Kryzys w Babiolnie i inne przyjemności.

  
 

           Czubaja męczę. Coś w tym jest, ale nie za bardzo. Talent zamiast się zaokrągląć, wiruje we własnym sosie. Jakby zabrakło lekkości w stylu i pomysłu na przejrzystość. Nie lubię kryminałów, w których zaczynam tracić wątek, kiedy mylą mi się postaci, najpierw zarysowane a potem przypomniane – może z tego powodu nie jestem dobrym partnerem do brydża? Czubaj wrzuca do sosu wszystkich, których kiedyś opisał, sięga do wcześniejszych książek, a nawet, o zgrozo, przypomina bohaterów kryminałów cudzych, co zamiast dodawać smaku, jest jedynie ciekawostką, mrugnięciem do czytelnika, ale nie wiem czemu, mnie to razi (czy potrzeba zgody Miłoszewskiego, żeby wspomnieć o Szackim i KTO ma moje Ziarno prawdy i dlaczego jeszcze nie przeczytał?).
          To typowa literatura pociągowa, tylko jeżdżę tak rzadko pociągiem, poranki w PKP nie nastrajają do lektury, a książka nieubłaganie zaczyna nużyć. No więc na trasie Wrocław – Kraków, jedzie się ponad 5 godzin, w tym połowę w jakimś widmowym, śląskim krajobrazie, co przypomina słuchanie „Praying with EricMingusa, kiedy znudzenie zostaje wyparte przez irytacje a słońce serwuje migotliwe refleksy wyławiając rachityczne sarny zanurzone w schulzowskiej zieleni, żeby po chwili wrzucić mnie między hałdy i architekturę z przyszłościowych powieści jakiegoś polskiego Orwella. Nieodparcie przywodzi mi to w pamięci zbrodniarza Marchwickiego, który w tej scenerii szuka kolejnej ofiary, jakby prymitywizm został nagle zgładzony przez ubarwienia opowiadającego tę historię.
          Jak zrobić z Czubaja smaczną potrawę?  Może więcej polotu, mniej silenia się na tę szpanerską oryginalność, że należę do tej specjalnej grupy smakoszów rocka i futbolu, nie wyrzucać wstawek erudycyjnych autora ale podać je w inny sposób – uprzedzam, że nie wiem jaki, bo gdybym ja to pisał, uczyniłbym podobnie albo gorzej – więc żądam tu czegoś, co wyrazić się nie da, ale właśnie to decyduje, że pospolity kryminał nabiera nagle lekkiej, metafizycznej aury i po chwili znudzenia, kiedy przypatrujemy się towarzyszom w przedziale, zanurzonym we własnej czasoprzestrzeni, możemy wrócić i polubić Rudolfa Heinza.

          Autobiografia Roberta Brylewskiego ma już swoich adoratorów, pisze się o niej bardzo dobrze, nawet Rzeczpospolita dorzuciła się do promocji, przypominając jak dziennikarstwo partaczy informację i jak nieudolni są pismacy wietrzący zarobek kosztem rzetelności. Powinienem to przeczytać nie tylko dla pięknego zdania Brylewskiego, że „roczniki 62-65 były najbardziej aktywne”, w sensie twórczym pewnie. W końcówce lat 70-tych nagle wydarzyło się coś dziwnego – przyszła nowa muzyka, która przeciekała niemrawo przez szablon radosnych śpiewów radiowych, początkowo jako wybryk, niuans, coś kompletnie nie zagrażającego wesołkowatym przebojom. Jak to dobrze, że od samego początku chwyciłem się tej muzyki żarłocznie, bo nigdy nie zapomnę wysłuchanego po raz pierwszy w Klubie Czarnego Krążka (czy jak to się wtedy nazywało) w lokalnym MDK, „God save the QueenSex  Pistols, nawet pamiętam gdzie wtedy stałem wpatrując się w magnetofon szpulowy ZK 140 z nabożną czcią.
        Czy wtedy jeszcze najlepszą muzykę serwowano w Lecie z radiem oraz w Muzycznej Poczcie UKF? Bo właśnie w tej ostatniej audycji Marek Gaszyński „puścił” wspomniany utwór. I to zdjęcie z gazety: paru dziwnie ubranych chłopaków z ponurym wyrazem twarzy i podpis Kryzys Romansu – cóż za odjazdowa nazwa, zawsze żałowałem, że zrezygnowali z drugiego członu, a jak reaktywowali to dorzucili Brygada, pewnie żeby dodać nazwie męskości, bo Romans to romans, każda kobieta wie o co chodzi, ale nie każdy mężczyzna się przyznaje.
       I trzeci fakt z życiorysu -powinniście mi wybaczyć że piszę teraz własna autobiografię, ale recenzent zawsze jest ważniejszy od autora – jeśli czytelnik tego nie rozumie, tzn. że czyta złe recenzje – jedziemy z moim kolegą Mirkiem Ch. do Sopotu na festiwal Muzyka Młodej Generacji. Moim marzeniem jest zobaczyć Kryzys, ale w dobie, kiedy o Internecie nikt z nas jeszcze nie słyszał terminy nam się poplątały i na koncert się spóźniliśmy, dostając za to dużą dawkę takich kapel jak słynne już wtedy TSA oraz szereg przygód mentalnych, do opowiedzenia przy piwie, którego teraz już nie piję. A był to czas, kiedy nie kupowało się biletów na koncerty, po prostu się na nie wchodziło, bo organizatorzy woleli ustawić nas do pomocy przy wpuszczaniu tych z biletami, wiedząc, że i tak musimy wejść a oni nie muszą za wszelką cenę zarobić. A kiedy reaktywowana Brygada grała we Wrocławiu zmagałem się z ruchem ulicznym w Hanoi, więc do dziś dnia chłopaków nie widziałem na żywo, ale wierzę, że kiedyś to się uda.