Houellebecq.

        Nagromadziłem trochę Houellebecqa (jak zapamiętać pisownię nazwiska – podaję regułę: inaczej szczekanie psa (Hou), no ewentualnie indiańskie pozdrowienie bez „q”, trochę naciągane, ale to początek więc można zapamiętać; dalej magazyn dla kobiet „Elle” no i nasz Beck Józef minister spraw zagranicznych). Gorzej jest z wymową, ale ile razy w ciągu swojego życia będziecie rozmawiać o tym pisarzu w gronie znajomych, ile razy przyjdzie Wam to nazwisko wymawiać – nie oszukujmy się.

             Przeczytałem od dawna odkładanego H.P. Lovecrafta ze wstępem Kinga, biografię kupiłem na allegro za 29 zł, choć następnego dnia, w najlepszej księgarni z tanimi książkami w Krakowie, na Grodzkiej, usłyszałem zdanie „ a tu jest twój ulubiony pisarz”, był, za 19 zł. W tym samym Krakowie, który jak zawsze podziwiam za jeszcze klasyczne w starym, dobrym stylu księgarnie, odnalazłem „Wrogów publicznych”, których np. we Wrocławiu próżno szukałem. Tę ostatnia książkę polecił mi wyrastający na dobrego mentora Krzysztof Varga, w artykule „Wrogowie liryczni” w sobotnio-niedzielnej Wyborczej. Wskoczył więc Houellebecq do panteonu pisarzy, których mam wszystko, co ukazało się po polsku, tych kilka powieści przeczytanych oraz rzeczy orbitujących dookoła, co jest niejako nobilitacją, choć nie do końca przecież. Houellebecq wymyka się jeszcze ostatecznej klasyfikacji, na razie lubię ten styl, lubię ten mechanizm destrukcyjny, który nam serwuje.

          Esej o Lovecrafcie jest też trochę o samym Michelu, jakby mu zazdrościł bezkompromisowości, napisany z wyraźnym podziwem, którego nie kryje. Lovecrafta znają nastoletni czytelnicy powieści fantasy, nie sądzę, żebym mógł przebić się przez ten świat okrutny, zaludniony przez wymyślone istoty pozaziemskie, choć podziwiam wyobraźnię, ale nie do końca ulegam hagiograficznemu stylowi Houellebecqa, który usiłuje pokazać Lovecrafta jako człowieka bez skazy (wyłączając jego rasizm, który jest nam podany na ładnym talerzu, z jakimś szczególnym usprawiedliwieniem).

            Houellebecq to socjopata, stylizowany na outsidera więc spędzić z nim czytelniczą zimę uznam za wyraz perwersyjnej wręcz przyjemności. Zwłaszcza, że biografia Demonpiona wywołała w nim furię. I bardzo dobrze – nasze życie opowiedziane przez innych, zawsze przyprawi nas o mdłości.

Kochanie, zabili nasza Masłowską.

              Nie wiem co myśleć o najnowszej Masłowskiej. Tak się zamyśliłem w związku z tym dzisiejszym dokończeniem „Kochanie, zabiłam nasze koty”, że aż przypaliłem co piątkowe leczo. Potem myślałem odkurzając, formułowałem myśli i sądy, wreszcie wiedziałem, że powinienem napisać, że książka mi się podoba, ale przecież wszystko co napisze Masłowska mi się podoba, nawet jej spożywcze nazwisko nie razi, nawet to, że podobno ma dostać w 2020 czy 2040 Nobla. Nobla to powinien dostać Witkowski a Dorota niech zacznie pisać kryminały.

          Ale do rzeczy.

         Po co ja mam czytać te wariacje na temat pospolitych, smutnych, zżeranych przez codzienność dziewczyn, do tego jeszcze w Ameryce? Po co mi panie ta historia, te losy, te ich sny i rozterki? Co ja mam z tego wynieść, czego się nauczyć, co zrozumieć, jak i tak wszystko o tym wiem, bo albo to widzę albo już o tym przeczytałem. Pozostawiony sam ze sobą smakowałem tylko tę prozę, zdania jakie lubię, porównania, które się nawarstwiały i zachodziły jedne na drugie. Dla tych zdań mógłbym to czytać w nieskończoność, jakbym oglądał najlepszą scenę z filmu „Wojna polsko-ruska”, kiedy to Masłowska – policjantka mówi do Szyca: „Silny ty zjebie”.

         To styl tę książkę kreuje, bo przecież nie te syrenie pląsy i codzienność smutnych, brzydkich panienek. Ach, jak ona to opisuje, jak się wkręca w te analizy stanów lękowych, jak epatuje brzydotą, nawarstwia myśli i strumienie świadomości – nikt tak nie napisze pierwszego zdania, żeby później się wkręcić i pobiec własnym stylem, rozpoznawalnym w każdym zakątku kosmosu. Tylko pod koniec czuję, że już doszła do kresu, że już nie pociągnie, że przesadziła, rozluźniła jej się uwaga, bo sama historia już się wyczerpała, już pomysłu zabrakło, żeby np. zrobić jakąś woltę, zabić kogoś, nadać sens temu potokowi, uzasadnić to co napisała wcześniej. Więc zagmatwała się w opisach, nażarła tymi porównaniami do wyrzygania i kiedy mogłaby wreszcie ruszyć z jakąś akcją, szybko i chybcikiem kończy te rozmemłaną ni to powieść.

            Jakoś mi się ta książką, rozdmuchana marketingowo, mija z celem, jakoś mi się wydaje niepotrzebną, napisaną, żeby się w końcu wszyscy odczepili. Masłowska jest gdzie indziej, ona jest w artykułach z podróży, w felietonach w Przekroju, w zjadliwych komentarzach, krótkich mailach i szyderstwach z naszych prostackich nawyków.

        Już wiem, skąd mi się nawinął Auster, który denerwująco pisze wciąż o tym samym, nie mając talentu Masłowskiej, mając jedynie ciąg do zapisywania coraz to nowych stron, podczas gdy jałowość jego twórczości przebijana jest tylko przez jakoś tam zawiązaną akcję – wydawnictwo ich łączy i ten niewygodny format książek.

            Patrzymy na krótki wycinek życiorysu dziewczyn z jednej perspektywy, patrzymy na biedną Farah pod określonym kątem, ale przecież to nie koniec ich życia, przecież one nawet miały całe lata życia przed Masłowską, jeszcze sobie poskładają do kupy życiorysy, jeszcze nabędą trochę ludzkich cech, znormalnieją, wezmą kredyt mieszkaniowy albo popełnią samobójstwo.

            Wielkie halo wokół tej książki jest kompletnie nieuzasadnione, jak i jej nominacja do tegorocznej Nike, która z pewnością nastąpi. Po co to? Po co ten szum, to zapraszanie jej wszędzie, epatowanie jej kolorowymi rajstopami i seplenieniem? I nikt jeszcze jej bezpośrednio nie przywalił kopem, skaczą wokół niej prowadzący różne programy nie tylko literackie, mówią ogólnikami, że to takie albo śmakie, wydymają usta, są nawet nieśmiali wobec autorki, jakby bali się zburzyć własny wizerunek kogoś, kto wie po co to napisano albo po co Masłowska to zrobiła. A zrobiła/napisała, bo musiała w końcu przez to przejść, żeby za jakiś czas (3 lata), napisać wreszcie „coś”. I to „coś”, będzie wreszcie naprawdę „COŚ”.

Gogol by Nabokov.

Dlaczego wydawnictwo wybrało te chaszcze na okładkę? Może powinno się publikować, gdzieś na końcu obwoluty, albo małym druczkiem na pierwszych stronach, czym kierował się człowiek odpowiedzialny albo mniej, przypadkowy albo głęboki w swej wierze, z wąsami albo bez, więc czym się kierowałeś, chłopcze, bo nie przypuszczam, żeby kobieta w tym maczała cokolwiek, czym kierowałeś się mój drogi, dzielny, wierzę, że odpowiedzialny redaktorze (może to za „wysokie” słowo), wybierając te trzciny, te trawy te knieje na okładkę książki o Gogolu? Czyż okładka ta przedstawiać ma złożoność rosyjskiej literatury, a może samego bohatera książki, niejakiego Gogola, a może, czemuż nie, albo nawet o zgrozo, ośmieliłeś się chłopcze zasugerować coś Nabokovowi? Ale nie o tym.

Czytanie Nabokova nie jest łatwe – właściwie przeczytanie Nabokova „do końca”, czyli siląc się odgadnąć wszystkie myśli i pułapki zastawione na przypadkowego czytelnika, jest moim zdaniem trudem daremnym, a wręcz powiem, że zbytecznym. Przypadkowy czytelnik może się rozsmakować w zdaniach i błyskotliwych frazach, o ile oczywiście to potrafi, bo przypadkowość jego narzuca nam z miejsca jego ograniczoność, no ale przyjmijmy, że jest zachłannie zdeterminowany wychwycić co się da, przyjmijmy. Czytelnik dostający Nikołaja Gogola do ręki, tylko ze słyszenia znając, któż to zacz ten Gogol, coś świta, matka coś wspominała po powrocie z targu albo ojciec rzucił jakieś zdanie sprzed telewizora (co wywołało skądinąd przerażenie matki, która nie słyszała ojca od zeszłej niedzieli), czytelnik taki co to chciałby aspirować, żeby mówiono, a właściwie żeby on mógł powiedzieć, że czyta, sięgając po książkę o Gogolu staje przed wyzwaniem zmierzenia się: raz że z samym Nikołajem, opisanym tu i wybebeszonym, a dwa z tym snobem, bałwochwalcem, tym nieujarzmionym wojownikiem Autorem, pogardliwym i butnym, o czym możemy się przekonać czytając np. rozdział końcowy pt. Komentarze. Piszę to nie bez powodu, bo obserwowałem ukradkiem takiego właśnie czytelnika przez trzy tygodnie mojej podróży i podziwiałem jego samozaparcie, determinacje i ulgę kiedy wreszcie skończył i się zadziwił, bo najpierw się zadziwił, że w ogóle przeczytał a potem zastanowił i ja się zastanowiłem, jak ta książka cienka i w twardej oprawie na niego wpłynęła i co z niej zapamiętał.

Gogol był z pewnością typem antypatycznym, wystarczy na niego spojrzeć. Gogol zdziwaczał, był utrapieniem i z pewnością umierając myślał, że przegrał, a przecież wiemy, że wygrał bo piszą że geniusz i stawiają obok Puszkina, Tołstoja czy Czechowa, czyli gigant. Gdyby wstał z grobu to by chyba ponownie umarł z wrażenia. Nabokov rozprawia się z Gogolem po swojemu, kluczy i meandruje, jakby starając się umieścić pisarza tam, gdzie będziemy mogli pojąć jego geniusz, a przecież analizując jego życie widzimy, że był dupkiem i megalomanem z tym, że miał dar, z którym się urodził, miał dar widzenia świata i opisywania go na swój sposób. Był inny jak Kafka a może nawet i Proust, przez te swoje dziwactwa był szczególny i tą swoją szczególnością nasycił literaturę rosyjską nieodwracalnie.

Przeczytałem wreszcie książkę Nabokova i zaraz przed oczami stanął mi krótki filmik, na którym znany aktor inscenizuje jego wykład o Kafce. Domyślam się, że mówiąc o Gogolu potrafił zrobić jeszcze efektowniejszy show, co z przyjemnością chciałbym zobaczyć, ale niestety w tamtych czasach nie było jeszcze komórek z kamerką, bo jestem pewny że dziś, takich filmów byłoby w sieci pod dostatkiem i nawet miałyby umiarkowane powodzenie.

Nabokov o Kafce.

W drodze.

            Zamieszanie wokół najnowszej książki Masłowskiej nie przypomina oczywiście harmideru związanego z Jezus Maria Peszek, ale skutkuje tym, że kupiłem najnowsze wydanie gazety Kontynenty, gdzie wielkimi literami na okładce nazwisko pisarki, już nie wypada pisać, że młodej, jest największe a człowiek w czerwonym kapturze, pomimo że czarny, przywodzi na myśl dresiarski ubiór, w konwencji którego pisała – jeśli to zdanie jest zbyt mętne, proszę napisać zgryźliwy komentarz.

             O książkach przeczytanych w podróży ma być dziś, ale co to za książki, skoro nie papierowe. Kindle mój podróżny zaopatrzyłem w przysłowiowy misz-masz, żeby móc wybierać, kaprysić i zmieniać, co z jednej strony jest wygodne a z drugiej dając możliwości zmiany lektury powoduje zamieszanie. Bo co czytać, jak się ma za dużo do czytania, jak wybierać, proszę pani, jak? Kindle jest wygodny, nosiłem go w dużej kieszeni spodni, czasem w tylnej czasem w tej na nogawce, w samolocie miałem go zawsze pod ręką bez konieczności sięgania do plecaka, w autobusie mogłem odkładać dowolnie, w tłoku nie wadził nikomu. Zdecydowanym minusem jest to, że w ciemności nie da się czytać bez dokupionej małej lampki. Piracko wgrane książki mają różne czcionki i często się rozjeżdżają, denerwuje ciągłe zmienianie stron, bo rozmiar ogranicza a przyciski są zbyt uciążliwie niewygodne. Kindle nie jest książką, więc nie ma tej najprostszej identyfikacji z przedmiotem, nie ma okładki, koloru, szorstkości, zapachu, nie ma indywidualnych zagięć, plam, kurzu. Jest to coś niemalże wirtualnego, zawieszona w próżni wyobraźni pozycja, która nabiera dopiero stopniowo kształtu, ale to wszystko mieści się wyłącznie w naszej głowie. A jednak podróżny Kindle jest zdobyczą niewątpliwą, jest rozwiązaniem mistrzowskim a wyposażenie go w wi-fi powinno jeszcze bardziej tę opinię potwierdzać, choć moje próby skorzystania z tej opcji kończyły się nieuzasadnionym fiaskiem, czy to na lotnisku w Bogocie czy przydrożnym hostelu.

                Przeczytałem tyle ile zazwyczaj, przyznaję, że poszedłem na łatwiznę, wybierałem pozycje łatwe i przyjemne ale taka już natura człowieka. Może gdybym wziął wreszcie ze sobą wciąż nieprzeczytane opowiadania Nabokova, to nie miałbym wyjścia, ale w tym przypadku miałem Nesbo. Nie ma co pisać o Nesbo, który jest niewątpliwie odkryciem tego roku. Przeczytałem dwa jego kryminały z niezmienną przyjemnością i to jest coś do smakowania.

              Zaskakująco wciągnął mnie John Grisham, kojarzony dotąd z kryminalno-szpiegowskimi bestsellerami a tu zupełnie przez przypadek, dla ciekawości zacząłem czytać „Testament” i wciągnąłem się niezwykle, odkrywając fantastyczny, sarkastyczno-ironiczny humor autora, który nawet bardziej mnie przekonał niż sama treść. To jest lepiej napisane niż przemyślane, to książka smakowita warsztatowo, widać że autor napisał już tyle, że nie potknie się nawet na opisie brazylijskich wiosek zagubionych w dżungli oraz życiu seksualnym misjonarek. Miliarder wyskakuje przez okno zmieniając wcześniej testament, zapisując wszystko nieślubnej córce, którą zagubioną w dżungli szuka adwokat-alkoholik przeżywający przemianę duchową. Banalne ale jak napisane.

                Porażką okazała się książka wychwalanego tu Marcina Wrońskiego Officium secretum. Pies Pański”. Podziwiam erudycję, doceniam znajomość opisywanych faktów, ale całość rozłazi się, „rozględza”, wydarzenia nawiązują do „Imienia róży”, przemieszanego z historią Solidarności, agenci, wallendrodyzm, kobiety, dziennikarze – wszystko to się kiełbasi i zamiast dać zręczną fabułę, męczy. Nie udźwignąłeś Marcinie tematu, z księdzem niczym Bond i Sandomierzem nad Wisłą.

             Przezwyciężyłem awersję do Kinga i zmierzyłem się z jego ostatnią książką „Dallas 63”. W Kingu denerwująca jest ta mania mnożenia dziwactw, które w ostateczności do niczego nie prowadzą i na nic nie wskazują – wrzuca je jak kukułcze jajka miedzy doskonale skrojone wydarzenia – przypomina to zatęchłe pleśnią ściany w dobrym hotelu. Ta maniera ma nas chyba przestraszyć, wywołać niepokój a mnie jakoś obrzydza, wygania z dobrze skrojonej drogi, którą podążam ze smakiem. Wystarczy przecież niesamowita możliwość przeniesienia się w czasie i wpływania na losy historii. A może to ma pokazać, że nic w życiu nie jest takie proste jak w literaturze, że zawsze gdzieś za węglem czai się zło w czystej formie, a to zło nie jest wcale krystalicznie metaliczne, pociągające, jest jedynie ohydną pulpą śmieci, które nie dość że śmierdzą to jeszcze wszystko psują.

               W samolocie do Quito przeczytałem szybko i z tradycyjną przyjemnością SimenonaMaigret i trup bez głowy”. Kto zna Simenona ten wie, że zawsze jest to proza specyficzna, z jakąś metafizyczna refleksją nad życiem. I ten Paryż, Francja zaraz powojenna, gdzie bardziej brudno niż kolorowo, a zło jest banalne i pospolite. Polecam czytać szybko i na raz.

                     Z wydarzeń dziwnych i przypadkowych przytaczam historię samolotową, kiedy to lecąc 11 godzin, wyszukuję w zestawie filmów do oglądania coś co pozwoli jakoś znieść niewygody a jednocześnie wertuje mojego Kindla, w nadziei łatwej prozy. John Irving zawsze daje taką pewność więc zaczynam czytać Regulamin tłoczni win a w tym samym czasie znajduję film z moją ulubioną Charlize Theron. Film toczy się niemrawo a ja zaczynam dostrzegać jakieś związki między tym co widzę a tym co czytam i po szybkim sprawdzeniu tytułów okazuje się, że oglądam film na podstawie książki, którą właśnie czytam. Dla dociekliwych zagadka: w ostateczności czytałem czy oglądałem?