Jacek Dehnel


„Saturn. Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya” WAB 2011. Twarda oprawa, czarna okładka z wstrętną postacią z obrazu malarza, z tyłu autor, jak zawsze upozowany snobistycznie, na kogoś z innej epoki, jakby chciał nam wmówić, że 39,9 zł za egzemplarz to dokładnie tyle, ile powinniśmy zapłacić i że jak nam się nie podoba, to on płakać nie zamierza. Chciałem mieć tę książkę, a z drugiej strony wiedziałem, że Dehnel dla mnie jest jak Milosz albo Konwicki – doceniam, ale nie porywa mnie, czytam, ale się nie angażuję, że autor jest dla mnie bardziej fascynujący niż jego dzieło. A może już dotarłem do takiego etapu w swoim życiu, że nie czas na szukanie i odkrywanie, nie czas na zmiany upodobań, że ten krąg autorów, stylów i przyzwyczajeń uformował mnie ostatecznie, że po prostu nie chce mi się czytać książek nie pasujących do moich wyobrażeń jak powinna wyglądać literatura?

Dehnel jest już ukształtowany, właściwie był już taki od samego początku, nie było w jego przypadku żadnych prób literackich, wprawek i pierwszych kroków. On po prostu pisze dojrzale, nie błądzi stylistycznie, nie wpada na mielizny początkujących – jest równy, dobrze przygotowany i pedantycznie uporządkowany. Zanim zaczął pisać wiedział wszystko o swoim bohaterze, przyjął określoną konwencję i jedynie wypełnił zadanie. A gdzieś tam w głębi, jest, albo powinien być, pomysł i rdzeń zamierzenia, coś, co decyduje, że książka zostanie uchwycona – to wrażenie osiąga się albo przez intensywność „wczepienia się” się w treść, poprzez poświecenie jej czasu jednorazowo albo poprzez prostotę w przekazie, a ponieważ Dehnel nie ułatwia czytelnikowi w niczym, trzeba przy czytaniu maksymalnie się skupić, czego mnie zabrakło. Więc nie uchwyciłem, odpadłem, straciłem i nie zamierzam tym się chwalić ani tym bardziej wylewać tu żalów. Niech sobie ta przygoda z Goyą trwa, choć mnie niedostępna, innym może sprawić radość.

W środku odnajduję bilet na koncert Gotan Project, 24 lutego 2011r. Płyta, rząd 26, miejsce 14. Przedarty jak sam koncert, nierówny, z pierwszą połową do niczego a z drugą poprawną. Żadnych analogii do książki. Kiedy tak podskakiwałem z tym Dehnelem, skupiając się raz i odpadając drugi, kiedy wmawiałem sobie, że może jednak warto uchwycić z tej książki to, co nieuchwytne, posiłkowałem się kupionym za 3,5 zł Simenonem pod tytułem: „Sprawa Saint-Fiacre”. To pozwoliło mi patrzeć na ciemną materię literatury pod zupełnie innym kątem, a być może ten kolejny w moim życiu „szybki” Maigret, odrzucał mnie systematycznie od Dehnela, bo pokazywał jak „zrobić” dobrą literaturę prostym zabiegiem, niemalże bez wysiłku. Tych kilka słów w cudzysłowiu też oddają trudność, jaką miałem z tym tekstem, co jednak nie świadczy wcale o tym, że Dehnela czytał już nie będę. Otóż, w odróżnieniu od awersji do papkowatego stylu Murakamiego, którego przyrzekłem już nie ruszać za żadne skarby, Dehnela zamierzam czytać. W nieokreślonej przyszłości.