Zmiany, zmiany, zmiany … znów.

       Zmiany nie powinny dokonywać się latem – jesienią powinny, albo lepiej zimą, wtedy można złagodzić efekt zaskoczenia, prześlizgnąć się niezauważenie, najlepiej nocą, bo zimą noc jest przeciągnięta, przegięta, jak mawia Michaśka, wtedy można udać, że nic się nie stało, jakoś przeboleć, przespać, machnąć ręką, bo i tak jest źle, ciemno i wiadomo, że lepiej szybko nie będzie. Ale robić to latem, w pełnym słońcu, wakacyjnie – to już nie przystoi, bo i tak zmęczeni słońcem, zaraz zaczniemy narzekać. Blog.pl poinformował mnie, że pomimo zapewnień wcześniejszych i tak przeorganizuje mi bloga od 10 lat prowadzonego, zrobi z nim co zechce, bo ma prawo. I choć udawał te kilka miesięcy, że „Polacy, nic się nie stało” to jednak stało się i ostrzegł mailem, mailem mnie ostrzegł, że nadejdzie ten dzień, kiedy zrobi to co mi się nie podoba, ale jemu wręcz przeciwnie. No to ja mu, „temu blogu” mówię tak: od początku wam nie wierzyłem, jak psu, jak suce burej nie dawałem wiary w wasze ściemy i już jestem gdzie indziej przygotowany, już do konkurencji zrobiłem hyc i możecie mi ulepszać to, co mam dobre od lat, możecie mnie edytować, forwardować, czy co tam wam się podoba – ja już u was jestem tylko pro forma, jak ta faktura wystawiona na wyrost, przed wykonaniem usługi, ja już sobie byt mój zabezpieczyłem.
       
    

      A tymczasem Chatwina „Wicekróla Ouidah” przeczytałem, z lekkim strachem, że nie będzie tak, jak sobie wymarzyłem, ale jednak szybko dotarło do mnie, że nie, że dobrze jest, bardzo dobrze nawet, że zakupiona za parę złotych na allegro książeczka cienka, warta jest, żeby o niej mówić a nawet pisać, może po raz ostatni tutaj, na tym zdradzieckim blogu.pl. A kto zauważy ten mój styl lekko „przegięty”(Michaśka), to nadmienię, że wreszcie za Lubiewo się wziąłem, to poprawione już, w stylu Drwala wydane, chyba żeby te dwie książki na półce obok siebie móc postawić, żeby się komponowały, jakąś serię początkowały, żeby nawet sugerowały kupić następną Michaśkę, którą zapowiada kryminalnie autor na facebooku, entuzjastycznie nawet. 
  
      Więc lekko tym Witkowskim „jadę”, tym stylem, łatwym przecież, lekko ironizującym z samego siebie, takim na „niby”, że to wiecie, nie do końca jestem ja, że więcej w tym zgrywy i pastiszu niż mnie samego, ale cóż.
Jak nie doczytałem jeszcze Wicekróla Oiudah, to Cobra Verde Herzoga ściągnąłem, też w strachu, bo te Herzogi bez kontekstu wydawały mi się jakieś przerysowane, ale teraz trafiły w swój czas i film doskonale uzupełnił Chatwina, choć przecież nie do końca on literackiego pierwowzoru się trzymał, a nawet uciekał gdzieś wciąż w inne rejony wyobraźni. Na przykład Herzog swojego bohatera nazwal Cobra Verde, a przecież tego bandytę Francisco Manoel spotkał jedynie na swojej tułaczce, przez chwilę z nim rozmawiał, a tu jakaś identyfikacja nastąpiła i przemieszanie.
      Ale dość o filmie, to nie ma być filmowa recenzja, to nie Cannes jest jakieś, tylko porządny blog literacki. Więc z początku można się dać zgubić tym wszystkim losom, tym opisom, zanim wreszcie ruszą dzieje głównej postaci, zanim się zacznie ta epopeja. Język jest ważny u Chatwina i sposób podania, kolorystyka i miąższ, szaleństwo prozy, erudycja i elokwencja, dwa wyrazy na „e”, które znaczą podobnie a jednak nie są przystające. Napisano, że ta proza to Jądro ciemności tylko oglądane przez mikroskop i tu się zgodzę, bardzo szczegółowo się zgodzę, bo jest tu ta intensywność, aż do bólu, tu jest ten talent, ta iskra boża, która wyróżnia lepszych od gorszych. I tak sobie teraz nagle uświadomiłem, że ta proza braci homo mnie ostatnio prześladuje, bo obok dwóch dziś już wspomnianych, jeszcze Capote mi leży na sercu literackim, tez trochę przez film ponownie obejrzany w japońskiej scenerii. 

    

            Przy Chatwinie mi się objawił z nagła Marcin Wroński z cyklem kryminalnym o komisarzu Maciejewskim. Nieufny byłem, przyznam, przekładałem te jego książki, próbowałem w księgarniach je napocząć, ale dopiero tania seria po 15 zł, którą w wakacje wydaje Polityka, skusiła mnie do zakupu i oto można powiedzieć, bingo, trafiony-zatopiony. „Kino Venus” to druga książka z serii, piąta jest w przygotowaniu. Czy autor powieści kryminalnych powinien być przystojny? Przerabialiśmy już temat wyglądu autora w kontekście mojego zainteresowania, bo z estetycznego punktu widzenia, czyż nie lepiej wyobrazić sobie, że Miłoszewski lepszym pisarzem jest od np. Krajewskiego, bo przystojniejszy? A Wroński nie jest przystojny, nawet jest taki jakiś dziwny, ale co ja się tu bawię w jakieś gesty estetyczne, przecież napisać chcę, że się zachwyciłem i stylem, i logiką i spójnością, efektem, zwrotami dramatycznymi i tę całą resztą, która decyduje o smaku czytania – tutaj się je smacznie, proszę państwa, je się i popija wybornie, Wroński jest skończonym literatem, myśli, kiedy pisze, on nie pudłuje słowami, rozgrywa wszystko jak stary wyjadacz, jak jakiś Conan Doyle czy inna Christi, ale jak bym miał wybierać, to nawet bym się nie zawahał – będę czytał Panie Marcinie, z pewnością będę.

          Na koniec zaś znów o zmianach będę mówił, tym razem rewolucyjnych nawet, takich zmianach, które zdarzają się raz na 500 lat powiedzmy; od Gutenberga do dziś trwała przecież ta epoka papierowa, ta epoka przedmiotów fizycznych, kiedy książka była książką, kiedy się nie śniło nikomu, że może być inaczej, a tu proszę, siedzą sobie po Dolinach Krzemowych dwudziestolatkowie, nic innego nie robią tylko kombinują i nagle okazuje się, że można mieć książkę jakby wirtualnie, mieć ją i nie mieć, bo niby czytam a nie wącham, niby kartkuję a przecież mi tylko migają strony, a obok, a właściwie w głębi, to ja mam jeszcze 100, co ja mówię, nawet 500 innych książek, ale czy to książki są jeszcze czy tylko jakieś wirtualne fantomy? Z okazji rocznicy okrągłej (nie pytajcie jakiej), dostałem Kindla. Przestraszony lekko, bo się naczytałem wcześniej jaki to on skomplikowany jest, jak się trzeba natrudzić, żeby wczytać, ustawić, ściągnąć, ale jak już odkryłem gdzie się włącza i wyłącza to zaraz z 50 pozycji sobie wgrałem, trochę nielegalnie, ale te pdfy po sieci się plączą, więc czemu ich nie brać, więc wziąłem jak swoje i mogę czytać. 

        

         
           To ja jeszcze napiszę za jakiś miesiąc jak się w ogóle czyta i czy warto, bo na razie zabiorę w podróż zamiast 4 ciężkich tomów, cienki przedmiot, który schowam do kieszeni, żeby móc w każdej chwili sięgnąć i czytać. I pewnie wkrótce będą nowsze modele, dotykowe, świecące i grające, jak tablety jakieś będą, jak statki kosmiczne w Prometeuszu, słabym filmie Scota, więc będą te Kindle wypasione, a na razie mam taki jaki mam i nie zawaham się go użyć, o czym pewnie poinformuję, chyba, że mi go ukradną nasi śniadzi, mali przyjaciele z Ameryki Łacińskiej.