Dureń

          Dzisiaj w księgarni patrzę: Listy Kafki. Podniecenie, ożywienie. Przeglądam. Nagle myśl: łee, jakieś popłuczyny, niedorobione, nieważne, odpadki. Nie kupuję, choć cena 20% obniżona (no ale i tak prawie 50 zł).  
         Dalej rzuca się na mnie Pilch i Dzienniki. Super. Przecież to mistrzostwo, te felietony czytane z niecierpliwością, dowcipne, okrutne, bardzo dobrze odbierane. Biorę do ręki, przeglądam, zniechęcam się nagle, odkładam…

          A już w domu myślę o sobie: dureń, dureń; jutro pójdziesz i kupisz. Dureń. 
          
          
A mało nie kupiłem beznadziejnego czytnika e-booków za 299 zł.

Dary losu.

          Aż wszedłem na krzesełko żeby się przyjrzeć. Wysunąłem kilka dobrze już umiejscowionych w firmamencie, zdmuchnąłem kurz, który jeszcze nie lepki, ale nieodłącznie z książkami związany, wreszcie odruchowo położyłem na stole. Do was jeszcze wrócę, do was przypadkowych, zapomnianych, odkrytych w momencie, kiedy się zbliży nos do półki z uwagą, a nie jedynie powierzchownie, kilka razy dziennie, omiecie spojrzeniem.
       
Bo dziś o darach, darach losu czy też od losu, a może darach przeznaczenia. Książki-prezenty, książki otrzymane, książki, których tytuły należy umiejętnie wyjawiać, żeby się spełniły, żeby sprawiły radość dającemu, bo przecież obdarowany i tak te książki by sobie w końcu kupił – paradoksalnie najbardziej trafione prezenty to książki, która zamierzaliśmy sobie kupić, ale albo nie zdążyliśmy, albo o nich zapomnieliśmy. Tak więc cieszymy się razem z obdarowującym, cieszymy jego szczęściem i że jeszcze nas rozumie i zna nasze marzenia.

        I niech mi nikt nie mówi, że Grochowa Stasiuka nie da się przeczytać „na raz”. Ledwo się położyłem, a już byłem po trzech pierwszych fragmentach, o babce, Augustynie i suce. To jeszcze Grochów tytułowy, niby najdłuższy, ale da się to zrobić przed dzisiejszym meczem. Stasiuk ten inny lekko, już nie „bałkański” ale stasiukowaty po staremu, choć trochę rozczarowujący, bo chciałoby się Stasiuka historię czytać, a nie tę esejowatość jego gęstą, od lat powtarzaną w kółko, tę samą modłą, (można napisać „modłą” żeby nie używać zwrotu wyświechtanego „na tę samą modłę”?) piękną stylowo, ale już przewałkowaną i znużoną sama sobą, bo od Babadag mało co się zmieniło.
      
Boję się lekko Mankella najnowszego, bo po trzech książkach Nesbo, nic nie będzie już takie samo w skandynawskiej literaturze kryminalnej. Jak zwykle Mankell zirytuje mnie czymś nieokreślonym, ale i tak doczytam do końca, zwłaszcza, że jakoby pożegnałem się już ze schorowanym Wallanderem, ale na scenę wkracza jego córka, w towarzystwie nowego policjanta, poznanego w „Powrocie nauczyciela tańca”.
     
Czytając biografię Bukowskiego wciąż miałem przeczucie jakiegoś żalu do świata, że ten facet potrafiący pisać, w gruncie rzeczy miał obrzydliwe życie – właśnie nie nieszczęśliwe ale tragicznie obrzydliwe. Dzieciństwo, chorobliwy trądzik i ojciec sadysta zrobili z niego faceta, przy którym kobiety, z którymi sypiał rzygały (i to nie do miednicy) po seksie. No ale kobiety generalnie zakochują się w swoich wyobrażeniach o mężczyznach, potem się lekko dziwią, a na koniec postanawiają wytrwać. Nie musze się trzymać na siłę tej teorii.
     
W zestawie prezentowym nie ma Bowlesa, ale jego odkładamy na oddzielną kupkę. Czy są jeszcze pozycje zapomniane i zagubione w chmurze dziejów? W związku z Bowlesem ukazało się coś ostatnio pod tym nazwiskiem, książka jego żony, którą poszukuję mało zdecydowanie, w ogóle jestem jakoś mało zdeterminowany  w poszukiwaniach …
    
      A wracając do odnalezionych nagle i przypadkowo książkach, tych z początku tekstu, ułożonych równo obok siebie, kuszących nawet bardziej niż nowości, to odkrywam wciąż to niesamowite wrażenie z obcowania z książkami Maxa Frisha. Autor moich nastoletnich zmagań, zawsze dawał jakąś nieodgadnioną wyższość literatury nad resztą zjawisk w moim życiu, bo zawsze widząc książki Frischa wyobrażałem sobie niespotykaną głębię zawartych tam treści. Ja nigdy Stillera nie przeczytałem, powiem więcej, przez lata za najważniejszą książkę w moim młodzieńczym życiu uważałem Montauka, którego za nic nie potrafiłem skończyć, pomimo licznych prób, co najmniej siedmiu. I do dziś Montauka nawet nie mam na własność. Czego nie można powiedzieć o Homo Faberze, którego przeczytałem, ale dopiero po obejrzeniu doskonałego filmu.
    
Sen o kobietach pięknych i takich sobie Becketta – szybko się poddałem. Czy ktoś przebrnął?
     Operacja Shylock Rotha – zatrzymałem się na stronie 130-tej. Roth spotyka swojego sobowtóra, który jest opętany jakąś ideą żydowskiego exodusu, mogłem jeszcze pociągnąć ale widać coś mnie oderwało.
     I na koniec porażka, w postaci Pałacu Ostrogskich Piątka, po której przestałem kupować jego książki, choć kiedyś lubiłem – nadal pisze i wydaje ale to pomyłka, boczna odnoga, łabędzi śpiew albo zwid narkotyczny.
Z radością za to znalazłem dwa tomy Wojny i pokoju, bo ostatniej niedzieli, biegnąc 42 km 195 metrów, przez cztery godziny słuchałem początku tego dzieła. W moim egzemplarzu z kolekcji Hachette, w twardej oprawie, przeczytałem w tomie pierwszym, że „tekst oparto na anonimowym przekładzie z XIX wieku.” Za to w Grochowie Stasiuka stoi: Książkę wydrukowano na papierze Alto 80g/m, vol.1,5,dystrybuowanym przez firmę PANTA.
    
Znowu patrzę przed siebie na książki moje. Z daleka wydają się jednolite, ale kiedy do nich podejdę przeistaczają się w egzemplarze i z każdym z nich chciałoby się pobyć na osobności. Dla większości to już tylko marzenie, dla kilku warto zrobić wyjątek.