Janusz Głowacki

 „Good night Dżerzi”. Świat książki kojarzy mi się zawsze z pretensjonalnymi okładkami – jakby kierowali swa ofertę do określonej grupy odbiorców: egzaltowanych gospodyń domowych albo garbatych panien z małych miasteczek. I tym razem te wybrzuszone litery, podkolorowane niebieskim atramentem, zdają się przyciągać niewidomych estetycznie, skuszonych marketingiem wydawniczym, naiwnych wielbicieli prozy Głowackiego, bo nie Kosińskiego, bo ci wymarli zaraz po efektownej śmierci Pustelnika z 69 ulicy. Do tego twarda okładka z obwolutą, cena 36 zł i wcześniejsze, udane zabawy literackie autora, gwarantowały sprzedaż na poziomie satysfakcjonującym wszystkich zainteresowanych. Ale my, czytelnicy już wiemy, że Głowacki spaprał, choć spaprać było tu sztuką, bo jak by nie patrzeć osoba Czarnego Ptasiora gwarantowała wątki, a Pan Janusz, swoim błyskotliwym okiem, mógł, przy odrobinie dobrej chęci, spreparować zabawna intrygę, porywające dialogi a nawet perwersyjne wypieki.

A jednak przeczytałem do końca, przetoczyłem się jakoś, zmusiłem, bo mam ten feler, ze nie potrafię przerwać nawet wówczas, kiedy czuję, że to strata czasu. Od połowy książka robi się wtórna i zaczyna męczyć. Nic się nie dzieje, pozostaje stała przyjemność odczytywania imienia Masza, dostrzeganie od czasu do czasu sylwetki Kosińskiego, zastanawianie się co jest fikcją a co zmyśleniem, co przypuszczeniem, a co faktem. Bo jeśli to jest forma biografii to zagubiona, jeśli opowieść, to spękana, jeśli własna historia, to mało interesująca. Grube kartki jak i twarda okładka nadają książce szacowny wygląd czegoś porządnego, osoba bohatera fascynuje, a jednak kończąc tę powieść czujemy się oszukani, bo nic nie kryje się pod frazesami i banalnymi historyjkami.

Podobno Kosiński był wielkim mistyfikatorem, a jednak pamiętam z jakim napięciem oglądałem go kiedyś w programie telewizyjnym, gdzie ze swadą opowiadał, że uwielbia pisać i gdyby teraz zostawiono go samego z pokoju, z kartką papieru, to usiadłby i pisał, bo to daje mu najwięcej szczęścia. Wiedziony tą mistyfikacją z wypiekami na licach czytałem Pustelnika z 69 ulicy i nic z tego nie rozumiałem, czekałem na uderzenie geniuszu, które nie następowało i nawet rozczarowany byłem nie samą literatura, ale samym sobą, żem nie dorósł chyba, że nie łapię, nie rozumiem, nie zachwyca. Mam w domu jedna książkę Kosińskiego, a teraz będę miał drugą o nim. Do żadnej z nich nie wrócę.