Marek Krajewski

„Erynie” – boginie zemsty, prześladujące zabójców, u Krajewskiego będą służyły jako personifikacje wyrzutów sumienia. Autor zresztą wyjaśnia nam na początku cytatem z Gravesa wybór tytułu książki. Zawsze byłem przeświadczony, że człowiek posiada fizycznie narządy zwane wyrzutami sumienia, umiejscowione za plecach, zaraz nad nerkami – pomimo absurdalności tego wrażenia podoba mi się sama idea – być może jej fantasmagoryczność sprawia, że same erynie tak rzadko mnie dopadają, no ale  co ze mnie za przestępca?

Autor zmienił wydawcę, co przyjąłem z mieszanymi uczuciami, bo lubię porządek na półkach i regularność szaty graficznej WAB, która ładnie prezentowała się obok tytułów Mankella. Na okładce trupia twarz kobieca z wężem wypełzającym z ust – oczy skierowane  wprost na patrzącego zdają się mówić: I tak cie dopadnę. Krajewskiego będę już czytał do końca, jego lub mojego, bo lubię zarówno ten klimat jak i lekkość narracji, natomiast stylu czepiał się będę co rusz. Pęknięcia i zgrzyty są nieodzowne dla autora i wskazują jak ten warsztat zależny jest od natchnienia czy chociażby złej pogody. Gdybym był wydawcą, kazałbym pod groźbą obniżenia tantiem, przerobić początek a nawet wyrzucić go w całości. Sztuczność opisu pierwszej sceny, nawiązanie do Wrocławia, schematyczność opisów emocji bohaterów – wszystko to odstraszyło by mnie od kupienia książki, gdybym nie wiedział co napotkam dalej.  Wracamy więc do Lwowa i komisarza Popielskiego, lustrzanego odbicia Mocka, z którym współpracował w „Głowie Minotaura”. Historia kończy się tu tragicznie dla wszystkich, złe uczynki jak to złe uczynki, zawsze w końcu trzeba za nie zapłacić, żądza zemsty zostaje zaspokojona ale znowu chciałbym się czepić fabularności i finału, bo choć jest on dla wszystkich zaskoczeniem i zawsze żądamy w myślach happy endu lub choćby sprawiedliwości, to przecież wolę jak koniec nie rozpływa mi się w epilogach, gdzie wszystko nagle mam podane jak na talerzu, ale gdy autor wyjaśniając motywy zostawia jednak jakąś niepewność i niedopowiedzenie.

32,90 to dobra cena, którą zapłaciłem bez wahania i tu zmiana wydawnictwa na Znak pozwoliła mi zaoszczędzić przynajmniej z 7 zł na lody u Pani Barton. Czyta się szybko zwłaszcza w nowiutkich samolotach Wizz Air lecących do i z Paryża. Stąd po latach może ktoś będący właścicielem tej pozycji znajdzie w środku 2 bilety do metra paryskiego, oraz bilet do muzeum Orsay z dnia 19 maja, który kosztował mnie pięć i pół euro, a na tej lepszej stronie Renoir pokazywał swoje nieśmiertelne niebieskie kobiety (Bal du moulin de la Galette).