Christopher McDougall


„Urodzeni biegacze”
wydawnictwo Galaktyka, niebieska okładka, większy niż tradycyjny format, samotny człowiek na szczycie z butelką wody w ręku. Kultowa książka wszystkich biegaczy, amatorów, zawodowców i tych, którzy tak jak ja poczuli smak systematycznego pokonywania po kilkanaście kilometrów dziennie. Widziałem ją w księgarni, jeszcze się wahałem, nagle zniknęła, wykupiona przez pasjonatów. Musiałem odczekać kilka dni, zanim się pojawiła, oczywiście w EMPiK-u. Warta każdych pieniędzy – bo cena nigdzie nie została wydrukowana.

Autor sprzedaje nam historię szalonego biegu z udziałem tajemniczego plemienia Tarahumara, oraz najlepszych amerykańskich długodystansowców, ale takich, dla których maraton nie jest wyzwaniem – jak już to 4 maratony, pod rząd. Jednocześnie dostajemy dokładny wykład na temat naturalnego biegania, a właściwie autor udowadnia nam, że człowiek został stworzony do biegania, że nasi przodkowie „zabiegiwali” zwierzęta w trakcie polowania, że nasza stopa nie potrzebuje żadnego obuwia, kiedy ruszamy na trasę, że wszystkie buty, są kontuzjogenne. I z łatwością dajemy się ponieść entuzjazmowi autora, choć oczywiście sceptycy znaleźliby chyba kilka szpilek, które z lubością wetknęliby autorowi, tylko po co? To się czyta rewelacyjnie – styl prosty, uwagi celne a dowcip i porównania z gatunku moich ulubionych. Gdybym nie zaczął biegać, pewnie też bym mógł przeczytać, tylko że wtedy nie rozumiałbym podstawowych rzeczy mentalnych, które biegacz wie, bo je wypróbował na własnej skórze i wypocił na niejednym zakręcie.  

W książce jest wiele wskazówek i sentencji, dobrych rad i teorii, ale nawet bez tego wszystkiego, daje potężnego kopa zwolennikom biegania, oraz tym, którzy się jedynie do tego przymierzają. Utkwiło mi w pamięci coś takiego: „Człowiek nie przestaje biegać, dlatego że się starzeje – człowiek starzeje się, dlatego że przestaje biegać”. Książkę daje się pochłonąć szybko, ale można ją też smakować, wczytywać się w teorie produkcji butów lub szukanie dowodów na biegających myśliwych. Bohaterowie są niejednoznaczni, bo i plemię Tarahumara jest z pewnością pokazane z pewna mitologizacją, ale z jaką przyjemnością czyta się o sławach ultra maratonów, a jakże fascynuje historia głównego bohatera, czyli Caballo, a jak opisywany jest Bosonogi Ted … i inni mistrzowie. Bieganie ma to do siebie, że powinno sprawiać przyjemność – jeśli zaczyna mnie coś uwierać, najlepiej przerwać, odpocząć i wrócić. Wszyscy, którzy mierzą się ze swoim mózgiem, który w każdej chwili podpowiada przerwanie biegu, powinni starać się go przekonać argumentami racjonalnymi, ale jeśli się to nie uda, należy mózg oszukać. Audiobookami lub muzyką, nawet bardziej audiobookami, bo jakoś muzyka potrafi mnie zdenerwować, ale może źle dobieram wykonawców. Jeśli biegnę 10 km to mam całą godzinę na lekturę – i tak „przeczytałem” już Houellebecqa „Poszerzenie pola walki”. A na koniec zdanie, które oddaje filozofię wysiłku włożonego w bieg: „ Zaprzyjaźnij się z bólem, a już nigdy nie będziesz samotny”.