Fiszki.

         Niedawno w pewnym dużym sklepie, gdzie obecnie wszyscy kupują książki, młoda dziewczyna, niezbyt atrakcyjna, w sumie nawet nie rzucająca się w oczy, przeciętna, raczej niska, no powiedzmy 165 cm, o ciemnych włosach i w granatowej kurtce, przechylając się w kierunku sprzedawcy, w geście zaciekawienia, jakby wierzyła, że za długą ladą odkryje sekret i zmieni swoje życie, więc przechylając się tak melancholijnie, zwróciła moja uwagę na kupowane przez siebie rzeczy, wśród których zauważyłem „Angielski dla wiecznie początkujących”, czy jakoś tak podobnie. Przez małą chwilę pomyślałem, że to coś również dla mnie, ale przecież jak to, tyle lat się uczę i wciąż początkujący ? Ach nie! Umiem odmienić „to be” (żadne tam „krew w piach” i „co ty tato, weś tato), nie zgubie się na obcym lotnisku, zamówię parówki w Helsinkach, wymienię pieniądze w Adis Abebie czy dojadę na lotnisko w Bangkoku.

Więc czego mi brak, czego? Słówek mi brak czasem, języka w gębie zapominam, kiedy mam wyrazić myśl jakąś niebanalną, refleksję rzucić od niechcenia, podtrzymać konwersację. W Wietnamie każdy przewodnik ma za towarzysza młodego chłopaka, który chodzi za nim jak cień i się uczy. Uczy się mówić po angielsku. I kiedy już jest po całym dniu zwiedzania, kiedy leniwie płyniemy po Mekongu zgrabną łódką, a fale pozwalają odprężyć się po całym dniu, dosiadają się do turystów obaj, przewodnik i jego uczeń, żeby pokonwersować – o wszystkim: pogodzie, życiu i dniu codziennym. Zastanawiałem się zawsze, czy wynika to z ich towarzyskości, ciekawości świata a może chęci nawiązania bliższych relacji. Otóż nie – oni chcą rozmawiać, żeby szlifować swój angielski, poznawać nowe słówka i uczyć się, wciąż się doskonalić, bo właśnie nauka języka polega na umiejętności rozmawiania.
 
„1000 najważniejszych słów i zdań” czyli karteczki po angielsku, to kolejny sposób na kontakt z językiem. Jak to ugryźć i jak wykorzystać? Stawiam pudełko pod ręką, obok programu TV, pilotów oraz aktualnie czytanego „Drwala” i wykorzystując pauzę, chwile zastanowienia, ten moment przed podjęciem decyzji co dalej zrobić ze swoim życiem, biorę do ręki małą karteczkę, najpierw czytam słowo i zdanie po polsku a potem usiłuję je przetłumaczyć. I systematycznie przekładam karteczki, wracam do tych już znanych, utrwalam albo gubię, rozsypuję i tasuję, zostawiam na stole, podkreślam i rysuję po nich.

Czy to jest dobra metoda A czy dobrą metodą jest słuchanie w samochodzie Pawlikowskiej, jak powtarza banalne zdania, albo spotykanie się z Pauliną dwa razy w tygodniu na godzinną próbę nauczenia się gramatyki?

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.