Hiszpański nie gryzie!

  

       Hiszpański jest modny. A ja kupuję książki i zastanawiam się jak go ugryźć, jak napocząć, bez wysiłku sobie wtłoczyć podstawowe słówka, zapamiętać i wykorzystać potem. Ale to potem przychodzi tak rzadko, że sobie myślę: nie opłaca się. Że zostanę jak ten przysłowiowy Himilsbach, któremu kazano nauczyć się angielskiego, a on po chwili zastanowienia, odpowiedział, że co będzie jak z amerykańskiego filmu nic nie wyjdzie a on zostanie z tym angielskim jak chuj.

      Więc podkradam się jedynie w stronę tej wymowy, tego szelestu podniebienia i nie odmawiam, kiedy dostaję podręcznik, bo nawet sama jego obecność sprawia mi dziwną przyjemność. Dostałem więc, na własne życzenie, podręcznik „Hiszpański nie gryzie! Innowacyjny kurs od podstaw. Aktywna nauka słownictwa i gramatyki za pomocą ćwiczeń”.  Wydawnictwo Edgard mnie lubi, więc postanowiłem przetestować książkę i posłuchać z dołączonej płyty jak poprawnie wymawiać: Este mes tengo mucho trabajo. 

      Książka nie przeraża grubością, na każdej stronie są minisłowniczki oraz krótkie komentarze i wyjaśnienia stąd jest przyjaźnie i beztrosko. Trzeba po prostu chcieć się przysiąść, powoli przeglądać, zapamiętać, a jak ktoś się uprze, to nawet zdobyć na systematyczność.Zawsze się pisze, że dana metoda nauki jest atrakcyjna – tutaj atrakcją ma być rozwiązywanie ćwiczeń – no ale ćwiczenia to zawsze jakiś przymus, więc w przypadku takim jak ja, ulubioną formą nauki języka jest aktywne przeglądanie i słuchanie płyty. Zabieram więc płytę do auta i jak mi się znudzi najnowszy PIL, wsłuchuję się w brzmienie takich słów jak: cocinar, yo me levanto, redondo

     Nie da się nauczyć języka bez samozaparcia, konieczności lub dużej ilości wolnego czasu. Wyjazd do Ameryki Południowej jest dobrym pretekstem, powrót stamtąd może być inspiracją. Ale może też być stwierdzeniem, że już za późno. Zobaczymy. W każdym razie zabieram podręcznik Edgarda ze sobą – pewnie będzie przydatny, wykorzystywany ad hoc, przeglądany a nawet podniszczany – jakoś ostatnio lubię podniszczać książki – obiecuję, że będę na nim jadł, plamił co ważniejsze strony, a nawet, o zgrozo, będę po nim pisał, podkreślał i zaginał rogi. Może nawet wyrwę z niego kartkę.
 

Chatwin

         
               Od czasów Nabokova nie miałem podobnego uczucia. Ale 30 lat temu urzekło mnie jego zdjęcie w Literaturze Putramenta, choć jak było naprawdę nikt już nie wie, zwłaszcza, że byłem przy tym bezdyskusyjnie tylko ja sam, więc legendę dopasować mogę dowolnie, przy czym legendy konfrontowane z kimś jeszcze, smakują inaczej i są interaktywnie moderowane. Czyż nie? 
             
              Agorowski magazyn Książki dotarł do mnie po miesiącu, a kolejny smakowałem jego zawartość, do czasu, kiedy pewnej nocy, walcząc z napierającą sennością, uchwyciłem się strony 54-tej, nieświadomy, czy znowu fotografia przykuła moją uwagę, czy raczej styl opowiadania odbiegający od wszystkiego co dotąd czytałem, przygnieciony kryminalnymi perypetiami komisarzów policji, śledczych bądź o zgrozo pospolitych policyjnych szpiclów. Przerwałem czytanie, bo uświadomiłem sobie, że nocną porą zgubię zbyt dużo, odłożyłem gazetę by sięgnąć po nią po trzech dniach, zaczynając od nowa, zastanawiając się czy wróci to uczucie niezwykłości a właściwie odmiany, bo nikt tak nie pisał dotąd do mnie od lat, nie próbował mnie zafascynować, jakby wszyscy już zrezygnowali z literatury, oddając się jedynie kleceniem zdań według utartych schematów. 

  

                Miałem nadzieję, że Bruce Chatwin dopiero usadawia się na naszym rynku czytelniczym, ale gdzie tam, on już tam siedział od dawna, ale przecież nie złapałem go jak Nabokov rzadkiego motyla, może i nawet trzymałem kiedyś w ręce, ale może miał skrzydła złożone? Tym razem rozpostarł się, że tak powiem trywialnie, majestatycznie, z miejsca mnie wchłonął i zmusił do poszukiwań. W Książkach jest fragment opowiadania z książki „Anatomia niepokoju - już sam tytuł drażni, do tego zdjęcie z wytrzeszczonymi oczami człowieka wystraszonego własna pewnością siebie a jednocześnie bezradnego (ta ręka na ramieniu) i cytat: „Najbrzydsi ludzie kochają najpiękniejsze przedmioty”.
            
Żył 49 lat, więc mamy więcej wspólnego, niż myślałem, określają go jako podróżnika i kolekcjonera – w sumie ładny tekst do notki przy nazwisku. Gorzej wygląda już sprawa śmierci, bo umarł w 1989 roku na AIDS. Widać dopadł go pech lub niedostatki medycyny, bo znaleziony w tym samym numerze Edmund White, nadal żyje choć też chory. Przeczytałem więc tę mroczną historię, upewniłem się, że znowu niecierpliwie będę czekał września, kiedy ukaże się całość, a do tego, na razie ostrożnie, zamówiłem książkę Wicekról Ouidah, rezygnując z historii o walijskich wieśniakach, lektury której mógłbym nie przeżyć. I czekam. Czekam, żeby mi się sprawdziło zauroczenie, bo przecież łatwo sobie spalić fascynację głupimi pociągnięciami.
            
A teraz do sedna: dlaczego Chatwin zachwyca? A bo ja wiem? Zachwyca i już, erudycją konesera sztuki, nagłymi zwrotami akcji, niebanalną historią w pierwszej osobie i tym czymś co kryje się w stylu dopasowanym do mnie, bo przecież o to właśnie chodzi, żeby świat opisywany przystawał do naszych oczekiwań w stosunku do literatury. I nic więcej chyba, a może właśnie w tym niewyrażalnym kryje się sedno, kiedy już po kilku zdaniach mówimy sobie: tak ma być, tak mi pisz, nie zwalniaj na zakrętach, bo przecież, co potwierdzą wszyscy literaci i grafomani także, jak się wpadnie w określony wir i ciąg, to pisanie idzie łatwo i tylko uważać trzeba, żeby się nie poślizgnąć.

          Zachciało mi się jeszcze przepisać jakiś fragment tego opowiadania, ale powiedziałem sobie: nie wyrywaj z kontekstu czegoś, co smakuje w długim ciągu, bo jak wiemy, efektowne niuanse wyrzucone na brzeg, marnieją, a smaczne jest zawsze to, co powoli się rozsnuwa jak długie, poskręcane włosy kobiety.