam się to jako „odkrywanie mrocznej tajemnicy z przeszłości
bohaterki”; Julia jest zbyt jednoznaczna, przy tym niekonsekwentna a do tego
usiłuje się z niej zrobić niemoralną sukę. Tymczasem jej dawny, żydowski kochanek,
początkowo jawi się nam jako jedna mroczna tajemnica a w końcu okazuje się
czułym durniem, który wziął sobie za żonę idiotkę z kompletnie nie
przekonywujących przyczyn.

Postaci i ich charakterystyka to najsłabszy
element tej układanki – drugoplanowe są jeszcze gorsze, bo jakby wycięte z
projekcji słuchaczy komercyjnych stacji radiowych i ich nastoletnich list przebojów.
Silenie się na snobizm, te papierosy djarumy, płaszcze Burberry, perfumy
Egoiste (sam używam), podkreślają tylko zaściankowość– niezwykłości nie szuka
się w rekwizytach, ale zwrotach akcji, psychologii postaci oraz klarownym
puentom sugestywnych zdań. A w tej dziedzinie Pani Gaja początkuje, nadal musi
dużo terminować, bo choć od poprzedniej książki, Grób odskoczył potężnym
pozytywnym susem, to jednak wystaje z niego nadal ten mniszkowaty (Hela
Mniszkówna) odór pretensjonalności, wyszukanej elokwencji, sztucznej pozy i
silenia się na Chandlerowski szarm, gdy tymczasem otrzymujemy kompot, w którym
pływają egzotyczne owoce, pasujące do tego stylu jak Żyd policjant do swojej
płaskiej żony.

Nie ukrywam, że odkrycie
Gai Grzegorzewskiej to jeden z jaśniejszych momentów tej zimy. Dopadnięcie jej
Grobu to przyjemność wielokrotnego użytku: śledzenie „kariery”, czytanie
książki, obserwacja reakcji samej autorki, która sama sobą zmuszana się jest
zachwycać – wszystko to jest fascynujące. W chwili, gdy stukam te słowa, Gaja z
triumfem ogłasza 600 fanów na facebooku (sam jestem jednym z nich) –
podejrzewam, że książka dobrze się sprzedaje, co daje nadzieję, że kolejny
kryminał będzie lepszy, a następny już po prostu dobry. Bo ostatecznie Gaja
Grzegorzewska jest na sukces skazana – to nie będzie spektakularne wyniesienie na
ołtarze w stylu Marka Krajewskiego, ale już widzę wydawców, którzy zwęszyli
interes i Gaję wypchną w Polskę (jeszcze nie w świat). Dobry wydawca kiedyś
miał coś do powiedzenia czytając jako pierwszy książkę – życzmy Pani Gai,
doskonałego wydawcy, bo przecież lubimy czytać książki, których akcja dzieje
się w „naszym” Krakowie, może w okolicach ulicy Szpitalnej…

Jarosław.

Jeszcze jakby Jarosław
otarł się o mnie, albo raczej ja o niego, jeszcze go widzę w pociągu Panien z
Wilka, jeszcze pamiętam na katafalku w mundurze górnika, jeszcze mam to echo
jego obecności w latach siedemdziesiątych, kiedy rządził i kiedy odchodził,
poniekąd z Gierkiem. Od jakiegoś czasu wracają obaj, choć Edward nieśmiało i
raczej jako ciekawostka, natomiast Jarosław, i wcale nie przez skojarzenie z
innym Jarosławem, coraz systematyczniej i potężniejąc wciąż w swej literaturze.

A ja tradycyjnie, jak to
czyniłem wcześniej, wybrzydzam, jak wybrzydzałem na Miłosza, że mi nie
podchodzi, na Szymborską, że o co tyle hałasu, na Iwaszkiewicza również, bo
zmierzyć się z nim nie potrafiłem, ale może prób za mało podejmowałem. Moje
styczności z Iwaszkiewiczem raczej filmowe są, wajdowskie, bo Panny z Wilka
cenię ogromnie, umierającego Łukaszewicza mniej a Tatarak nie przemawia, ale
przecież jest tez Tatarak z 1966 roku, czasami do obejrzenia w telewizji
Kultura, są Kochankowie z Marony, też dwukrotnie sfilmowane, czy Matka Joanna
od Aniołów, dzieło już kultowe. I zapewniam, że filmów iwaszkiewiczowskich jest
więcej, znacznie więcej (Ryś, Zygfryd, Sława i chwała, Serenite, Trzy młyny),
ale czy tę prozę się czyta, nie mówiąc już o wierszach? Czyta się Dzienniki,
których tom pierwszy mam a na resztę czekam, aż stanieją, czyta się listy do
żony, czyta się w końcu Rylskiego, Na Grobli; (Rylskiego czyta się, ale mało
uważnie, jakby mój ulubiony pisarz od czasu Stankiewicza zawisł jakoś i ani
rusz, nie da się go dźwignąć w górę albo choć przytrzymać).

A ja przyznam, że z
codzienną przyjemnością, pośród szeregu lektur aktualnych, obcuję po rozdziale
dziennie z młodym Iwaszkiewiczem, w bardzo skrupulatnej biografii autorstwa
Radosława Romaniuka, którą czyta się tak, jak biografie czytać się powinno,
czyli bez zbędnych donosów i skomplikowanych teorii. I fotografie są tam, gdzie
powinny być – zauważyliście ten ambaras, kiedy się grupuje stertę zdjęć z
opisami gdzieś w połowie książki, i nie wiadomo jak to sobie przyswajać, jak do
tego podchodzić, czy najpierw czytać czy oglądać, a może oglądać przy czytaniu,
wertować, nie zapominać, utrafić w moment, kiedy się czyta, żeby obejrzeć. Ech,
to mnie zawsze zniechęca, jak i do przypisów, które jeśli już są to niech będą
na dole stron a nie na końcu.

Na czarno, w twardej
okładce z obwolutą, z grubymi kartkami, wydawnictwo Iskry jak za dawnych, dobrych,
komunistycznych czasów dało nam tom pierwszy biografii, tom, który wspaniale
dudni jak w niego stuknąć, tom masywny, do swej roli opisu bądź co bądź giganta
literackiego dorosły, tom z zamglonymi zdjęciami i erudycyjnie skuteczny. Każdy
kiedyś był piękny i młody, a losy Jarosława, wcale nie proste, raczej zanurzone
w rosyjsko-ukraińskiej rzeczywistości, związane z licznymi przeprowadzkami,
pokazują, jak utalentowanym było to dziecko swoich czasów, jak sobie wydzierał
przyszłą sławę i chwałę, jak go niosło środowisko i rodzina.

Tak się składa, że obcuję
ostatnio z autorami homoseksualnymi, jakby w tej naszej polskiej homofobii,
dawano mi do zrozumienia, że najlepsi mogą być inni – Chatwin, Capote,
Iwaszkiewicz – trójka która mnie obecnie niesie; wliczając Tomasza Manna
mielibyśmy kwartet. Jedynie Wroński ze swoją historią o Anieli, mordowanej co
roku w tym samym dniu, odcina się od schematu, ale za to konstrukcje scen,
przywodzą mi na myśl regułę Nesbo, żeby każdy rozdział, miał swoją błyskotliwą
puentę. I ja to lubię, ja to rozumiem. Ale o tym też będzie, jedynie później, w
swoim czasie.

Wracając do biografii
Iwaszkiewicza, teraz dopiero wychodzi, jak dużo znaczy jego obecność literacka
a jak mało jego podlizywanie się władzy kogokolwiek obchodzi. Ale przecież
wtedy, za życia, było pewnie inaczej. Jak na razie mamy pierwszy tom i
doskonałą lekcję historii początku XX wieku. Kupię sobie kolejne tomy, być może
będzie tylko jeszcze jeden, ale już go zamawiam, bo w przeciwieństwie do
Dzienników, które mnie znużyły, opisywanie jego losów, to niezła przyjemność.