Jacek Pałkiewicz


„Angkor” Wydawnictwo Zysk i S-ka, przeleżała trochę na półkach księgarskich, zanim ją kupiłem. Wcześniejsze El Dorado kupiłem i czytałem z mieszanymi uczuciami – autor zaserwował zbyt dużą dawkę megalomanii, co niektórym nie przeszkadza, zwłaszcza oglądającym programy Cejrowskiego, ale dla mnie wysuwanie się autora na plan pierwszy i serwowanie pseudo przygód podpartych mętnym bohaterstwem brzmi zbyt sztucznie. Angkor obronił się sam, bo tutaj niesamowitość miejsca oraz pomysł, by właściwie to pokazać a nie opisać, okazało się strzałem w dziesiątkę – tę książkę należało tak właśnie wydać. I już od okładki oglądamy miejsca magiczne – Pałkiewicz opisuje po kolei świątynie, czasem wplata swoje heroiczne momenty w gąszcz zdjęć, ale możemy go usprawiedliwić, bo każdy chciałby z karabinem i wśród pól minowych zwiedzać Kambodżę a potem napisać jak dzielnie udało się uniknąć niebezpieczeństw. Trochę się czepiam, bo jeśli nie jest się literatem chciałoby się choć zostać herosem – Pałkiewicz jest wyrazisty, szkoda tylko, że usiłuje też być na pierwszym planie.

A teraz już same dobre rzeczy – dla wybierającego się lub wracającego z Angkoru jest to doskonały przewodnik po ruinach – jeśli tam będziecie, ale nie jeden dzień, ale co najmniej dwa, to w końcu te wszystkie świątynie zaczną się plątać w pamięci – oprócz rzecz jasna głównych – cała masa małych, zagubionych świątyń, to esencja tego miejsca i tak naprawdę prawdziwy klimat królestwa Khmerów czuję się właśnie tam. Do końca wahałem się czy wziąć ze sobą książkę – jednak zwyciężyła obawa, że przeholuję z wagą plecaka i to był jednak błąd; dawno zrezygnowałem z czczenia książki jako świętości, w której nawet zaginanie rogów jest grzechem śmiertelnym – w tym przypadku mając ją ze sobą mógłbym na bieżąco identyfikować miejsce, przeczytać to, co nie dopowiedział przewodnik, no i pisać w niej własne uwagi. Takie egzemplarze to najcenniejsze pamiątki – popisane, podarte, poplamione, ale ileż w nich emocji.

W samym Angkorze zrobiłem około 600 zdjęć i teraz z przyjemnością odnajduję w książce miejsca gdzie byłem – teraz ja wpadłem w megalomański ton, więc powiem tylko, że to bardzo dobrze wydana, szalenie pomocna i w jasny sposób wyjaśniająca historię, tę najdawniejszą i tę tragiczną, niedawną Angkoru, a Pałkiewicz sprawił prezent nie tylko sobie, ale i tym wszystkim, którzy już tam byli. Bo jeśli się wahacie, czy tam pojechać, jeśli myślicie, że odkładanie tej wyprawy na później ma sens, to ta książka pomoże podjąć decyzję – tam trzeba szybko pojechać, bo nie dość, że wciąż się tam kradnie co cenniejsze posągi, nie dość, że przyjeżdża tam coraz więcej turystów, co czyni zwiedzanie uciążliwą przepychanką, to jeszcze trwają prace nad rekonstrukcjami co bardziej zniszczonych świątyń, a to już jest szkodliwa ingerencja – naprawdę najlepsze klimaty panują w miejscach, gdzie przyroda rządzi tym światem, gdzie można się zgubić w plątaninie kamieni i drzew, gdzie tylko słońce i cień, magiczne reliefy apsar i cisza wywołująca duchy. Kupcie sobie – to tylko 29,90.