Tomasz Piątek

„Pałac Ostrogskich”, wydawnictwo WAB, twarda oprawa więc i cena 39,9 zł; na czarnym tle okładki pół czerwonej ławki parkowej. Zawsze miałem nadzieję, że Piątek wreszcie się odnajdzie, ze zacznie pisać w stylu, który zapewni mu czytelników, popularność a jednocześnie ten pulsujący rytm jego opowiadania będzie fascynował, jak to się działo przebłyskami we wcześniejszych jego książkach. Od „Kilku nocy poza domem” jego talent się rozchwiał jeszcze bardziej, przeżywałem kolejne zawody; nie licząc poronionego pomysłu z trylogią fantasy (ale cóż, jeśli się bierze, to ma się zwidy, a jak można jeszcze na tym zarobić…), której nawet nie chciało mi się powąchać, nie podobały mi się pisane w jakimś pośpiechu książki. Bo Piątek mógłby pisać doskonałe kryminały, lepsze od numerowanych książek Świetlickiego i mające własny styl. Niestety autor chce być takim nudno-dygresyjnym mądralą, kimś w rodzaju późnego Kundery, oczywiście lekko na innym poziomie, co nie znaczy że wynurzenia Kundery są jakieś tam wysublimowane, ale to już temat na inną historię.

Ale nagle ten „Pałac” wpada w orbitę krytyków, co może świadczy o słabości polskiej literatury, bo dostaje nominację do Nike, więc myślę sobie, kupie, przeczytam i posmakuję. Przebijam się przez typowy piątkowy bełkot, a więc jakieś dziwne postaci, nie powiązane ze sobą wątki i nieustająco obecny temat narkotyków i przeżyć autora, nie wątpię, że wzięty z autopsji. I te same historie przeczytane już wcześniej, to samo dno heroinowego upadku, no i nowe widziadła narracyjne, jakby świeże wizje, które dygresyjnie wplatane w różne wątki mieszają się ze sobą w mało strawna papkę.

Według jury nagrody Nike 2009, książka Piątka znalazła się w finale konkursu. To może ja czegoś nie rozumiem, to może się powinienem jakoś zweryfikować, czy coś? Ale przecież wciąż lubię Tomasza Piątka, chciałbym mieć jego książki, jeśli już nie czytać, to chociaż mieć. Bo Piątek jest jakoś tak sympatycznie tragiczny w tym swoim losie narkomana-literata. Lubiłem czytać jego felietony literackie w dziale literackim Onetu, gdzie chyba jeszcze wiszą i wisieć będą wiecznie – zdecydowanie wolałbym czytać cotygodniowe felietony Piątka w jakiejś gazecie z programem telewizyjnym, coś na kształt felietonów Pilcha w Dzienniku a teraz bodajże w Przekroju. Niestety skazany jestem na nierówny styl Krzysztofa Vargi w Wyborczej – kolejny temat na oddzielny komentarz, ale nie zrobię tego, bo to pisanie nie ma przypominać poematu dygresyjnego Słowackiego, a jedynie próbę zrozumienia mojej sympatii dla autora średnio marnych powieścideł.

Do książki powkładałem tak dużo rzeczy, że chyba zechcę do niej kiedyś wrócić – na razie utknąłem na stronie 192 i nawet marną siłą woli, mógłbym książkę skończyć za jednym posiedzeniem w wc, tylko po co? 7 marca 2009 o g. 19 byłem w Imparcie na koncercie Joshue Redmana, na co mam dowód w postaci biletu. A do tego jakieś boarding cards tajskich linii lotniczych i ciekawe czy jeszcze ważny kupon rabatowy na darmową gałkę lodów za zakupy w EMPiKu. A co do naszego autora, to odsyłam na jego stronę internetową, no i do nowej książki – ja jej nie kupię, ale polecić mogę: „Morderstwo w La Scali”