Ryszard Kapuściński

„Imperium” wydane w Bibliotece Gazety Wyborczej”, na brązowo, w twardej okładce, co dobrze świadczy o cenie 19,90. Ile powinno się zabrać książek w podróż? Ile da się przeczytać przez trzy tygodnie jeżdżenia po kraju o długości 1500 km, ile można czytać podczas 10-cio godzinnego lotu, a ile w nocnym autokarze, kiedy mała lampka pozwala ledwo odróżniać litery? Otóż napisze, że dużo. Popełniłem znowu błąd i zabrałem tylko dwie książki – wiedziony raczej pesymistyczną perspektywą dopłaty do nadbagażu, stwierdziłem, że resztę uzupełnię studiowaniem przewodników. Ale przewodniki okazują się zawsze rozczarowaniem, piszą w nich nie to co chcielibyśmy przeczytać, ale to, co dawno już wiemy. Zdecydowałem się wziąć (wziąć? Tak się pisze?) Mankella, który już jest moim ulubionym pisarzem kryminałów oraz coś Kapuścińskiego. Niestety w ostatniej chwili postanowiłem, że będzie to Imperium a nie Podróże z Herodotem – wydawało mi się, że właściwie przeczytane w Gazecie Wyborczej Podróże, będą tylko przypomnieniem, więc postawiłem na Rosję.
 Wallandera skończyłem z przyjemnością po tygodniu a Kapuścińskiego musiałem smakować, co zresztą wyszło mu na dobre. Niestety to się czyta zbyt szybko i z zainteresowaniem, stąd długie chwile, które spędzałem na zastanawianiu się czy czytać dalej, czy tez oglądać krajobrazy. Kapuścińskiego nigdy za bardzo nie ceniłem, choć tak naprawdę nie znałem do końca jego metody – teraz widzę że był sprawnym reporterem i potrafił dotrzeć do sedna albo prawie do sedna. Jego Rosja jest właśnie taka jaką sobie zawsze wyobrażałem – mocarstwo, które istnieje dzięki milionom udręczonych ludzi oraz mieszanką etniczną, którą chciałoby się poznać, ale jakoś nie ma się na to cierpliwości i odwagi. I właściwie autor nie musiał się zbytnio wysilać, żeby dotrzeć do sedna tego kraju, bo przecież wystarczy tam pojechać, żeby się książka sama napisała. No dobrze, potrzebna jest metoda i tutaj Kapuściński wykazał się względną maestrią – a jednak może warto byłoby jeszcze mocniej podrążyć, skupić się bardziej i uderzyć mocniej. A może nie – może tak jest lepiej? To za duży kraj, za duży problem, za dużo wątków – czepiam się niepotrzebnie, bo autor nie zawiódł, bo to się czyta dobrze, bo jak jesteś taki mądry to sam napisz lepiej.
W książce, którą bierze się w podróż siłą rzeczy znajdujemy wiele dodatków, włożonych tam dla wygodny, dla świętego spokoju lub z premedytacja na pamiątkę. I co tam teraz znajduje? Specjalną kartkę, dzięki której zawieziono nas do Sapa Summit Hotel, wydruk zapłaconych w Internecie biletów lotniczych, Train Ticket Ha Noi – Lao Cai, opis wycieczki do Cat Cat & Sin Chai Village, bilet autobusowy Phnom Penh Sorya Transport Company. A tak naprawdę to z książki na koniec zostają wrażenia i smaki, bo książkę kojarzy się jakże często z miejscem, w którym ją się czytało – pamiętam krajobrazy za oknem, teren delty, niskie słońce popołudniowe, gdzieniegdzie samotna palmę, domy na palach i błotniste pola ryżowe – przestrzeń, która tonie w pomarańczowej poświacie a gdzieś tam w tle, w moim mózgu, rozwalają Świątynię Chrystusa Zbawiciela.