Nie mogę sobie odmówić …

„… Na kwadratowym dziedzińcu padało, kwadratowe niebo wyglądało jak grymas robota lub boga stworzonego na nasze podobieństwo, na trawniku parku ukośne krople deszczu ześlizgiwały się w dół, ale równie dobrze mogły ześlizgiwać się w górę, następnie ukośne (krople) przeistaczaly sie w koliste (krople), które połykane były przez ziemię, podtrzymującą trawnik, trawnik i ziemia zdawały się rozmawiać, nie, nie rozmawiać, kłócić się i ich niezrozumiałe słowa były niczym skrystalizowane pajeczyny, szybkie skrystalizowane wymioty, ledwo słyszalny trzask, jakby Norton owego popołudnia zamiast herbaty wypiła napar z pejotlu”. 2666 Bolano

Zwracamy uwagę na użycie znaków interpunkcyjnych, albo ich brak oraz niemozliwość wyobrażenia sobie tej sytuacji – ale zalezy to chyba od tego, w jakim punkcie akurat jesteśmy; albo kim lub czym akurat jesteśmy.

Noworoczne postanowienia.

Obiecałem przeczytać „Ojca.prl” przed świętami a nie o nim napisać. Z obietnicami tak jest, że czasem nie pamięta się własnych, za to źle rozumie cudze – co wtedy robić, matko bosko, co robić, kiedy się rozmijasz a spotkać chcesz? Nic nie robić.

Nie jestem zwolennikiem wybebeszania się publicznego, pisania o masturbacjach, cyckach i całej reszcie, ale rozumiem ten schemat, którego użył Staszewski, pewnie traktując to jako oczyszczenie a nawet swoiste zadośćuczynienie dla ojca, którym trzeba się teraz opiekować, a przecież ma się to własne życie, problemy i całą resztę. Ojciec, który był dla Staszewskiego, a właściwie dla bohatera książki, bo podobieństwo do osób żyjących jest zupełnie przypadkowe, więc ojciec był z pewnością postacią pozytywną, kimś, kto wiele rozumiał, wiele nauczył, choć tak mało mówił i wyrażał. Ta relacja między ojcem a synem nie jest może wzorcowa, ale jest unikalna – każdy chciałby mieć takiego ojca: wyrozumiałego, tolerancyjnego, chodzącego po górach. Autor nie pisze, w częściach zatytułowanych PRL, o zbyt wielu „wpadkach” wychowawczych ojca – to raczej laurka, wyrachowany portret dobrego ojca. Jak w każdej literaturze, jest tu tylko część prawdy o tamtych czasach, jakże romantycznych, jakże innych. Ojciec w PL-u jest niedołężnym i schorowanym starcem, który żyje we własnym świecie, i którym trzeba się intensywnie opiekować.
PRL jest zdecydowanie ciekawszy, ponieważ można sobie porównać własne dzieciństwo i dorastanie oraz odnaleźć podobne klimaty, choć w moim przypadku jest drobne przesunięcie czasowe, mam o 5 lat więcej niż Wojtek/ Stasiek no i nie mieszkałem w Warszawie. Więc kiedy pewnej niedzieli nie było Teleranka, to nie jest to dla mnie wyznacznik tamtych wspomnień, gdyż 13 grudnia akurat siedziałem na uczelnianym strajku. Problemy okresu dojrzewania, które Staszewski opisuje tak realistycznie, również mają jakieś przesunięcie, ponieważ u nas nigdy nikt by się nie przyznał do erotycznych fascynacji, w dziewczynach raczej się kochało a nie je obmacywało, choć wiele elementów jest podobnych, jak np. preferowanie tzw. „wolnych” tańców nad szybkimi.
Banalnie powinienem napisać, że książka mi się podobała. Reporterski styl nadaje jej prostotę – nie ma tu metafizycznych dylematów oraz opisów przyrody; refleksyjność jest względna, dostajemy wyraziste portrety – z jednej strony ojca, którego można zazdrościć, z drugiej młodzieńca, którego ten ojciec jakoś tam ukształtował. A do tego teraźniejszość, z którą Staszewski musi sobie radzić, a ponieważ ma wyrzuty sumienia, napisał książkę. I teraz sobie zadajemy pytanie, ile jesteśmy winni rodzicom, jak bardzo musimy się starać, żeby wyrzuty sumienia nie odebrały nam dobrego mniemania o sobie oraz jak zachowają się nasze dzieci, kiedy przyjdzie co do czego i jak byśmy chcieli, żeby się zachowały. Ktoś zna odpowiedź? Każdy zna własną.
Nieodparcie mam ochotę, żeby Wojciech Staszewski napisał ciąg dalszy. Tylko jak zatytułować tę książkę? A to już pewnie wydawca podpowie.

Z lektur poświątecznych rozpocząłem dziś Bolano, z niejaką przyjemnością ale i obawą, stąd wyznaczyłem sobie dzienną normę stron do przeczytania co zapowiada, że tę tysiącstronicową powieść skończę za trzy miesiące. Czego powiedzieć nie można o biografii Jarosława – tę pozycję przeczytam z doskoku, choć nie wiem czy będzie na tyle interesująca, żeby ją zabrać w podróż.

Dlaczego wracamy do Prousta. (wracam)

Zastanawiałem się, słuchając audiobooka „Wojna i pokój”, jak bardzo zanudza teraz Tołstoj swoimi wywodami. Rosjanie zarzucali mu, że w słynnym dziele zawarł za dużo tych nudnych dywagacji o wojnie, moralności, bohaterstwie, że za mało w tym wszystkim historii romansowych Nataszy czy Piera, że za mało życia. Jakby te wszystkie prawdy, mądrości odbierano jako nudne, gderliwe i mało interesujące. I przecież choćbym nie wiem jak zgadzał się z Tołstojem, kiedy pisze o uczuciach, nieco mniej, kiedy roztrząsa historyczne aspekty czynów Napoleona, podnosząc chwałę cara Aleksandra, to jednak wolę czytać jak mistrzowsko potrafi rozegrać scenę śmierci Pieti, czy oświadczyn Biezuchowa. Dwa i pół maratonu z Tołstojem, od zimnego Dębna, gdzie pod koniec na szczęście siadła bateria w empetrójce, aż do Warszawy, wystarczą. I jeszcze kilka ostatnich łyków jesiennego powietrza, denerwujące zakończenie, poprzedzone odkryciem, że jednak ten grubas Pierre poślubił Nataszę i spłodził z nią stadko dzieciaków i wreszcie można zamknąć ten rok. Kolejny będzie rokiem Tomasza Manna i tych zdań rozdzierających swoją pełnią. Już pociąg wjechał na stację Davos Wieś, już wychynął Settembrini, którego jakoś nigdy nie zdołałem polubić.
Niektórzy wciąż czytają te same książki, bo sprawia im to przyjemność. W „Książkach” artykuł o dwóch pozycjach, które skupiają się na tym, dlaczego wracamy do ulubionych lektur: „On rereading” oraz „Second Reading. Notable And Neglected Books Revisited”. Wracanie do dawnych lektur ma tylko jedną wadę – przez to mniej czytamy nowości. Tylko czy te nowości są warte utraty niewątpliwych przyjemności kolejnego razu ślęczenia nad Proustem? Bo z Proustem jest tak, jak pisze Varga, w odkryciu czasopiśmienniczym ostatnich tygodni, czyli w Kontynentach: jest to lektura zbędna, zapleśniała, a przez to właśnie smakuje wybornie, przez to, że czytanie długich stron Marcela jest kompletną, nieporównywalną z niczym, perwersyjną i wymarłą w dzisiejszym świecie PRZYJEMNOŚCIĄ.
A poza tym cóż? Niektórzy nagle zachłystują się Yo-Yo Mą grającym Bacha a ja skończyłem swojego drugiego Wrońskiego, podtrzymując tę nadaną mu wcześniej rangę, najlepszego polskiego pisarza kryminałów – być może najnowszy Miłoszewski go zdetronizuje, ale musimy poczekać do wiosny. Miłoszewski ma oczywiście ogromne fory, bo jest przystojny oraz dobrze wpasowany w najnowsze nasze losy, Kraków, itd.,(i kto pamięta nazwisko zabójcy, które autor podał w jednym z wywiadów, przekornie wiedząc, że do czasu ukazania się książki, nikt już nie będzie pamiętał tej rozmowy?), ale podkomisarz Maciejewski wpasował się doskonale na moją półkę obok Nesbo i Mankella. Dosyć skomplikowany i podzielony na dwie czasoprzestrzenie kryminał Skrzydlata trumna, lekko się rozpęka pod koniec, ale scenki rodzajowe oraz dialogi, dowcip i płynna narracja dają przyjemność mocną, a do tego pewność, że będzie ciąg dalszy.
Za to „Ojciec.prl”, ściągnięty na Kindla za 19,9 zastanawia. Dlatego o tym nie dziś, bo dziś po pierwsze już późno, a po drugie jestem na 44% tej książki, bo w Kindlu nie mam stron – mam procenty. Więc jak doczytam 100%, a zrobię to z pewnością przed świętami, napiszę to co już wiem, o tej wiwisekcji Staszewskiego.
A jeszcze na koniec – piszę tu z rozpędu, bo pisze też gdzie indziej, to samo w sumie. Ale niech ktoś mi powie, dlaczego nie mogę podkreślać, pogrubiać, robić akapitów, dlaczego wszystko tu mi sie wyrównuje i jest nieczułe na moje sugestie?
Gdybym tu nie był 10 lat to ani chwili nie zawahałbym się stąd uciec na zawsze.

Spotkania autorskie.

„ … spotkałem się z ludźmi. Opowiadałem im różne historie. Jak zwykle pod koniec miałem wszystkiego dosyć i chciałem już iść. To nie była wina ludzi tylko moja. Nudzą mnie własne opowieści, gdy muszę im nadawać formę zrozumiałą dla innych. Wydaje mi się, że jestem kłamcą, gdy zaczynam z kimś rozmawiać, a on mówi, że rozumie, i kiwa głową. Kłamstwo nie jest wcale wygodne i dlatego chcę jak najszybciej wyjść. Wymknąć się i zamknąć za sobą drzwi.”

Stasiuk w najnowszych Książkach podaje swój wystylizowany, jak zawsze, obraz nostalgicznego losu polskiego pisarza, który podróżuje samotnie po kraju, promując swoją książkę. Znamy już te jego zagrania, konwencję opowieści, jak to wszystko się kruszy, rozpada z lichości i małości, że tak naprawdę nie ma już nic w tym świecie, nawet nadziei. Lubimy to. Jak na facebooku, dajemy się nabrać, akceptujemy smutek autora, jego rozżalenie i udrękę. A rzeczywistość, mogę się założyć o wszystko, jest inna, panie Andrzeju, dobrze pan wie, że jest inaczej, a pan wystylizował to wszystko pod siebie, pod swój od dawna wymyślony schemat. I tylko tego pan się trzyma, tylko w ten deseń pan jedzie. A może to i dobrze.

I nie o tym chciałem, ale szturchnąć Stasiuka sobie pozwoliłem – z nagła mnie to naszło. Chciałem o tych wieczorach autorskich. W związku z tą denerwującą imprezą, czyli Wrocławskimi Promocjami Dobrych Książek, wybrałem się na spotkanie z autorką „Kochanie zabiłam nasze koty”, oczywiście, żeby zobaczyć na żywo, zbliżyć się do sławy, posmakować obecności kogoś, kogo się lubi, oczywiście anonimowo, broń boże żadnego spoufalania się, zadawania pytań, albo co gorsza osobistych refleksji przy podpisywaniu książki. Ależ skąd, tylko obserwacja, ocena, konfrontacja i autograf na książce.
Z tymi autografami to nie jest u mnie za dobrze. Nie chodzę na spotkania z pisarzami, a jeśli już się decyduję, to tylko w przypadku szczególnego uwielbienia ich twórczości. Wyjątkiem był Miłosz, którego chciałem zobaczyć za całokształt i pamiętam to spotkanie w Auli Leopoldina, (którego fragment miałem nagrany na video z lokalnej telewizji, w momencie, kiedy pisarz wchodził na salę i mnie mijał – wszystko to było na filmie, ale go skasowałem, żeby nie ulec pragnieniu puszczania tego komukolwiek), spotkanie w auli, kiedy to Miłosz sprytnie zasłaniając się swoją głuchotą, nie odpowiadał na niewygodne albo zbyt skomplikowane pytania. Podpisał mi „Widzenia nad Zatoką San Francisco”.

Stasiuk podpisał mi Babadag, jeszcze przed Nike, kiedy samotnie nudził się w księgarni na Świdnickiej i radził mojemu synowi raczej wybierać bieganie po boisku niż czytanie. Podpisał mi jeszcze „Jak zostałem pisarzem” i wówczas uczestniczyłem w spotkaniu, w tłumie, gdzieś z tyłu, a potem przy podpisywaniu zdarzyła się jakaś dekoncentrująca sytuacja i podpisał mi się jakoś bezwiednie – nie mam już tej książki.

Rzeczywiście te spotkania z czytelnikami są jakieś żałosne. Trzeba się wystawić na widok, ocenę i jeszcze mądrze odpowiadać na najczęściej bzdurne pytania – bo kto zadaje pytania na spotkaniach autorskich? Sami nawiedzeni czytelnicy, przemądrzałe paniusie albo zestresowani młodzieńcy lub początkujące grafomanki, które z duma zaznaczają: „bo wie pani jak też piszę…” Porządni ludzie na spotkaniach ze swoimi ulubionymi autorami siedzą i milczą. Broń boże nie pytajcie ich o wenę, warsztat lub plany, jak już musicie się pokazać, zwrócić na siebie uwagę, to zróbcie to przy podpisywaniu książki, zaznaczając dla kogo ma być autograf.

O spotkaniach z czytelnikami wspominał też Houellebecq, kiedy jako początkujący poeta jeździł po Francji, traktowany nierzadko po barbarzyńsku, sypiający w wozach campingowych a czasem prawie pod mostem.

Mam autograf Marka Grechuty, tzn. miałem albo mam, bo nie mogę odnaleźć małego tomiku z wierszami, na którym mi się podpisał; mam podpis Piotra Kaczkowskiego, ale to już inna bajka. Więcej grzechów nie pamiętam.

A te upadające targi książek we Wrocławiu, gdzie miejsca mało, wydawnictw coraz mniej, duszno i ciasno, prawdziwej literatury jak na lekarstwo, to raczej wysyp dziwnej maści książek katolickich, wystawców gier i zabaw planszowych, słabych promocji cenowych i tłumów, przeciskających się w nadziei kupienia czegoś interesującego. I ci biedni, drugorzędni pisarze podpisujący albo samotnie siedzący w tym wszystkim, nie mający przywileju porozmawiania ze swoimi czytelnikami w dużej sali, tak jak Janusz Wiśniewski, który w pomiętymi sweterku i wychodzącej ze spodni koszuli, spocony i rozczochrany, musiał wyjść wraz z uwielbiającymi go czytelniczkami do innego pomieszczenia, bo już za chwilę miało się rozpocząć spotkanie z Dorotą Masłowską.

Mordercze miasta.

Wydawnictwo „Szara godzina” przysłało mi książkę kolektywu pisarskiego Zbrodnicze siostrzyczki i jak to bywa z literaturą kobiecą, wyłączając Alice Munro, pomyślałem sobie, że pewnie ugrzęznę po drodze i zrejteruję, wciskając książkę pomiędzy już przeczytane, udając, że nigdy jej nie miałem. I rzeczywiście na to się zanosiło. Trzy autorki, trzy miasta i każda ma trzy szanse. A ponieważ Kraków mnie wsysa ostatnio niczym wiosenna pogoda początkującego biegacza, zacząłem od opowiadania „Śmierć to rzecz straszna” z cyklu Morderczy Kraków, autorstwa znanej już mi Agnieszki Krawczyk. Pani Agnieszka lekko się już poślizgnęła, a ja z nią, popełniwszy w tym roku „Dziewczynę z aniołem”, pomimo to skuszony architekturą miasta z barbakanem, próbowałem odnaleźć coś w tym opowiadaniu, ale nic tam nie było poza składanką fantasmagorycznych przypadków, które nie powinny zaistnieć, bo są zbyt płaskie i niewiarygodne.

A musicie wiedzieć (jakże piękny to zwrot), że wszystkie trzy panie, swoje opowiadania spinały postaciami głównych bohaterów kryminałów, czyli policjantów, detektywów, funkcjonariuszy. W Krakowie stróżuje nadkomisarz Wesołowski oraz jego pomocnik Nowak, a wsparcie mają w emerytowanym milicjancie, bo tak musieli go nazywać wszyscy, w latach kiedy był aktywny, niejakim Wroną. Przełknąłem porażkę historii krakowskiej i niemrawo wskoczyłem którejś nocy, kiedy przewracając się z boku na bok nie mogłem usnąć, w historie wrocławskie. A tu mamy Adriannę Michalewską, która zaczęła z grubej rury, (subtelny literat nigdy nie użyje słowa „rura”) historią, mającą swój początek w XVI wieku. Śledztwo prowadzi tym razem detektyw o nazwisku Nemec, w dodatku Czech. Pani Adrianna ma zgrabne pióro, nogi pewnie też, stąd jej opowieść snuje się gładko a zdarzenia wplatają się w historię miasta jakby z większym posmakiem dziejów przeszłych – widać koleżanka przygotowała się merytorycznie albo uważała na lekcjach historii. I choć z historią konsularną lekko odpłynęła w jakiś byt kompletnie fantasmagoryczny, do tego narażając nasze stosunki polsko-niemieckie na szwank, to już historia o wyrównaniu krzywd żydowskich pachniała tym smaczkiem rzekłbym filmowym.

Trzecia z siostrzyczek to Marta Guzowska i tu wpadamy od razu w pierwszą osobę i historię dosyć wydumaną, bo jeśli ktoś pisze o zbawianiu świata to zawsze podłoży się fatalnie wszystkim po kolei. I teraz patrzę na tę książkę z jakąś rzekłbym sympatią, bo jednak zamiast zwyzywać wydawcę (celowo nie używam obrzydliwego słowa: ubliżyć), zamiast poznęcać się nad dziewczynami, muszę napisać z sympatią, że to dobry pomysł na lekką, nie nużącą, (każde opowiadanie ma po około 30 stron), pozycję do czytania relaksacyjnego, czytania, którego szuka większość, upatrując w literaturze jedynie rozrywki, nie to co my, poszukiwacze jakichś zaginionych skarbów w duszach własnych, niekoniecznie pisarzy, którzy może powinni zająć się karmieniem nowo narodzonych szczeniaków, a nie zastanawiać się co chciał powiedzieć Bieńczyk, dlaczego szukamy erudycji w wydarzeniach o przestarzałej proweniencji, dlaczego kochamy Nesbo.

No bo właśnie jakże chciałbym wystawić tu laurkę tym kryminałkom, a nie mogę, mogę jedynie pochwalić jakiś zarys i pomysł, ale to wszystko jest napisane na kolanie, bez namysłu nad intrygą, jakby panie nie miały w ręku Agaty Christie, która wymyślała swoje historie w czasie zmywania. Może brakuje tu po prostu męskiej ręki, żeby przytrzymać za włosy, popatrzeć w oczy, przekręcić zdanie lekko metafizycznie, czegoś nie dopowiedzieć, wyprostować prawdopodobieństwo. No ale wówczas czytelniczki zaraz by poznały, że siostrzyczki zostały ubezwłasnowolnione, zaraz by zakrzyknęły, że dość dominacji mężczyzn, że niech już tak zostanie jak jest, że lepsze wolniejsze wejście na szczyt ale w kobiecym składzie niż szybka szarża przy pomocy silniejszych samców. I dlatego trzymam za kobietami, które choć niedoskonałe to jednak z wdziękiem dają się czytać. I co z tego że najlepiej smakują o piątej rano.